Samolot bez niejTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wstęp

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Przypisy

Tytuł oryginału: UN AVION SANS ELLE

Wydawca: GRAŻYNA SMOSNA

Redaktor prowadzący: KATARZYNA KRAWCZYK

Redakcja: ELŻBIETA KOBUSIŃSKA

Korekta: AGNIESZKA TRZESZKOWSKA-BEREZA, IRENA KULCZYCKA

Łamanie: Akces, Warszawa

© Presses de la Cité, un département de Place des Editeurs, 2012

Copyright © for the Polish translation by Magdalena Krzyżosiak, 2014

ISBN 978-83-7943-638-5

Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Malou, maleńkiej ważce,

która przyszła na świat tą historią

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

23 grudnia 1980 roku, 0.33

Airbus 5403 relacji Stambuł − Paryż gwałtownie nurkował w dół, pokonując niemal tysiąc metrów w mniej niż dziesięć sekund. Opadał prawie pionowo, po czym z powrotem wyrównał lot. Większość pasażerów spała. Obudzili się nagle z przerażającym uczuciem, jakby zasnęli na siedzeniu karuzeli w wesołym miasteczku.

To ich krzyki, a nie turbulencje samolotu, przerwały płytki sen Izel. Była przyzwyczajona do gwałtownych podmuchów i dziur powietrznych, gdyż od trzech lat latała po całym świecie jako stewardesa Turkish Airlines. Miała właśnie chwilę przerwy. Spała od niespełna dwudziestu minut. Gdy tylko otworzyła oczy, zauważyła, że jej starsza koleżanka ze zmiany, Meliha, pochyla nad nią swój ściśnięty w mundurku dekolt.

– Izel? Izel? Szybko! Robi się gorąco. Zdaje się, że na zewnątrz szaleje burza. Kapitan mówi, że widoczność jest zerowa. Staniesz w przejściu?

Izel miała minę doświadczonej stewardesy, która nie uległa panice bez powodu. Podniosła się z siedzenia, włożyła żakiet, obciągnęła spódnicę, przez chwilę spojrzała z podziwem na swoje odbicie w wyłączonym monitorze, przypominające turecką laleczkę, i poszła w stronę prawego przejścia.

Obudzeni pasażerowie już nie krzyczeli, bardziej zdumieni niż zaniepokojeni, otwierali szeroko oczy. Samolot nadal się kołysał. Izel pochylała się spokojnie nad każdym z pasażerów.

– Wszystko w porządku. Proszę się nie martwić. Przelatujemy po prostu przez zamieć śnieżną nad górami Jura. Będziemy w Paryżu za niecałą godzinę.

Izel uśmiechała się naturalnie. Duchem była już w Paryżu. Miała tam spędzić trzy dni aż do świąt Bożego Narodzenia. Na myśl o tym, że będzie niczym nieograniczoną mieszkanką Stambułu w stolicy Francji, cieszyła się jak dziecko.

Uspokajała kolejno dziesięcioletniego chłopca, kurczowo trzymającego się ręki babci, młodego urzędnika w pomiętej koszuli, którego z chęcią spotkałaby następnego dnia na Polach Elizejskich, młodą Turczynkę w kwefie przesuniętym prawdopodobnie w wyniku gwałtownej pobudki i zasłaniającym jej oczy, a także skulonego staruszka z dłońmi wciśniętymi między kolana, rzucającego błagalne spojrzenia...

– Wszystko w porządku. Zapewniam pana.

Izel spokojnie szła między fotelami, gdy nagle airbus ponownie przechylił się na bok. Rozległy się krzyki. Młody mężczyzna siedzący po prawej stronie Izel, trzymający w obu dłoniach walkmana, zawołał sztucznie wesołym tonem:

– Kiedy kolejna pętla?

Odpowiedzią na pytanie było kilka nieśmiałych śmiechów, które natychmiast zagłuszył wrzask noworodka. Dziecko leżało w foteliku tuż przed Izel, w odległości kilku metrów. Wzrok stewardesy spoczął na kilkumiesięcznej dziewczynce ubranej w białą sukieneczkę w pomarańczowe kwiatki, która wystawała spod wełnianego żakardowego sweterka w kolorze écru.

 

– Nie, proszę pani! – zaprotestowała Izel. – Nie!

Matka, siedząca tuż obok, odpinała pas, żeby nachylić się nad córeczką.

– Proszę tego nie robić, proszę pani – napominała Izel. – Pas musi mieć pani zapięty. To konieczne. To...

Matka nie zadała sobie nawet trudu, żeby się odwrócić, nie mówiąc o tym, że nie odpowiedziała stewardesie. Jej długie rozpuszczone włosy opadały na fotelik. Dziecko zaczęło wrzeszczeć jeszcze głośniej.

Izel zawahała się, nie wiedziała, jak się zachować, po czym podeszła bliżej.

Samolot znowu zaczął opadać. Trzy sekundy, pewnie kolejny tysiąc metrów.

Wybuchły urywane krzyki, ale większość pasażerów siedziała w ciszy. Milczeli. Zdawali sobie sprawę, że ruchy samolotu nie są spowodowane zwykłymi zimowymi zamieciami. Pod wpływem wstrząsu Izel upadła na bok. Łokciem wbiła walkmana w klatkę piersiową jego posiadacza siedzącego po prawej, który na chwilę przestał oddychać. Nawet nie przeprosiła, tylko się podniosła. Naprzeciwko mała dziewczynka wciąż płakała. Matka znowu się nad nią nachyliła i zaczęła rozpinać pas dziecka...

– Nie, proszę pani! Nie...

Izel zaklęła. Machinalnie obciągnęła spódnicę. Co za męka! Zdecydowanie zasłużyła na trzy dni i trzy noce przyjemności w Paryżu!

Później wszystko potoczyło się bardzo szybko.

W pewnej chwili Izel zdało się, że słyszy jakby echo, płacz innego niemowlaka gdzieś w samolocie, trochę dalej po lewej. Zabłąkana dłoń faceta z walkmanem musnęła szary nylon na jej łydkach. Stary Turek objął ramieniem zakwefioną kobietę, a drugą rękę w błagalnym geście wyciągnął w stronę Izel. Matka siedząca tuż przed nią wstała i wyciągnęła ręce, żeby przytulić odpiętą z pasów córeczkę.

Tak wyglądały ostatnie chwile przed katastrofą. Zanim airbus roztrzaskał się o górę.

Wstrząs rzucił Izel dziesięć metrów od drzwi ewakuacyjnych. Jej dwie urocze nogi w szarości połamały się jak członki lalki w rękach sadystycznej dziewczynki. Wąska klatka piersiowa roztrzaskała się o metal, a lewa skroń rozbiła o róg drzwi.

Izel zginęła na miejscu. Miała szczęście.

Nie widziała, jak gasną światła. Nie widziała, jak samolot zgina się niczym zwykła puszka po napoju w kontakcie z drzewami, które jedno po drugim jakby się poświęcały, żeby zwolnić szaleńczy pęd airbusa.

Gdy wszystko w końcu stanęło, nie czuła rozprzestrzeniającego się zapachu nafty. Nie poczuła bólu, gdy wybuch rozerwał jej ciało tak jak ciała najbliższych dwudziestu trzech pasażerów.

Nie wrzeszczała, gdy płomienie ogarnęły kabinę i zamknęły w pułapce sto czterdzieści pięć osób.

Osiemnaście lat później

1

29 września 1998 roku, 23.40

Teraz wiecie już wszystko.

Crédule Grand-Duc uniósł długopis i wbił wzrok w przejrzystą wodę wypełniającą ogromne wiwarium. Przez kilka chwil jego oczy podążały za rozpaczliwym lotem ważki arlekina, za którą niecałe trzy tygodnie wcześniej zapłacił prawie dwa tysiące pięćset franków. Rzadki gatunek, jedna z największych ważek na świecie, identyczna jak jej prehistoryczny przodek. Podłużny owad szamotał się, latając od jednej szyby do drugiej, w rozszalałym roju kilkudziesięciu innych. Uwięzione. W pułapce.

Wszystkie czuły, że powoli umierają.

Długopis na nowo spoczął na kartce. Dłoń Crédule’a Grand-Duca poruszyła się nerwowo.

Zebrałem w tym zeszycie wszystkie wskazówki, wszelkie tropy, wszystkie hipotezy. Osiemnaście lat poszukiwań. Wszystko zostało spisane na tych prawie stu stronach. Jeśli przeczytaliście je z uwagą, wiecie teraz tyle samo co ja. Może będziecie bardziej przenikliwi? Może pójdziecie w stronę, w którą ja nie poszedłem? Może znajdziecie klucz, jeśli taki istnieje? Może...

Dlaczego nie?

Dla mnie to koniec.

Długopis uniósł się i zadrżał kilka milimetrów nad kartką. Crédule Grand-Duc ponownie spojrzał nieobecnymi błękitnymi oczami na wiwarium, później jego wzrok przesunął się na kominek, w którym podłużne płomienie trawiły stos gazet, papierów i kartonowych pudeł z dokumentami, aż w końcu spoczął po raz ostatni na zeszycie. Długopis prześlizgnął się po papierze.

Przesadą byłoby powiedzieć, że nie żałuję ani nie mam wyrzutów sumienia, jednak zrobiłem, co mogłem.

Crédule Grand-Duc wpatrywał się w tę ostatnią linijkę długie sekundy, po czym powoli zamknął bladozielony zeszyt.

Zrobiłem, co mogłem, powtórzył sam sobie, w końcu usatysfakcjonowany.

23.43

Odłożył długopis do pojemnika stojącego przed nim, wziął żółtą karteczkę samoprzylepną leżącą po prawej stronie biurka i przykleił ją na okładce zeszytu. Jego dłoń ponownie powędrowała do pojemnika na przybory do pisania. Palce chwyciły marker. Dużymi literami napisał na karteczce: Dla Lylie. Odsunął zeszyt na skraj biurka i wstał.

Spojrzenie Grand-Duca przez kilka chwil spoczywało na biurku, gdzie leżała lśniąca miedziana tabliczka. Grand-Duc przeczytał z ironią w głosie: Crédule Grand-Duc, prywatny detektyw. Uśmiechnął się pozbawiony złudzeń. Od dawna ludzie nazywali go Grand-Duc, już nikt nie używał jego idiotycznego imienia[1]. Nikt, oprócz Emilie i Marca Vitrala, a nawet i oni używali go tylko, gdy byli młodsi. Od tego czasu minęła wieczność.

Grand-Duc skierował się do kuchni. Po raz ostatni rzucił okiem na zlew ze stali nierdzewnej, kamienne ośmiokątne białe płytki na podłodze, zamknięte szafki z jasnego drewna. Każdy element był w idealnym porządku, wypolerowany i starannie ustawiony; wszelkie ślady dotychczasowego życia zostały drobiazgowo uprzątnięte jak w wynajętym mieszkaniu, które trzeba zwrócić właścicielowi. Grand-Duc był drobiazgowy aż do końca, aż do ostatniego tchnienia. Wiedział o tym. To wiele wyjaśniało. Tak naprawdę wszystko.

Odwrócił się, podszedł do kominka tak blisko, że poczuł, jak żar niemal liże mu dłonie. Nachylił się i wrzucił w ogień dwa pudełka archiwaliów. Odsunął się, żeby nie dosięgły go iskry.

Sytuacja bez wyjścia...

Poświęcił tysiące godzin, aby do końca zbadać każdy szczegół tej sprawy... Wszystkie te wskazówki, notatki, badania ulatywały teraz z dymem. Ślady poszukiwań znikną w zaledwie kilka godzin.

Osiemnaście lat poszukiwań na nic.

Co za ironia...

Całe jego życie zawierało się w tym autodafe, którego był jedynym świadkiem.

23.49

Za czternaście minut Lylie skończy osiemnaście lat, przynajmniej oficjalnie... Kim jest? Wciąż nie miał pewności. Szanse pół na pół, tak jak pierwszego dnia. Orzeł albo reszka.

Lyse-Rose czy Emilie?

Poniósł porażkę. Mathilde de Carville wydała fortunę, płaciła mu przez osiemnaście lat, a wszystko na nic...

Grand-Duc podszedł do barku i nalał sobie kolejny kieliszek żółtego wina. Piętnastoletnie wino, specjalne zapasy Monique Genevez, chyba jedyna dobra rzecz, która pozostała mu po tych poszukiwaniach. Uśmiechnął się, podnosząc kieliszek do ust. Nie miał w sobie nic z karykaturalnego starego detektywa alkoholika, on należał raczej do ludzi, którzy sięgają do piwniczki oszczędnie, i tylko przy wielkich okazjach. Taka okazja nadarzyła się tego wieczoru – osiemnaste urodziny Lylie. I ostatnie minuty jego życia.

Detektyw jednym haustem wychylił kieliszek żółtego wina.

Tego rzadkiego uczucia będzie mu brakowało – niepowtarzalnego smaku żółtego wina przepływającego przez jego ciało, rozpalającego je wykwintnym ogniem, pozwalającego mu dać ujście obsesji, zapomnieć o tej zagadce bez odpowiedzi, której poświęcił życie.

Grand-Duc odstawił kieliszek na biurko i przysunął bladozielony zeszyt; zastanawiał się, czy otworzyć go po raz ostatni. Przyjrzał się żółtej karteczce z napisem: Dla Lylie.

Pozostanie zeszyt, sto stron spisanych w ostatnich dniach... Dla Lylie, dla Marca, dla Mathilde de Carville, dla Nicole Vitral, dla glin, dla adwokatów, dla każdego, kto będzie chciał zanurzyć się w tych domysłach...

Pociągająca lektura, bez wątpienia. Prawdziwe dzieło sztuki, zapierające dech w piersiach śledztwo... Można znaleźć w nim wszystko...

Oprócz zakończenia...

Napisał kryminał, z którego wyrwano ostatnią stronę, thriller, z którego wymazano pięć ostatnich linijek.

Oszustwo...

Bez wątpienia przyszli czytelnicy będą się uważali za bardziej przebiegłych niż on, będą się starali za wszelką cenę... będą sądzili, że znaleźli rozwiązanie.

Przecież także i on wierzył, on także... Zawsze miał ten rodzaj pewności, że istnieje jakiś dowód, że to równanie da się rozwiązać, że przeszedł obok czegoś i tego nie zauważył. Poczucie, tylko poczucie, ale jakże silne... Ta pewność trzymała go przy życiu aż do ostatecznego niepowodzenia, do dziś, gdy już za dziesięć minut Lylie skończy osiemnaście lat... Być może już tylko podświadomość zachowała tę iluzję, żeby całkowicie nie stracił nadziei – jakże okrutne byłoby poszukiwać przez wszystkie te lata klucza do rozwiązania zagadki bez rozwiązania...

Zrobiłem, co mogłem..., przeczytał ponownie detektyw. Reszta już go nie dotyczyła.

Grand-Duc po raz ostatni rzucił okiem na pokój. Nie wstał, żeby odstawić pustą butelkę i brudny kieliszek, tylko uśmiechnął się do siebie. Policjantom i lekarzom sądowym, którzy za kilka godzin pochylą się nad jego ciałem, nie będzie przeszkadzał niewytarty kieliszek. Krew i mózg rozprysną się i utworzą lepką kałużę na mahoniowym biurku i wywoskowanym parkiecie. Wszystko będzie brudne. Oby tylko natychmiast nie zauważono jego zniknięcia, ale to mało prawdopodobne. Komu miałoby go brakować? Sąsiadów ściągnie smród jego rozkładającego się ciała, tonącego w odchodach nekrofagicznych insektów, które przystąpią do uczty.

Jeszcze jeden powód, pomyślał Grand-Duc.

Schylił się i wrzucił do kominka kawałek kartonu, który wymknął się płomieniom.

Jego ostatni przywilej.

Grand-Duc powoli skierował się w stronę mahoniowego sekretarzyka stojącego w przeciwległym kącie pokoju naprzeciwko kominka. Otworzył środkową szufladę i ze skórzanego etui wyjął pistolet Mateba, który wyglądał jak nowy – szary metal lśnił w świetle. Ręka detektywa zanurzyła się głębiej i wyszperała z szuflady trzy naboje. Po trzydzieści osiem milimetrów każdy.

Grand-Duc uśmiechnął się. Wprawnym ruchem przekręcił bębenek i delikatnie umieścił naboje na swoim miejscu.

Wystarczy jeden, mimo że był lekko pijany, nawet gdyby zadrżała mu ręka, gdyby się zawahał. Jednak bez wątpienia uda mu się przyłożyć lufę do skroni, przytrzymać ją zdecydowanie, nacisnąć spust.

Niemożliwe, żeby chybił nawet z sześćdziesięcioma dwoma centylitrami wina we krwi.

Położył pistolet na biurku, otworzył szufladę z lewej i wyjął z niej gazetę, bardzo stary pożółkły numer „L’Est républicain”. Od miesięcy myślał o swoim makabrycznym przedstawieniu, o tym symbolicznym rytuale, który pomoże mu ze wszystkim skończyć, ostatecznie wzlecieć ponad labirynt.

23.54

Ostatnie kartki znikały pożerane przez płomienie w kominku. Wzrok detektywa prześlizgnął się na wiwarium, z którego dochodziło żałobne brzęczenie. Od trzydziestu minut instalacja elektryczna dostarczająca pożywienie była wyłączona. Pozbawione tlenu i jedzenia ważki nie przeżyją dłużej niż tydzień... A przecież wydał kolosalną sumę, żeby kupić najrzadsze i najstarsze gatunki; spędził godziny i lata na dbaniu o to wiwarium. Karmił swoje ważki wszelkiego rodzaju maleńkimi insektami, wzmacniał je, łączył w pary, a gdy wyjeżdżał, opiekę nad nimi powierzał specjalistycznej firmie.

Tyle wysiłku, żeby teraz umarły. Także i one...

To w sumie dość przyjemne decydować o życiu i śmierci innej istoty, pomyślał Grand-Duc. Chronić ją, żeby później wykończyć, dawać nadzieję, żeby spisać na straty. Igrać z przeznaczeniem niczym bóg, sprytny i nieprzewidywalny... Przecież i on sam stał się ofiarą takiego sadystycznego boga...

Crédule Grand-Duc usiadł na krześle za biurkiem, wbrew sobie przesunął zielony zeszyt jeszcze bliżej krawędzi biurka, jakby się bał, żeby nie poplamiły go krople krwi.

Na biurku tuż przed sobą rozłożył „L’Est républicain”. Numer z dwudziestego trzeciego grudnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku. Po raz kolejny przeczytał pierwszą stronę: Cudownie ocalona z katastrofy na Mont Terrible.

Tytuł rozciągał się w poprzek całej pierwszej strony. Pod nim niewyraźne zdjęcie przedstawiało wrak rozbitego samolotu, powyrywane drzewa, śnieg, na którym pozostały ślady tych, którzy przybyli na ratunek. Kilka linijek tekstu opisywało katastrofę, a pod zdjęciem widniał podpis: Katastrofa airbusa 5403 relacji Stambuł – Paryż na zboczach Mont Terrible, na granicy francusko-szwajcarskiej, w nocy z dwudziestego drugiego na dwudziestego trzeciego grudnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku. Stu sześćdziesięciu ośmiu ze stu sześćdziesięciu dziewięciu pasażerów i członków załogi zginęło na miejscu albo zmarło uwięzionych w płomieniach. Jedynym cudownie ocalałym pasażerem jest trzymiesięczne dziecko wyrzucone z kabiny tuż przed tym, jak samolot stanął w płomieniach.

 

Grand-Duc podniósł wzrok. Umrze, pochylając się w przód, strzelając sobie w łeb. Upadnie na pierwszą stronę tej gazety. Jego krew zabarwi fotografię z miejsca dramatu, który rozegrał się osiemnaście lat wcześniej, zmiesza się z krwią stu sześćdziesięciu ośmiu ofiar. W takiej pozycji znajdą go za kilka dni albo kilka tygodni. Nikt nie będzie go żałował... A zwłaszcza rodzina de Carville’ów. Trochę żal będzie może Vitralom... Emilie, Marcowi. Przede wszystkim Nicole.

Szczyt wszystkiego, co za ironia!

Znajdą go i dadzą ten zeszyt, zapis krótkiego życia, Lylie. Jego testament.

Grand-Duc, niemal dumny, spojrzał po raz ostatni na swoje odbicie w miedzianej tabliczce. Prawdę mówiąc, to piękne zakończenie, znacznie lepsze od całej reszty.

Dostał swoją szansę, trudno chcieć więcej: osiemnaście lat na poszukiwania...

23.57

Nadeszła pora.

Grand-Duc delikatnie położył „L’Est républicain” tuż przed sobą, przysunął krzesło i wilgotną dłonią mocno chwycił kolbę pistoletu.

Jego ramię podniosło się powoli.

Gdy zimna lufa dotknęła jego skroni, zadrżał wbrew sobie. Przecież był gotowy. Alkohol mu pomoże.

Próbował oczyścić umysł, nie myśleć o tej kulce, kilka centymetrów od jego mózgu, która miała przedrzeć się przez czaszkę...

Nie myśleć o niczym, skupić się na pustce.

Palec wskazujący spoczął na spuście. Pozostało już tylko nacisnąć, a wszystko się skończy.

Zamknąć oczy czy mieć otwarte?

Kropla potu spłynęła mu po czole i skapnęła na gazetę.

Otworzyć oczy i skończyć z tym.

Nachylił się, oczy utkwił w gazecie leżącej dwadzieścia centymetrów przed nim. Po raz ostatni spojrzał na zdjęcia samolotu strawionego przez ogień i strażaka przed szpitalem w Montbéliard ostrożnie trzymającego maleńkie sine ciałko. Cudownie ocalone niemowlę.

Palec wskazujący mocniej objął spust.

23.58

Niewidzące spojrzenie detektywa zsunęło się jeszcze trochę niżej i zgubiło w czarnym druku pierwszej strony starego dziennika. Pocisk przedziurawi mu skroń, która nie stawi najmniejszego oporu. Musi tylko zgiąć palec, jeszcze trochę bardziej, kilka milimetrów. Jego wzrok zatrzymał się; czarny druk stał się wyraźniejszy, jak w obiektywie kamery, gdy reguluje się ostrość, jak w ostatnim spojrzeniu na świat, nim wszystko rozmyje się we mgle.

Palec wskazujący. Spust.

Oczy szeroko otwarte.

Coś niewyobrażalnego spiorunowało Grand-Duca, jak gdyby przeszło przez niego wyładowanie elektryczne równie intensywne jak nagłe.

To, co zobaczyły oczy, było przecież niemożliwe. Zrozumiał!

Nacisk na spust lekko zelżał.

Grand-Duc uznał w pierwszej chwili, że to iluzja, halucynacja wywołana zbliżającą się śmiercią, mechanizm obronny podsunięty przez mózg...

A jednak!

To, co widział, to, co czytał w gazecie, widniało tam naprawdę. Z biegiem lat gazeta zżółkła, trochę wyblakła, a jednak nie można było mieć wątpliwości.

Wszystko znajdowało się na pierwszej stronie.

Umysł detektywa znowu zaczął pracować. Przez lata wysnuł tak wiele hipotez, pewnie setki, ale teraz zyskał punkt wyjścia, musiał tylko pociągnąć za sznurek, a wszystko mogło rozwiązać się z zaskakującą łatwością.

Wszystko stało się jasne, oczywiste...

Opuścił broń i mimo woli roześmiał się szaleńczo.

Spojrzał na zegar ścienny.

23.59

Nadal nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Ręce mu drżały. Od karku aż po dół pleców przebiegł mu ogromny dreszcz.

Udało się!

Rozwiązanie od samego początku znajdowało się tam, w tej gazecie, na pierwszej stronie. Czekało cierpliwie. Wówczas, osiemnaście lat temu, nie można było go dostrzec. Wszyscy czytali tę gazetę, zagłębiali się w szczegóły, analizowali tysiące razy, a i tak nikt nie potrafił odgadnąć; ani w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym, ani w kolejnych latach.

Rozwiązanie rzucało się w oczy... pod jednym warunkiem.

Jedynym warunkiem. Absolutne szaleństwo.

Należało otworzyć gazetę osiemnaście lat później!