Zapiski na biletachTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michał Olszewski

Zapiski na biletach


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Michał Olszewski, 2010

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Korekta Gabriela Niemiec / d2d.pl, Bernadeta Stępień / d2d.pl

Skład Ewa Czernatowicz / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-414-5

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Od autora

Jazda polska

Półsny

Flamingo

Podróż z widokiem na wstyd

Słaboszów–Haarlem: portret grupowy

Szufladka z kwiatami

Pikareska

Odtrutka na autostradę

Oko ciemności

Jeszcze raz ostrożność

Z życia saprofitów

Vermeer

Kilka minut samotności

Wielka wyprawa do Myślenic

Przygotowanie do rozpadu

Linia 103

Śląscy Indianie

Parę piw

Dwie podróże

Strzępy I

Trasy alternatywne

Ballada o szosie E7

Spokój centralny

Podróż na trocinkach

Kebab Cafe

Kraj trzech prędkości

Waterland

Egzotyka po naszemu

Tokijska zagadka

Fantazja po chrzanowsku

Strzępy II

Fenomenologia olkuska

Wysłannik

Przedwiośniem

O biedzie walczącej

Stare tereny

Przyczółek

Róż suwalski

Zieleń ząbkowska

Powtórka z teorii chaosu

Dystanse

U siebie

W kolejce po samolot

Tanie linie, dobre linie

Saszetka

Po śmierć

Modlitwa do sołtysa

Talerz Babel

Wszystko jest ozdoba

Buch, buch, łydy

Mirage klup niemały

Znajdź pięć szczegółów

Iś brauche ajne hoze

Duch Dunkierki

Wołanie na Puszczy Białowieskiej

Pogorzelisko

Nie ma mody na siedzenie

Tandetne Mazury

Po bunkrze

To jedyne słowo

Kibol jako towar

Wycie w Warsie

Brodzik w standardzie

Zabawy dziecięce

Olecko Południa

Dworzec, który nie śmierdzi

Trochę amolu

Kierunek Kutno

Bedoń

Strzępy III

Megazapiekanka

Droga do Auschwitz

O pięknie ziemi naszej

Do pustki

Mnich

Koniec remontu

O uczuciu do mapy

Banan i jabłko­-mięta

Koniec świata

Milczenie

Wiatr od morza

Road to hel

Spis jezior

Semafor, góra, czerwona czapeczka

Prawidła

Strzępy IV

Noce

We wnętrzu hamburgera

Ławica dorszy

Przez ciemną dolinę

Zatorze

 

Czy Jędrzejów istnieje?

Tutejsi

Wielkie bóstwo Niedasię

Wschodnia

Króliki

Armada

W poszukiwaniu diamentów

Krajobraz napisany krwią

To

Cytowana literatura

Kolofon

Od autora

To drugie wydanie Zapisków na biletach, uzupełnione o nowe i chyba zasadniczo odmienne w tonie teksty. Mimo to zestawiam je w jedno. Choć na dworcu w Katowicach żaden rezerwista nie robi już pompek, a część opisanych miejsc zniknęła z mapy, zasada, jaka konstruowała pierwsze wydanie, pozostała niezmienna: na imię jej fascynacja. Nawet jeśli bywa to fascynacja przez łzy.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Jazda polska

Dalej.

Są z pewnością gorsze zajęcia. Zarabiam na roz­mo­wach z ludźmi, odwiedzam najpiękniejsze Nigdzie­-kraje, a one z wdzięczności zwracają mi za podróż, przy pomyślnych wiatrach fundując nawet posiłek, niespodziewane przygody oraz noclegi.

Niedawno na przykład spałem w pokojach gościnnych przy wielkiej sali gimnastycznej, zielone ściany ktoś ozdobił pomysłowo reprodukcją obrazu Kossaka, kaloryfer żeberkowy ciągnął się od jednej ściany do drugiej. Pościel wyglądała na brudną, ale wcale taka nie była. Pod nogami linoleum, zadawniony tłuszcz na ścianie. Ogólnie czysto, a mimo to podle. Podle, a jednak nieźle, chociaż nie oferowali nawet czajnika elektrycznego, a w pokoju i na korytarzach czuło się odwieczny zapach sali gimnastycznej, zapach potu i tenisówek przenikał ściany, na takim zapachu można pogalopować jak na rydwanie w czas przeszły, ale nie miałem na to ochoty. Za drzwiami chłopaki i dziewczyny przechodziły z szatni na trening i z powrotem, piłka do koszykówki klaskała lepko o podłogę. Bez trudu mogłem sobie wyobrazić ich niewymiarowe obuwie, słuszny wzrost, brak proporcji oraz trądzik. Zima kończyła się powoli, więc miałem ciągle ochotę na herbatę, a w cenie nie oferowali choćby jednej saszetki zmielonych łodyg. Tak się zdarza i nie ma o co robić afery. Za to był telewizor, najlepszy lek na wieczór, a nad telewizorem zwisała sztuczna roślinność.

Sztuczne kwiecie pleniło się też bujnie na korytarzu, co oznaczało, że nie zbaczam z właściwego kursu i zmierzam nadal w kierunku sedna tutejszej tajemnicy, nie do końca przekonany, czy jakiekolwiek sedno istnieje. Mam pewne podejrzenia, ale wolę ich jeszcze nie zdradzać. W każdym razie spałem tam, Wołów miejscowość się nazywa, zapamiętać koniecznie, prapiastowska macierz, resztki murów obronnych, paskudny kryminał, ta sala gimnastyczna, OSiR, czyli Ośrodek Sportu i Rekreacji, naprawdę przeżywałem kolejne przygody – firanki z bistoru, podwieszany sufit nad recepcją, chińską pościel, zieloną lamperię – i nie było najgorzej. Tylko trochę chłodno.

Nadal bowiem jeżdżę i kolekcjonuję, zbieram okruchy świata, nie próbując na siłę sklejać ich w całość. Wrzucam do poszczególnych szuflad swoje skarby, a potem wyciągam, niżę na sznurki, mantry z tego powstają chaotyczne albo różańce, litanie klepane z miłością i odrazą jednocześnie.

Jest już tego sporo. Choćby „b” jak burmistrz. Rozkładam się przecież wcale często biwakiem w pomieszczeniach urzędników samorządowych niższego szczebla, tam gdzie wybaczają ubłocone buty, wymięte spodnie, tam gdzie zielonkawe verticale na plastikowych sznureczkach, gdzie częstują herbatą albo kawą w szklankach, gdzie tanie meble, pamiątkowe dyplomy, godło, a na szafach proporczyki z zaprzyjaźnionych miast, z innego Nigdzie. Oni opowiadają o swoim strachu przed powodzią, w powietrzu fruwają dane z opieki społecznej, próbują być wzorowymi urzędnikami, kładą asfalt oraz kupują kredę, a jednak ciągle wychodzą z nich zwykli ludzie, którzy drżą przed klęską żywiołową, siorbią, kochają w nienowoczesny sposób swój powiat i źle się czują, wyjeżdżając do stolicy województwa. Jest w tej miłości do kawałka ziemi coś imponującego. Są więc ludzie, z których reisefieber nie wyciska ostatnich potów. Są tacy, co im się nie spieszy gdzie indziej. Coraz rzadsza umiejętność.

Albo szuflada z przygodami kulinarnymi. Trzeba coś jeść po drodze. Niektórzy zabierają ze sobą kanapki przygotowane w domu i to jest największy błąd, unikanie popasów w tych wszystkich przerażająco wesołych miejscach, gdzie na stołach lądują potrawy z mikrofali, ozdobione szemraną galanterią gastronomiczną, w barach, gdzie muzyka gra zbyt głośno, szumi telewizor, a prezenter drze z udawaną szczerością mordę: „Skąd dzwonisz? Z Jasła, Jaworzna, Jastarni, Jelonek, Jeleniej, Jeleniewa? Niemożliwe, miałem tam kiedyś dziewczynę czy chłopaka, ty, nie pamiętam. Wygrałaś, wygrałeś w każdym razie dwudniowe wczasy w Egipcie, ja pierdolę, wygrałeś nagrodę, dywan i komodę, powiedz nam teraz, jak się cieszysz”. Drze mordę, a tu pozór elegancji, sztuczny kwiat, płonie sztuczna belka w fałszywym kominku, do potrawy plasterek pomarańczy, wcięty fantazyjnie w plasterek ogórka, z plastiku żurawina, tanie meble made in China, płoną butelki z alkoholami oświetlone światłem halogenów. Jeśli jesz domowe albo w dobrych lokalach, oszczędzasz żołądek, ale intymną bliskość z otoczeniem osiągnąć wtedy znacznie trudniej.

Albo „d” jak droga. Patrz: śmierć.

Na drogach śmierć zagląda w oczy, regularnie, ma niezłe auto i strasznie jej się spieszy, bo kredyt, bo raty, bo dziecko odebrać ze szkoły, towar się psuje, szef wkurwiony, robotnicy oszukali, ona odchodzi, on wraca. Potem strażak z miotłą sprząta szkło w ciemności, niebieski kogut świeci mu po kasku, znowu się udało, znowu nie ja, nie my.

Sposób na życie. Pociąg do cudzych domostw, podłego żarcia, podglądanie świata, jaki toczy się w jadłodajniach, biurach, na parkingach i drogach. Zmęczenie podróżne. Niezręczne słowa w biurach, udawany luz w zakładzie fryzjerskim Prestiż w Ryglicach, gdzie zaglądam, żeby wypytać o coś dla mnie istotnego. Tysiące zdumień, choćby pod Dębicą, tam gdzie kusi reklama masarni Miraż, a zaraz po niej zaprasza podobno największa w kraju hurtownia odzieży Giewont. Swoją drogą, czemu Giewont, do cholery, a nie Rysy, czemu Giewont w ogóle zamiast Żorżeta czy jakoś tak? Niezmierzona jest pomysłowość moich rodaków. Nie ma jak zasnąć, nuda nie zagraża, zmysły wystawiane są na próbę na każdym kroku. Co tu jest naprawdę, a co na niby, jak znaleźć drogę wśród miraży? Jak się zorientować?

Zapach sztucznej roślinności mnie prowadzi. Bary i miejscowości przekazują jedne drugim. Plastikowy bluszcz, a na deser żurek domowej roboty z torebki.

Co krok przygoda.

Półsny

Podobno przychodzi do nas ta umiejętność w trakcie niebezpiecznych podróży.

Ale nie w środku dżungli Borneo czy po walce z rozwścieczonym gorylem. Mowa o wyjazdach znacznie trudniejszych, zwykłych jak bułki poranne z polepszaczem smaku. O tym, co napiera na robotników drukarni w autobusie numer 125 z krakowskich Rybitw, o tym, co czyha w nocnym osobowym do Trzebini, w przedzierającym się przez grudzień busie relacji Kraków–Bochnia albo podczas oczekiwania zimowym przedświtem na pierwszy autobus z Będzina do Sosnowca.

Uczymy się wówczas snu.

Przychodzi, kiedy chce, spada na głowy jak torba foliowa. Otula i dusi. Zamykają się oczy, organizm otrzymuje kilka minut wytchnienia. Zasypia na stojąco żołnierz w korytarzu pociągu, dolna szczęka powoli się odchyla, ukazując zęby, głowa leci w bok. Organizm odpoczywa, a jednocześnie tkwi w stanie czuwania. W busie do Bochni milkną rozmowy, deszcz ze śniegiem uderza w szybę z jednej strony, z drugiej głowy odskakują jak piłki. Przysypiają na pięć minut kolejarze w drodze do Trzebini. W autobusie numer 125 chłopy w skórzanych kurtkach śpią z otwartymi ustami. Podsypiają dziewczyny w fioletowych pończochach w drodze z dyskoteki do domu. Czasem z kącika ust płynie nam nieestetyczna ślina, czasem człowiek zasypia na dzięcioła, a czasem na karpia.

Dziwny stan, dwuznaczny anioł nad głowami. Sen, który wybiera uprzywilejowanych podróżników, tych, co kładą się całymi latami odrobinę za późno i wstają nieco za wcześnie, tych, co przekładają z miesiąca na miesiąc odpoczynek, bo fucha, bo zmiana, bo trzeba pojechać, pogadać, bo są sprawy do zrobienia na wczoraj. Niezdrowe zamroczenie, pięć minut wolności od świata, wycieczka skrajem prawdziwego wypoczynku, rozpaczliwa próba zregenerowania sił. Mówią, że można spać w marszu, że są kierowcy tirów, którzy zasypiają za kierownicą, a mimo to jadą prosto, nie do końca oderwani od rzeczywistości. Wpadamy w zawieszenie, nigdzie nie będąc do końca – z jednej strony coś niby majaczy, jakiś sen, nowe obrazy, a z drugiej obowiązki przytrzymują za fraki. Prawdziwy sen kusi i wsysa coraz mocniej, ale nie można zasnąć zbyt głęboko, żeby nie obudzić się z pustymi kieszeniami. Twarze bledną i ściga nas stan podgorączkowy. Ten taniec podróżników powszednich ma w sobie coś z głębokiej choroby, wyniszcza i szarpie. Kapie ślina, chłód wślizguje się pod kurtkę albo alkoholowy pot płynie po karku.

Nagle powrót. Autobus podskakuje na większym wyboju albo pociąg hamuje z piskiem, niebieski błysk iskry z pantografu kaleczącego trakcję wbija się pod powieki. Wychodzimy z tej awantury z obolałymi głowami i poczuciem trudnej do sprecyzowania utraty. Odeszło coś naprawdę ważnego, coś, co zaledwie przemknęło bokiem. Rozmyło się.

Im bardziej wytężasz pamięć, tym szybciej zmyka.

Flamingo

Nie pamiętam, kiedy wyrosło przy drodze do Alwerni to zjawisko. Ale zadurzyłem się w nim od razu. Choćby pełna tęsknoty nazwa – Flamingo. To temat na długą rozprawę, dlaczego po wioskach i miastach tyle egzotycznych nazw zaprasza spragnionych wędrowców. Flamingo, tak, ciepłe kraje na wyciągnięcie ręki, filmy przyrodnicze z przyrodą w pełnym słońcu, kraje bez eternitu, gnojówki, traktorów, tylko ptaki nad płytkimi zatokami, żadnych zmartwień na ekranie telewizora nie widać, żadna susza nie grozi ani żaden grad nie wytłucze zasiewów rzepaku. Flamingo niedaleko Alwerni, jej zakładów chemicznych, góry toksycznych odpadów i problemów z bezrobociem.

Flamingo składa się z plastikowych okien oraz blachodachówki. Wewnątrz parkiet na kilkadziesiąt osób, a nad parkietem baloniki, wstążki i ruchome kolorofony. Barek z alkoholami jak ołtarz dla spragnionych. Można zjeść flaczki, fasolkę, pstrąga albo schab z grilla, zgasić peta w chińskiej popielniczce. Nie ma strusiny ani mięsa flaminga. Flamingo przyciąga wściekle różowym neonem, intensywną żółcią elewacji. Powinienem się przyzwyczaić, a jednak widząc taką erupcję nowego wśród domów z dachem kopertowym i zieleni średnich szerokości, nadal czuję zdumienie. Bo jest to jawny i uzasadniony protest przeciwko niepogodzie, wszystkim jesieniom rozpostartym od października do kwietnia. Przeciwko mgle, pustce sobotniego wieczoru. Ktoś wybudował w Porębie Żegoty latarnię morską. Można się w niej bawić, urządzić wesele albo stypę, wynająć pokój na niezapomnianą noc.

Najłatwiej byłoby Flamingo wyśmiać. Zrobić ostrą polewkę z PCV, kolorofonów i różowych snów młodzieży z Poręby Żegoty, Kaszowa, Nowej Wsi Szlacheckiej, Okleśnej czy Mirowa, młodzieży, która w lokalu tym odprawia tańce godowe, cieszy się, marzy o wyjeździe, a w chwilach szczególnych może nawet wali się po gębach. Że to nie tak, że zbyt intensywny kolor, że flamingi nie pasują do flaczków i jeszcze ten plastik w oknach.

Ale po każdej takiej wizycie rośnie we mnie wątpliwość, czy mam prawo narzucać obcym ludziom swoje sny o kraj­obrazie idealnym, bez nadmiaru polakierowanej blachy, dachu złamanego na wszystkie strony świata, niby­-okien.

 

Podróż z widokiem na wstyd

Wskoczyłem w ostatniej chwili, objuczony zakupami ze spożywczego Harnaś. Pociąg ruszył, powoli wwiercając się w noc, za nami światła i ścisk Zakopanego, za oknem góralskie wille z lawendową poświatą telewizorów, chłód nadciągającego października i całkiem już wyraźny rój Plejad nad horyzontem.

Nie zapalaliśmy światła, by nie obudzić zmęczonego uciążliwym szlakiem dziecka. Ani też żeby nie przyciągnąć uwagi kozaków z Nowego Targu, którzy chcieli wyjść na chwiejne solo z konduktorem. Konduktor wezwał policję, ale policja akurat nie miała auta, żeby dojechać na stację w Chabówce.

Tatry minęły nieodwołalnie i na najbliższych kilka tygodni, a ja, mimo półmroku, zobaczyłem wyraźnie szczegół, który sprawił, że z kolejnej zapomnianej skrytki w pamięci wysypała się zawartość: na ściance działowej pomiędzy naszym przedziałem a WC widniał nieco jaśniejszy prostokąt z cienkiego drewna. Schludny implant w paździerzu.

Było bowiem tak, że pierwsze przedziały wagonów zawsze nosiły na sobie piętno podglądactwa. W ścianach widniały dziurki i dziureczki, wykonane, bo ja wiem czym – wiertłem, gwoździem, wyryte może cyrklem przez zdesperowanego uczniaka.

Czasem zdarzały się i takie miejsca, w których paździerz nosił ślad pięści, jakby zakręcony erotycznym obłędem podglądacz za wszelką cenę próbował wybić dziurę w ściance. Dziurami straszyły również kąciki „higieniczne”, teoretycznie służące do mycia rąk. Z dziur tych sączyły się w nocy strużki światła. Czasem, gdy natręctwo erotomanów było już zbyt widoczne, do akcji wkraczały ekipy remontowe, zaklejając prześwity prostokątnymi kawałkami drewna, takimi właśnie jak wzmiankowany w pośpiesznym relacji Zakopane­–Szczecin. A na ich miejsce powstawały nowe.

– Tak, tak – pokiwałem głową. – Idzie ku lepszemu, wyraźnie idzie. Jeszcze nie tak dawno ta ścianka byłaby dziurawa, jakby ktoś przeciągnął po niej serią z pepeszy, a teraz proszę. Dziur nie ma. Była jedna, ale i tę zalepili. Znak, że naród nasz nie nurza się już w brudzie moralnym, nie podgląda jak byle zboczeniec. Ma inne rozrywki i nie musi się tak upadlać.

– Zaraz, zaraz – zaprotestował energicznie siedzący naprzeciw współtowarzysz. – Ty pobiegłeś w Zakopanem po piwo, a my tu… zatkaliśmy… papierem od kanapek…

Odsunął się nieco i sięgnął za siebie. Szarpnął. W dłoni pozostał mu gruby zwitek papieru. Ze szpary, przez dziurę o poszarpanych brzegach, leniwie wlewał się do przedziału jarzeniowy blask.

Słaboszów–Haarlem: portret grupowy

Zapewne ustawiam się w długiej kolejce petentów, którzy chcą przed nią przyklęknąć, pochylić na moment z szacunkiem głowę. Przed siłą doświadczenia, która sprawia, że w miarę upływu lat w umyśle powstają coraz częściej niespodziewane korespondencje, a odległe zdarzenia nakładają się na siebie. Siła doświadczenia sprawia, że zwyk­ły jesienny świt, który łapie cię w środku równiny pod Radomiem, zmienia się w zdarzenie warte uwagi. Oglądasz wczesny poranek, chłodny i w barwach stali, nadal są w tobie zachwyt i niepokój, ale cicho inna, niegdyś nieobecna nuta się wkrada. Świadomość, że coś tam już wiesz. Że ten chłodny świt to nie pierwszyzna. Były przecież inne dawne świty wczesną jesienią, na biwakach, przy drodze, na trzeźwo i w amoku, w Polsce i gdzie indziej, był chłód, stary śpiwór. Któregoś razu wziął cię o trzeciej nad ranem z wylotówki w Jankach sprzedawca opłatków, w starym wartburgu oglądaliście, jak słońce z trudem podnosi się do kolejnej rundy. Były balety wrześniowe, całe doby bez snu, puste miasta, pierwsze autobusy. Wszystko się łączy, coraz gęstsza wokół sieć. Pokój hotelowy w Wołowie odsyła do miejscowości Szajdon w Tadżykistanie, mają tam dom gościnny bez wody, z pokrwawionymi prześcieradłami i porżniętą nożem ceratą na stołach. Wołów, Szajdon, pokoje hotelowe w Rzymie, Amsterdamie, Gdańsku i Nowym Jorku. Pod Berlinem rosną identyczne ogródki działkowe jak w Krakowie. Tak powstaje doświadczenie. Nie ma ono nic wspólnego ze znużeniem, ciągle chcesz pożreć wszystko, nadal nie dość świtów daleko od domu, ciągle zbyt mało świateł jesieni w oczach. Ale pracujesz nad tym mocno.

Tak jak w Słaboszowie. Do miejscowości tej, położonej na północno­-wschodnim krańcu województwa mało­polskiego, zdecydowany kawał w bok od szosy krajowej, dotarłem w niedzielny poranek. Mimo wczesnej godziny na głównej ulicy wrzało jak w ulu. Wte i wewte przesuwały się brygady rozochoconych strażaków, w hełmach, a nawet bez, w porozpinanych mundurach. Stąpali dumnie w kierunku baru i z powrotem, jakby wąska uliczka była wybiegiem na konkursie piękności, miękkie podeszwy chińskich trampek bezszmerowo przyklejały się do asfaltu.

W południe udałem się na sumę. Słaboszów należy do tych miejscowości, w których nadal można zobaczyć zapomniany zwyczaj: na mszy mężczyźni zajmują miejsca po lewej stronie, kobiety zaś po prawej.

Pod jedną ze ścian siedziało siedmiu leciwych rolników. Wszyscy w garniturach, śnieżnobiałych koszulach i pod krawatem, zwróceni twarzami w stronę ołtarza, w absolutnym bezruchu i zamyśleniu. Poorane bruzdami czoła, wzrok tępy lub bystry, nosy orle obok kartoflowatych. Który z nich walczył w partyzantce? Który siedział cicho? Bladość mieszała się z buraczkowatą czerwienią policzków, łysiny walczyły o lepsze z gęstą siwizną. Arystokratyczna zaduma ramię w ramię z chłopskim sprytem. Przesiane przez witraże światło majowego południa łagodnie wybieliło twarze, jakby padał na nie odblask dalekiej wieczności. Mimo że oderwani na moment od pługa i obornika, zmienili się w byty nie całkiem rzeczywiste, bliższe sferom niebieskim niż gminnym zawodom strażackim.

Identyczny odblask widziałem w ukrytym na obrzeżach starej części Haarlemu muzeum, wśród stylowych kamieniczek z czerwonej cegły, w krajobrazie wysprzątanym co do okrucha, bez chińskich trampek i członków OSP. Wisi tam obraz pędzla Jana van Scorela: na nim miejscowi rycerze, którzy wyruszyli w podróż do Ziemi Świętej, a jakby tego było mało, wrócili z niej szczęśliwie. Z ciemnego tła wyłaniają się twarze chytre, złe, uczciwe, lica mężczyzn skłonnych do gniewu lub romantycznych uniesień. Patrzą w jedną stronę jak chłopi ze Słaboszowa. W dłoniach palmy – symbol przynależności do grona wybranych. W oczach zamyślenie. Na twarzach obce, zupełnie nietutejsze światło.

Słaboszów i Haarlem. Tak blisko siebie, że zaciera się prawie pięćsetletnia przepaść i dystans wielu kilometrów. Te same, niezmienne uczucia wymalowane na twarzach, mimo że – wiele na to wskazuje – żaden ze słaboszowian do Ziemi Świętej nie dotarł.