Mama kłamie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8

Mała wskazówka na 12, duża wskazówka na 4

Między białą posadzką z płytek a drzwiami był około dziesięciocentymetrowy prześwit, zapewne po to, żeby łatwiej czyścić tę posadzkę. Malone patrzył przez dziurę. Woda zbierała się przed toaletą, tworząc niewielką kałużę, taką samą, tylko mniejszą, jak kałuża pod zjeżdżalnią. Wystarczy, że przez nią przeskoczy. To będzie łatwe, chociaż nie umie dobrze skakać w dal ani szybko biegać, tak jak to robią starsi.

Jeżeli tenisówka zamoczy mu się w wodzie, to nic takiego. Woda, jak już spadła z nieba, to przestaje być niebezpieczna, bo kiedy się rozbija o ziemię – umiera. Tak jak pszczoły, kiedy już raz ukłują, to zaraz potem umierają, tak mu powiedziała Mama-nda; ona często mu opowiadała o pszczołach, o komarach, o mrówkach i innych podobnych stworzonkach.

Tak, wystarczy, jak przeskoczy nad wodą.

Kiedy wszystko się skończy.

Nie od razu.

Malone słyszał jeszcze, jak deszcz pada na dach ubikacji, i nie wiedział, czy to już martwe krople, które spływają z gałęzi drzew albo dachu, czy inne, te, które kłują człowieka niczym tysiąc węży, tysiąc rycerskich strzał, jeśli nie zdąży się schować.

Schylił się, żeby znowu popatrzeć przez dziurkę. Zdało mu się, że po drugiej stronie podwórza, w oknie swojej sali, za kroplami deszczu, które waliły o szybę, i odciskami przyklejonych do niej dłoni, widzi twarz Mama-ndy.

* * *

– Niedobrze się tu czuję, proszę pani.

Palce Amandy Moulin oderwały kilka kawałków modeliny leżącej na najbliższej półce i formowały malutkie kulki. Dimitri Moulin, wciąż skulony na miniaturowym krzesełku, jakby przestał się teraz interesować rozmową.

– Wie pani – ciągnęła Amanda – nigdy nie przepadałam za przedszkolem. Ale to jest właśnie moje. Zaczęłam tu chodzić, no, prawie trzydzieści lat temu, w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym roku, kiedy kierowniczką była jeszcze pani Couturier. Wtedy nie mieliśmy wszystkich tych zabawek przed budynkiem i w sali, była tylko jedna grupa, mniej niż piętnaścioro dzieci. Widzi pani, mogłabym się tu czuć trochę tak jak u siebie, ale nie, nawet jak się zmuszam, to tak naprawdę nie mam dobrych wspomnień. Opowiadam pani o tym, żeby spróbować wyjaśnić, że kiermasze, rada rodziców, sprzedawanie ciastek po zajęciach, wszystkie te rzeczy to niezupełnie dla mnie. Nie żebym nie miała na nie ochoty, czy żebym uważała, że są nieważne. Tylko że...

Amanda się zawahała. Jej palce zlepiły dwie kulki, czerwoną i białą, żeby uformować inną, różową, prążkowaną, ze szkarłatnymi żyłkami. Clotilde patrzyła na nią z uwagą, nie przerywając.

– Tylko że, jeśli mam być szczera, to przedszkole i szkoła zawsze były dla mnie pańszczyzną i odkąd skończyłam trzy lata, dźwigałam je jak jarzmo. Ale wie pani, chyba nie ja jedna, co? Więcej jest nieuków niż orłów. W Vivéco, siedząc na kasie, gadam ze wszystkimi, od sześciu lat, wszyscy to pani powiedzą. Nie jestem specjalnie nieśmiała. Ale tutaj jakbym się znowu robiła nieśmiała. Mówię sobie, że jest mnóstwo innych ludzi, bardziej inteligentnych niż ja, oni mogą zabierać głos, bo oni wiedzą, mają swoje zdanie, dla nich wszystkich szkoła była nagrodą.

Miękkie różowe kulki przelatywały z jednej ręki do drugiej. Uprzedzono mnie, pomyślała Clotilde. Niektórzy rodzice, kiedy tylko wkraczają na przedszkolne czy szkolne podwórko, stają się nieufni, wrogo nastawieni, nawet agresywni; ale to tylko strach. Strach, który sięga dzieciństwa.

– Proszę mi opowiedzieć o Malonie, pani Moulin.

– Już, już mówię. Ale mówiłam pani najpierw o sobie, bo to ważne, żeby pani zrozumiała. A więc siedzimy tu dlatego, że Malone opowiada, że nie jesteśmy jego prawdziwymi rodzicami, a psycholog bierze to poważnie? Ale jak, proszę pani, można to brać poważnie? Żyjemy z Malone’em od chwili jego narodzin. Przynieśliśmy pani wszystkie zdjęcia, jak stawiał pierwsze kroki, jego urodziny, zabawy z sąsiadami, wakacje, spacery po lesie, nad morzem, w centrum handlowym. Najdłużej w jego życiu zostawiliśmy go na dwa dni mojej siostrze, kiedy jechaliśmy na ślub, było to rok temu, w Mans. Nie podmienili nam go przez ten czas, przecież byśmy się zorientowali!

Clotilde zmusiła się do uśmiechu. Dimitri Moulin jeździł stopą po drodze, która falowała na dywanie do zabaw.

– W końcu, wie pani – nalegała Amanda Moulin – proszę zapytać wszystkich, których znamy, sąsiadów ze skweru Maurice’a Ravela, moją rodzinę, rodzinę Dimitriego, nianię Malone’a, matki z parku des Hellandes, które chodzą tam na spacer ze swoimi maluchami. To mój dzieciak! Dobrze pani wie, przyprowadziłam go tu pani w maju, żeby go zapisać. No i w każdym razie wiedzą też w merostwie! Zgłaszaliśmy go, kiedy się urodził. Mamy wszystkie papiery.

– Oczywiście, pani Moulin, nikt w to nie wątpi.

W sali na długie sekundy zapadła cisza, taka cisza, jakiej Clotilde nie zdołała nigdy utrzymać podczas zajęć z dziećmi. Amanda rozpłaszczyła nagle różową modelinę na swej aksamitnej spódnicy.

– Chyba nam go nie zabiorą, co?

Dimitri podskoczył. Jego stopa potrąciła małą białą karetkę pogotowia. Kierowniczka zdążyła tylko wykonać lekki gest zdziwienia, Amanda już ciągnęła swoje:

– Zajmujemy się małym, jak możemy najlepiej. Kupiliśmy dom w Manéglise, kiedy byłam w ciąży. To było szaleństwo, Dimitri może to pani powiedzieć, nie mieliśmy wkładu, zadłużyliśmy się na trzydzieści lat, nawet przy nieoprocentowanej pożyczce. Ale dobrze. Przecież nie będziemy go wychowywać w czynszówce na Mont-Gaillard. A poza tym wiedziałam, że tu jest dobre przedszkole. Tak przynajmniej myślałam.

Dimitri Moulin zwrócił pełne rozdrażnienia spojrzenie w stronę żony. Ona jakby nawet tego nie zauważyła.

– Robimy tak jak możemy, proszę pani. Tak jak nam mówią, żebyśmy robili. Ogród do zabawy, posiłki z jarzynami, które mu wmuszamy, nie za dużo telewizji, raczej książki. Próbujemy, uczymy się, żeby dać mu szansę, której my nie mieliśmy. – Wyjęła z kieszeni chusteczkę. – Gdyby pani wiedziała, jak mi zależy na tym dziecku. Robimy, co możemy, przysięgam.

Clotilde podeszła i zatrzymała się kilka centymetrów od Amandy Moulin, tak jak robiła, kiedy wycierała dziecku nos albo poprawiała włosy.

– Nikt w to nie wątpi, pani Moulin – powtórzyła wychowawczyni. – Robicie jak najlepiej. Ale dlaczego wobec tego Malone opowiada te historie?

– Historie o rakietach, o zamku, o piratach, o innym życiu, które miał przed nami?

– Tak.

– Wszystkie dzieci opowiadają jakieś historie, czyż nie?

– Tak... ale rzadko które opowiadają, że ich rodzice nie są ich rodzicami.

Amanda zastanowiła się przez dłuższą chwilę. Dimitri znowu wyprostował nogi. Wydawało się teraz, że się spieszy, że chce już wyjść, i ostentacyjnie podciągnął do góry zamek kurtki. Amanda nie zwróciła na to uwagi.

– Pani uważa, że to dlatego, że źle się nim zajmujemy?

– Nie – odpowiedziała zbyt szybko Clotilde – wcale nie.

– Bo jak o tym myślę, to uważam, że dlatego. Bo Malone jest lepszy od nas. Bardziej inteligentny, znaczy. Jest nad wiek rozwinięty, psycholog powiedział nam to na pierwszym spotkaniu, dlatego się zgodziliśmy, żeby z nim rozmawiał. W głowie Malone’a jest mnóstwo rzeczy, historie, przygody, jego świat, wszystko to, co nas oboje przerasta.

– Co pani chce przez to powiedzieć?

– Może nie jesteśmy tymi rodzicami, których Malone by chciał mieć, to chcę powiedzieć. Na pewno wolałby innych rodziców, bogatszych, młodszych, lepiej wykształconych, takich, co by go zabierali w podróż samolotem, na narty, do muzeów. I może właśnie dlatego wymyśla sobie innych rodziców...

– Pani Moulin, dziecko nie rozumuje w ten sposób.

– Ja tak! Opuściłam swoich rodziców właśnie dlatego. Bo chciałam żyć inaczej niż oni, mieć w życiu co innego. Coś innego niż wieś, robota, szefowie. Wtedy tak myślałam. Myślałam nawet, że mi się udało, zanim mnie pani wezwała.

– Ja pani nie „wezwałam”, pani Moulin. A o innym życiu, o innych rodzicach marzą nastolatki, a nie trzyletnie dzieci.

– To właśnie pani mówiłam, Malone jest dzieckiem nad wiek rozwiniętym!

Dimitri Moulin wstał dokładnie w tym samym momencie. Wyprostował swoje metr osiemdziesiąt i jego sylwetka przytłoczyła nagle pokój, miniaturowe meble, malutkie zabawki i karzełkowatą kierowniczkę przedszkola.

– Myślę, że tym razem już wszystko sobie powiedzieliśmy. Dla mnie zresztą i tak za późno na nauki. No i mój dzieciak od wieków czeka sam na podwórku.

Jego żona nie miała innego wyjścia, jak wstać. Dimitri zdążył jednak zmierzyć wzrokiem wychowawczynię od stóp do głów. Po drugiej stronie podwórza Malone wychodził z toalety.

Przestało już padać.

Clotilde Bruyère otworzyła im drzwi, zawahała się, popatrzyła na zbliżającego się Malone’a, po czym rzuciła:

– Ale jeśli mogę sobie pozwolić coś państwu poradzić, jako że od kilku miesięcy przyglądam się Malone’owi i widzę, jak się rozwija, tylko proszę mnie źle nie zrozumieć, trzeba ubierać synka trochę cieplej.

– Bo ma być zimno? – zaniepokoiła się Amanda.

– Bo waszemu synowi jest zimno. Często. Prawie zawsze. Nawet w słoneczne dni.

* * *

Skoda fabia jechała szybko pustymi ulicami Manéglise. Droga do Branmaze. Ta-di bębnił palcami po kierownicy. Z tyłu za nim, w swoim foteliku Malone ściskał w ramionach Gutiego.

Mała wskazówka na 1, duża wskazówka na 4.

Spieszno mu było do domu, żeby pójść do swojego pokoju i schować się z pluszakiem w łóżku. Żeby mu wszystko opowiedział...

9

– Chce pani zrozumieć, komendantko, jak funkcjonuje pamięć dziecka, tak?

Marianne Augresse kiwnęła głową, żeby potwierdzić. Vasile Dragonman długo szukał natchnienia, zanim wypalił:

 

– Dobrze! Może to trochę potrwać, choć w gruncie rzeczy nie jest bardzo skomplikowane. Przede wszystkim trzeba zapamiętać jedną zasadę, tylko jedną, bardzo prostą zasadę. U dziecka czas przechowywania wspomnień wydłuża się wraz z wiekiem. Jeśli weźmiemy trzymiesięczne niemowlę, jego wspomnienia będą trwały około tygodnia. Jakaś zabawa, melodia, jakiś smak... Sześciomiesięczne niemowlę zachowa coś w pamięci przez trzy tygodnie, ośmiomiesięczne przez mniej więcej trzy miesiące, trzydziestosześciomiesięczne dziecko prawie sześć miesięcy...

Marianne nie wyglądała na przekonaną. Poruszyła ręką na znak zniecierpliwienia.

– Okay, co do teorii matematycznej. Ale pamięć dziecka zależy chyba od innych kryteriów, prawda? Przypuszczam, że niemowlę dłużej chyba pamięta o czymś czy o kimś, kogo widzi codziennie. Czy, przeciwnie, o jakimś nadzwyczajnym wydarzeniu, które go zachwyciło albo przeraziło najbardziej w życiu.

– Nie – wyjaśnił spokojnie psycholog. – To tak nie funkcjonuje. Pani to rozumuje tak, jakbyśmy mówili o dorosłej pamięci, zdolnej odróżnić coś ważnego od czegoś ubocznego, coś potrzebnego od zbędnego, prawdę od fałszu. Pamięć dziecka, które nie ma jeszcze trzech lat, funkcjonuje w odmienny sposób. Wszystkie wspomnienia, które nie zostaną później powtórzone, wskrzeszone, nieuchronnie się zacierają. Proszę, weźmy taki przykład. Pokazuje pani codziennie dziecku, od urodzenia do trzech lat, tę samą animację. Ogląda ją na okrągło, zna na pamięć, bohaterowie filmu są jego najbliższymi przyjaciółmi. Potem, przez cały rok już pani nie pokazuje tego i nigdy pani mu o tym nie mówi. W czwarte urodziny wyjmuje pani DVD i znowu sadza pani dziecko przed tą samą animacją. Okaże się, że nie zachowało z tego absolutnie żadnego wspomnienia!

– Naprawdę?

– Naprawdę! I to, co funkcjonuje z filmem animowanym czy jakąś historią, może bardzo dobrze funkcjonować z kimś bliskim, o którym się nie mówi, zmarły dziadek, niania, która odeszła, sąsiadka, która się wyprowadziła. Myli nas to, że bardzo rzadko się zdarza, aby przez wiele miesięcy milczano na temat ważnego wspomnienia. Malutkie dziecko będzie natomiast miało nadzwyczajną pamięć bezpośrednią, jeśli będzie ona pobudzana, będzie wiedziało, gdzie schowało rano swój smoczek, zapamięta kolor huśtawki w parku, do którego chodzi się bawić co tydzień, psa za ogrodzeniem na drodze do piekarni, zwłaszcza kiedy te czynności są powtarzane albo przypominane regularnie w rozmowie.

– Bo to rodzice budują pamięć dziecka?

– Tak, prawie w stu procentach. Zresztą nas też to dotyczy. Nazywa się to pamięć epizodyczna czy autobiograficzna. Nasza dorosła pamięć jest prawie w całości zbudowana ze wspomnień pośrednich. Zdjęcia, opowiadania, filmy. Dokładnie tak jak zasada zabawy w głuchy telefon, wspomnienia wspomnień wspomnień. Myślimy, że dokładnie pamiętamy wakacje sprzed trzydziestu lat, każdy dzień, każdy krajobraz, każdą emocję, ale są to jedynie obrazy, zawsze te same, które wyselekcjonowaliśmy i zrekonstruowaliśmy według bardzo osobistych kryteriów, tak jak kamera, która filmuje jeden tylko punkt widzenia, tylko część scenerii. Tak samo jest z naszym pierwszym upadkiem z roweru, pierwszym pocałunkiem, okrzykami radości w dniu podania wyników matury. Nasz mózg sortuje, wybiera i zatrzymuje tylko to, co go interesuje z subiektywnego punktu widzenia. Gdyby pani mogła spojrzeć wstecz, obejrzeć film dokładnie pokazujący przeszłość, zobaczyłaby pani, że prawdziwe fakty niezbyt odpowiadają pani wspomnieniom. Jaka była pogoda? Co pani robiła przedtem, co potem? Kto poza panią tam był? Nic, żadnych podobieństw, pozostały tylko przebłyski!

Marianne wypatrywała wciąż, ponad plecami psychologa, przechodzących za szybą kolegów. Wielu gliniarzy przewijało się tam z kubeczkami albo sandwiczami w ręce, bez żadnego specjalnego ożywienia. Timo Soler nie zadzwonił ponownie do profesora Larochelle.

– Chciałabym panu wierzyć, panie Dragonman – ciągnęła Marianne – chociaż to dosyć niepokojące. Ale wróćmy do dzieci. Od jakiego wieku poczynając, można mieć wspomnienia, które zachowa się przez całe życie?

– Trudno powiedzieć, właśnie z powodu tego, co przed chwilą pani wyjaśniłem. Niektóre osoby będą twierdziły, że pamiętają fakty, które przeżyły w wieku dwóch czy trzech lat, ale będą to wyłącznie wspomnienia opowiedziane im lub zrekonstruowane. Dotyczy to na przykład dzieci adoptowanych, zwłaszcza tych, które przyjechały z zagranicy: jak mogą one oddzielić swoje rzeczywiste wspomnienia, te, które im przypominano, od tych, które sobie wymyśliły? Badania Kanadyjczyków wykazały, że adoptowane dzieci, świadome tej adopcji od najmłodszych lat, myślały całkiem szczerze, że mają wspomnienia ze swojego poprzedniego życia, natomiast nie było takich absolutnie w przypadku dzieci adoptowanych, które nie wiedziały o swojej adopcji. – Psycholog zagłębił na chwilę wzrok w dziecięce rysunki leżące na biurku. – A więc podsumowując, aby spróbować precyzyjnie odpowiedzieć na pani pytanie, u większości ludzi nie istnieje prawie żadne bezpośrednie wspomnienie tego wszystkiego, co przeżyli przed ukończeniem czterech czy pięciu lat. Przez całe życie będą pamiętać ze wzruszeniem, jakby to było wczoraj, wszystko, co robili ze swoimi dziećmi w ciągu pierwszych sześćdziesięciu miesięcy ich życia, jak je zabierali do zoo, nad morze, opowiadali im różne historie, urządzali urodziny, święta, natomiast dzieci, pst... nic, ciemna plama!

Marianne popatrzyła na niego dziwnie, tak jakby wypowiedział właśnie jakąś herezję.

– Nic, ciemna plama? To im się pozwala rozwijać, prawda? Pediatrzy mówią, że wszystko się decyduje, zanim się skończy cztery lata...

Na twarzy Vasile’a Dragonmana ukazał się szeroki uśmiech; doprowadził komendantkę dokładnie tam, gdzie chciał.

– Oczywiście! Wszystko się decyduje w pierwszych latach. A nawet jeszcze przed urodzeniem, jeżeli się odwołamy do teorii psychogenealogii i do duchów międzypokoleniowych. Wartości, upodobania, osobowość... Wszystko się decyduje w pierwszych latach naszej egzystencji. Wszystko jest wyryte raz na zawsze! Ale z punktu widzenia bezpośredniej pamięci faktów... nic! Dość zaskakujący paradoks, prawda? Naszym życiem kierują wydarzenia, akty przemocy czy znaki miłości, których żadnego dowodu nie posiadamy. Czarna skrzynka, do której nigdy nie będziemy mieli wglądu.

Marianne próbowała argumentować.

– Ale wspomnienia są jednak przechowywane w tej niedostępnej czarnej skrzynce?

– Tak... W gruncie rzeczy to dość prosty mechanizm. Dopóki nie został opanowany język, myśl operuje obrazami, a więc pamięć również. Z psychoanalitycznego punktu widzenia znaczy to, że wspomnienia mogą być przechowywane tylko w podświadomości, ale nie w świadomości ani nawet w nieświadomości.

Komendantka wytrzeszczyła oczy, co miało znaczyć, że nie nadąża za nim. Psycholog cierpliwie pochylił się w jej stronę.

– Inaczej mówiąc, u małego dziecka, które jakoby wszystko zapomniało, pozostają zawsze jakieś ślady! Nazywamy to pamięcią sensoryczną albo sensomotoryczną. Tłumaczy się ją jako wspomnienie obfitujące w emocje, wrażenia, doznania, odczucia. Najbardziej klasyczny przykład to dzieciak, który zostaje obrzezany, gdy ma zaledwie trzy lata, i który aż do ukończenia dziesięciu lat strasznie się boi szpitala, jego kolorów, zapachu, odgłosów, nie rozumiejąc dlaczego, nie wiedząc nawet, czy już tam kiedyś był. W naszym języku psychologów, aby nazwać taką nieświadomą pamięć traumatyczną, mówi się o urojeniach.

Komendantka Augresse znajdowała coraz większą przyjemność w tej rozmowie, nie tylko dlatego, że w orzechowych oczach psychologa zapalały się światełka, ilekroć odwoływał się do nowej teorii.

Rozkoszowała się jak studentka, miała wrażenie, że podróżuje na nieznany kontynent, na dziewiczą wyspę ze swoimi dzikimi maluchami od zera do czterech lat, których życie trzeba ukształtować na obraz i podobieństwo ich rodziców, na ich obraz bez wad. Marzenie każdej mamy!

– No więc głupie pytanie, panie Dragonman – powiedziała. – Jakie jest odpowiednie wyjście dla wychowawcy w przypadku traumy? Pomóc dziecku zapomnieć czy, przeciwnie, werbalizować sprawy, mówić o nich, żeby gdzieś w jego mózgu nie zagnieździło się urojenie?

Odpowiedź Vasile’a była jasna i prosta.

– Wszyscy psychologowie powiedzą pani to samo, pani komendantko: zaprzeczanie traumie jest formą ochrony, która niczego nie załatwia! Żeby żyć z traumą, trzeba jej stawić czoło, werbalizować ją, akceptować. Jest to słynna rezyliencja spopularyzowana przez Borisa Cyrulnika.

Komendantce podobała się ta prowokacja.

– To trochę głupie, prawda?

– Dlaczego?

Wygrała! Vasile patrzył na nią uważnie. Zyskała przewagę.

– No... Wie pan, przypomina mi się ten film, Eternal Sunshine of the Spotless Mind, czyli Zakochany bez pamięci... Historia tego społeczeństwa, które proponuje, by wymazywać bolesne wspomnienia. To pociągające, prawda? Zamiast przeżywać utraconą miłość, lepiej od razu ją wyprzeć!

– To science fiction, pani komendantko.

Tym razem to Marianne doprowadziła psychologa tam, gdzie pragnęła.

– Tak, dla dorosłych to science fiction... Ale według tego, co mi pan właśnie opowiedział, z małym dzieckiem to absolutnie możliwe! Dla dorosłej osoby, której pamięć jest utrwalona, rozumiem, nie można wyprzeć traumy. Nie ma innego wyjścia, jak ją wyciąć tak jak guz. Ale w przypadku dziecka poniżej czterech lat jest inaczej, prawda? Skoro jego świadome wspomnienia znikną na zawsze? Chyba można się założyć, że lepiej nic nie mówić, że lepiej, przeciwnie, pozwolić wspomnieniom, by się ulotniły, zatarły się, aż wydadzą się nierzeczywiste... Nawet jeśli dzieciak zachowa mgliste wspomnienie traumy, nie odróżni go od brutalnego obrazu dostrzeżonego w książce czy na ekranie. Coś w rodzaju teorii izolowania więźniów, no wie pan. Trochę jak odpady radioaktywne, które się zakopuje.

Psycholog wydawał się rozbawiony.

– Proszę mówić dalej...

– Dobrze, niech pan sobie wyobrazi roczne czy dwuletnie dziecko, które przeżyło ludobójstwo, jak przybyłe do Francji maluchy z Kambodży czy Ruandy, których cała rodzina została zmasakrowana na ich oczach. To co będzie dla nich lepsze, panie Dragonman? Wymazać wszystko z ich mózgu, żeby zapomniały o okropnościach i dorastały jak każde przeciętne dziecko, radosne i beztroskie? Czy kazać im dźwigać ten ciężar przez całe życie?

– Całkiem szczerze, pani komendantko, ze ściśle psychoanalitycznego punktu widzenia, pani teoria odmowy jest herezją! Pamięć sensoryczna dziecka będzie w sprzeczności z tą, którą dorośli chcą mu wpakować do głowy. I nie wymaże pani urojeń...

Zrobił przerwę.

– Ale pani obraz odosobnienia więźniów jest właściwy... To jakby zakopać odpady radioaktywne. Może to tak trwać latami, a równie dobrze w każdej chwili może wybuchnąć!

Puścił porozumiewawczo oko do policjantki.

– W rzeczywistości nie ma absolutnej reguły. Wyparcie gwałtownej traumy może wywołać amnezję, również u dorosłych. Istnieją także przypadki odnalezionej pamięci, na przykład przemoc seksualna zaznana we wczesnym dzieciństwie, zanegowana, pogrzebana, która pojawia się w wieku dorosłym. Jak rozróżnić wtedy, czy to prawdziwe, czy to fałszywe wspomnienie? Urojenia nieświadomości czuwają, pani komendantko, towarzyszą nam przez całe życie, jak wierne i niewidoczne aniołki. Jest w gruncie rzeczy tylko jedna metoda, by nauczyć się żyć z nimi w harmonii.

– Jaka?

– Miłość, pani komendantko! Małe dziecko potrzebuje przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa fizycznego i uczuciowego. Stabilności. Zaufania do dorosłego, który je ochrania. Werbalizowanie, czy nie, traumy nie ma właściwie żadnego znaczenia, jeśli ten składnik nie istnieje: miłość matki, ojca, jakiejś innej wrażliwej osoby dorosłej. Tylko tego potrzebuje!

Marianne poddawała się kojącemu działaniu słów Dragonmana. Ten facet poza swoim wschodnim akcentem i oczami koloru jasnego dębu, błyszczącymi jak biurko ucznia w dniu rozpoczęcia roku szkolnego, miał wrodzony dar pedagogiczny. Poczucie rytmu, elipsy i napięcia. Jeśli wszyscy psychologowie są takimi pasjonatami jak on, nic dziwnego, że na uniwersytecie studenci szturmują wykłady z psychologii.

Zmieszana, utkwiła wzrok w dziecięcych rysunkach leżących tuż przed nią.

– Zgoda, panie Dragonman. Zgoda! Miłość matki... Ale wracając do Malone’a Moulina, jest coś, czego nie rozumiem. Twierdzi pan, że ta historia z wymianą matek w centrum handlowym Mont-Gaillard miała miejsce wiele miesięcy temu, prawie rok. Jak Malone może to pamiętać tak dokładnie, skoro pamięć dziecka w jego wieku jest ulotna? Nie mówiąc już nawet o tym, co było jeszcze dawniej, o jego rzekomym poprzednim życiu, o statkach pirackich, rakietach, ludożercach...

 

– Ponieważ od miesięcy przypomina mu się tamte czasy każdego dnia, każdego wieczoru, każdego tygodnia.

Komendantka o mało nie spadła z krzesła.

– Cholera. Kto niby? Kto mu opowiada o jego poprzednim życiu?

Dokładnie w tej chwili kiedy psycholog miał odpowiedzieć, do pokoju wszedł porucznik Pasdeloup. Posłał Marianne szeroki uśmiech, podając jej szaroniebieską kamizelkę kuloodporną z logo policji państwowej.

– Już czas, dziewczyno! Nasz drogi doktor dzwonił przed chwilą. Timo Soler chce się z nim zobaczyć możliwie jak najszybciej, są umówieni w dyskretnym miejscu w porcie, na bulwarze Osaka, dokładnie tam, gdzie doktor Larochelle zaszył go wczoraj.

Komendantka Augresse zerwała się jednym susem.

– Dziesięciu ludzi, pięć wozów, nie ma mowy, żebyśmy go nie dopadli!

Vasile Dragonman obserwował, nie rozumiejąc tej zawieruchy, która wstrząsnęła komisariatem. Kiedy Marianne już miała zatrzasnąć za sobą drzwi, nie zwracając nawet na niego uwagi, podniósł nieśmiało rękę.

– Nie chce pani odpowiedzi na swoje pytanie?

– Które?

– Kto mówi Malone’owi Moulinowi o jego poprzednim życiu.

– Powiedział to panu?

– Tak...

Marianne potupywała przy drzwiach, szarpiąc swoją kamizelkę z kevlaru.

– Okay, no to słucham!

– Jego pluszak.

– Słucham?

– Jego pluszak, Malone nazywa go Guti. Zapewnia mnie, że to Guti opowiada mu co wieczór w łóżku o jego poprzednim życiu. I... prawdę mówiąc...

Ten psycholog miał oczy usiane gwiazdami, które mogły przekonać człowieka, że na Marsie istnieje życie, i skłonić go, by wsiadł z nim do rakiety, żeby zaludnić tę planetę.

– ...i prawdę mówiąc, pani komendantko, może to się wydać dziwne... myślę, że on mówi prawdę!