Fotografie mówią…Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michalina Domańska

Fotografie mówią...

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Tekst wg edycji:

Michalina Domańska

Fotografje mówią...

Warszawa 1922

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-816-7

FOTOGRAFIE MÓWIĄ…

Ciężkie zadanie zlecono porucznikowi Roliczowi, ciężkie i delikatne zarazem. Miał odwieźć żonie zabitego pilota znalezione przy nim dokumenty, papiery i pieniądze. Prosiła o to. Na pogrzeb ofiar strasznego wypadku przybyć nie mogła. Nagła wiadomość tak nią wstrząsnęła, że dostała ciężkiej maligny i długo leżała w łóżku bez sił i przytomności. Bez niej pochowano obu oficerów: pilota i towarzyszącego mu rotmistrza — na cmentarzu wojskowym w mieście X... w pobliżu którego spadli. Gdy ucichnie wojenna zawierucha, rodzina zabierze ich zwłoki. Tymczasem na pogrzebie byli tylko obcy. Odbył się z całą wojskową pompą, staraniem ułańskiego pułku, który wówczas stał w X...

Po pogrzebie, dowódca pułku wezwał do siebie porucznika Rolicza. Na stole leżały dwa pugilaresy, dwa zegarki, pierścionki, sygnety. To wszystko, co zostało po obu zabitych. Lotnik był tak zmiażdżony odłamkami aparatu, że tylko z papierów ustalono tożsamość. Był to zamożny syn ziemiańskiej rodziny w Kaliskiem. Śmierć tragiczna uszanowała niezwykłą piękność drugiego. Ten, jak się okazało — pochodził z Białej Rusi i cała jego rodzina narazie znajdowała się za Kordonem.

Rolicz wziął do ręki oba pugilaresy i inne kosztowności. — Miał je wręczyć razem żonie lotnika. Liczył pieniądze. Z pośród papierów lotnika, wysunęła się pocztówka, fotografja młodziutkiej, kobiety. Znamienną cechą jej urody była promienność. Nawet na fotografji wielkie oczy zdawały się sypać iskrami. Uśmiech był nawpół dziecinny, nieświadomy swej ponęty. Dużem eleganckiem pismem u spodu skreślona była dedykacja: — „Mężykowi — Ina.“ —

Więc do niej miał jechać Rolicz ze swą żałobną misją. Nie mógł sobie wyobrazić, jak taki kwiat ludzki, znieść potrafi nagły cios. Szczęście zdawało się otaczać ją zaklętym nimbem, — jaśnieć nad nią, jak aureole u świętych.

Gdy się wpatrywał w tę twarzyczkę niezwykłą, pułkownik w milczeniu podał mu drugi pugilares i wskazał boczną, krytą kieszonkę. Tam była także fotografja... tej samej kobiety. Zdjęcie amatorskie i artystyczne. Wyglądała starzej, niż na pocztówce, była bardziej rozkwitła i stokroć razy więcej kusząca. Ubrana w białą letnią suknię, stała w całej smukłej postaci na tle grupy drzew. W ręku trzymała snop kwiatów, który przyciskała do ust. Z nad kwiatów oczy jej marzyły zapamiętale, wspominały, wzywały. W oczach tych była ockniona namiętność; życie płonęło w nich jak żagiew. Ruch, którym przyciskała do ust kwiaty, był świadomą pieszczotą. Na odwrotnej stronie fotografji była tylko data — świeża.

Rolicz spoglądał zahipnotyzowany i czuł, że wyobraźnia jego galopować zaczyna; pułkownik podał mu jeszcze sygnet herbowy zabitego rotmistrza. Wewnątrz była wyryta data ta sama, co na fotografji.

— Niech jasne pioruny z temi amorami! — przerwał wreszcie milczenie pułkownik. — Czy jedna taka bestyjka, — choć ładna szelma! — warta życia dwóch dzielnych chłopców?...

Rolicz spojrzał w przenikliwe i chmurne oczy. Poczuł, że dreszcz mu przebiega po plecach.

— Czyżby?...

— Teraz już sam djabeł prawdy nie dojdzie! wybuchnął pułkownik. Ci dwaj samotni w górze, — między nimi ta jedna kobieta... Obaj młodzi, obaj widocznie spódniczkarze... Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa aparat nie powinien był spaść. Aura była sprzyjająca, śladów wybuchu niema. Djabli wiedzą!... djabli wiedzą!... Tacy dwaj oficerowie wybitni — i taki aparat! Dodał przez zęby: — Poruczniku, młodyś, pamiętaj radę starego, co poznał życie i świat: Kobiet nigdy nie brać na serjo, miłości wyznaczyć odpowiednie miejsce w życiu, Broń Boże, nie pierwszorzędne! I ja, do kroćset! kobietki lubię, ale to albo zabawka, albo potrzeba, szczególniej dla wojaka! A tragedja, zazdrości, rozpacze — to wszystko w poezjach dobre, na żer dla histeryczek. My się z tego śmiejmy, poruczniku! Ale ci dwaj szaleńcy... głupia historja i szkoda, ach! szkoda!...

— Panie pułkowniku, czyżby na mocy tej jednej fotografji?...

— Daj pokój, daj pokój, młodzieńcze! Ja znam życie, fantazja mnie nie unosi. Trzeźwą mam głowę, do kroćset. Ale ta jedna fotografja była dla mnie promieniem światła! Z początku zrozumieć nie mogłem: Taki wytrawny pilot, jak Starski! Ale to między nami, poruczniku! Bogu dziękuję, że nie mnie wypada jechać do tej dzierlatki! Palnąłbym to niepotrzebnego. Oczywiście, niech się nie domyśla nigdy! Od takiego przypuszczenia oszaleć można.

Porucznik Rolicz pomimo tężyzny, jaką w nim wyrobiła twarda służba wojenna, piastował w duszy pilnie ukrywany kącik romantyczny. Posiadał w wysokim stopniu ciekawość psychologiczną i ciekawość życia. Jego własne było dotąd tak proste. Żywa wyobraźnia przedstawiła obraz tamtych dwóch, zagubionych w samotnej przestrzeni... Na myśl o niej, niesamowity dreszcz przechodzi i umysł się mąci. Zawieszeni, jak ptaki nad otchłanią, z zimną pustką wokoło, z czyhającą śmiercią nad głowami, ze śmiertelną miłością do jednej kobiety w sercach... Jakie tam przedtem musiały paść słowa o wadze ludzkiego istnienia, jakie wyroki straszliwej zagłady! Czy była tu rozpaczna premedytacja, czy wybuch szału? Który z nich dwu był ofiarą, a który mścicielem? Porucznik Rolicz ujrzał wyraźnie rzeźbę rysów martwych rotmistrza Jagmina i miękkie włosy jasne, takie, z jakiemi lubią się pieścić kobiece ręce... Musiał to być człowiek, stworzony do kochania, — tak jak tamta kobieta do szczęścia. A może to wszystko było przywidzeniem pułkownika, zazwyczaj tak trzeźwego?

Gdy Rolicz wsiadł na małej stacji do powozu, który przysłała po niego pani Starska, owionęła go atmosfera, od której odwykł: szczęśliwej, słonecznej ciszy. Kraju, którym jechał, nie tknęła wojna. W całem nieporównanem bogactwie polskiej wolnej krainy słały się przed nim czerwcowe pola. Tylko skowronki przerywały błogosławioną zadumę istnienia w słońcu. Pachniało miodem i żywicą. Ociężały wietrzyk przeginał młode kłosy i srebrzysto-zielona fala przechodziła atłasowym dreszczem przez całe pola. Połyskiwała się w słońcu rzeka, rozkosznie wyciągnięta długą smugą wśród niekoszonych łąk. I Roliczem owładnęła potężna a głucha, jak każdy żywioł — rozkosz istnienia. Czy bezmyślne pławienie się w czarze słonecznym nie jest najwyższą mądrością i prawdą? a wszystko inne bezcelowem i męczącem szamotaniem się w próżni?

Chciałby przedłużyć te chwile, chciałby tak jechać długo, po za życiem, w szczęśliwem roślinnem odrętwieniu, ale już po dwóch godzinach wjeżdżał w przepiękną aleję klonową, wiodącą od granic majątku Starskich.

Ocknęła się w nim przenikliwość — i ciekawość. Na myśl, że ujrzy kobietę, koło której wyobraźnia jego osnuła tajemniczy dramat miłosny — uczuł wzruszenie.

Majątek, do którego wjeżdżał, mile uderzał kulturą i ładem. Dom był nowy, wytworny, we wszystkich szczegółach ujawniający dbałość i zamiłowanie do swego „home“ tych, którzy tu zamieszkiwali. Każde ludzkie wnętrze ma swe oblicze i duszę swoją. Rolicz starał się odgadnąć duszę tego domu, w czasie długiej chwili, którą spędził samotnie. Wprowadzono go do pięknego gabinetu i proszono, aby zaczekał. Służba była dobrze wystylizowana, dyskretna i spokojna. Ze spojrzeń jakie na niego rzucano, odgadnąć było można, że cel jego przybycia był wszystkim znany, lecz nikt mu nie zadawał pytań. Powiedziano mu tylko, że pani jest jeszcze cierpiąca, ale że za chwilę zejdzie.

Milczące przedmioty w mieszkaniu, gdzie wrzało życie intensywne, zachowują swą wymowę. Oczy badawcze nie jedną tajemnicę pochwycić potrafią. Przerwane istnienie drży jeszcze, pulsuje potężnie. W gabinecie Starskiego nic nie mówiło o jego śmierci, wszystko natomiast — o jego życiu. — Umeblowanie rozumnie wytworne, wyszukane w najdrobniejszych szczegółach, wskazywało na człowieka o kulturze wysokiej i silnej indywidualności. Dobór książek, biurko poważne i do pracy doskonale przystosowane, — wszystko to wytwarzało wysoką intellektualną atmosferę. Wygodne meble, dobrze pomyślana instalacja lamp, stolików, etażerek, nadawała pokojowi intymną cechę zamieszkałego gniazda. Ponad wszystkiem górował — przepiękny portret żony.

Pochodził widocznie z tej samej epoki, co fotografja na pocztówce. Mistrz pierwszorzędny dał tu istne arcydzieło. Portret ten był promienistą symfonją. Cudne włosy, podobne do sieci słonecznych promieni, uśmiech, spojrzenie, odsłonione ramiona, nawet kolor sukni, — wszystko to było blaskiem. Łuna szczęścia biła z obrazu i bił zeń zapach młodości, pięknej i zdrowej.

Porucznik usiadł przy stole i wziął do ręki duży album z amatorskiemi zdjęciami. Szczęśliwe życie pięknego polskiego dworu odzwierciedlone tu było wiernie: Wesołe grupy w słońcu, polowania, piękne konie i pojazdy, wycieczki na wozie drabiniastym, konno, łódkami, tennisy, — wszystko to oddychało beztroską i tężyzną fizyczną. A wszędzie na miejscu najwidniejszem — ona. Cały album był poematem o niej, o tem jak wygląda o każdej porze, w każdem oświetleniu, w każdym stroju.

Znalazł całą serję jej portretów z datami; przeglądał je ciekawie. Były one wszystkie dziełem miłości i zachwytu. Śmiertelnie miłujące oczy chwytać umiały ruch, wdzięk, wyraz, uśmiech i kazały uwieczniać je kliszom. Leniwe omdlenie w hamaku, brawurowa postawa na koniu, uroczy negliż na tle wnętrza... Mieniła się ta kobieta, jak tęcza wielobarwna i zarazem przechodziła ciekawą ewolucję, od tej, której podobiznę posiadał mąż, aż do owej, która ukryta była w pugilaresie... Ostatnie zdjęcia jaskrawo podkreślały wielką przemianę: wewnętrzne jakieś i intensywne przeżycie, które przetwarzając duszę, przetwarzało urodę. Rolicz czytał całą jej historję, jak z otwartej księgi: mógł niemal, zestawiając daty, określić kolejne fazy budzącej się namiętności.

 

Jakże piękną była na ostatnich zdjęciach, jak uroczo tajemniczą! Zniknęła bezmyślna wesołość; myśl słodka i przewrotna zaczaiła się w omdlałych oczach, zdawała się cała prześwietlona wewnętrznym płomieniem. Było to tak oczywiste, że Rolicz poczuł litość nad ślepotą zakochanych śmiertelnie oczu, które nie ustawały w podpatrywaniu i utrwalaniu tych nastrojów. Na jednej fotografji byli razem: zabity rotmistrz i ona — oboje konno. Od tych dwóch młodych postaci biła taka harmonja, tyle tajemniczego powinowactwa, że zdawała się ich otaczać aureola. Poszukał jeszcze fotografji męża. Odnalazł suchą, różową twarz, o rysach orlich, twarz człowieka nieugiętej woli i silnych namiętności. Trzymał żonę przytuloną do siebie ruchem władczym i opiekuńczym.

Rolicz zamknął album. Znał już historję tych dwojga. Domysły przenikliwego pułkownika zarysowały się przed nim straszliwie wyraziście... Otoczyła go atmosfera dramatu.

Posłyszał szelest u drzwi. Podniosła się portjera i znów zapadła. Weszła Starska i zaraz oparła się o ścianę, jakby sił jej brakło, aby iść dalej.

Pierwszą rzeczą, która uderzyła Rolicza, to był kontrast pomiędzy promienną głową, która zdawała się cała stać w blasku — a czernią szat i złamaniem całej postaci. Cios, który spotkał tę kobietę, — był ponad jej siły. Nie była przystosowana do tragizmu; żywiołem jej była radość. W oczach jasno szarych, o złotych centkach, leżała bezdenna, żałosna trwoga. Usta dziecinne, zbladłe, drżały. Utkwiła w porucznika wzrok, oczekujący straszliwych wyroków. A on pomyślał w tej chwili, że wolałby stokroć iść do ataku, niż stać przed tą kobietą, która — czuł to — będzie go badała, wijąc się sama w męce przeraźliwego pytania.

Skłonił się głęboko przed majestatem jej bólu.

— Pułkownik mnie wydelegował... zaczął.

Przerwała mu gorączkowo.

— Ja wiem... Niech pan mi da to wszystko...

Z nagłym przypływem sił, nerwowo brała z rąk jego wręczone przedmioty,

— Co więcej? co więcej? — pytała głosem, który zamierał z trwogi.

— To już wszystko, powiedział z ukłonem.

Nie zwracając na niego uwagi, przerzucała drżącemi palcami papiery. Pieniądze niecierpliwie odrzuciła. Znalazła fotografję jedną, potem drugą. Jęk — wnet stłumiony — wydarł się z jej piersi.

— Nic więcej? spytała, a pierś falowała, jak po ciężkim biegu.

— Nic więcej, odpowiedział stanowczo.

Po raz pierwszy podniosła na niego oczy. Ulitował się ich bezbrzeżnej męce.

— Proszę mi opowiedzieć wszystko... prosiła.

Lecz zanim mówić zaczął, zarzuciła go gorączkowemi pytaniami, które same cisnęły się jej na usta. Zrozumiał, że dniem i nocą kołaczą w jej głowie, że wije się pod ich straszliwą wagą, że doprowadzają ją do skraju obłędu. Odpowiadał oględnie, unikając wszystkiego, nad czem później pracować może wyobraźnia; czuł, że jedno nieostrożne powiedzenie rozpętać może rozpacz, która zabije. Słuchała chciwie. Biorąc nagle obie jego ręce i przejmująco patrząc mu w oczy, spytała:

— Jakto się mogło stać? Pogoda była sprzyjająca, aparat wypróbowany...

Zadrżał wewnętrznie, słysząc niemal powtórzone słowa pułkownika. Odpowiedział żywo, czując, że należy coś więcej ratować, niż ludzkie życie, zabijając okrutną wątpliwość.

— Badania naszych specjalistów wykazały wielkie braki w rozbitym aparacie. Zrozumieć nie mogliśmy, że go oddano do użytku.

Wstrząsnęła głową niedowierzająco.

— Mąż mój używał tylko aparatów wypróbowanych i wyborowych. Znał się na tem doskonale.

— W tym były jednak duże usterki, uszkodzenia źle naprawione, brnął dalej, plącząc się w obcej sobie dziedzinie technicznej. A dnia tego w górnych strefach wiały silne prądy. Zaskoczyły aparat...

Niepokoiły go wielkie szare oczy, utkwione w niego i rozwarte szeroko. Zdawały się go pytać: Poco silisz się na kłamstwo?...

— Czy pan ich widział? spytała cichutko i nagle. Przygotowany był na to pytanie. O ileżby wolał pędzić z lancą swą ułańską na wroga, niż czuć się w kręgu tej strasznej rozpaczy i szarpiącej wątpliwości. Chciał skłamać, aby uwolnić się od badania, chciał zaprzeczyć, że widział, że zna wyrytą w pamięci twarz tamtego, ukochanego przez bogi i kobiety, ale kłamstwo zamierało mu na ustach wobec hipnotyzującego go spojrzenia, które „wiedziało“ wszystko.

— Wiem, mówiła cicho i prędko, prawie pragmatycznie, męża mego nie można było rozpoznać. A tamten?... Było to raczej westchnienie, które zrozumiał, niż słowo.

— Wyglądał spokojnie, szepnął porwany wspomnieniem tej twarzy rzeźbionej, tak pięknej w skamienieniu śmiertelnem.

— Spokojnie? wionęło znowu westchnienie. To był człowiek wielkiej odwagi. Jak pan myśli, mówiła w nowym gorączkowym przypływie, czy w tym przypadku długo się patrzy oko w oko na śmierć, zanim przyjdzie?... Pochylił się nad nią, w swe mocne żołnierskie dłonie ujął miękkie, zimne rączki, które drżały.

— Poco o tem myśleć?... mówił, starając się wolą napiętą odegnać od niej zabójcze mary.

— O czemże innem mam myśleć? o czem? jęknęła tak rozpacznie, że poczuł jak oczy jego, z tylu okropnościami oswojone, napełniają się łzami.

Łamiąc się pod ciężarem straszliwym, bezsilnie opadła na fotel. Twarz cudną, która się stała w jednej chwili maską tragiczną, ujęła w obie dłonie. Wpatrzona przed siebie wzrokiem, który wybiegał gdzieś poza ramy życia i rzeczywistości, mówiła zadziwiające słowa głosem odbarwionym i suchym:

— Wszystko to byłoby dobrze, rozwiązanie najlepsze i jedyne, gdyby tylko i mnie wziął razem! To, że mnie zostawił, to najwyższe jego okrucieństwo — i najstraszniejsza zemsta!...

A w Roliczu, na widok tego ludzkiego kwiatu złamanego straszną burzą, wołało wszystko co było ludzkim instynktem i litośnym porywem:

— To prawda! to prawda!...

OCZY KTÓRE WIEDZĄ...

Siedzieli we troje w salonie, którego okna otwarto szeroko. Wchodził przez nie bełkot fal jeziora, słodki i senny, i płynął miękki oddech południowej nocy. Niewidzialne róże pachniały, tajemnicze w cieniu, jak najskrytsza słodycz. Nawoływania pełne głębokiego, tajonego wesela szły z łodzi rybackich, wracających do brzegu. Bardzo daleko, na przeciwległym krańcu jeziora wzbijały się w powietrze snopy fajerwerków. Rysowały się one na aksamicie czarnej nocy jak zwiewne, złote ściegi i ginęły w tej samej chwili, niby roje jasnych uśmiechów życia.

— Zagram wam, jeśli chcecie, powiedział ślepy.

Wyciągnął ręce przed siebie. Żona pośpieszyła do niego. Ujął jej dłonie ruchem stęsknionym. Było w tem garnięcie się strwożonego ciemnościami dziecka, które robiło przejmujące wrażenie, gdy się spoglądało na silną i rosłą jego postać. Trzymał jej ręce takim ruchem, jakim się szuka ratunku. Tulił je i pieścił, jak upragnionych gońców z tego świata rzeczywistości, zamkniętego nagle przed nim. Przesuwał je zwolna po twarzy, odszukując znany kontur.

Helena stała przy nim bierna i cierpliwa. Odwróciła głowę na cichy brzęk metalu. To Juljusz opuścił na ziemię nóż do rozcinania kartek, który gniótł w ręku. Schylił się po niego i szukał długo na dywanie z twarzą nabiegłą krwią. Helena łagodnie oswobodziła ręce z uścisku męża, ujęła jego ramię i przeprowadziła przez salon, aż do fortepianu.

— Zagraj! — rzekła cicho, kładąc jego ręce na klawiaturze. Uśmiechnął się do niej. W uśmiechu tym była nie opisana żałosna czułość.

— Nie odchodź!... prosił.

— Usiądę blisko ciebie, odpowiedziała łagodnie i ze znużeniem. Przemawiała do niego, jak do chorego dziecka, którego nie należy rozdrażniać.

Usiadła istotnie blisko niego w wielkim fotelu, w kręgu światła przyćmionego abażurem. Juljusz stanął w drzwiach balkonu. Umilkli wszyscy troje. Gdzieś w ciemnej otchłani cicho łkały fale. Oślepły muzyk nasłuchiwał przez chwilę głosów ciszy, wodząc w przestrzeni martwemi oczyma. Potem próbował różnych akordów, skupiony i wpatrzony w sobie tylko wiadome głębie. A potem zaczął grać. Dusza jego przemówiła tonami Schumana. Z rozpaczą beznamiętną, bardziej przejmującą od wybuchu i krzyku dzikiego protestu, skarżył się na swą straszną niedolę. — Czemu zabrano mi światło życia, piękno świata, rozkosz rzeczywistości?... Za co ta przedwczesna noc, martwota i pustka grobu?... Czemu? — czemu?...

Juljusz, wpatrzony w noc, którą przecinały radosne i lekkomyślne iskry fajerwerków, wżywał się w każdy ton tej skargi z męką nieopisaną. Ta skarga stała, jak nieprzebyta nigdy przeszkoda pomiędzy nim, a ukochaną kobietą. Poczucie nędzy tamtego i jego straszliwa bezsiła kładły mu się na promiennej drodze ku szczęściu, niby nieprzebyte otchłanie. Gdybyż miał do czynienia z przeszkodą normalną, która wymaga tylko walki!

Czy Helena odczuwała to, co on? — Spojrzał na nią, nieruchomą i bladą w złowrogiem świetle abażuru i myśl ostra, jak pchnięcie sztyletu, przewierciła mu mózg; — znać ją i nie móc jej widzieć więcej, jak tamten... to przecie potępieńcza męka!

Leon skończył grać. Cicho zawołał na żonę. Podeszła do niego sennemi krokami. On znowu tulił jej ręce w swoich.

— Zimno mi, skarżył się. Ręce mam jak z lodu... Niech się ogrzeję przy tobie... Takiem ciepłem wieje ad ciebie, takim prądem życia...

Cierpliwie pozwalała mu tulić się do siebie, nie wysuwała rąk z jego dłoni. Cicha była i bierna, jak automat.

— Ty moje światło!... powiedział cicho, opierając głowę na jej łonie ruchem dziecięcym i ufnym.

Juljusz, stojąc przy oknie, czuł znak krwi na swych wargach przyciętych zębami. Chciał uciekać, wyrwać się z niesamowitego koła splątanych uczuć.

Lecz wnet opętał go i obezwładnił potężny czar; bo z pod palców muzyka rozbrzmiała pieśń namiętności, niewysłowiona w słodyczy, piękna ponad miarę ludzkiego odczuwania. Wszystkie najsubtelniejsze struny uczucia i zmysłów rozegrały się do wtóru. Pachnąca noc podwoiła swą ciszę, zamarła w słuchaniu. I wśród natężonego skupienia rozśpiewał się dialog odwieczny. Mówiło do siebie dwoje poprzez zagładę, poprzez zatratę, poprzez rozpacz cudzą dążących ku sobie. Przestwór wypełnił się ich wołaniem, pragnieniem i tęsknotą. A przed tą potęgą nieprzemożoną rozwiewało się wszystko, jak nikła mgła. I w pustce brzmiała tylko pieśń miłosna, pieśń nad pieśniami, cud ludzkiego istnienia.

Helena podniosła spuszczoną głowę: oczy jej odrazu spotkały oczy Juljusza i już żadna moc nie była zdolna rozewrzeć skutych źrenic. Wszelkie słowa stały się zbędne: mówiły tylko dźwięki czarowne i nieubłagane.

Przebrzmiały. A wówczas zapadła cisza tak głęboka, jaka zwykła nastawać po rzeczach wielkich. Oni nie słyszeli ciszy. Mówili dalej do siebie bez słów. Zerwaną została tama i oczom ich przedstawił się świat nowy, uroczy i przerażający. Spadło na nich olśnienie i lęk. Dusze ich drżały na jakimś nieznanym przełomie życia. Byli niby młode ptaki, stojące na krawędzi gniazda przed lotem w świat, który się wydaje otwartą przepaścią. Objawiła ich sobie nawzajem straszliwa muzyka śmiertelnej rozkoszy. Gdy tak trwali w zapamiętaniu, cuci ich nagle głos przeraźliwy:

— Leno!... Leno!... patrzysz na niego!... Jak ty na niego patrzysz!...

Zadrżała przejęta obłędnem przerażeniem. Spoglądały na nią oczy martwe, oczy ślepe, — które wiedziały, choć spojrzeć nie mogły. Twarz tak jej znana — stała się w jednej chwili maską najtragiczniejszą, jaką widzieć jej dano; było w niej tyle rozpaczy, spotęgowanej bezsilnością, ile mieścić się może na ludzkiem obliczu. Powiała na nią bezgraniczna zgroza. Zrozumiała, że z pod przemożnej władzy tych ślepych oczu nic na świecie wyzwolić jej nie zdoła...

Moc ich była niezwalczona...

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora