Zabójcze aplikacje

Tekst
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Łukasz Piskorek

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Michał R. Wiśniewski, 2021

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Redakcja Krystyna Podhajska

Korekta Justyna Sadurska, Katarzyna Rycko

Skład d2d.pl

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8191-344-7

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Intro. Nowa normalność

Czy chcieliśmy takiego życia?

Symbol statusu

Część 1. Metamorfoza

Rozmowy niekontrolowane

Żółte słoneczko, zielona kropka

Życie na wideo

Część 2. Zabawić się na śmierć

Ścieżka dźwiękowa

Trzy ekrany

Gry i zabawy

Część 3. Mapa i terytorium

Sport to zdrowie

Miasto i świat

Czas dostawców

Outro. Rebelia

Detoks

Pomyśl o dzieciach

Szok dla systemu

Przypisy

Kolofon

Telefon – aparat umożliwiający prowadzenie rozmów na odległość.

Telefon komórkowy – telefon bezprzewodowy działający w zasięgu stacji nadawczo-odbiorczej, pozwalający na prowadzenie rozmowy osobie przemieszczającej się z miejsca na miejsce.

Smartfon – urządzenie będące połączeniem telefonu komórkowego i komputera kieszonkowego.

Aplikacja – komputerowy program użytkowy.

Apka – aplikacja do pobrania na urządzenia mobilne.

Słownik języka polskiego PWN

Lina i kij to dwa z najstarszych narzędzi ludzkości. Lina służy do przyciągania tego, co dobre, a kij – do odpychania tego, co złe.

Abe Kōbō, Lina

Intro Nowa normalność

Czy chcieliśmy takiego życia?

15 listopada 2020 roku do urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa powoli[1] zaczęło docierać, że nieodwracalnie przegrał wybory. W komunikacie opublikowanym, jak to miał w zwyczaju, na Twitterze, napisał, że jego przeciwnik, Joe Biden, wygrał.

„On wygrał, ponieważ wybory zostały sfałszowane” – głosił tweet. Trump narzekał w nim na brak obserwatorów, zestawienia głosów zrobione przez „radykalnie lewicową prywatną firmę Dominion”, według niego mającą złą reputację i marny sprzęt: „nie kwalifikował się nawet do Teksasu (w którym wygrałem wieloma głosami!)”[2], oraz oczywiście na zakłamane, milczące media „i nie tylko”. „Wysłane z iPhone’a” – po tym można poznać, że sam Trump jest autorem tweeta. Brzmiało to jak kontynuacja ciągnącej się przez ostatnie dni serii, w której podważał wyniki wyborów; do tej pory jednak cały czas twierdził: „Ja wygrałem”. A tu nagle: „On wygrał”.

Coś się wreszcie skończyło.

W 2016 roku spędziłem siedem tygodni w Szwecji. Jesienią – była piękna, najcieplejsza od lat. Spacerowałem po Sztokholmie, obżerałem się lukrecją, zachwycałem funkcjonującą, przyjazną człowiekowi infrastrukturą i wszechobecną ludzką życzliwością. Pisałem powieść, korzystając z pokoików do nauki w bibliotece publicznej, zwiedzałem muzea, cieszyłem się życiem w mieście, w którym kierowcy nie próbują zabić pieszych na pasach, nikt nie krzyczy na dzieci i spotykają się kultury z całego świata. Kupiłem sobie nowego iPhone’a, bo akurat przyszedł czas na zmianę – okazał się nawet tańszy niż w Polsce.

A potem wróciłem do kraju, co było doświadczeniem dość traumatycznym. Przyzwyczajałem się z trudem, ale i cieszyłem z powrotu do rodziny, języka i zielonego spokoju przytulnego Parku Leśnego Klęskowo; po tej cieplutkiej szwedzkiej jesieni przyszła zresztą straszna zima i Sztokholm pokryła gruba warstwa śniegu. Oglądałem wideo w internecie, patrzyłem na nieszczęsnych Szwedów przebijających się przez potężne zaspy i cieszyłem się, że jednak nie wybrałem życia na północy. Lubię śnieg, choć nie aż tak. W każdym razie po powrocie przez pewien czas chodziłem w przedziwnym amoku, śniąc na jawie o skandynawskiej socjaldemokracji i sposobie, w jaki można by zrobić z Polski normalny kraj. Opowiadałem każdemu o dziwach, które tam widziałem: „Wiecie, że mają takie ścieżki jak rowerowe, tylko dla wózków dziecięcych? A każde drzwi otwiera się przyciskiem?”.

Jednocześnie wciąż pisałem książkę (wyszła w 2017 roku pod tytułem Hello World) o losach trzech pokoleń – między innymi młodej dziewczyny żyjącej w 2044 roku. W wymyśloną przyszłość włożyłem różne koszmary – miał być to świat, w którym ludzie siedzą odizolowani od siebie po katastrofie ekologicznej i jakiejś tajemniczej zarazie pochodzącej z Chin; do tego Ameryka znajduje się w stanie upadku po tym, jak wygrał Donald Trump i nastały dekady idiokracji.

W ogóle nie dopuszczałem wtedy do siebie myśli, że naprawdę może wygrać. To po prostu nie mieściło się w głowie, chociaż w pewnym stopniu zapowiedzią tego był brexit. Trump wygrał między innymi dzięki rozczarowaniu wyborców elitami, które wciąż nie rozwiązały ciągnących się od lat problemów państwa oraz użyciu mediów społecznościowych w celu dotarcia do wyborców; korzystał na przykład z nadużyć platform kolekcjonujących dane użytkowników – i kolportował rozmaite kłamstwa.

Nastały ponure cztery lata, które spędziłem przyklejony do swojego nowego smartfona, konsumując codziennie porcje dołujących wiadomości. Nawet specjalnie ich nie wyszukiwałem, wpadały na Twittera wrzucane przez osoby, które obserwowałem. Co mnie obchodzi Ameryka? Ameryka nie jest światem, zatytułował Morrissey swoją piosenkę, ale nie miał racji. Stany Zjednoczone są pępkiem świata. Nie mówię tu nawet o postępującej katastrofie klimatycznej, w której odgrywają kluczową rolę. Przecież owa „ojczyzna wolności” daje przykład, że cała ta demokracja to nie jest coś, co trzeba traktować aż tak poważnie. Przekaz, który dobrze się przyjął w Polsce – rodzima prawica była wpatrzona w Trumpa jak w obrazek – i który dał wymówkę przeróżnym reżymom: „Nas się czepiacie? Popatrzcie na USA!”.

Takie masochistyczne śledzenie ponurych wiadomości ma swoją nazwę – doomscrolling. Skrolowanie zagłady, co brzmi jak nazwa artefaktu z gry komputerowej. Ale czy nie żyjemy w czymś w rodzaju gry komputerowej? Przeczołgaliśmy się przez ten etap, zły boss został pokonany, czas na fanfary!

Kiedy tylko się upewniłem, że Joe Biden zostanie następnym prezydentem, poczułem przedziwną euforię. Nie mogłem się odkleić od ekranu i śledziłem wybuchy radości na ulicach Nowego Jorku. Przypominały zakończenie Powrotu Jedi, które – przepraszam George’a Lucasa! – kiedyś wydawało mi się przesadzone. Z dziką radością czytałem tweety, wciągałem strumień memów i oglądałem filmiki na TikToku. Mała temporalna wyspa radości w okropnym świecie.

Okazało się, że to też ma swoją nazwę. Joyscrolling, skrolowanie radości. Chwilowa ułuda, ale jak napisała w komentarzu Naomi Klein: „Każdy ma prawo do radości po obaleniu tyrana”. Miałem więc i ja, obserwator z dalekiej Polski, który skutki amerykańskiej polityki odczuwa jak huragan wywołany przez trzepot motylich skrzydeł. A przecież problemy zostały. Zagłada klimatyczna, upadek demokracji, wojna z kobietami, konserwatywne widma krążące nad Polską i odbierające życiu smak.

 

Mam zatem za sobą cztery lata niepotrzebnego zamartwiania się – czy nie lepiej by mi było bez smartfona i aplikacji, która mi te wszystkie nieszczęścia podsuwa pod nos? Czy w ogóle jest możliwy powrót do krainy niewinnej nieświadomości tego, co się dzieje na świecie? Czy chcieliśmy takiego życia?

Maski i smartfony

Wspomnienia to okruchy wydobyte z zakamarków pamięci, odbite w czarnym zwierciadle teraźniejszości. Niedawno na spacerze rozmyślałem o rzeczach błahych. Drogą przedziwnych skojarzeń wróciłem do ślubu jednego z moich kolegów. Po weselu spędziliśmy noc w domu gościnnym. Nie był to hotel ani hostel. Ot, typowa noclegownia, którą można by sobie obejrzeć na którymś polaroidzie z Polski przydrożnej[3], urządzona w piętrowym domku jednorodzinnym na obrzeżach Poznania. Rankiem zeszliśmy do kuchni, w której gospodyni przygotowała domowe śniadanie, zdjęliśmy maski… Moment, nie tak. To było dziesięć lat temu, dekadę przed epidemią COVID-19. Wtedy się nie nosiło masek!

To nic. Na obrazku wyświetlonym w moim prywatnym kinie mój awatar, wyciągnięty z przeszłości, miał maskę, jako i ja ją teraz noszę – wspomnienie zostało nadpisane. Również dopiero po chwili refleksji uświadamiam sobie, że miałem kiedyś zupełnie inny telefon. Albo nie miałem go wcale. Maski i smartfony wrosły w moje fantomowe ciało równie łatwo, jak łatwo stały się elementem tego prawdziwego. Wyraźniejsze jest to, co zapisane – notatki, zdjęcia – choć często brakuje tu kontekstu, coś pozostaje w sferze niedopowiedzenia. Z codzienną regularnością fragmentów cyfrowych wspomnień dostarcza Facebook. Komputerowo wspomagana nostalgia – serwis pamięta, żebym ja nie musiał. Zaglądam tam z ciekawością, rozleniwiony; mam wrażenie, że znacznie lepiej pamiętam czasy sprzed Facebooka, kiedy moja pamięć należała tylko do mnie.

Tymczasem serwis podsuwa mi obrazek, który dawno temu wrzuciłem na swój wall. To karykatura współczesnego człowieka, rysunek tuszem poprawiony akwarelą. Ludzik, typowy pracownik biurowy, przypominający połówkę banana obleczoną w prążkowany garnitur, gapi się w ekran smartfona. „Colin używa swojego telefonu, aby zająć czymś swój umysł, ponieważ w którymś momencie stało się to pieprzoną normą!” – komentuje autor obrazka, podpisany jako Duncan.

Facebook pamięta, że wrzuciłem ten obrazek, ale ja nie pomnę, dlaczego właściwie to zrobiłem, ponieważ nie opatrzyłem go żadnym komentarzem. Czy mnie wtedy rozbawił, czy zobaczyłem w nim jakąś prawdę o dzisiejszych czasach, jakiś „rel”, czyli treść, z którą mogę się utożsamić (relate to), czy po prostu uznałem, że spodoba się znajomym i użytkownikom obserwującym mój profil? To idealny obrazek, żeby zarobić parę tanich lajków – pokazuje coś, z czym każdy raczej się zgodzi. Przecież każdy jest taką połówką banana, która gapi się w telefon, bo w którymś momencie stało się to normą, prawda? „Nowa normalność”, tak nazywa się życie w reżymie sanitarnym wprowadzonym z powodu COVID-19. „Czy to jest życie, którego naprawdę chcieliśmy?”, pytał Roger Waters na swojej płycie wydanej po wygranej Trumpa. Śpiewa na niej o wspomaganej komputerowo współczesnej polityce, o uchodźcach i o dronach zabijających ludzi.

Chcieliśmy takiego życia? Intuicyjnie odpowiadam, że nie. Internet to co innego. Wszyscy staliśmy się cyborgami połączonymi ze sobą globalną siecią, bo sen o cyfrowym współistnieniu żył w kinie i literaturze science fiction. Ale czy znajdziemy gdzieś książkę o facecie w garniturze, który gapi się w ekran smartfona? Cyberpunkowi bohaterowie jeszcze w 1995 roku łączyli się z siecią w budkach telefonicznych. Kto dziś, poza fanami starych filmów o Supermanie, wie, cóż to takiego? Jednym z internetowych hobby jest poszukiwanie „artefaktów podróży w czasie” – urządzeń, które pojawiły się w filmie lub serialu znacznie wcześniej niż w rzeczywistości. Przodków smartfona szuka się wśród komunikatorów i trikoderów ze Star Treka, czyli podręcznych, wielofunkcyjnych urządzeń komunikacyjnych niewielkich rozmiarów. Podobnych czysto fantastycznych gadżetów używali agenci tacy jak James Bond czy bohater komediowego serialu Dorwać Smarta. Ten ostatni słuchawkę telefonu bezprzewodowego miał zainstalowaną w podeszwie buta (ciekawe, czy taką nakładkę na smartfona można zamówić na AliExpress?).

Gadżety cyberpunków, kapitana Kirka i agenta 007 łączy jedna rzecz – to narzędzia ludzi pracujących, dzielnych odkrywców i tajnych agentów. Pełnią konkretne funkcje, przydają się w ważnych dla fabuły momentach: gdyby nie laser ukryty w zegarku, z Jamesa Bonda zostałaby mokra plama, a Ziemią rządziłby jakiś przerażający dyktator.

Inwazja zabijaczy czasu

Frazy, których używamy na co dzień, stają się przezroczyste, ale wystarczyłoby przenieść się w czasie, żeby dostrzec ich niezwykłość. Co robi Colin z obrazka? „Gapi się w telefon”. Zabierzmy to zdanie wehikułem czasu do roku 1985 (jak w Powrocie do przyszłości) – jak zostałoby zrozumiane? Że ktoś waruje przy aparacie telefonicznym, czekając na rozmowę, jakby wpatrywanie się w ten aparat mogło w magiczny sposób przywołać dzwoniącego. Dawne czasy, gdy słuchawkę trzymało się przy uchu, a nie przed nosem. Zmieniły się obyczaje – mój rówieśnik zauważył, że berlińska młodzież podczas rozmowy trzyma telefon przed twarzą. Cóż, też tak czasem robię, odkąd mój smartfon przestał mieścić się w dłoni – tak jest po prostu wygodniej. A poza tym to naturalna pozycja do „gapienia się w telefon”. Po co ją zmieniać z tak błahego powodu jak odebranie połączenia?

„Gapienie się w telefon” brzmi pejoratywnie, bo ma tak brzmieć – to zdanie mówiące o upadku obyczajów. Kiedyś ludzie ze sobą przebywali i rozmawiali, perorują konserwatyści, a teraz nic, tylko gapią się w telefon. Fantazje o ludziach, którzy nie gapią się w telefon, świetnie sprawdzają się jako zabawne podpisy pod zdjęciami z dawnych lat, na których pasażerowie metra czy klienci kawiarni „gapią się” w gazetę. To kolejna rzecz – kiedyś było wiadomo, co robi osoba gapiąca się; wielka płachta zadrukowanego papieru, za którą się chowała, była wręcz obsceniczna – oto gazeta, którą czytam! Już nie tak łatwo udawało się z książkami, równie namiętnie czytanymi w miejscach publicznych. Bezwstydnicy epatowali wprawdzie okładkami (fascynują mnie ludzie czytający w autobusach powieści erotyczne), ale zawsze można było książkę obłożyć i wtedy nikt nie zgadł, czy to jakaś uczona pozycja czy wręcz przeciwnie, rzecz o pozycjach z całkiem innej półki.

Pogapmy się i my na ludzi gapiących się w telefon: co właściwie robią? Bez niegrzecznego zaglądania przez ramię można to odczytać z ruchu ich dłoni – czy ruszają kciukiem niczym wycieraczką, przebijając się przez strumień treści na Twitterze lub Facebooku, czy tańcują po ekranie palcem, łącząc ze sobą symbole w jakiejś grze logicznej, czy po prostu trzymają telefon i się gapią, więc niechybnie konsumują treści wideo?

Colin z obrazka chyba nic nie robi. Jego mina wyraża błogość, on raczej odpoczywa, niż pracuje. W jednej ręce trzyma teczkę, więc nie pisze ani nawet nie gra. Prawdopodobnie przewija Twittera albo Facebooka, do czego wystarczy mu sprawny kciuk. No właśnie. Teraz widać, o czym tak naprawdę jest ten obrazek. Nie o gapieniu się w telefon, ale o sieciach społecznościowych. Miejscach zaprojektowanych po to, żeby umilały zabijanie czasu dzięki karmieniu zmysłów obrazkami, tekstami, filmikami i namiastką kontaktu międzyludzkiego. Winą urządzeń przenośnych jest to, że umożliwiają nam dostęp do tych sieci zawsze i wszędzie. Po przebudzeniu, na toalecie, w autobusie, przed snem.

O kim więc mówimy, gdy mówimy o użytkownikach smartfonów?

 O konsumentach, którym przenośny komputerek połączony z siecią dostarcza usług oraz treści służących nauce, rozrywce, zabijaniu nudy i czasu.

 O zawodowcach, którym cybernetyczne wsparcie aplikacji jest niezbędne do pracy.

 O kreatorach, którzy w smartfonach znaleźli narzędzie wspierające twórczość oraz platformę do prezentowania swoich dzieł.

 O gadżeciarzach – ludziach, dla których korzystanie z nowoczesnej techniki jest celem samym w sobie; tak jak korzystanie z internetu było głównym celem pierwszych internautów.

 Wreszcie – o kobietach, dzieciach i wszystkich innych wykluczonych, którym dopiero smartfonowa rewolucja zapewniła dostęp do sieci i rzeczy, które się z nią wiążą.Kosmiczne grzyby

Telefon to „tylko” kawałek elektroniki. Hardware, czyli sprzęt, który razem z infrastrukturą stworzył bazę. Baza umożliwiła dokonanie się prawdziwej przemiany dzięki software’owi, czyli oprogramowaniu. Aplikacje, w skrócie zwane apkami. Na ekranie wyglądają niegroźnie: kolorowe ikonki ułożone w rzędach. Sprawia to, że nie od razu myślimy, co się za nimi kryje. Są jak grzyby. Spacerując po lesie, widzimy tylko owocniki, właśnie to, co nazywamy grzybami. Zbieramy je i smażymy z cebulką albo suszymy. Ale przecież pod ziemią zostaje rozrośnięta grzybnia, reszta tego przedziwnego organizmu. Tak samo jest z aplikacjami – te niewinne ikonki kryją pod powierzchnią nie tylko skomplikowane systemy informatyczne, lecz także te społeczne i polityczne. Grzybnia aplikacji wypełnia dziś całą przestrzeń, przemeblowuje nasze życie i nasz świat.

Na szklanym ekranie dotykowym prościutka gra może sąsiadować z frontem potężnej platformy cyfrowej, która ma wpływ na ekonomię lub bieg historii. Nazwa killer application (zabójcza aplikacja) wbrew pozorom nie oznacza programu, który kogokolwiek zabije. To branżowe określenie na software tak pożądany, że ludzie są gotowi kupić dla niego dany sprzęt. Program, który umie robić coś, czego nie robił żaden przed nim. Albo który robi to dużo lepiej. Albo po prostu jest fajniejszy.

Nie znaczy to, że aplikacje nie zabijają. Wręcz przeciwnie.

W swojej książce o kulturze internetu porównałem internet do cyborga[4]. Smartfon aż się prosi o podobne porównanie; to przecież urządzenie, z którym jesteśmy całkowicie zespoleni. Urządzenie, które mówi nam, jak żyć, co myśleć, którędy iść. Wyposażone w coraz doskonalsze czujniki – wie, kiedy śpimy, a kiedy się budzimy, gdzie jesteśmy i jak daleko od domu. Ale wydaje mi się, że to coś innego niż cyberpunkowe rozszerzenie naszego ciała. Gdybym znowu miał sięgać po metaforę rodem z science fiction, smartfony – czy raczej aplikacje – byłyby władcą marionetek, kosmicznym pasożytem przejmującym kontrolę nad człowiekiem jak w Inwazji porywaczy ciał. Mam bowiem wrażenie, że coraz częściej, zamiast rozszerzać nasze możliwości (koncept cybernetycznego Człowieka+), żerują na naszych słabościach, wchodzą wszędzie tam, gdzie zawiodło państwo albo zawiódł zdrowy rozsądek.

I co najgorsze, nie jest wcale łatwo pozbyć się pasożyta, gdy tak mocno się z nim zżyliśmy. Czy w ogóle możemy jeszcze odzyskać kontrolę? Czy aplikacje zjadły nasze mózgi, sprawiły, że przestaliśmy ze sobą rozmawiać, a teraz knują, żeby się nas pozbyć – z nosem w telefonie giniemy pod kołami samochodów! Zgroza, prawda? Nie, nie chcę patrzeć na smartfony i aplikacje jak scenarzyści serialu Czarne lustro. Pisać o uzależnieniu od komórki w sposób sensacyjny: „Miał wypadek, bo dostał powiadomienie z Instagrama i musiał je sprawdzić w czasie jazdy!”. Taka prosta technofobia jest mi programowo obca; zbyt łatwo zrzucamy odpowiedzialność za problemy współczesności na nowe rzeczy, doszukujemy się korelacji i wzorców tam, gdzie ich nie ma.

Zamiast tego proponuję prześledzić, jak znaleźliśmy się w tym miejscu. Jak prosty wynalazek Alexandra Grahama Bella ewoluował do formy komputera o potężnej mocy obliczeniowej, noszonego w kieszeni. Jak pełen aplikacji smartfon wkroczył w różne dziedziny życia i je odmienił. I czy jeszcze potrafimy bez niego żyć?

Symbol statusu

Przecież jak wyciąga starego alcatela, to mu nie podam swojego [prawdziwego numeru], nie?

Galerianki, reż. Katarzyna Rosłaniec

Kista wygląda trochę jak z Minecrafta, a trochę jak z Blade Runnera zaprojektowanego w Ikei. Cybernetyczna Dolina Muminków, w której centrum znajdują się nadziemna stacja metra i wielkie centrum handlowe z hotelem oraz biblioteką miejską. Dawna wioska, dziś dzielnica Sztokholmu, jest znana jako Kista Science City, miasto naukowe. Albo szwedzka Dolina Krzemowa – ustępująca wielkością jedynie kalifornijskiemu oryginałowi. Kampus Politechniki Królewskiej sąsiaduje tu z siedzibami międzynarodowych firm informatycznych i korporacji telekomunikacyjnych. Wśród nich znajduje się Ericsson. To szwedzka duma narodowa – już na lotnisku podróżni widzą logo firmy i hasło: „Witajcie w Sztokholmie. Tutaj narodziła się komunikacja mobilna”. Przebieg tych narodzin można obejrzeć w hallu jednego z kilku technokolorowych budynków zajmowanych przez Ericsonna, w którym ta firma prezentuje historię swoich produktów. Od infrastruktury po elektronikę konsumencką.

 

To tam na własne oczy zobaczyłem słynny Ericofon, stacjonarnego pradziadka współczesnych telefonów komórkowych. Zaprojektowano go w 1949 roku, do masowej produkcji wszedł pięć lat później. Jego nowatorstwo polegało na połączeniu wszystkich elementów – mikrofon, słuchawkę i obrotową tarczę numerową umieszczono w jednoczęściowej obudowie. Niezwykle oryginalnej wtedy, choć robiącej wrażenie i dziś – wbrew naszym komórkowym przyzwyczajeniom tarczę umieszczono na spodzie obudowy, nie między mikrofonem a głośnikiem. Gdy Ericofon stał, wyglądał jak lampka, doskonale pasująca do wystroju mieszkania państwa Jetsonów albo innej fantastycznej rodziny ery atomowej. Dostępny w osiemnastu kolorach dawał się zresztą wkomponować w niemal każde wnętrze i odpowiadał różnym gustom. Dzieło zespołu projektowego Hugo Blomberga mogło powstać dzięki nowej technologii miniaturyzacji, ale wciąż było uwiązane kablem do ściany. Na mobilną rewolucję oraz całkowite wyzwolenie trzeba było poczekać jeszcze trzy dekady – ale szpanować telefonem dało się od razu.