Era Zero. Ego

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Michalina Olszańska-Rozbicka

Era Zero. Ego Ostatnie Starcie


ISBN 978-83-8203-041-9


Copyright © Michalina Olszańska-Rozbicka 2020

Prawa autorskie © Michalina Olszańska-Rozbicka 2020

Wszystkie prawa zastrzeżone Redakcja i redaktor prowadzący Łukasz Radecki Ilustracja na okładce Sergiej Nachajew Projekt graficzny okładki i stron tytułowych Joanna Wasilewska Opracowanie techniczne Jarosław Szumski Wydanie 1 Wydawnictwo Nowa Baśń ul. Święty Marcin 77 lok. 8, 61-717 Poznań telefon 881 000 125 www.nowabasn.com Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonała Jarosław Szumski.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Cześć, jestem Spika. Kiedyś nazywałam się inaczej, ale to już pewnie nigdy nie będzie miało znaczenia. Postanowiłam opowiedzieć wam historię mojego życia przede wszystkim dlatego, że tu, gdzie teraz jestem, spisywanie czegokolwiek jest kategorycznie zakazane. Rozumiecie więc, że nie mogłam się powstrzymać.

Wstęp dedykuję tym, którzy przeczytają tę książkę na długo przed tym, nim zostanie napisana. Albo też — mimo że nigdy nie zostanie napisana… Nie mam pewności. Tak, tak, dobrze zrozumieliście. I nie przejmujcie się, niebawem wszystko zacznie się wyjaśniać. Mnie też trochę zajęło, zanim przyzwyczaiłam się do nowych zasad.

A teraz trochę suchych faktów. Jest rok nie wiadomo który, bo czas działa teraz inaczej i stare pomiary przestały być adekwatne. Ale jeśli bym się miała uprzeć, to podejrzewam, że od kiedy przyszłam na świat w mojej cudownie drobnomieszczańskiej rodzinie, minęło dobrych kilka tysięcy lat. Plus minus. To znaczy plus minus dobrych… Ale od początku.

Kojarzycie te utopijne brednie hippisów o Erze Wodnika? O tym, jak to zostaniemy uwolnieni, na powrót połączymy się z przyrodą i generalnie wszyscy będą wielbić kwiaty i ćpać powietrze? No. Więc to się wydarzyło. Nie znam szczegółów, bo to wiedza zakazana, ale z tego, do czego zdołałam się dogrzebać, wynika, że pod koniec Ery Ryb coś zaczęło się dziać z ludzkim DNA. Aktywowało się czy przeprogramowało, w każdym razie dostało jakiegoś niezłego kopa i nagle wszystko, co wiedzieliśmy o uniwersum, poszło do śmieci. Wyobraźcie sobie, że mokry sen fizyków kwantowych spotyka się z mokrym snem świrów od New Age. W skrócie — jednego dnia byliśmy pasożytniczą cywilizacją, cwałującą ku autodestrukcji i w ogóle destrukcji wszystkiego naokoło. Zagrzybioną przez ego, ślepą i głuchą. A nazajutrz rozmawialiśmy z wodą, zachwycaliśmy się istnieniem i przede wszystkim poczuliśmy tę legendarną jedność, o której gderali wielcy prorocy wszystkich religii. Dla szczęśliwców, którzy byli świadkami zmiany, wyglądało to, jakby dotąd każdy człowiek zamknięty był w szklanym sześcianie i dusząc się we własnych gazach, obserwował nieufnie świat zewnętrzny, w jego mniemaniu w ogóle go niedotyczący. I nagle te sześciany się rozpadły, a człowiek stał się integralną częścią kosmosu.

O! Albo jakby miliardy pojedynczych kropel wpadły do oceanu i poczuły potęgę grupy. Nastał czas spokoju, czas zrozumienia. Każdy był każdym i wszyscy byli jednym, i John Lennon oszalałby ze szczęścia. Fajnie, nie? No to teraz najlepsze.

Era Wodnika, ta wymarzona, wymodlona przez filozofów era, która miała być końcem wielkiego testu, jakiemu wszechświat poddał człowieka — nie pociągnęła zbyt długo. Tadaaam! Okazało się, że parę nowych skillów, jak telepatia i przyjaźń z żywiołami, oraz kilka cudownie przypomnianych funfactów z początków świata nie wystarcza, by zmienić naturę ludzką. Ha, ha, serio? To znaczy może łatwo mi się wymądrzać z perspektywy czasu, ale czy kiedykolwiek było inaczej? Przecież każdą rzuconą nam piękną ideę braliśmy i zamienialiśmy w potwora Frankensteina. Każdą!

Ale wracając do naszej historii. Podczas gdy świeżo uwolnieni ludzie hasali sobie po chmurkach, spijali światło z porannej rosy i kochali dżdżownice, z resztek cienia wyłonili się ci, którzy albo nie zdążyli wyewoluować, albo też wyewoluowali bardziej.

Kiedy jeszcze żyłam sobie w moim ciemnym, smutnym, wspaniale przewidywalnym XXI wieku, byłam zdania, że lewactwo nie ma żadnych szans. Głównie dlatego że lewactwo nie chce wojny. Ono chce kochać i rozumieć. W momencie, gdy postanawia się bronić i odpiera atak, z automatu przestaje być lewactwem. Zaś jeśli odmawia przemocy, to albo zostaje wyrżnięte, albo zaprzęgnięte do pługa. Cóż… Nie to, że się chwalę, ale miałam rację. Mniej więcej coś takiego stało się z Erą Wodnika.

Wspomniałam o tych, co wyszli z cienia. Na razie nazwijmy ich roboczo Cieniami. To, co ich różniło od podobnych im cwaniaków z dobrze nam znanej historii, to fakt, że nie próbowali wprowadzić reżimu. W klasycznym rozumieniu tego słowa. Wiedzieli doskonale, że sprawy zaszły za daleko. Że człowiek Ery Wodnika nie da się nabrać na wojsko, zastraszanie czy jakikolwiek inny ucisk. Nie mogli się też zasłonić religią, bo świat, z jakim przyszło im się zmierzyć, był spełnieniem obietnic każdego systemu wiary. Pojawiło się więc pytanie, jak objąć władzę w raju. Jak przekonać ludzi w pełni szczęśliwych, że nie są szczęśliwi? Jak zastraszyć kogoś, kto się niczego nie boi? Co obiecać komuś, kto ma wszystko?

Nasze Cienie kminiły, kminiły, aż zrozumiały, że muszą się do tego zabrać od dupy strony. Wykorzystać jedyną lukę, jedyny słaby punkt tego wszystkiego. Wyszło im perfekcyjnie, szacun dla nich. Załatwili Wodnika jego własną bronią i zaczęli głosić, że ewolucja DNA nie potraktowała wszystkich równo. Że niektórzy widzą więcej kolorów, mają lepszy kontakt z którymś z żywiołów, mogą żyć w kilku ciałach naraz albo zmieniać kształt — a innym to wychodzi gorzej. Ergo, ci inni są bardzo, bardzo biedni i czują się gorsi.

To jest oczywiście kompletna bzdura. Bo po pierwsze, jak można być lepszym lub gorszym, kiedy jest się jednym wielkim idealnym organizmem. A po drugie, ta mityczna równość Ery Wodnika polegała właśnie na tym, że nie było dwóch takich samych istnień. Tak jak nie ma dwóch identycznych kropli wody — wbrew przysłowiu — a mimo wszystko razem tworzą ocean. Ta różnorodność była jedyną prawdziwą równością w dziejach wszechświata, dlatego to ją właśnie Cienie musiały ukatrupić. Strach był chwastem, który nie miał prawa istnieć w tym świecie, a jednak okazało się, że Cienie potrafiły wyłuskać jedno ostatnie ziarenko. Każdy, kto próbował powiedzieć to, co ja przed chwilą, był od razu uciszany. Zarzucali mu, że chce, by inni byli gorsi i takie różne pierdoły. Cienie wykorzystywały fakt, że część społeczeństwa pamiętała jeszcze czasy sprzed zmiany i umiejętnie podsycały strach przed powrotem. To było o tyle proste, że empatia stanowiła jedną z najważniejszych cech ludzi Wodnika. Odczuwanie emocji innych jako własnych, nieskończona miłość i troska o każde najmniejsze istnienie.

Najśmieszniejsze jest to, że owa „grupa pokrzywdzonych” nigdy nie istniała. Została wymyślona przez Cienie jako medialne zjawisko-widmo, dzięki czemu każdy myślał o sobie jak o niesłusznie uprzywilejowanym. A tamci biedni, kimkolwiek są, tak bardzo muszą cierpieć…

Cienie zaproponowały rozwiązanie idealne. A jakże. Stworzyły system reguł, dzięki którym każdy miał cieszyć się nowym światem w równym stopniu. Żeby odsunąć od siebie resztki podejrzeń i tak łatwowiernego społeczeństwa, ogłosili, że sami zrzekają się wszystkiego, co przyniosła ewolucja, i będą żyli tak jak ludzie sprzed zmiany. Żeby być niby bardziej wyczulonym na wszystko, co złe. Zamknęli się w ogromnym szklanym budynku — o ironio — i sterują wszystkim zdalnie. Aha, no i żeby postawić wielką kropę nad „i”, nazwali siebie litościwie „Opiekunami”. Klasyk taki, że ja nie mogę! O historio, nie uczysz się na błędach. Po raz kolejny dałaś się oszukać. Po raz kolejny najwięksi wrogowie idei mianowali się jej obrońcami i spijają miodek produkowany przez zdezorientowane pszczółki. A pszczółki się dziwią, gdzie jest miodek…

No dobrze. To to by było takie brutalne streszczenie. Smaczki będą wychodzić po drodze, bo zmiany, o których wspomniałam, to zaledwie promil tego, co Wodnik zrobił ze znanym nam światem.

Ale wspomniałam, że tamta era trwała krótko, więc jeszcze szybko wytłumaczę. Wśród tych wszystkich zmian coś się stało z czasem. Napomknęłam o tym. Trudno opisać co, ale minuta może trwać rok, a wiek bywa nie dłuższy od sekundy. W ciągu dnia może dwukrotnie nadejść i minąć każda pora roku, a co niektórzy są w stanie żyć jednocześnie w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. To jest, rzecz jasna, zabronione. Oczywiście prawda jest taka, że jeżeli czas kiedykolwiek istniał, to działa sobie tak samo, jak działał, tylko nasza percepcja się zmieniła.

Tak czy inaczej Opiekunowie uznali, że Wodnik się nie sprawdził, i zapragnęli mieć swoją własną erę. W założeniu przedwieczną, nieskończoną i jedynie słuszną. Taką, w którą nie da się wkroczyć, ani z niej wyjść. Erę Zero.

A teraz proszę was bardzo, zapomnijcie o wszystkim, co wam powiedziałam. Zależy mi, żebyście mieli szansę poznać ten świat tak, jak poznałam go ja. Z rozkoszną naiwnością totalnej idiotki. Zatem cofnijmy się w czasie.

 

Dawno, dawno temu przyszłam na świat w dużym, brzydkim mieście. Mniejsza o to, w którym. Moja mama była Japonką, wyglądała jak porcelanowa lalka i mniej więcej tak samo dużo mówiła. Ojciec był Europejczykiem, postępowym w granicach rozsądku. Jak tak teraz na to patrzę, dochodzę do wniosku, że moje życie było skazane na anomalię od samego początku, bo wlewano mi do głowy dwa różne światy. Matka, jako efemeryczna malarko-rzeźbiarka, tworzyła wymyślne kwiaty i jeszcze wymyślniejsze stwory na ceramicznych dzbankach. Opowiadała mi baśnie, które jako dziecko uważałam za wspaniałe, a potem, po prostu, za śmieszne.

Ojciec był wykładowcą akademickim i twierdził, że nauka ma niepodzielne prawo rządzenia ludzkością. Czasem sobie myślę, że jego miłość do matki miała w sobie coś z fascynacji botanika egzotyczną chryzantemą. Nie oceniam, widocznie obojgu taki układ pasował. Ja zaś… no cóż. Stałam w rozkroku pomiędzy tymi światami i moje nogi nigdy nie doszły do porozumienia, którą ścieżką chcą podążyć. Nie miałam żadnego określonego talentu artystycznego, a jeśli chodzi o naukę, to mój organizm musiał wytworzyć potężne antyciała, bo cudem prześlizgiwałam się z klasy do klasy. Pamiętam, jak denerwowało mnie, że rodzice są tak różni. Ale jeszcze gorszy był moment, w którym nagle się zjednoczyli i jednogłośnie orzekli, że powinnam grać na fortepianie. Och, jak ja tego nie znosiłam. To była ta jedyna kwestia, w której nie mogłam pobiec do jednego z nich z płaczem, że drugie każe mi robić coś bezsensownego. Oboje uważali, że gra na instrumencie jest super i każde znajdywało potwierdzenie tej tezy w swoim światopoglądzie. Mówię wam, koszmar. Musiałam się poddać i przez całą podstawówkę męczyłam się z tą wielką, zębatą trumną, udając, że mi to sprawia przyjemność. Tylko po to, by nie kazali mi znaleźć sobie innego hobby.

Co to jest w ogóle za pomysł, że każdy musi mieć hobby? Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał, co tak naprawdę chciałabym robić, odpowiedziałabym, że chcę leżeć cały dzień na łóżku i gapić się w sufit. Bardzo lubiłam gapić się w sufit, ten w moim pokoju był całkiem porządny… No, może mogłabym sobie robić przerwę na basen. Tak ze trzy razy dziennie.

OK, lubiłam pływać. Ale żabką, powoli, głównie po to, żeby gapić się na ściany basenu i delektować szumem wody w uszach. Więc też o żadnej karierze sportowej nie mogło być mowy. Później, kiedy znalazłam się w Erze Zero, ta sympatia do wody nabrała sensu, i to bardzo, ale w znanym mi świecie nie niosła ze sobą żadnego pożytku.

Dobra, to jeszcze powiem wam, jak wyglądam, żebyście nie wyobrażali sobie nie wiadomo czego.

Od najmłodszych lat chciałam być podobna do mamy. Chciałam być śliczną, porcelanową Azjatką. Kropka. Ale widocznie geny ojca wikinga okazały się tak dominujące jak jego osobowość. Ostatecznie to dziwaczne równanie dało mi wygląd wiecznie niewyspanej białej kobiety o spuchniętych oczach, spuchniętych wargach i wąskim nosie… W zasadzie lubię mój nos. To spoko nos.

Włosy mam czarne, ale nie takie piękne, atramentowe, lejące się niczym welon królowej nocy, tylko sztywne i napuszone. I zawsze mam wrażenie, że kiedy się wściekam, stroszą się jeszcze bardziej, jak u kota. No trudno, mogło być gorzej. Nos jest fajny.

Można więc powiedzieć, że byłam zwyczajną, zbuntowaną nastolatką, ale nawet to mi nie wychodziło, bo nie miałam znajomych. Ludzie denerwowali mnie, od kiedy pamiętam. Zastanawiałam się nawet, czy nie zostać emo. Żeby móc się tym zasłaniać na wypadek pytań, co chcę robić w życiu. Ale nie bywałam smutna, raczej wiecznie poirytowana. No i cięcie się absolutnie nie wchodziło w grę.

Mówię wam, nie nadawałam się do niczego. Dlatego żyłam sobie z dnia na dzień, zakładając, że jakaś ekscytująca profesja sama się o mnie upomni. A jeśli nie, to trudno, pójdę pracować na kasie w sklepie. Lub też wybiorę jakiś kretyński kierunek studiów i dalej będę się gapić w sufit. Jak się miało okazać, moje przeznaczenie czyhało na mnie kilka tysięcy lat później…

Ale wróćmy do osi czasu. Nie będę się już rozwodzić nad tym, jak wyglądało moje podwórko i co jadłam na śniadanie. Nawet w biografii obowiązują pewne granice ekshibicjonizmu. Instagramowi mówimy stanowcze nie. Zacznijmy tę epopeję od dnia, w którym zdarzyło się To.

Burgund

Dzień był paskudny, jak zresztą wszystkie dni w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Zimno, brudno, szaro… wszystko źle. Wstałam wcześniej, bo na pierwszej lekcji miałam pisać poprawkę z matmy, więc musiałam jeszcze ogarnąć ściągę. Wyprzedzę wasze pytanie i odpowiem: zgadza się, nigdy się nie uczyłam. Gdybym miała jakąś pasję, tłumaczyłabym, że nie chciałam zaśmiecać głowy niepotrzebnymi danymi. Ale prawda była taka, że moja głowa przypominała pusty, bezwietrzny step i za wszelką cenę chciałam utrzymać taki stan rzeczy. Dlatego opanowałam do perfekcji system ściąg. Słowo, mogłabym go opatentować. Oszukiwanie było moją osobistą, cichą formą walki z systemem. Gdyby mi nie wyszło na kasie w sklepie, zostałabym bizneswoman i kantowałabym państwo na podatkach. Zastanawiałam się często, czy tylko ja widzę, że żyjemy w świecie, w którym obowiązuje wyłącznie prawo dżungli.

Z moich wieloletnich obserwacji wynikało, że nauczyciele dzielili się na trzy kategorie. Wściekłe psy esesmańskie, wierzące w ideę edukacji, tych, którym wszystko wisiało, i zwyczajnych idiotów. Nasza babka od matematyki należała do tej trzeciej grupy, dzięki czemu, patrząc całościowo, wydawałam się całkiem dobra z matmy. Nie musiałam się uciekać do niemal magicznych sztuczek, jak w przypadku biologii lub chemii. Laska pozwalała nam używać brudnopisów, więc wystarczyło sobie kilka przygotować. Brudnopis idealny zawiera parę przypadkowych notatek z jakiegoś humanistycznego przedmiotu, ze dwa obsceniczne rysunki, niedokończone kółko i krzyżyk, i oczywiście wszystkie wzory, jakie będą potrzebne na klasówce. Dobrze jest zostawić trochę wolnego miejsca z czystej przyzwoitości.

Poprawka miała być z geometrii. Mogłabym nawet lubić geometrię, gdyby nie moje żelazne zasady. Nie lubię przymusu do nauki. Nigdy w życiu nie ogarnę wzoru na objętość walca, ale za to będę waliła z pamięci całe fragmenty „Ulissesa”, bo nie muszę.

Tu jednak dochodzimy do momentu, w którym coś mi powinno zacząć śmierdzieć. Gdybym się wtedy zastanowiła, uderzyłaby mnie dziwaczność tej sytuacji…

Otóż, mimo że w każdym tygodniu miałam minimum jedną poprawkę, to nigdy z matmy. Klasówki z matmy traktowałam jako ćwiczenie nowych systemów ściąg przed starciem z dziadem od biologii. Dlaczego więc… Ale nie wyprzedzajmy faktów. Było rano, nie wyspałam się, a w takich okolicznościach mój mózg pracuje wolniej niż Windows 99. Nie pomyślałam.

Dokończyłam brudnopis, dorysowałam jeszcze dwa kwiatki na wszelki wypadek i poszłam do szkoły.

To, że nie zauważyłam, kiedy tam się znalazłam, nie wzbudziło moich podejrzeń. Mam tendencję do wyłączania się, zwłaszcza kiedy idę dobrze mi znaną trasą. Przełączam wtedy ciało na automatycznego pilota i zazwyczaj bez przeszkód docieram do celu. Zaniepokoiło mnie jednak to, że ocknęłam się przy wejściu na zjeżdżalnię na naszym szkolnym basenie. W dodatku w kostiumie kąpielowym i w butach. Przeszło mi przez myśl, że może tak ubrana wyszłam z domu, ale to by było już za dużo, nawet jak na mnie. Chociaż…

Przetarłam oczy, bo wydawały się jeszcze bardziej spuchnięte niż zwykle, i zrobiłam krok do tyłu, ale wtedy zorientowałam się, że nie jestem na basenie, tylko na boisku. Dziwnie pustym jak na kilka minut przed pierwszą lekcją. Obmacałam się, bo wzrok mnie ewidentnie zawodził, i z ulgą stwierdziłam, że mam na sobie bluzę i spódnicę. Wszystko w miarę normalnie. Za to byłam boso i już zaczęło mi odmrażać stopy. Dobra, pomyślałam, to dziwne. Ale musicie wiedzieć, że ja się tak łatwo nie ekscytuję. Nawet jako dziecko nie zadawałam pytań w stylu: „a dlaczego” czy „a co to” i potem nauczyciele zarzucali mi kompletny brak ciekawości.

Tylko że ciekawość jest strasznie wyczerpująca i raczej bez sensu. Jeżeli się spokojnie obserwuje, to i tak się wszystko prędzej czy później wyjaśnia. Postanowiłam więc obserwować.

Weszłam do klasy na dwie minuty przed dzwonkiem i uznałam, że to najdziwniejsze, co się dzisiejszego ranka wydarzyło. Powinni za każde przyjście wcześniej kasować spóźnienia, to by było fair.

Zajęłam swoje miejsce przy oknie, przygotowałam brudnopis, naciągnęłam kaptur i czekałam. Babka od matmy wbiegła do klasy, a jej kończyny jak zwykle latały chaotycznie na wszystkie strony, jakby w ogóle nie były ze sobą połączone. Zaczęła rozdawać wszystkim egzemplarze klasówki… Wszystkim, rozumiecie? Nawet takiej jednej największej kujonicy, którą należałoby rozstrzelać już teraz, bo i tak umrze śmiercią męczeńską w myśl jakiejś wielkiej idei. No, tu się oburzyłam.

— Jak to? — wymsknęło mi się. — Wszyscy poprawiają?

Babka spojrzała na mnie z ukosa, niczym wielka kura. Jeżeli oczy są oknami duszy, to ona powinna mieć rozbieżnego zeza. To bardzo nie w porządku z jej strony, że nie miała.

— Co to znaczy poprawiają? — zarechotała, jak gdybym zapodała jakiś niesamowicie dobry żart. — Przecież to pierwszy termin.

— Pani profesor jej od razu da poprawkę — zawołała kujonica. — Tak będzie ekonomiczniej.

Klasa, ten jeden z najbardziej wypaczonych i sztucznych tworów społecznych, parsknęła śmiechem. Krótkim i wymuszonym, jak widownia w amerykańskich sitcomach. Postanowiłam nie drążyć, choć pamiętałam doskonale, że już pisałam tę klasówkę… A może mi się wydawało?

Wygrzebałam z kieszeni długopis i pochyliłam się nad kartką. I wtedy zaczął się cyrk. Może nie jestem jakimś orłem, ale nawet ja wiem, że to, co zobaczyłam, nie miało nic wspólnego z geometrią. Na kartce widniało jedno jedyne zadanie:

„Bitwa o Troję w kontekście twórczości Beatlesów wobec zagadnień kuchni molekularnej w procesie rozrodczym wielbłądów. Wytłumacz i cofnij”.

Taaak… Mam nadzieję, że nie powiedziałam na głos tego, co pomyślałam. I trzech kolejnych słów. Rozejrzałam się po klasie, wszyscy już grzecznie obgryzali długopisy i marszczyli czoła. Przeniosłam wzrok na babkę… tylko że babka już nie była babką. Zamiast niej za biurkiem siedział Obleśny Tłuścioch, czyli nasz nauczyciel od Wiedzy o Społeczeństwie. Odruchowo podciągnęłam spódnicę, szukając ściągi pod rajstopami. Na tych zajęciach to było najlepsze miejsce na ściągę, bo Obleśny Tłuścioch miał oczywistą skłonność do nieletnich dziewcząt i w ramach samodyscypliny tam właśnie nie patrzył. Ściągi nie było. Ani rajstop, jeśli chodzi o ścisłość, bo znów byłam w kostiumie kąpielowym i glanach. Spojrzałam na kartkę, ale pytanie jak na złość nie chciało się zmienić.

— Bitwa o Troję w kontekście twórczości Beatlesów wobec zagadnień kuchni molekularnej w procesie rozrodczym wielbłądów. Wytłumacz i cofnij — szepnęłam. — Co to w ogóle znaczy?!

Podniosłam rękę i krzyknęłam, że muszę siku. Tłuścioch spojrzał na mnie z tym swoim pełnym ulgi uśmiechem, który rezerwował dla dziewcząt, których nie uważał za atrakcyjne.

— Dobrze, młoda damo, ale najpierw zjedz kolację.

Zatkało mnie. Popatrzyłam na klasę, po raz pierwszy w życiu oczekując od niej jakiejś reakcji, i wtedy spadłam z krzesła. Nie w przenośni. Naprawdę spadłam. Bo zamiast dwudziestu jeden twarzy — nudnych i bez wyrazu, ale jednak twarzy — zobaczyłam wielkie szare coś, co przypominało ślimaka bez muszli i mozolnie zżerało pelargonie z doniczki na końcu sali. Zaczęłam się pocić i zrobiło mi się duszno. Zamknęłam oczy, a kiedy je otworzyłam, ludzie znów byli ludźmi, babka babką, a ja byłam ubrana. Tylko pytanie pozostawało to samo, jakby się na mnie uwzięło.

— To bez sensu… — wymamrotałam. Zerwałam się na równe nogi i wybiegłam na korytarz. Kręciło mi się w głowie i trochę mdliło. Każda normalna osoba wzięłaby w tym momencie pod uwagę dwie opcje: albo że śni, albo że ma guza mózgu. Ja natomiast złapałam się na tym, że ślimak z pelargonią wydał mi się czymś zwyczajnym i stosownym, za to nie mogłam zrozumieć, jakim cudem znalazło się tam nagle dwadzieścia jeden dzieciaków.

Pochyliłam się i zwymiotowałam literami. Nie no, spoko. Litery wystrzeliwały ze mnie jak konfetti, a po zetknięciu z ziemią zamieniły się w małego brzydkiego jednorożca o pysku świni i pogalopowały w stronę stołówki.

Moi drodzy — nie, nie biorę narkotyków. Może bym i brała, ale to by się wiązało z kumplowaniem z bogatymi dzieciakami, a prędzej dałabym się obedrzeć ze skóry.

Odetchnęłam głęboko i policzyłam do dziesięciu. Tylko że zapomniałam, jak się liczy do dziesięciu, więc zaczęłam wymieniać kolory od najcichszego do najcięższego… Co?! Zanim zdążyłam się nad tym zastanowić, usłyszałam swoje imię. Nie to, które wtedy uznawałam za swoje, tylko to drugie, jakie miało mi być dopiero nadane. Spika… Nie wiem, czemu zareagowałam na nie i nawet odczułam coś w rodzaju ulgi. Spojrzałam w stronę, z której dobiegał głos.

 

Na końcu korytarza, ubrana w kostium kąpielowy i glany, stałam ja. I machałam do siebie. Niemal w tym samym momencie ja byłam tą mną w kostiumie i machałam do tej mnie w bluzie, która przed chwilą wyrzygała jednorożca… Przeskakiwałam tak z jednej do drugiej mnie kilka razy, aż w końcu zakotwiczyłam się w tej w bluzie. Pływaczka zaśmiała się i dała mi znak, bym szła za nią. Poszłam, no bo co? Wy byście nie poszli?

Doszłyśmy aż na basen, co miało chyba sens. Druga ja zniknęła i oto stałam w kostiumie i butach w długiej kolejce uczniów, która ciągnęła się od pierwszego toru przez schodki aż po wlot zjeżdżalni. Tam na samej górze stała babka od matmy i uroczystym głosem przedstawiała każdemu to samo zadanie:

— Bitwa o Troję w kontekście twórczości Beatlesów wobec zagadnień kuchni molekularnej w procesie rozrodczym wielbłądów. Wytłumacz i cofnij.

Wszyscy zachowywali się, jakby to było zupełnie normalne. Każdy odpowiadał, wypowiedzi niektórych zdawały się ciągnąć godzinami. Kiedy kończyli, nad wlotem zjeżdżalni zapalała się zielona lampka. Babka z uznaniem klaskała i wskazywała basen pięćdziesiąt metrów niżej. Swoją drogą nigdy nie zauważyłam, że ten budynek jest aż tak wysoki, ale mniejsza z tym.

Po zaliczeniu zadania uczniowie uśmiechali się od ucha do ucha, sztywnieli jak kłody, po czym przerzucali się przez barierkę i wpadali na główkę do basenu. Następnie wypływali jako ryby, białymi brzuchami do góry, a Obleśny Tłuścioch pływał między nimi jak rekin w dmuchanym kółku.

Zaczęłam… Zaczęłam im zazdrościć. Patrzyłam z zachwytem na te ich martwe, białe brzuchy i cieszyłam się, że zaraz do nich dołączę. To znaczy miałam taką nadzieję. Szłam równym krokiem za resztą, noga w nogę, i uśmiechałam się. To było takie cudowne, takie mądre i potrzebne… Snułam plany, jak to sobie będę gnić razem z innymi. Kiedy ostatnia osoba przede mną dostąpiła zaszczytu rzucenia się w rybną zupę, zapragnęłam od razu skoczyć za nią, żeby nawet dotrzeć tam szybciej, żeby być jeszcze lepsza, ale wiedziałam, że nie wolno. Jeszcze nie zasłużyłam. Babka, ta miła pani, pogroziła mi palcem, aż się zawstydziłam i zasmuciłam, że byłam taka niegrzeczna. Ale ona, kochana, uśmiechnęła się słodko i przeczytała zadanie…

I wtedy coś tak mnie rąbnęło w mózg, że do dzisiaj czuję. Jakby mi ktoś przyłożył elektrody do piersi i boleśnie przywrócił pracę serca. Aż się zatoczyłam i musiałam się złapać barierki, by nie runąć do tyłu na domino z uczniów stojących za mną w kolejce. Zobaczyłam w dole basen pełen rybich trupów i już ledwo co przeciskającego się między ciałami Obleśnego Tłuściocha. Znów zrobiło mi się niedobrze, Bogu dzięki. Nie rozumiałam, jakim cudem chciałam do nich dołączyć. To było tak, jakbym ja, ta znana mi ja, z którą męczyłam się od kilkunastu lat, ten nieufny flejtuch — przestała na chwilę istnieć. A zamiast niej pojawiła się pusta skorupa, klocek, Pinokio.

Spoliczkowałam się z całej siły, by się upewnić, że jeszcze coś czuję. Czułam, to dobry znak. Więc spoliczkowałam się jeszcze raz za karę za tę chwilę otumanienia. Robiłam się naprawdę wściekła. Babka wlepiła we mnie wzrok, aż jej wyłupiaste oczy omal nie wyskoczyły z orbit, i jak robot wycedziła słowo po słowie zadanie:

— Bitwa o Troję w kontekście twórczości Beatlesów wobec zagadnień kuchni molekularnej w procesie rozrodczym wielbłądów. Wytłumacz i cofnij.

— Nie rozumiem! — krzyknęłam.

— Niech odpowie. Bitwa o Troję w kontekście twórczości Beatlesów wobec zagadnień kuchni molekularnej w procesie rozrodczym wielbłądów. Wytłumacz i cofnij.

— Ale co to w ogóle znaczy?

— Niech odpowie. Bitwa o Troję w kontekście twórczości Beatlesów wobec zagadnień kuchni molekularnej w procesie rozrodczym wielbłądów. Wytłumacz i cofnij.

Ludzie z tyłu zaczęli na mnie napierać, a ja miałam coraz bardziej sucho w ustach. Czułam się jak zwierzę złapane w pułapkę i im bardziej próbowałam to wszystko zrozumieć, tym mniej rozumiałam. Nie miałam gdzie uciec, tłum pchał się coraz agresywniej. Babka zaczęła mnie wściekle szczypać i jestem niemal pewna, że poczułam na łydce czyjeś zęby…

W końcu usłyszałam swoje własne słowa, jakby wyrwały mi się z gardła niezależnie ode mnie:

— To jest bez sensu…

Babka zamilkła i zesztywniała, i przez chwilę wyglądała jak bardzo brzydki manekin. Zresztą wszyscy zesztywnieli. Widocznie nagły błąd systemu wymagał szybkiej aktualizacji danych. Po chwili ręka babki uniosła się powoli i wskazała złowieszczy, czarny jak dupa diabła wlot zjeżdżalni, nad którym równie złowieszczo rozbłysła czerwona lampka.

Zgłupiałam. Zaprawdę powiadam wam, zgłupiałam. Podejrzewałam, że za niesubordynację chcą mnie wysłać do piekła i trochę mnie to przeraziło. Z drugiej strony przez całe życie podskórnie czułam, że właśnie tam skończę. Więc równie dobrze mogłam iść już teraz.

Zerknęłam jeszcze raz na basen w dole, gdzie Obleśny Tłuścioch zaczął już powoli konsumować rybie zwłoki, i to przeważyło szalę. Dygot obrzydzenia podrzucił mną i pchnął na zjeżdżalnię, już ani trochę nie panowałam nad własnym ciałem…

Ej, byliście kiedyś na zjeżdżalni wodnej? Mam na myśli taką długaśną, straszną, ciemną rurę, w której poślizg zapewnia wąska zimna stróżka, a dodatkową atrakcją jest myśl, że zaraz utkniesz i ktoś ci wjedzie w nerki? No to to było coś w tym rodzaju. Tylko jeszcze straszniej, jeszcze ciemniej i stróżka po chwili zmieniła się we wściekle rwący potok. Miotało mną na wszystkie strony, z trudem łapałam oddech.

Kiedyś myślałam, że w obliczu śmierci najdzie mnie jakaś światła refleksja, rozkmina o kruchości istnienia czy coś. Albo że klasycznie całe życie stanie mi przed oczami… Guzik. Jedyne, o czym mogłam myśleć, to to, że już wiem, jak się czuje samotna skarpetka wrzucona do pralki. Na moje usprawiedliwienie — wcale nie miałam wtedy zginąć. Ale uwierzcie mi, nie brałam tego pod uwagę.

Po jakimś czasie, a mogło to być pięć minut albo pięć dekad, zobaczyłam światło na końcu tunelu. Dosłownie. Bardzo jasne, amarantowo-śliwkowe światło zbliżało się i w końcu zjeżdżalnia plunęła mną z ogromną siłą w przestrzeń…

Zaczęłam się drzeć. Nienawidzę, kiedy laski drą ryja, ale to było silniejsze ode mnie. Bo oto znalazłam się w kosmosie. Wpiszcie sobie w Google „galaktyka”, będzie łatwiej, niż gdybym to miała opisywać. Pomyślicie sobie pewnie — to piękne. Ja pomyślałam — o kuźwa.

Zawisłam w obłoku nieskończoności i to nie żadna kiczowata metafora. Naprawdę dyndałam w obłoku, różowo-fioletowo-niebieskim, upstrzonym brokatem tryliardów gwiazd, i był to obłok nieskończony. Nie wiem, jakim cudem oddychałam, ale na chwilę obecną wydawało się to najmniejszym z moich zmartwień. Po raz pierwszy w ciągu tego dziwacznego dnia mogłam myśleć trzeźwo i to było chyba najgorsze. Zdałam sobie bowiem sprawę, że utknęłam gdzieś pomiędzy cudem a chorobą psychiczną. Nie mogłam się zdecydować, która opcja przeraża mnie bardziej.

Spróbowałam się poruszyć. Ruchy te były powolne i ociężałe, jak w wodzie. Lub raczej czymś gęstszym, o konsystencji kisielu… W zasadzie to nawet kolorem przypominało kisiel. Zaryzykowałam i zaczęłam z trudem płynąć bardzo wolną żabką. Nie wiedziałam gdzie ani po co. Jednak bezruch nie wchodził w rachubę, był nie do zniesienia. Gdybym nie była taką straszną ignorantką, pomyślałabym, że przecież doświadczam czegoś niezwykłego. Znalazłam się w miejscu, o którym ludzkość marzy od niepamiętnych czasów. Płynę sobie przez kosmos jak gwiezdny wieloryb, jestem wolna, jestem częścią wszechświata, jest cudownie!

Taaak. Tylko że, jak już wcześniej wspominałam, musiałam być nieobecna tego dnia, kiedy Wróżka Zębuszka rozdawała dzieciom euforię. W tym momencie ten nieskończenie piękny bezkres galaktyki ekscytował mnie mniej więcej w tym samym stopniu, co kolejka do kibla na dworcu kolejowym.