Miłość z lupanaruTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


MICHAŁ RÖMER, Miłość z lupanaru. Dziennik intymny wileńskiego adwokata

© by Ośrodek KARTA, 2019

Wybór, opracowanie redakcyjne

AGNIESZKA KNYT

Przypisy

RIMANTAS MIKNYS, JAN SIENKIEWICZ

Korekta

ŁUKASZ BERTRAM, IZA MRZYGŁÓD

Opracowanie graficzne, skład komputerowy


Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

ISBN 978-83-65979-59-9

Wydanie I

Warszawa 2019

Ośrodek KARTA

ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawa

tel. (48) 22 848-07-12

kontakt do wydawnictwa: ok@karta.org.pl

dystrybucja: kolportaz@karta.org.pl

księgarnia internetowa: ksiegarnia.karta.org.pl

www.karta.org.pl

Spis treści

wstęp

prolog

rozdział I

rozdział II

rozdział III

rozdział IV

rozdział V

rozdział VI

rozdział VII

rozdział VIII

rozdział IX

rozdział X

rozdział XI

rozdział XII

rozdział XIII

rozdział XIV

rozdział XV

rozdział XVI

rozdział XVII

rozdział XVIII

rozdział XIX

epilog

nota edytorska

Przypisy

wstęp

Urodził się i dorastał w szacownej rodzinie ziemiańskiej o wielopokoleniowych tradycjach. Prowadził niewielką praktykę adwokacką, publikował w postępowych pismach, angażował się w życie kulturalne Wilna. Ten wizerunek porządnego obywatela nie przeszkadzał mu, jak wówczas wielu szanowanym panom z wyższych sfer, zostać regularnym bywalcem wileńskich lupanarów.

Na początku XX wieku większe miasta europejskie obfitowały w domy publiczne. Jak pisze Jolanta Sikorska-Kulesza w swojej książce Zło tolerowane (Warszawa 2004): „Domy publiczne oraz uliczne prostytutki stały się integralnym elementem pejzażu kapitalistycznego miasta. […] korzystanie z płatnych usług seksualnych było powszechnym doświadczeniem mężczyzn. […] Ówczesne realia sprzyjały, jak nigdy wcześniej, rozwojowi handlu płatną miłością. Rozległe i szybkie procesy uprzemysłowienia oraz urbanizacji zachodzące w XIX wieku w Europie w niebywałym tempie poszerzały obszary nędzy, której częścią składową była armia kobiet pozbawionych możliwości utrzymania się, skazana niejako na prostytucję”. Wśród mężczyzn korzystających z „płatnej miłości” znalazł się także Michał Pius Paschalis Römer herbu Laski.

Przyszedł na świat w 1880 roku w dworze w Bohdaniszkach i reprezentował dwunaste pokolenie szeroko rozgałęzionego na Litwie rodu Römerów, który w XVII wieku przeniósł się do Rzeczpospolitej z Inflant. Jego przodkowie służyli Koronie i Litwie na rozmaitych polach: jako oficerowie, dyplomaci, uczeni, literaci, malarze, działacze społeczni; jak choćby jego pradziad Michał Józef Römer (1778–1853) – orędownik polskości, marszałek szlachty guberni wileńskiej, prezydent Wilna w 1812 roku, wolnomularz. Rodzice Michała, Konstancja z Tukałłów herbu Śreniawa i Michał Kazimierz, wychowywali go (wraz z pięcioma jego starszymi siostrami) w dostatnim domu, w którym panowała atmosfera patriotyzmu, zaangażowania społecznikowskiego i religijności katolickiej.

Mając świadomość całego tego dziedzictwa, Michał Römer równocześnie był człowiekiem otwartym na nowe prądy. Dostrzegając może wcześniej niż jego środowisko koniec belle époque, działał w licznych postępowych organizacjach i nieformalnych środowiskach politycznych, był wolnomularzem, mistrzem loży masońskiej „Litwa”. Wiosną 1911 roku mieszkał w Wilnie, był w separacji z poślubioną dwa lata wcześniej Reginą Römerówną (daleką kuzynką), z którą miał niespełna roczną córeczkę Celinę.

Mimo że próbował wymykać się konwenansom, to jednak jego życie w znacznym stopniu podporządkowane było normom wyznaczonym przez otaczające go konserwatywne środowisko. Życie to nabrało innego wymiaru z powodu jednego spotkania – z dziewczyną z lupanaru. Michał Römer notuje je z wręcz brutalną szczerością w swoim dzienniku, dzięki czemu po ponad stu latach możemy prześledzić, jak fizyczna fascynacja przeradza się w wyjątkowe uczucie, wykraczające nawet poza śmierć.

AGNIESZKA KNYT

prolog

środa, 19 stycznia (1 lutego)1, rok 1911

Wieczoremjakiś dziwny stan niepokoju i rozterki mnie ogarnął. Wyszedłem na miasto, zaszedłem do pierwszego lepszego znajomego, którego po drodze przypomniałem sobie, jakby wiedziony instynktem towarzyskości – byle uciec od własnego „ja”, od swego nastroju ciężkiego; tym znajomym był Witold Abramowicz2 – alem go nie zastał.

Wyszedłem znów na ulicę, przeszedłem się po prospekcie z jakąś bolesną tęsknotą w sercu, z uczuciem głębokiego osamotnienia. Przyszła mi chęć szalona upicia się, zanurzenia się w orgię rozpusty; szalone pragnienie alkoholu i kobiet ogarnęło mnie jak drapieżne szpony krogulca. Tak nieraz w chwili ciężkiej rozterki, gdy duch słabnie, raptem rozszaleje ciało. Z kryjówek wypełzają najniższe instynkty użycia, podłej lubieżności, która plwa na wszystko, co jest w człowieku harmonią, i chce się upić, chce żeru, chce splugawienia się. Mając mało pieniędzy przy sobie, poszedłem pożyczyć takowych od Janulaitisa3, aby mieć za co orgię wyprawić. Już pożyczyłem, już szedłem z pieniędzmi hen, ale zdołałem się jeszcze zdobyć na wysiłek, przemogłem się i wróciłem do domu.

19 lutego (4 marca), rok 1911, sobota

O godzinie 5.00 poszedłem do kolegi Powołockiego4 na proszone bliny. Zebrało się do 20–30 adwokatów (prawie wyłącznie pomocników); ze starych byli tylko Wróblewski5 i Andrejewski. Atmosfera była miła, koleżeńska. Męski pijacki charakter tego rodzaju uczt koleżeńskich był złagodzony obecnością żony Powołockiego, teściowej i sióstr; miłe zresztą i niekrępujące, wesołe kobiety, jak miły też bardzo i gościnny był sam gospodarz Powołocki. Piło się dużo, ale specjalnego pijaństwa nie było. Po blinach, przy czarnej kawie w dyskusji pewnego grona kolegów popstrykaliśmy się z Wróblewskim, z którym zawsze tradycyjnie po wypiciu sobie docinamy, choć te nasze podchmielone docinki są zawsze tylko swawolą bez złości. Ujadamy się z nim wtedy, cięte ku sobie rzucamy pociski, ale bez niechęci; właściwie wtedy właśnie zbliżamy się ku sobie, wtedy zaciera się między nami ta niechęć, która na trzeźwo zawsze nas dzieli.

Po tradycyjnej więc szermierce z Wróblewskim wróciłem z blinów do domu z zamiarem bogobojnie położyć się spać, ciesząc się, że się obeszło bez zbytniego nadużycia alkoholu. Tymczasem po przyjściu do domu przypomniałem sobie, że to dziś w „Rūcie”6 przedstawienie amatorskie litewskie, na które służąca moja Anuśka miała wielką ochotę się wybrać. Dla zrobienia jej tej przyjemności, ponieważ sama biedaczka iść na wieczorek nie może, a jest to dla niej jedyna przyjemność w mieście, zaprowadziłem ją sam do „Rūty”. Wkrótce przyszedł do „Rūty” Iwan Łuckiewicz7, który się dowiedział, że ja tam jestem, i wywołał mnie do „Żorża”8.

Zleciłem Anuśkę opiece Janulaitisa i poszedłem z Łuckiewiczem do „Żorża”, gdzie zastaliśmy całą kompanię: Antoniego Łuckiewicza, Jeleńskiego9 z siostrą, pomocnika adwokata Wyszyńskiego i Szpakowskiego10 z Mińska. Od „Żorża” mieliśmy iść do Hamana, ale potem, odprowadziwszy siostrę Jeleńskiego, poszliśmy na czarną kawę na Baksztę11, gdzie spędziliśmy pyszną hulacką noc – Sardanapalowską noc, jak mówi Szpakowski.

 

3 (16) marca, rok 1911, czwartek

Wieczorem Witold Römer12 zaprosił mnie do siebie na herbatkę; częstował wódką, przekąską, herbatą. Mieszka w jakichś obskurnych chambres garnies13 przy ulicy Wileńskiej; dokoła same kurwy, dość niskiej kategorii; jakieś tam dwie przylazły do jego numeru częstować się wódeczką i przekąską, ale Boże odpuść – co za lafiryndy. Niewarte grzechu!

5 (18) kwietnia, rok 1911, wtorek

Nie umiem się utrzymać na poziomie surowej cnotliwości i wstrzemięźliwości. Mam żyłkę hulacką, która mnie od czasu do czasu gwałtownie wtrąca w odmęt orgii użycia. Na ogół hulaką nie jestem, mam wielką wrażliwość społeczną, kocham życie intelektualne, mam nieprzeparty pociąg do czynnego życia psychicznego, które z wielką miłością wcielam do moich prac literackich, politycznych i społeczno-kulturalnych. To zużywa lwią część mojej energii, zwłaszcza że nie umiem czegoś robić połowicznie, lecz się cały oddaję pracy, która mnie pociąga, ponieważ wrażliwość moja skłania mnie zawsze do przeceniania raczej niż sceptycznego niedoceniania istoty rzeczy.

Jestem urodzonym optymistą i człowiekiem intensywnego życia psychicznego, a jednak... Jednak zawsze wyskakuje we mnie od czasu do czasu żywiołowa iskra użycia fizycznego, tęsknoty do rozkoszy, pożądliwości płciowej, pragnienia ekstazy i narkotyku. Trwa to krótko, ale z taką siłą, że panować nie potrafię. Widocznie – nihil humanum a me alienum esse puto14.

Taką noc dziś spędziłem, upojony winem i kobietami. A szczyt podrażnienia erotycznego osiągnąłem, gdy wśród kobiet lubieżnych, kobiet do wzięcia była jedna czysta i nieskalana, nietknięta, naiwna, wstydliwa. Ten kontrast doprowadzał mnie do szału, do pożądliwości chorobliwej, tym ostrzejszej, że się zaspokoić nie dawała, bo ta dziewczyna jest cnotliwa i fizycznie nieskalana. A włosy i głos miała przepiękne i biła z niej taka świeżość, taka wstydliwość i skromność, że na tle zepsutego lubieżnego środowiska była ona różowym paluszkiem jutrzniowym i budziła ku sobie ostrą bolesną tęsknotę, budziła – czarodziejka – z najgłębszych tajników duszy jakieś sny nieziszczone i nieziszczalne, subtelne gdzieś het promyki wczesnych marzeń młodości, jakieś przeczucia rozkoszne a smętne, bo strawione świadomością brudu.

Po takiej nocy niespanej, boleśnie przetęsknionej w pozornych ramach użycia – zmęczony, wyjechałem pociągiem południowym z Wilna do Bohdaniszek15.

6 (19) kwietnia, rok 1911, środa

Pięknie i wesoło na wsi; wiosna dopełnia zwycięstwa nad szczątkami zimy. Resztki śniegu, zwiędłe i brudne, topnieją pod płotami, w cieniu zarośli, po rowach i na północ zwróconych zboczach pagórków. Zwinne raźne strumyki i ruczaje kończą pełnić swą misję wiosenną. Ziemia pachnie, odurza, ciepły wiatr upowszechnia wiosnę, trawka już skromnie kiełkuje, wynurzając zwycięskie młode pędy ponad jednolite szare tło wymarłej flory zeszłorocznej. Na łąkach błękitnieją wielkie tafle wód. Nad tęgim wiośnianym skupieniem natury, nad jej szlachetną powagą twórczą góruje krzykliwy zgiełk licznego ptactwa z melodyjnymi tonami poszczególnych gwizdań, rzeźbiących się na tle mieszanego chóru. Już i żuczki biegają po grudkach ogrzanej słońcem ziemi, bąk przeleci gdzieś het pod nosem, migając w uszach krótkim urwanym brzęczeniem. Dzień dziś słoneczny, przejrzysty, bez chmurki. W cieniu 11 do 13 stopni Réaumura16.

Kocham wiosnę, kocham Bohdaniszki, toteż mi tu dobrze, radośnie. Wypoczywam, chłonę w siebie woń młodości, wiary w życie, jaką daje wiosna.

9 (22) kwietnia, rok 1911, sobota

Wielka Sobota. Wszyscy zajęci gorączkowo przyrządzaniem święconego na jutro. Papa, znerwowany i zmęczony postem, chodzi i gderze, Mama nawet się rusza i dogląda ustawiania mięsiw i ciast na stole, a poza tym wydaje rozporządzenia i ześrodkowuje całą administrację roboty. Marynia17 sama piecze, biega, pracuje, Helcia18 jej pomaga, Stefuś19 – i ten przejęty doniosłością chwili i stęskniony do przysmaków jutrzejszych kręci się jak fryga po wszystkich kątach, drepcze, coś niby pomaga, coś skubie, słowem – wszyscy i wszystko w ruchu. Służba cała też skierowana do jednego celu – święconego. Kazimierz20, służące Jadzia i Urszula, gospodyni, dziewki na piekarni – wszystko uruchomione w pocie czoła.

Ja tylko jeden najmniej biorę czynnego udziału w tych gorączkowych przygotowaniach, choć też przy okazji zaglądam to do kuchni, to do pokoju gościnnego w nowym domu przy spiżarni, w którym się ustawia święcone.

10 (23) kwietnia, rok 1911, niedziela

I dzień Wielkiejnocy. Symboliczny dzień zmartwychwstania miłości, życia; święto wiosny, święto wieczystego odrodzenia. W świętach chrześcijańskich znajduje pewne potwierdzenie teoria Andrzeja Niemojewskiego21 (vide jego książka Bóg Jezus) o astralnym pochodzeniu Chrystusa i mitu chrześcijańskiego. Nawet zabagnienie chrystianizmu specyficznym – że się tak wyrażę – racjonalizmem mistycznym średniowiecza nie zdołało pozbawić go całkowicie jego pierwotnej głębokiej koncepcji kosmicznej. W szczególności kosmiczny i astralny charakter chrystianizmu jako systemu religijno-filozoficznego uwydatnia się znakomicie w kapitalnych świętach chrześcijańskich – Bożym Narodzeniu i Wielkiejnocy. Narodzenie Boże – to moment przesilenia słonecznego, narodziny dnia i słońca, zwycięstwo nad przemocą nocy i cienia. Wielkanoc, Zmartwychwstanie Pańskie – to święto odrodzenia całej natury, święto życia, młodości, rozrostu.

Piękny też jest nasz polski symboliczny zwyczaj święconego. Jest on głębszy ponad zwykły instynkt obżarstwa i chciwości; po długim poście jest to uczta pełni użycia, odrodzenia zdobywczej natury, rozpasanie zmysłów po skupionym, wątłym ascetyzmie. To orgia użycia, radosna orgia hulaszcza, jaka ogarnia całą naturę dokoła w dniu wiosny.

Święcone bohdaniskie jest, jak zawsze, okazałe, sute. Indyki, szynki, głowy świńskie, pieczenie wołowe, cietrzewie, ciasta, szpekuchy22, babki, torty, mazurki zapełniają zastawę stołu świątecznego. Oprócz Komorowskich23 i naszego grona bohdaniskiego nikogo nie było. Zespół ściśle rodzinny.

rozdział I

19 czerwca (2 lipca), rok 1911, niedziela

Muszę tu nadmienić o jednej rzeczy, która mi bardzo na sercu leży. Poznałem biedną młodą dziewczynę, Łotewkę, prostytutkę zamkniętą w domu publicznym u Rozy Gołąbek na Bakszcie. Dziewczyna młoda, ma lat 19–20, nazywa się Walli. W lupanarze jest dopiero od dwóch tygodni; skromna jeszcze, niezepsuta przez szkołę rozpusty. Opowiedziała mi bolesną tragedię swego życia, która ją tu wreszcie wpędziła. Pochodzi z Libawy24, zna język niemiecki i kilkadziesiąt ledwie słów rosyjskich. Zakochana w jakimś Żydku, który ją dziewictwa pozbawił, a teraz mieszka w Rydze; matka ją wyrzuciła z domu za to, że nie chciała zrezygnować ze swej miłości do Żyda; miłość pozbawiała ją niemal przytomności. Wyrzucona z domu, bez miejsca, bez chleba, posłuchała namowy jakiegoś handlarza dziewcząt, który ją tu skierował.

Niedola tego dziewczęcia obeszła mnie żywo; biedaczka płakała; pije dużo i śpiewa rzewne piosenki łotewskie dla ukojenia swej tęsknoty, a o ukochanym swym zapomnieć nie może. Kocha go nadal, szalenie, boleśnie. Prosiła, abym jej książek łotewskich dostarczył. Niezepsuta jeszcze, brzydzi się swej „pracy” i nie uprawia praktyk najgorszych, choć „goście” ją do takowych skłaniają i ostatecznie skłonią. Chciałbym ją uratować; spróbuję zwrócić się do Towarzystwa Ochrony Kobiet25.

20 czerwca (3 lipca), rok 1911, poniedziałek

Dziewczyna z Bakszty, Walli, nie wychodzi mi z pamięci. Biedne, nieszczęśliwe stworzenie, rzucone na grunt obcy do lupanaru, na wyrafinowane praktyki rozpusty. Dziś jeszcze może uratować by się ją dało, bo jest wrażliwa, brzydzi się ekscesami rozpusty, cierpi. Jest jeszcze młoda, świeża, zdrowa. Ale z dnia na dzień w tej atmosferze zmęczenia fizycznego, hańby, pijaństwa, które uprawia dla uśmierzenia cierpień moralnych, będzie się coraz głębiej staczała w kałużę zepsucia. Aby nie stracić „klientów”, przezwycięży wstręt i nagnie się do najobrzydliwszych praktyk, które potem staną się dla niej chlebem powszednim. Znikczemnieje moralnie, stępi zmysły i uczucia oraz wszelką wrażliwość. Wtedy już będzie zgubiona. Wprawdzie zapomni o swej tragicznej miłości, ale wraz z nią wyzbędzie się i wszystkiego, co szlachetne. Boli mnie ta dziewczyna. Chciałbym się przyczynić do jej ratunku, póki czas.

W tym celu poszedłem rano do Towarzystwa Ochrony Kobiet. Niewiele mi się tam wszakże udało dopiąć. Towarzystwo to zajmuje się nie tyle ratowaniem kobiet tak zwanych upadłych, ile raczej stręczeniem pracy dla dziewcząt i kobiet „uczciwych” w celu zapobieżenia ich upadkowi. Kobietami upadłymi zajmuje się tylko o tyle, o ile bądź one same się do Towarzystwa zwrócą, bądź ktoś je tam skieruje i wtedy, jeżeli to są katoliczki, Towarzystwo odsyła je do zakładu magdalenek na Antokolu26, ewentualnie odstawia je swoim kosztem do miejsca ich urodzenia. Własnej wszakże samodzielnej akcji w celu ratowania tych kobiet, wyrywania ich z sideł wyzysku lupanarów, Towarzystwo nie przedsiębierze. Agentów do tej roboty Towarzystwo nie posiada, a bez takowych nic zrobić nie można. W Towarzystwie czynne są właściwie same panie i jeden tylko mężczyzna, dr Marenicz27, ale ten właściwie bierze czynny udział w zarządzie, za ciężki zaś jest i zbyt zajęty, aby mógł się roli agenta podjąć.

Wskazano mi w Towarzystwie niejaką Piątkowską, praczkę z zawodu, kobietę prostą z ludu, która jest osobą ideową i poświęca się energicznie działalności nad ratowaniem „upadłych” kobiet. Sama podobno chodzi do domów publicznych, gdy trzeba stamtąd jakąś dziewczynę wyrwać, zajmuje się następnie ich losem, ma ich zawsze po kilka u siebie. Poszedłem więc pod wieczór do niej za wskazanym adresem. Nie jest to wszakże kobieta, która by odpowiadała wymaganiom w stosunku do mojej Łotewki Walli. Piątkowska to poczciwa kobiecina, istotnie ideowa i szczera, ale traktująca sprawę przeważnie ze stanowiska moralno-religijnego. Ma ona gorące serce dla nieszczęścia ludzkiego zbiorowego, lecz dla indywiduów jest szorstka. A tu właśnie dla takiego wypadku, jak z Walli, trzeba niezmiernie dużo subtelności, trzeba umieć przeniknąć miłością w serce tej właśnie dziewczyny jako żywego osobnika, nie zaś kategorii społeczno-moralnej, trzeba mieć dużo taktu i umieć nie zadrasnąć ambicji i uczuć tej dziewczyny. Zresztą Walli nie katoliczka, więc Piątkowska nie zdoła dla niej nic zrobić. Zaproponowała mi Piątkowska, żeby Walli może do katolicyzmu skłonić, ale odmówiłem, bo geszefty religijne są brudem, który uzdrowić jej nie zdoła.

21 czerwca (4 lipca), rok 1911, wtorek

W sprawie mojej Łotewki Walli, widząc, że Towarzystwo Ochrony Kobiet pomocne być nie może, pomówiłem dziś z Boguszewskim28. Jest to człowiek głębokiej kultury etycznej i człowiek serca. Zainteresował się szczerze losem biednej dziewczyny. Ma on mały mająteczek w Mińszczyźnie, który jest w dzierżawie. Owóż przyrzekł, że jeżeli dziewczynę z domu publicznego wyrwę, on udzieli jej tymczasowo mieszkania w jego mająteczku, gdzie będzie też miała skromne utrzymanie. Oprócz tego, przyrzekł napisać do jakichś swoich znajomych, artystów mieszkających na wsi, zapytując, czy by jej nie przyjęli w charakterze modelki, jeżeli jest tylko dobrze zbudowana. Zaznaczając, że ludzie ci są uczciwi i nie skorzystają z tego, że dziewczyna była chwilowo prostytutką, i nie będą przeto modelkę dla rozpusty używać.

2 (15) lipca, rok 1911, sobota

Widziałem się z Boguszewskim. Mówiłem z nim o Walli. Lękałem się, żeby się Boguszewski nie cofnął. Byłoby to tym cięższe, że już powiedziałem Walli o tych projektach i że już konkretnie na tym z nią budujemy jej ratunek. Poza Boguszewskim zaś nie mam żadnego innego planu, nie wiedziałbym, co przedsięwziąć. Ale gdzież tam. Boguszewski – to człowiek serca, głęboki i niepowodujący się kaprysem przesądów i blagi. Potwierdził wszystko, co mówił. Walli może się zalokować w jego mająteczku pod Mińskiem, a następnie trzeba dla niej otrzymać miejsce modelki u znajomego Boguszewskiego, rzeźbiarza Krasnopolskiego29 z Mińska.

We wtorek mamy pójść z Boguszewskim do Walli. Jakże bym ja chciał tę dziewczynę wyrwać, dopomóc jej w tym ciężkim losie! Biedna to, samotna dziewczyna. Walli właściwie sama przez się nic osobliwego nie przedstawia. Los jej i dzieje – powszednie; tragedia jej nie jest ostatecznie o wiele głębsza niż tragedie setek i tysięcy takich dziewcząt. Można jej sytuację nawet za przeciętną uważać. Niemniej warto jej dopomóc, gdy pomoc ta może jeszcze być skuteczna. Byłoby to życie uratowane.

 

3 (16) lipca, rok 1911, niedziela

Rozmawiałem z Bagińskim30 o Walli. Poradził mi on bardzo dobrą rzecz, żeby spróbować pomówić z panią Gawrońską31, czy nie mogłaby do niej na wieś przyjechać Walli na lato. Byłaby to bodaj lepsza kombinacja niż z Boguszewskim. Z kim będzie Walli w mająteczku Boguszewskiego – nie wiem. Bez opieki, bez ludzi – trudno ją zostawić samotną na wsi po wywiezieniu wprost z domu publicznego. Trudno żądać wielkiej równowagi duchowej w tych warunkach, aby mogła znieść samotność, nie znając ludzi i języka. Rozterka wewnętrzna, znerwowanie, miłość niewygasła, nuda, pewna nabyta może w lupanarze skłonność do alkoholu – to niebezpieczni doradcy. Być zaś potem modelką u rzeźbiarza – to też na dwoje babka wróżyła.

Co zaś do Gawrońskiej, to znam ją, wiem, że to osoba subtelna, mająca dużo serca, taktu, wrażliwości, miękkości, a zarazem dzielna. Dla Walli jej towarzystwo, jej wpływ, jej opieka i ewentualnie przyjaźń byłyby bardzo dobre. Gawrońska zaś miałaby wprawę w języku niemieckim. Trzeba będzie z panią Gawrońską pomówić. Dziś nie zastałem jej w domu.

5 (18) lipca, rok 1911, wtorek

Napisałem długi, gorący list do pani Gawrońskiej w sprawie Walli. Opisałem jej dzieje tej dziewczyny, tragedię jej miłości do Żydka, jej niedolę, cierpienie, upadek, który ją zagnał do tego ohydnego zakładu w Wilnie. Będę czekać odpowiedzi i dopiero wtedy zawiozę do niej dziewczynę.

Wieczorem poszedłem na Baksztę do Walli. Po raz ostatni ją tym imieniem nazywam. Istotne bowiem jej imię – Anna Wolberg. Walli – to tylko pseudonim, który każda dziewczyna w takim domu i takim „zawodzie” przyjmuje. Boguszewskiego ze sobą nie brałem, bo jest już mi niepotrzebny. Stokroć wolę ulokować Annę na lato u pani Gawrońskiej. Będzie miała opiekę, będzie miała życzliwe i subtelne serce kobiece, którego tak potrzebuje.

Spędziłem z Anną noc całą na rozmowie. W takiej atmosferze, jak dom publiczny, rozmowa nasza była zaiste niezwykła. Omówiliśmy z Anną cały plan wyrwania jej stamtąd. Mam to zrobić jutro; zwlekać nie warto, każdy dzień takiego życia zaoszczędzony wart wiele. Do wyrwania jej stamtąd mam użyć pomocy Bagińskiego. Bagiński przyjdzie tam wieczorem, o godzinie 8.00, niby gość; wywoła Annę i na znak umówiony pokaże jej mój bilet wizytowy. Wtedy Bagiński zawoła wicegospodynię zakładu, Bertę, i oświadczy jej, że przyjeżdża z Libawy, że jest dobrym znajomym matki dziewczyny i ma polecenie zabrać ją. Sprawdzi rachunki, zabierze rzeczy Anny i wywiezie ją – na razie do mego mieszkania. Jeżeli Berta nie zechce Anny wypuścić, zagrozi się jej policją, gubernatorem, skandalem.

Anna odżyła z radości. Ta dziewczyna ma naturę głęboką i grunt dzielny, uczciwy, prosty. Nic w niej nie ma zepsucia, pomimo że już miesiąc przeszło tu bawi. Boi się dnia jutrzejszego, boi się awantury, ale sercem rzuca się w lot do odzyskanej swobody, czystości. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie i uda mi się ją uratować – będę szczęśliwy i błogosławić będę ten dzień, który mnie skierował na drogę tego czynu. Będzie to jeden z najpiękniejszych i najradośniejszych czynów życia mego. Jestem wieczystym entuzjastą i optymistą, ale błogosławię z całej istoty mojej tę zdolność entuzjastyczną – na niej dźwigać można czyny.

Co za podły wyzysk dziewczyn w tym lupanarze, który przecież do pierwszorzędnych należy i który, zdawałoby się, mógłby dawać dochód dziewczynom. Sprawdziłem dziś z Anną cały jej rachunek. Od dnia 25 maja „zarobiła” ona ogółem od gości 354 ruble; połowa zalicza się dla gospodyni, połowa niby dla niej, to znaczy, że wypada 177 rubli. Długów zaś naliczono jej akurat tyle, ile wypada ogólna suma jej posiadania, a więc za bieliznę 32 ruble, na rzecz agenta, który ją tu skierował – 41 rubli, utrzymanie miesięczne po 37 rubli, jakieś jeszcze drobne naliczone należności, wreszcie, gdy już nie było co naliczać, zmuszono ją do wzięcia sukni za 65 rubli, tak że liczy się, iż jeszcze jest 13 rubli winna. Łajdacki rachunek!

6 (19) lipca, rok 1911, środa

Zamach stanu się udał: Anna Wolberg jest już u mnie w mieszkaniu, swobodna, bezpieczna. Kapitalna część dzieła – wyrwanie jej z tego domu ohydy – została dokonana. Dużo jeszcze wprawdzie zostaje do zrobienia, bo trzeba się dopiero jej losem i ustaleniem jej bytu na przyszłość zająć, ale bądź co bądź najważniejszy jest ten pierwszy zasadniczy krok: wyzwolenie.

Po południu rozmówiłem się z Bagińskim, uprosiłem go o pomoc w tej sprawie. Bagiński, choć mu to oczywiście przykre było, zgodził się. Wieczorem więc o godzinie 8.00 Bagiński udał się na Baksztę do lupanaru, ja zaś siadłem w cukierni Sztralla32 na Wielkiej, gdzie był punkt umówiony. Przewidywaliśmy, że może gospodyni nie zechce Anny wypuścić. Jest to bowiem dziewczyna młoda, świeża, nader powabna, dająca lupanarowi dochód znakomity. Na wypadek więc, gdyby gospodyni zechciała zatrzymywać ją przymusem, musielibyśmy użyć także drogi gwałtu przez policję, ewentualnie przez gubernatora nawet. Dla Bagińskiego oczywiście skandal z policją, protokołami itd. byłby nader ciężki. Figurować w tych protokołach, potem gawędy po mieście, przesądzanie faktów, obmowa, brud.

Wobec tego postanowiliśmy tak: jeżeli Anny nie wypuszczą, pomimo najgroźniejszej postawy Bagińskiego, Bagiński zaraz przybiega do mnie do cukierni. Zwlekać w takich razach nie można, bo spłoszony, ale chciwy lupanar niełatwo wypuszcza z rąk ofiarę; mogą ją ukryć, sprzedać i wywieźć do innego lupanaru albo nawet do innego miasta i tak ślad zatrzeć, że się odnaleźć nie da. Mają one tysiące środków na dziewczęta samotne, bezbronne, sterroryzowane. Wobec tego, w razie zatrzymywania Anny, Bagiński poleca, aby pod żadnym pretekstem nie dawała się nigdzie wyprowadzać, a sam przybiega do mnie. Wtedy ja zaraz biegnę do praczki Piątkowskiej, która mi na ten wypadek pomoc obiecała. Piątkowska, która już niejednokrotnie takiej roli się podejmowała i która, jako członek Towarzystwa Ochrony Kobiet, ma poparcie wszelkich władz do gubernatora włącznie, bierze policję, idzie do lupanaru i wyprowadza dziewczynę. Taki był nasz plan ewentualny.

Przesiedziałem u Sztralla przeszło godzinę, wzruszony, zaniepokojony, czekając na rezultat działań Bagińskiego. Wreszcie Bagiński przyjechał z Anną i jej rzeczami. Powiodło się dobrze. Bagiński, przyszedłszy do lupanaru, kazał sobie przyprowadzić Walli. Gdy Walli-Anna weszła, Bagiński pokazał jej mój bilet jako znak umówiony. Anna, która już się tego spodziewała i była niezwykle wzruszona, omalże spazmów nie dostała. Bagiński zawołał gospodynię, oświadczył, że jest znajomym rodziców Anny i że ją zabiera. Gospodyni w pierwszej chwili chciała protestować, ale na skutek groźnej i stanowczej postawy Bagińskiego uwolniła ją. Żadnych rachunków z Bagińskim nie przeglądała, paszport zaś Anny, jej bieliznę od praczki i jej nową suknię u szwaczki obiecała zwrócić nazajutrz. Anna zabrała swój koszyczek z rzeczami i wyjechała z Bagińskim.

Wnet zawiozłem ją do mego mieszkania. Zalokowałem ją w Maryni pokoju sypialnym. W mieszkaniu mam teraz pusto, nikogo oprócz służącej Anusi nie ma. Anna jeszcze się nie uspokoiła; jest bardzo poruszona, podrażniona, ale serdecznie szczęśliwa.

7 (20) lipca, rok 1911, czwartek

Szczęśliwy i radosny jestem, bo bądź co bądź Anna jest uratowana. Wprawdzie to początek tylko, ale już sam fakt wyrwania jej z lupanaru jest wielką, jest kapitalną rzeczą.

O godzinie 9.00 rano Anna już wstała. Wyspała się dobrze, spokojnie po raz pierwszy od długiego czasu. Cicho, bezpiecznie jej, zdrowo. Do obiadu siedziała przeważnie sama. Ja wychodziłem z domu, potem pracowałem, od czasu do czasu tylko z nią pogawędziłem. Czytała sobie książki łotewskie, pisała swój dziennik. Dziennik niedoli i przygód tej dziewczyny, pisany zapewne z właściwą jej tragiczną prostotą, musi być niepospolitą skarbnicą serca ludzkiego. Po łotewsku pisany, więc nic oczywiście zrozumieć bym nie mógł.

Co za podłość, co za łajdactwo w lupanarze. Dziewczyna codziennie w brudzie się pławi, oddana na pastwę chuci pijanej, cynicznej; ileż to kosztuje zdrowia, ile męki fizycznej i nade wszystko moralnej, ile upokorzenia, aby przez miesiąc i dziesięć dni „zarobić” 354 rubli od „gości”. Przez ten czas tylko trzy noce ma w rachunku niezapełnione. I w rezultacie, po takim psim życiu nie ma nic, nawet jeszcze z długiem zostaje. Zmuszają ją do picia, do palenia, bo gospodyni każe, aby zachęcała gości do obstalowywania trunków i papierosów, a w tym celu oczywiście i sama pić musi. A w rachunku powyższym alkohol, który ona z „gośćmi” wypiła, bynajmniej niepoliczony; te 354 ruble – to tylko czysty rachunek tego, co „goście” jej gotówką do rąk zapłacili. Połowę czystą tej gotówki bierze gospodyni, a oprócz tego na pozostałą sumę nalicza wszystkie koszty po jak najbardziej słonej cenie. Gdy zaś pomimo wszystko zostaje nadwyżka na korzyść dziewczyny, zmusza się ją do szycia sukni, ale tylko oczywiście u szwaczki nadwornej i za cenę dowolną, a tak wyliczoną, aby przewyższyła jej dochód i jeszcze w długu ją utrzymała.

W ten sposób dziewczyna nie tylko że nic nie ma, ale wieczyście ma dług i nie może przeto się wyrwać; prawnie jej zatrzymać nie wolno, ale jakże wyjść może bez grosza? A w dodatku handel dziewczętami jest tak zorganizowany, że sprowadzane są zawsze dziewczęta z daleka – jak w Wilnie przeważnie Łotewki, które i znajomych tu żadnych nie mają, i często nawet językami krajowymi nie władają wcale, więc są już całkiem bez wyjścia.

Pod wieczór poszedłem z Anną na miasto. W księgarni Syrkina33 jest subiekt Łotysz; do niego zaprowadziłem Annę, aby sobie z katalogu łotewskiego wybrała książki dla sprowadzenia dla niej takowych z Rygi. Potem poszliśmy z nią do cukierni Torwirta i stamtąd posłaliśmy posłańca na Baksztę do zakładu Rozy po paszport Anny, po resztę jej bielizny od praczki i po suknię nową, którą ją brać zmuszono, a za którą wypadło dopłacić jeszcze do rachunku rubli około 15. Posłaniec poszedł z listem od Anny. Z lupanaru wydano wszystko za dopłatą 15 rubli.