Mama kłamieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Dzisiaj, plaża w Mimizan. Zsunęłam górę kostiumu, tylko dla Marca. Mojego kumpla. Uważa, że mam ładne piersi. Gruby wieprz, ten obok, najwyraźniej też.

Po prostu zabić

Wbiłam mu szpic parasola w kałdun, dokładnie w sam pępek.

Skazany: 28 razy

Uniewinniony: 3289 razy

www.po-prostu-zabic.com

Dzwonek telefonu obudził gwałtownie komendantkę Marianne Augresse. Przez krótką chwilę jej oczy wbite były w nagą i zimną skórę, jakby zamarzniętą w lodowatej trumnie, potem wyciągnęła rękę z wanny, w której drzemała od godziny, żeby schwycić aparat. Zgrabiałą dłonią potrąciła mały koszyk z zabawkami stojący na skrzyni do bielizny. Plastikowe łódki, mechaniczne delfiny i inne rybki wysypały się do wody.

– Cholera!

Jej mokre palce chwyciły telefon, zanim zdążyła je wytrzeć.

Numer nieznany.

– Cholera! – powtórzyła komendantka.

Spodziewała się, że to jeden z jej poruczników budzi ją w kąpieli, Jibé, Papy czy któryś inny dyżurny gliniarz z komisariatu w Hawrze. To oczekiwanie zajmowało od wczoraj wszystkie jej myśli, od chwili kiedy namierzono Tima Solera w dzielnicy Saint-François, koło apteki. Zostawiła czterech mężczyzn na czatach między Bassin du Commerce a Bassin du Roi. Uganiali się za Timem Solerem prawie od roku, dokładnie od dziewięciu miesięcy i dwudziestu siedmiu dni. Obława zaczęła się we wtorek 6 stycznia 2015 roku podczas skoku w Deauville, w tej samej sekundzie, w której kamery monitoringu uwieczniły twarz Tima Solera tuż przed tym, zanim zniknął na Münch Mammut 2000, unosząc ze sobą dziewięciomilimetrową kulę parabellum tkwiącą, według biegłych od balistyki, gdzieś między płucami a łopatką. Marianne znała siebie dobrze, wiedziała, że nie zmruży oka aż do rana. Będzie tylko drzemała między wanną a kanapą, kanapą a łóżkiem, spodziewając się, że w środku nocy będzie musiała wyskoczyć, łapiąc po drodze skórzaną kurtkę i zostawiając za sobą rozgrzebane łóżko, zapalone światło, pojemnik Tupperware z jedzeniem i szklankę wody Quézac przed telewizorem w stanie czuwania, ledwie zdążywszy nasypać garść chrupek Mogwaiowi, swojemu domowemu kotu, leniwej mieszance Lee-Brown z dachowcem. „Lee-chowiec” – taką nazwę wymyśliła!

– Tak, słucham?

Jej palec ślizgał się po wilgotnym szkle. Wytarła delikatnie iPhona wiszącym ręcznikiem, z nadzieją, że ów manewr nie wyłączy tego cholernego ekranu dotykowego.

– Komendantka Augresse? Tu Vasile Dragonman[3]. Nie znamy się... Jestem szkolnym psychologiem. Dzwonię w imieniu wspólnej znajomej. Angélique Fontaine. To ona dała mi numer pani komórki.

Angie... Kurczę! – pomyślała Marianne. Da jej popalić, tej małej cholerze. Jeszcze jej przyłoży. Plotkara jedna.

– Czy to sprawa służbowa, panie Dragonman? Czekam na ważny telefon, w każdej chwili może zadzwonić.

– Zapewniam panią, to nie potrwa długo.

Miał łagodny głos. Głos młodego księdza, hipnotyzera, w rodzaju wschodniego czarownika uprawiającego telepatię. Głos zachwalacza pewnego swojej reklamy. Na dodatek przyprawiony leciutkim akcentem słowiańskim.

– No, słucham – westchnęła Marianne.

– Mój telefon pewnie wyda się pani trochę zaskakujący. Jestem psychologiem dziecięcym, w północnym regionie Hawru. Od kilku tygodni zajmuję się dziwnym dzieckiem.

– To znaczy?

Wolna ręka Marianne pluskała między powierzchnią wody a obiema zanurzonymi nogami. W gruncie rzeczy nie było to nieprzyjemne zostać obudzoną w kąpieli przez mężczyznę. Nawet jeśli dzwoni nie po to, żeby ją zaprosić na kolację.

– On twierdzi, że jego matka nie jest jego matką.

Palce komendantki zatrzymały się na mokrym udzie.

– Słucham?

– Twierdzi, że jego matka nie jest jego matką! Że jego ojciec, zresztą, też nie jest jego ojcem.

– Ile ma lat ten dzieciak?

– Trzy i pół.

Marianne zagryzła wargi.

Psycholog gorliwiec! Angie chyba wpadła na całego w jego psychopedagogiczne gadanie.

– Wysławia się, jakby był o rok starszy – dorzucił. – Nie jest tak naprawdę wybitnie zdolny, ale nad wiek rozwinięty. Na podstawie testów, które...

– Ale jego rodzice są jego rodzicami? – przerwała Marianne. – Sprawdził pan z wychowawcami? Nie było tam jakiejś adopcji, umieszczenia przez sąd czy Pomoc Dzieciom?

– Tak, nie ma żadnych wątpliwości. Dziecko na pewno jest ich. Rodzice twierdzą, że mały ma zbyt wybujałą wyobraźnię. Kierowniczka przedszkola ma się z nimi jutro zobaczyć.

– No to załatwione.

Marianne od razu pożałowała tego swojego nieco szorstkiego tonu, którego użyła w odpowiedzi na łagodny głos psychologa. W wodzie płetwa grzbietowa delfina łaskotała jej udo. Już od sześciu miesięcy jej mały siostrzeniec Grégoire nie nocował u niej; w przyszłym miesiącu skończy jedenaście lat i wcale nie ma pewności, że przyjedzie któregoś dnia raczyć się pizzą przy DVD u swojej cioci. Lepiej by było wywalić te zabawki razem z filmami Pixara i pudełkami Playmobilów, wrzucić wszystko do plastikowej torby na śmieci, razem ze wszystkimi żalami, żeby się z niej wciąż nie natrząsały w każdym zakątku mieszkania.

– Nie – odparł psycholog. – Nie załatwione. Bo chociaż może się to wydawać dziwne, mam wrażenie, że ten chłopiec mówi prawdę.

No tak. Oczywiście, psycholog... Dziecko zawsze ma rację!

– A matka? – spytała komendantka.

– Jest wkurzona.

– Zadziwia mnie pan! Niech pan przejdzie do faktów. Czego pan ode mnie oczekuje?

Marianne odepchnęła kolanem zalotnego delfina. Głos tego nieznajomego peszył ją, zwłaszcza że na pewno się nie domyślał, że ona rozmawia z nim, będąc całkiem nago, z udami w powietrzu i stopami na brzegu wanny.

Psycholog zachował długie milczenie, a komendantka trochę bardziej pogrążyła się w swoich ciepłych i wilgotnych myślach. W gruncie rzeczy pomysł, że odbywa kąpiel z mężczyzną, nie skłonił jej tak bardzo do fantazjowania. Może była zbyt zakompleksiona. Za mało miejsca, żeby upchnąć swoje ciało między zimny bok wanny a mięśnie przelotnego, ale dobrze zbudowanego kochanka. Jej prawdziwe rojenie, głęboko skryte, to była kąpiel razem z niemowlakiem. Pluskać się godzinami z maleństwem takim pulchnym jak ona, w wodzie, która już ostygła, pośród plastikowych zabawek, myć się szamponem, chlapać się i drażnić wszystkich pediatrów.

– Czego oczekuję? – powtórzył Vasile Dragonman. – Nie wiem. Pomocy?

– Chciałby pan, żebym rozpoczęła śledztwo? Tak?

– Niekoniecznie. Ale żeby pani mogła przynajmniej trochę poszukać, poszperać. Angie powiedziała mi, że to na pewno leży w pani kompetencjach. Sprawdzić, co dzieciak opowiada. Mam wielogodzinne nagranie rozmów, notatki, rysunki chłopca...

Uparty delfin znowu napierał.

Im bardziej rozmowa się przedłużała, tym bardziej komendantka nabierała przekonania, że jednak najprościej będzie spotkać się z tym Vasile’em Dragonmanem. Tym bardziej że to Angie go przysłała. Angie wie, czego ona szuka. Nie faceta! Marianne olewa facetów. Skończyła dopiero trzydzieści dziewięć lat, a więc ma jeszcze przed sobą co najmniej dwadzieścia lat, żeby sypiać ze wszystkimi facetami świata. Nie, Marianne przekazała Angie wyraźną wiadomość podczas ich długich wieczornych rozmów: w najbliższych miesiącach komendantka wyrusza na safari w poszukiwaniu jednego jedynego mitycznego zwierzęcia: OJCA. A więc przysyłając jej tego typa, Angie miała może na myśli... W końcu szkolny psycholog to idealny ojciec! Fachowiec od wczesnego dzieciństwa, cytujący Freineta, Piageta i Montessori, kiedy inni faceci poprzestają na czytaniu „Eqiupe”, „Entrevue” czy „Détective”. Odsunęła od siebie obraz zbirów z Deauville i apteki w dzielnicy Saint-François. Gdyby było coś nowego z Timem Solerem, tej nocy czy jutro, zostałaby natychmiast zawiadomiona.

– Panie Dragonman, zwyczajowa procedura w sprawie zagrożenia dziecka to złożenie zawiadomienia w Ochronie Sądowej Młodzieży i w Ośrodku Pomocy Dzieciom. Ale ten przypadek, który mi pan opisuje, wydaje się trochę, powiedzmy, niecodzienny. Czy naprawdę chce pan sporządzić zgłoszenie na podstawie oświadczenia tego chłopca? Uważa pan, że jest maltretowany? Rodzice wydają się panu niebezpieczni? Jest coś, co nas upoważnia, żeby odebrać im dziecko?

– Nie. W zasadzie wygląda na to, że są to zupełnie normalni rodzice.

– Dobrze. W takim razie nie pali się. Będziemy prowadzić w tej sprawie spokojne śledztwo. Nie wpakujemy rodziców do ciupy za dzieciaka, który ma trochę za dużo wyobraźni...

Komendantkę przeszył dreszcz. Zimna woda w wannie była teraz różowawa, jakby za sprawą wlanej do niej mieszanki lawendy-eukaliptusa-fiołka, żeby kąpiel była pachnąca. Spośród pozostałości gór lodowych mydlanej piany wynurzyły się obie piersi Marianne, olbrzymie w zestawieniu z żółtym plastikowym stateczkiem, który unosił się nad jej brzuchem. Wizja końca świata, pomyślała Marianne. Dwie dziewicze wyspy zanieczyszczone przez pasażerski liniowiec, który u dzikich wybrzeży pozbył się detergentów.

Psycholog wyrwał policjantkę z tych rojeń.

– Przykro mi, że muszę pani zaprzeczyć, proszę nie wziąć mi tego za złe, pani komendantko, ale myli się pani! I dlatego tak usilnie nagabywałem Angie i pozwoliłem sobie skontaktować się z panią dziś wieczór. Właśnie że się pali, trzeba się spieszyć. Strasznie się trzeba spieszyć w przypadku tego dziecka. To absolutna konieczność. Nawet nieodwracalna.

Marianne podniosła głos:

– Nieodwracalna? Mój Boże, przecież dopiero co powiedział mi pan, że ten dzieciak nie jest w niebezpieczeństwie.

– Niech pani dobrze zrozumie. To dziecko nie ma jeszcze czterech lat. Wszystko, co dzisiaj pamięta, jutro zapomni. Albo pojutrze. Albo za miesiąc czy dwa.

 

Marianne się podniosła. Poziom wody obniżył się o dobre dwadzieścia centymetrów.

– Co pan chce przez to powiedzieć?

– Że ten chłopiec chwyta się kawałków wspomnień, żeby mnie przekonać, że jego matka nie jest jego matką. Ale za kilka dni, może za kilka tygodni, tak jak pewne jest, że chłopiec podrośnie, nauczy się nowych rzeczy, że wejdą mu do głowy nazwy zwierząt, kwiatów, liter i cała reszta nieskończonego świata, który go otacza, jego dawniejsze wspomnienia na pewno się zatrą. I ta inna matka, którą dziś pamięta, to poprzednie życie, o którym mi opowiada za każdym razem, kiedy się widzimy, po prostu nie będą dla niego istniały, okaże się, że nigdy nie istniały!

3 Dragonman, czyli Człowiek-Smok (przyp. tłum.).

4

Mała wskazówka na 9, duża wskazówka na 12

Malone długo wsłuchiwał się w ciszę, żeby nabrać pewności, że Mama-nda nie wejdzie po schodach. Jego paluszki biegały pod kołdrą, wyczuwały, jak bije serce Gutiego, głaskały go, pieściły; był trochę ciepły. Kiedy Malone już się całkiem obudził, schował się pod kołdrę za swoim pluszakiem. Nastawił uszu. To był dzień księżyca. To był dzień historii Gutiego i orzeszków. Nie pamiętał, ile razy jej słuchał.

Dni księżycowych było dużo, tyle że nie pamiętał ile. Że nie pamiętał dni księżyca przedtem.

Malone położył ucho na Gutim, tak jakby był on malutkim bardzo, bardzo miękkim podgłówkiem.

* * *

Guti miał dopiero trzy lata, co było już dużo w jego rodzinie, bo matka miała dopiero osiem, a dziadek, który był bardzo stary, miał piętnaście.

Mieszkali w najgrubszym drzewie na plaży, jego korzenie tworzyły kształt olbrzymiego pająka, na trzecim piętrze, pierwsza gałąź po lewej, między rybitwą, która prawie cały czas była w podróży, a starą kulawą sową na emeryturze, która kiedyś służyła na statkach pirackich.

Mama mówiła, że Guti jest bardzo podobny do swojego dziadka. Że jest marzycielem tak jak on. To prawda, jego dziadek dużo czasu spędzał, oddając się marzeniom, ale to dlatego, że tracił pamięć. Znajdowano go często śpiącego na innej gałęzi, z potarganymi białymi wąsami, albo gdy zakopywał szary kamyk zamiast żołędzia. Guti natomiast lubił przesiadywać nad morzem i wyobrażać sobie, że wchodzi na statek, ukrywa się w ładowni, wyjada po kryjomu zboże lub owies z worka, aż dotrze na nową wyspę. Że zostaje na niej i zakłada nową rodzinę. Często o tym wszystkim myślał, a zapominał o całej reszcie.

Miał jednak pracę do wykonania. Tak, miał jedną pracę, zawsze tę samą, ale bardzo ważną pracę: zbieranie orzechów laskowych w lesie i zakopywanie ich koło domu. Bo cała jego rodzina zamieszkała tu właśnie z powodu lasu. Orzechy laskowe, włoskie, żołędzie, szyszki to były prawdziwe skarby, które spadały jesienią z nieba pomarańczowych liści i które należało schować starannie przed zimą, żeby można je było jeść przez resztę roku. Mama nie miała czasu się tym zajmować, ponieważ zajmowała się jego braciszkiem Mulo i siostrzyczką Musą.

Każdego dnia zatem Guti zbierał i zakopywał owoce, potem patrzył na morze i marzył. A każdego wieczoru w drodze powrotnej do ich wielkiego drzewa uświadamiał sobie, że nie pamięta, w którym miejscu zakopał owoce.

Pod wielkim kamieniem? Między korzeniami jakiegoś drzewa? Koło jakiejś muszli?

Nie mógł sobie przypomnieć!

Ale biedny Guti nigdy nie ośmielił się powiedzieć o tym matce.

Dni mijały, jedne podobne do drugich, a Guti z każdym dniem był coraz bardziej zawstydzony i coraz mniej miał śmiałości, by wyznać matce, że jest zbyt roztrzepany, by wykonywać tak precyzyjną i skrupulatną pracę.

Pewnego ranka nadeszła zima.

Cała rodzina Gutiego opuściła gałąź, żeby się schronić pod pająkiem z korzeni. Była to czysta i głęboka nora, którą dziadek Gutiego wykopał dawno temu, ale wraz z powiększaniem się rodziny nie było już tam miejsca na przechowywanie jedzenia.

Spali przez sześć miesięcy, ale to było tak, jakby to trwało sekundę.

Kiedy się obudzili i wyszli na powierzchnię, wydało im się, że wyszli nie na tę stronę ziemi.

Nie było tu ich wielkiego drzewa!

Ani rybitwy, ani sowy. Gorzej, nie było ani jednej leszczyny, ani jednego orzecha włoskiego, ani jednego dębu, ani jednej sosny. Nie było lasu.

Wszystko powyrywała w zimie nawałnica.

Mama potrafiła się zorganizować we wszelkich okolicznościach. Najważniejsze to mieć co jeść, powiedziała spokojnym głosem i poleciła Gutiemu, żeby poszedł wykopać z piasku zapasy.

Guti się wtedy rozpłakał.

Plaża była ogromna. To tak jakby szukać jednej igły w sosnowym lesie, wszyscy poumieraliby z głodu, zanim by znaleźli najmniejszy orzeszek... a drzewa rosnące koło tej plaży już nigdy nie dadzą owoców, wszystkie leżały na piasku z połamanymi gałęziami i do góry korzeniami.

Mama nie zbeształa Gutiego. Powiedziała tylko: „Musimy ruszyć w drogę, moje dzieci. Trzeba znaleźć inne miejsce, gdzie będzie co jeść”, i poleciła Gutiemu, żeby wziął na plecy Musę, jeszcze bardzo malutką, a sama niosła dziadka, bo wyglądał, jakby się postarzał jeszcze o dwa lata w ciągu tej sekundy, którą trwała ich zimowa sjesta.

Ruszyli w świat.

Przemierzyli równiny i rzeki, góry i pustynie. Wszędzie coś skubali i chrupali, w piwnicach i na strychach, wysoko na dziwnych drzewach, których nigdy przedtem nie widzieli, i w głębokich norach bez dna, które zdawały się wyżłobione pod oceanami. Byli przepędzani miotłą, na ich widok wyły dzieci w szkołach i starsze panie w kościołach, podróżowali ciężarówkami i statkami, a raz nawet samolotem.

I wreszcie pewnego dnia, po wielu miesiącach czy może latach, w dniu, w którym byli jeszcze bardziej wygłodniali niż w inne dni, dziadek z białymi wąsami, który od początku ich podróży nie odezwał się prawie słowem, powiedział im: „Czas już wracać do domu”.

Mama chyba uznała to za niemądre, ale ponieważ dziadek nigdy nic nie mówił, to kiedy coś powiedział, trzeba było go słuchać.

Wrócili do domu. Było im smutno, bo przypomnieli sobie drzewa z ich lasu leżące na piasku, ogromną plażę bez jednego listka, za którym można by się schować, puste muszle i martwe gałęzie. Pustynia gorsza od tych, które przemierzali!

Najpierw pomyśleli, że pomylili plaże.

Jedynie dziadek się uśmiechał, a jego białe wąsy tańczyły. Kazał całej rodzinie usiąść na górce piasku i opowiedział: „Dawno temu, kiedy byłem mały i roztrzepany, miałem tyle lat co Guti i marzyłem, żeby podróżować po świecie. Byliśmy biedni i wychudzeni, na plaży prawie w ogóle nie było drzew, żadnego lasu, nie mieliśmy prawie nic do jedzenia, a co więcej, za każdym razem zapominałem, w którym miejscu ukryłem te nieliczne orzechy laskowe, które zakopywałem w ziemi. I któregoś dnia z zapomnianego orzeszka, jednego jedynego orzeszka, wyrosło drzewo, a na jego gałęziach wyrosło sto orzechów. Potem drugie drzewo. Potem jeszcze jedno. Cały las. Ten, w którym się urodziliście...

W domu.

Ale nie ma życia bez burzy i zaczynania wszystkiego od nowa”.

Wstali i poszli po piasku.

Na pustej plaży, w miejscu setek orzechów laskowych, włoskich i żołędzi, zakopanych, a potem zapomnianych przez Gutiego, wyrósł las, największy, najgęstszy, najbardziej zielony ze wszystkich lasów, jakie kiedykolwiek widziano nad morzem. Mama Gutiego uścisnęła go mocno w ramionach, Mulo i Musa biegały między pniami i klaskały swoimi małymi łapkami pod spokojnym spojrzeniem rybitwy i sowy, które już dawno tu wróciły.

Dziadek Gutiego powiedział wtedy, że jest bardzo zmęczony, że wkrótce zaśnie na sekundę, ale ta sekunda potrwa dłużej niż zima; przedtem jednak ma jeszcze coś do powiedzenia Gutiemu.

Wziął go na stronę, poszli, aż prawie całe łapy mieli w wodzie, a na wąsach pianę, i powiedział mu łagodnie: „Widzisz, Guti, prawdziwe skarby to nie są te, których szukamy przez całe życie, od zawsze są ukryte koło nas. Jeśli któregoś dnia je zasadzimy, jeśli będziemy je uprawiać i podlewać co wieczór, nawet zapominając dlaczego, któregoś pięknego poranka zakwitną w końcu, kiedy już się tego nie będziemy spodziewać”.

* * *

Malone dał powoli Gutiemu zasnąć. Jego pluszak musiał się dobrze wyspać. Jutro Mama-nda i Ta-di przychodzą do przedszkola porozmawiać z wychowawczynią. Trochę się bał, co powiedzą.

On też powinien spać, ale nie bardzo mu się chciało. Wiedział, że powrócą same koszmary. Słyszał już, jak pada ten lodowaty deszcz, zimny, błyszczący, zacinający. Nie chciał nawet zamknąć oczu.

Nie dlatego, żeby bał się ciemności!

Kiedy Malone zamykał oczy, pod powiekami, w głowie widział tylko jeden kolor, tak jakby pomalowano wszystko jednym pociągnięciem pędzla.

Jeden kolor.

Jeden jedyny.

Czerwony.

Wszędzie.

WTOREK Dzień wojny

5

Vasile Dragonman siedział grzecznie w holu z teczką na kolanach. Koło niego pospiesznie przechodzili gliniarze. Gdyby nie policyjne mundury i podniszczona skórzana kurtka psychologa, można by pomyśleć, że to wizytator medyczny czekający cierpliwie na korytarzu szpitalnym, a przed nim przepracowani pielęgniarze.

Pojawiła się komendantka Augresse. Szła wolniej niż inni, środkiem korytarza, co zmuszało strumień gliniarzy przy wymijaniu jej do przemykania pod ścianą. Zagadnęła policjanta, który szedł jej naprzeciw.

– Papy, dzwoniłeś jeszcze do doktora?

Porucznik Pierrick Pasdeloup zwolnił krok. Wszyscy gliniarze z Hawru przezywali go Papy[4], nie tylko dlatego że był najstarszy w komisariacie, zostało mu kilka miesięcy do emerytury, ale przede wszystkim dlatego że ledwo przekroczywszy pięćdziesiątkę, miał już sześcioro wnuków w różnych zakątkach Francji. Ogolona głowa i cienka szpakowata bródka, łagodne spojrzenie wiernego psa, szczupła sylwetka namiętnego joggera – w jego brygadzie starsi określali go jako jeszcze młodego, a inni jako już starego.

– Całe przedpołudnie ma wizyty – odpowiedział porucznik. – Skontaktuje się z nami, jak tylko będzie miał przerwę.

– A potwierdza? To na pewno Tima Solera wczoraj zszywał?

– Tak. W stu procentach wiarygodny. Timo Soler przyszedł do niego kilka minut po tym, jak go zauważyliśmy koło apteki w dzielnicy Saint-François. Profesor Larochelle zaszył naszego bandziora w porcie na bulwarze Osaka w ukryciu między czterema ścianami kontenerów.

– I zaraz potem ten dzielny lekarz przyszedł się zwierzyć policji? Nie zważając na tajemnicę zawodową...

– Nie – potwierdził Papy z uśmiechem. – Nic jeszcze nie widziałaś.

Marianne Augresse odsunęła od siebie obraz rannego bandyty i odwróciła się do Vasile’a.

– Porozmawiamy, panie Dragonman? Ja też przyjmę pana między dwiema wizytami. I nie mogę obiecać, że jakaś nagła sprawa mi nie przeszkodzi.

Spokój psychologa kontrastował z panującym tu ogólnym poruszeniem. Usiadł powoli, nie gniotąc skórzanej kurtki, otworzył teczkę, wyjął zeszyt i rozłożył przed sobą dziecięce rysunki. Natomiast jego jasnobrązowe oczy, koloru prawie lakierowanego drewna, gliny czy złotych croissantów, wydawały się skanować dokumenty z szybkością lasera. Jego słowiański akcent był wyraźniejszy niż w telefonie.

– To są rysunki Malone’a. Mam cały zeszyt notatek i komentarzy. Zacząłem je przepisywać na komputerze, jeśli pani chce, ale...

Marianne Augresse podniosła rękę, jakby po to, żeby nakazać Vasile’owi przyjęcie odpowiedniej pozy i móc przez jakiś czas go obserwować. Ten psycholog jest pełen wdzięku! Chyba trochę od niej młodszy. Uwielbiała tych nieśmiałych mężczyzn, powściągliwych, ale najwyraźniej zżeranych wewnętrzną namiętnością. Słowiański wdzięk, tak przynajmniej wyobrażała sobie mężczyzn ze wschodu, tych tragicznych bohaterów z powieści Tołstoja i sztuk Czechowa.

– Przepraszam, panie Dragonman, mógłby pan zacząć od początku? Kto? Gdzie?

– Tak, tak, przepraszam. Ten dzieciak nazywa się Malone. Malone Moulin. Jest w przedszkolu w grupie maluchów. W Manéglise, nie wiem, czy zna pani...

Komendantka Augresse dała mu znak, żeby mówił dalej, rzucając okiem w stronę planu estuarium wiszącego na ścianie na wprost. Manéglise położone jest w samym środku pól, dziesięć kilometrów od Hawru. Mała miejscowość, niecałe tysiąc mieszkańców.

 

– To pielęgniarka przedszkolna mnie zaalarmowała. Według niej mały mówił coś bez sensu. Spotkałem się z nim po raz pierwszy trzy tygodnie temu.

– No i opowiada panu, że jego rodzice nie są jego rodzicami!

– Dokładnie. Twierdzi, że pamięta inne życie, wcześniej...

– A rodzice zaprzeczają...

– Tak. – Spojrzał na zegarek. – Zresztą dokładnie w tej chwili mają spotkanie się z kierowniczką przedszkola w Manéglise.

– Bez pana?

– Woleli, żebym nie był obecny.

– Rodzice czy kierowniczka?

– I ona, i oni po trosze...

– Zanudza ich pan swoją bajką, tak?

Psycholog spojrzał błagalnie z przepraszającym uśmiechem. Pies, który się zgubił na ulicy, żebrzący o kawałek sandwicza.

– Trudno im się dziwić, co? – szepnęła komendantka. – Doprawdy, panie Dragonman, gdyby nie to, że przysyła pana Angélique...

W jego oczach zawirował złoty blask, przesunął wzrok z rysunków dziecka ku twarzy komendantki.

– Niech pani pozwoli mi przynajmniej wyjaśnić. Te rysunki, kilka słów. To nie potrwa długo...

Marianne Augresse się zawahała. Psycholog jest naprawdę czarujący z tym swoim numerem faceta, który przeprasza, bełkocze coś, waha się, ale nie ustępuje ani trochę. Będzie musiała zapytać tej małej spryciary Angie, skąd go wytrzasnęła.

– Okay, panie Dragonman, ma pan piętnaście minut.

W tym momencie otworzyły się drzwi. Papy wkroczył niewzywany, czar prysł.

– Mamy doktora na linii!

– O, Boże! Przełącz go na mój wewnętrzny!

– Zrobię jeszcze lepiej – dodał porucznik Pasdeloup. – Rzucę ci jego twarz na ścianę, trzy metry na trzy. Masz do czynienia z profesorem Larochelle, Marianne, znakomitością ze szpitala Monoda. Jego gabinet jest wyposażony w ostatni krzyk mody w materii wideokonferencji.

Komendantka poprosiła Vasile’a Dragonmana, żeby wyszedł z jej biura, i przeprosiła go na kilka minut.

– Sprawa z Deauville, ze stycznia, chyba coś pan słyszał?...

Psycholog kiwnął głową, bardziej rozbawiony niż obrażony, i wyszedł posłusznie na korytarz, podczas gdy drugi porucznik wchodził, pchając wózek wyposażony w kamerę i mikrofon.

– Odkurzymy ten przeklęty przyrząd – powiedział gliniarz, ustawiając kamerę naprzeciw białej ściany.

Przykucnął w połowie wysokości wózka. Ubrany był w biały obcisły T-shirt i obcisłe dżinsy. Trzydziestka. Gęba aniołka, bary kulturysty, tenisówki, cały na luzie.

Porucznik Jean-Baptiste Lechevalier. Żonaty. Dwoje dzieci. Oddany mąż. Spełniony ojciec. Chodzące marzenie.

– Rusz się, Jibé!

Marianne zrzędziła pro forma. Jej spojrzenie zatrzymało się krótką chwilę na pochylonych plecach porucznika, po czym zeszło niżej na te kilka centymetrów kwadratowych odsłoniętych pośladków.

Bokserki Calvina Kleina. Mały kształtny tyłek. Już zajęty. Nie dotykać...

– No to zaczynamy projekcję – powiedział Jibé, podnosząc się falistym kocim ruchem bioder.

Porucznicy Pasdeloup i Lachevalier wzięli sobie krzesła. Marianne usiadła za biurkiem. Sekundę później Jibé włączył zdalne sterowanie i biała ściana komisariatu przemieniła się we wspaniałą dekorację w stylu high-tech. Wszystko wydawało się tu kwadratowe lub prostokątne, od lakierowanego drewnianego biurka do skórzanych szarych designerskich foteli, od drewnianych egzotycznych mebli do ekranu plazmowego powieszonego na ścianie aż po wielką szybę, przez którą wszystko tonęło w studni światła.

Chirurg pojawił się w następnej sekundzie, podzwaniając kostkami lodu w szklance, którą trzymał. Biały fartuch, wciągnięty w pośpiechu na trzyczęściowy garnitur, wydawał się specjalnie dobrany do jego mięsożernego uśmiechu.

– Komisarz Augresse? Przepraszam, mam tylko kilka sekund. Muszę iść do kobiety, ona leży i czeka niecierpliwie na mój organ!

Odczekał dwie czy trzy sekundy, zanim zaczął mówić dalej, tak jakby system wizji był wyposażony w nagrane wcześniej śmiechy, które miałyby wypunktowywać każdy dowcip doktora. Wydawało się, że jego nieskazitelnie białe zęby na ogromnym ekranie składają hołd pracy kolegów ortodontów.

– Muszę jej przeszczepić wątrobę! No to szybko. Chciała pani ze mną rozmawiać?

– Opatrywał pan wczoraj Tima Solera?

Chirurg podniósł szklankę do ust. Coś koloru miedzi. Whisky? Red Bull? W kącie jego gabinetu kluby golfowe dominowały nad Hugo Bossem. Każdy szczegół wyposażenia wydawał się wyreżyserowany, jakby wyjęty z filmu, w którym ktoś przeputał cały majątek na wystrój z malarstwem iluzjonistycznym.

– Waszego rabusia, o niego chodzi? Powiedziałem już wszystko inspektorom. Wasz uciekinier zadzwonił do mnie wczoraj późnym popołudniem. Pilna sprawa. Umówił się ze mną na quai de l’Asie. Znaleźliśmy się na bulwarze Osaka, ukryci przed niedyskretnymi świadkami. Czekał na mnie w białej toyocie yaris. Oczywiście zanotowałem numer. Cierpiał od paskudnej rany między żyłą podobojczykową a lewym górnym płatem płuc, powstałej od dziewięciomilimetrowej kuli, wyjętej kilka miesięcy temu w sposób niestaranny i potem już nieleczonej. Według tego, co mi facet powiedział, rana otworzyła się w ostatnich dniach w wyniku niefortunnego upadku. Cierpiał okropnie, zrobiłem, co mogłem.

Komendantka się zdziwiła.

– Udało się panu zoperować go tak po prostu w samochodzie?

– Oczywiście że nie! Kiedy mówię, że zrobiłem, co mogłem, to znaczy: zrobiłem, co mogłem, żeby wam pomóc.

– Nam pomóc?

Jibé wydawał się urzeczony salonem chirurga. Za oknem gabinetu znajdował się prawdopodobnie basen, chyba że było to po prostu morze widziane w oddali. Gabinet mieścił się na wzgórzach dzielnicy Sainte-Adresse, eleganckiej enklawy Hawru. Chirurg się zdenerwował.

– Tak. Pomóc wymiarowi sprawiedliwości! Powiadomić was o obecności tego faceta, którego poszukujecie od miesięcy, to minimum tego, co powinien zrobić uczciwy obywatel, prawda?

– Oczywiście, profesorze! Co jeszcze pan zrobił, żeby nam pomóc?

– Wstrzyknąłem mu podwójną dawkę nalbufiny, środka uśmierzającego ból dwa razy silniejszego niż morfina. Od razu go to uspokoiło i będzie działało jeszcze dobre dziesięć godzin. Następnie zbadałem trochę jego ranę, pogrzebałem w niej, zaszyłem. Na zewnątrz może to nawet wyglądać jak dzieło wybitnego krawca.

Nowa reklama ku chwale chirurgów dentystów. Profesor podszedł do kamery wideokonferencyjnej, jakby się szykował, by szepnąć jakąś tajemnicę.

– Ale wewnątrz, pani komisarz, przyznaję, że narobiłem niezłego bigosu. Dotknąłem nożem chirurgicznym to tu, to tam. Kiedy ból się odezwie, będzie nie do zniesienia dla Tima Solera. Nie będzie miał innego wyjścia, jak zadzwonić do mnie... tylko że tym razem będziecie tam ze swoją kawalerią.

Marianne ostentacyjnie przełknęła ślinę, zanim odpowiedziała.

– Rzeczywiście, będziemy tam.

Larochelle opróżnił szklankę.

– No to doskonale. Żegnam panią, bo muszę pędzić do tej ładnej dziewczyny, która leży i czeka na mnie... i jeśli wszystko dobrze pójdzie, to się doczeka obiecanej wątroby.

Po ostatnim wybuchu śmiechu, który zagubił się w ciszy, luksusowy wystrój zniknął w jednej chwili, tak jakby nigdy nie istniał. Trzej gliniarze wpatrywali się jeszcze przez chwilę w białą ścianę.

– Jaki święty człowiek – rzucił w końcu Papy.

– Co by zrobiły siły porządkowe bez zaangażowania obywatelskiego takich obywateli? – dodał Jibé.

– Okay – powiedziała Marianne. – Nie odmówimy sobie jednak zapuszkowania Tima Solera, jeśli się znowu pojawi, żeby dać się pozszywać.

Komendantka odwróciła się w stronę Jibégo.

– Spielberg, poskładaj swój sprzęt.

Potem do Papy’ego:

– Będziesz cały czas w kontakcie z doktorem Hausem.

Na koniec schwyciła jeden z dziewięciu rysunków leżących na biurku. Cztery pionowe kreski, niezbyt proste, czarne, i piąta po przekątnej, kręta, niebieska dla odmiany.

Gryzmoły.

– I wreszcie – ciągnęła Marianne – zostawicie mnie na piętnaście minut z psychologiem, który wyjaśni mi instrukcję obsługi pamięci trzyletniego dziecka.

4 Pasdeloup (czyt. Padelu) to Wilczy Krok albo Krok Wilka, Papy (czyt. Papi) to Dziadzio (przyp. tłum.).