Najlepsze buty na świecieTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na azbeście zbudowana jest do dzisiaj cała gmina Szczucin.

Wysypane tłuczniem drogi, boiska, na których grają w piłkę dzieci, kanalizacja; po wsiach straszą setki domów przykrytych zszarzałymi eternitowymi dachówkami.

Azbestowymi odpadami gospodarze wysypywali podwórka, bo w kontakcie z wodą azbest twardniał na kamień i zastępował betonowe wylewki.

Zużyte koce filcowe, niezbędne w procesie produkcyjnym, wykorzystywali w gospodarstwach do przykrywania materiałów.

Niektóre kobiety własnoręcznie odwłókniały koce i robiły z nich swetry, szaliki, rękawiczki. Z azbestowych poideł korzystały zwierzęta gospodarcze.

Mówiło się, że nie zaszkodzi posypać pyłem pola, na którym kiełkują ziemniaki.

Nikt nie policzył, ile gruzowisk zalega po lasach albo nad brzegami Wisły.

Z pustaków pomieszanych z azbestowym szlamem stawiano domy. Nawet worek po azbeście się przydawał – był znakomity do przechowywania kartofli i zboża.

Bożena Chrabąszcz: – Kiedyś mój ojciec przyniósł do domu chyba z kilkanaście worków. Wywrócił je na drugą stronę i wytrzepał na podwórku, przy mnie. Cieszyliśmy się, bo wtedy każda dodatkowa rzecz w gospodarstwie to był skarb.

– Ludzie bili się tutaj o azbest, to był towar deficytowy, dostępny dla osób ze znajomościami w gminie i fabryce – wspomina Adam Murczek, dyrektor szczucińskiego ośrodka zdrowia.

Nawet alejki cmentarne, którymi co drugi dzień Antoni Urbanik chodzi na grób swojej żony, utwardzane są azbestem.

* * *

Dom Bronisławy Nowak stoi w tej samej odległości od hałdy, co zabudowania Urbanika po drugiej stronie fabryki. Krzywa, drewniana chałupina, po zabłoconym podwórku przechadzają się indory i gęsi. Pani Bronisława pamięta, ile było radości, gdy mąż załatwił w fabryce przyczepę odpadów i przywiózł je na podwórko. Po pierwszym deszczu przed chałupą utworzyła się estetyczna skorupa, ładniejsza i tańsza od cementowej wylewki, aż sąsiedzi zazdrościli. Skorupa leży zresztą cały czas, tyle że przykryta warstwą błota. Dobrze widać ją podczas suszy.

– Jak ta azbeścica do nas przyszła, to mój mąż za długo nawet się nie męczył. Sześć tygodni jedynie i zasnął w szpitalu. No, pewnie, że szkoda, ale myśmy już wtedy wiedzieli, co sobie sprowadziliśmy w obejście. Nawet zdziwienia nie było. Ta cholerna fabryka więcej szkód zrobiła w gminie niż Niemcy we wojnę – wygraża Bronisława Nowak.

Kilka domów dalej dogorywa kuzyn męża Nowakowej, niedawno umarło dwóch innych sąsiadów.

* * *

Do nielicznych mieszkańców Szczucina, którzy wygrali z międzybłoniakiem, należy Andrzej Boduch. Przechodzi właśnie długotrwałą rekonwalescencję. Został poddany bardzo agresywnej terapii. Lekarze usunęli mu całą prawą stronę układu oddechowego: węzły chłonne, przeponę, opłucną. Skoncentrowany, nerwowy, twarz ściągnięta bólem. W niepewności będzie żył jeszcze co najmniej trzy lata – do tego momentu szanse na to, że choroba powróci, są duże. Teść Boducha miał mniej szczęścia – pracował w „Eternicie” jako tokarz przy wyrabianiu rur – zmarł na azbestozę.

O Andrzeju Boduchu w Szczucinie mówią, że azbest się na nim zemścił. Przez dwadzieścia lat pracował na kierowniczych stanowiskach w „Rezystorach” – fabryce, która z „Eternitem” graniczy przez płot. Od okien jego biura do hali, w której przygotowywano płyty i rury, dzieliło go kilkadziesiąt metrów. W połowie lat dziewięćdziesiątych rozpoczął swoją prywatną walkę z azbestem – sprowadzał do miasta media, regularnie męczył urząd ówczesnego województwa tarnowskiego. Żądał zamknięcia fabryki albo natychmiastowych zmian w systemie produkcji. Odwrócili się od niego przyjaciele, a nawet niektórzy członkowie rodziny. – Mimo że informacje o działaniu azbestu były już wtedy powszechnie znane, niektórzy pracownicy grozili, że w razie zamknięcia „Eternitu” powybijają mi okna kamieniami. Albo że będę musiał karmić ich dzieci – wspomina.

W roku 1999 Andrzej Boduch wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Tam dopadła go choroba.

Nie przysługuje mu nawet odszkodowanie, podobnie jak innym chorym z „Rezystorów”, którzy całymi latami pracowali przy hałdzie. Odszkodowania nie dostanie również rodzina Natalii Urbanik, mimo że jej pole graniczyło z hałdą, ani rodzina Zofii Jagiełło, która w położonym obok „Eternitu” zakładzie przepracowała dwadzieścia lat. Mieszkała na osiedlu, z którego do bram fabryki spacerkiem idzie się pięć minut. Szwagier pani Zofii zmarł rok przed nią.

Pracownik przychodni: – To jest olbrzymia niesprawiedliwość. Przecież przez „Eternit” przewinęło się całe miasto. W hali fabrycznej dawali przedstawienia artyści, przyjeżdżały gwiazdy. Na scenie stała Danuta Rinn, a myśmy siedzieli obok azbestowych płyt. Niektórzy nawet z dziećmi.

Wójt Jan Sipior: – I co ja mam ludziom powiedzieć? Że państwo ma ważniejsze sprawy na głowie?

Grzegorz Jagiełło (mieszka przy „Eternicie”, żona Zofia zmarła na międzybłoniaka): – Trzeba było wszystko ukryć. Powiedzieć, że kłopotu nie ma, i usuwać azbest po cichu. Wtedy fabryka nie stałaby opuszczona. Inwestor od razu by się znalazł. Byłaby praca dla ludzi, to jest u nas najważniejsze.

* * *

W Szczucinie boją się wszyscy. Nie tylko ci, którzy mieszkali przez dziesiątki lat na osiedlu pod fabryką czy pracowali w położonych niedaleko niej zakładach. Boją się też młodzi, którzy od wiosny do późnej jesieni grają na pylistych boiskach albo chodzą do szkoły drogami wyłożonymi azbestowymi odpadami. Oni na razie nie chorują, chociaż lekarze i naukowcy nie mogą obiecać, że nie grozi im niebezpieczeństwo – dolna granica wieku zachorowań na międzybłoniaka – najgroźniejszy z nowotworów występujących w Szczucinie – ciągle się obniża. Doktor Głód twierdzi, że obecnie wynosi dwadzieścia osiem lat.

W Szczucinie boją się też wielkiej wody. Wał wiślany oddziela od hałdy spłachetek pola. Podczas powodzi w 1997 roku wały zaczęły przesiąkać. – Wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby rozmyło hałdę. Cały ten urobek z kilkudziesięciu lat poniosłoby w kierunku miasta. – Antoni Urbanik kręci głową.

– Ze mną na razie wszystko w porządku. Ale za każdym razem, jak łapię grypę albo przeziębienie, zastanawiam się, czy to już się zaczęło, czy jeszcze nie. Czuję się w jakiś sposób skazany, tak jak inni – przyznaje Adam Murczek. W fabryce pracował przez dwanaście lat, teraz urzęduje niespełna kilometr od niej.

Andrzej Boduch: – Czy myślę o tym, kto następny? Tutaj­ wszyscy o tym myślą, tyle że nie każdy chce się przyznać. Wydaje im się, że azbest jest mniej groźny, jeżeli pominąć go milczeniem. Ja też łapię się na tym, że wychodzę do miasta, rozglądam się po twarzach i zastanawiam, na kogo następnego padnie. Albo poznaję po kaszlu. Stoję w sklepie, słyszę taki dychawiczny, suchy kaszelek, krótki, urywany. Myślę wtedy sobie: „Musisz uważać, przyjacielu”. Ale widocznej paniki w mieście nie ma. Jest strach, tylko że tli się głęboko i wychodzi podczas rozmów o kolejnej śmierci czy chorobie.

Również pielęgniarki z ZOZ-u przyznają, że w przychodni nie dochodzi do dramatycznych scen. Te zdarzają się gdzie indziej, w Zakopanem, Krakowie lub niedalekiej Dąbrowie Tarnowskiej, dokąd trafiają chorzy ze wstępnym rozpoznaniem międzybłoniaka. – U nas ludzie mają jeszcze nadzieję, że to przeziębienie albo grypa – tłumaczą.

* * *

Do śmierci Jana Piekielniaka (zmarł w wieku trzydziestu ośmiu lat, trzy miesiące po śmierci Józefa Chrabąszcza) Anna Piekielniak pracowała w szpitalu w Dąbrowie Tarnowskiej. Tak się złożyło, że wielu szczucinian umierało na jej dyżurze. Patrzyła na rodziny, które płakały przy łóżkach chorych, wierząc, że sama nigdy nie znajdzie się w takiej sytuacji. – Mąż pracował przecież tylko pięć lat. Nie było żadnych reguł, żadnych wskazówek, że to akurat jego dotknie. Mój ojciec pracował w „Eternicie” trzydzieści pięć lat, przerzucał azbest łopatą. I miał tylko pylicę.

Anna Piekielniak i Bożena Chrabąszcz przyznają, że ich mężowie wiedzieli o niszczącym wpływie eternitu na zdrowie. – Pod koniec lat osiemdziesiątych zrobiło się o tym głośno, zaczęły przeciekać poufne informacje. I co z tego? Jaki mieli wybór? Jak inaczej zarobiliby na utrzymanie ­rodzin? – pytają.

Anna Piekielniak: – Czasem zastanawiam się nad taką sytua­cją. Mój mąż żyje, fabryka daje ogłoszenie, że znowu zaczyna przyjmować do pracy. Na starych zasadach, z całym tym azbestowym pyłem i śmiercią nad głowami. Jestem pewna, że nawet z tą wiedzą, jaka jest teraz, ludzie walczyliby o pracę. Mój mąż też by walczył.

Jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy zakład został postawiony w stan likwidacji, cała społeczność Szczucina opowiedziała się za jego istnieniem. Szczucinianie chcieli pracować, nawet za cenę zdrowia.

* * *

– Wyludnia się Szczucin – wzdycha Andrzej Boduch. – Jeszcze kilka lat temu mieliśmy duże problemy ze znalezieniem mieszkania. Teraz można kupić bez problemu. Stoją niedokończone wille, puste mieszkania w blokach. Pod samą fabryką kilka domów jednorodzinnych czeka na kupca. Młodzi wyjeżdżają i raczej nie wrócą. Ale wcale nie dlatego, że się boją. Po prostu nie ma pracy, i to jest główny powód.

Z pewnością pozostaną mężczyźni w średnim wieku, którzy w grupkach już o ósmej wystają na rogach rynku, wpatrując się w samochody przejeżdżające trasą Kielce–Tarnów. Rozchodzą się około szesnastej, jakby kończyli zmianę.

Pozostanie pokolenie czterdziestolatków przekonanych, że od azbestu nie uciekną.

Pielęgniarka: – Dostałam list od ciotki z Australii. I co? I pisze, że jedna jej znajoma też od azbestu umarła. Więc dokąd ja będę wyjeżdżać? Tu zostanę, może akurat mnie nie chwyci. Zresztą ucieczka nie pomoże, bo wszyscy nosimy to świństwo w sobie.

* * *

Międzybłoniak u każdego zaczyna się identycznie: od przeziębienia albo grypy. Pani Zofia była przekonana, że przewiało ją podczas mycia okien, pan Wiesław opowiadał, że przeziębił się, reperując samochód. Osoba chora traci apetyt, jest osłabiona, nie może spać. W końcu idzie do przychodni. Skierowanie na fachowe konsultacje szczucinianie traktują jak wyrok.

 

Choroba nie zabija od razu. Międzybłoniak może rozwinąć się w organizmie nawet czterdzieści lat po kontakcie z azbestem. Mikroskopijne włókienka mogą też tkwić w płucach, nie powodując żadnej choroby bądź wywołując pylicę. Jeżeli się rozwinie, zazwyczaj nie trwa długo – cztery, pięć miesięcy. Niektórzy chorzy mają płuca tak zniszczone, że lekarze odmawiają operowania.

Andrzej Boduch: – Niech tylko jakaś epidemia grypy przyjdzie. Od razu międzybłoniak wyłazi.

Antoni Urbanik, podobnie jak jego żona, jest wyjątkowy – po czternastu latach od wykrycia azbestozy wygląda bardzo krzepko. Dziarski uścisk ręki, dobrze zbudowany. Ale opowiada, że ostatnio budzi się nocami i czuje, że nie może złapać powietrza. – Po prostu się duszę – mówi. – A jak mnie wysyłali na rentę, to się śmiałem w głos. Zdrów byłem jak ryba.

Wszyscy chorzy przechodzą przez oddział doktora Krzysztofa Laskowicza, pulmonologa w szpitalu w Dąbrowie Tarnowskiej. – Rocznie rejestrujemy nawet osiem przypadków między­błoniaka opłucnej. Obawiam się, że w najbliższym czasie pracy nam nie zabraknie, tym bardziej że oczyszczanie terenu posuwa się bardzo powoli. Właściwie ostatnio w ogóle się nie posuwa – mówi doktor Laskowicz.

Tadeusz Głód: – Tutaj nie ma nawet dobrego sprzętu RTG. Jak dostaję do rąk zdjęcie płuc, to nie mogę rozpoznać, co tam komu w środku gra, takie jest ciemne. Muszę się kierować wyczuciem. Zresztą jak ludzie przychodzą tutaj, to jest zazwyczaj musztarda po obiedzie. Po pierwsze, nie ma pieniędzy na profilaktykę, a po drugie, taka jest mentalność ludzi: do lekarza przychodzą, jak jest źle. Wcześniej nie ma na to czasu.

– Powinniśmy działać w sposób ciągły, a nie zrywami, ale nie ma na to szans. Brakuje pieniędzy na regularne badania. – Dyrektor szczucińskiej przychodni Adam Murczek rozkłada ręce. – Zresztą dzięki badaniom azbestu z otoczenia nie wyeliminujemy.

Sceptycznie do powszechnych badań odnosi się wójt Sipior: – Pomoc medyczna jest niezbędna, ale na razie nie potrafimy walczyć z międzybłoniakiem. Dlatego powinniśmy skoncentrować się na wyeliminowaniu źródeł zagrożenia. Asfaltować drogi, betonować podwórka. Tylko wtedy uzyskamy pewność, że kolejne pokolenia nie będą zagrożone.

Tymczasem Szczucinowi brakuje pieniędzy na wszystko. Ze stu siedmiu kilometrów dróg utwardzanych odpadami azbestowo-cementowymi udało się utwardzić asfaltem jedynie dziesięć kilometrów, nie wspominając o zrywaniu dachów czy utwardzaniu podwórek. Gmina zlikwidowała zagrożenie wokół kilku szkół oraz na boiskach.

– Z formalnego punktu widzenia gmina nie ma obowiązku podejmowania jakichkolwiek działań. „Eternit” należał do skarbu państwa, który nie chce wziąć odpowiedzialności za to, co się tutaj dzieje. Gdybyśmy zajmowali się wyłącznie asfaltowaniem dróg czy zrywaniem dachów, nie starczyłoby na nic innego. Sam remont dróg to roczny budżet gminy – mówi z rezygnacją Jan Sipior.

Koszt zerwania jednego eternitowego dachu specjalistyczne firmy wyceniają nawet na cztery tysiące złotych. Dlatego co bardziej zdeterminowani szczucinianie sami zdejmują ­faliste dachówki i wywożą je do lasów albo nad brzeg Wisły.

A Antoni Urbanik nie chodzi już nawet do lekarza, chociaż coraz trudniej mu oddychać. – Kiedyś wybrałem się do Krakowa i jeden specjalista powiedział w zaufaniu, że mnie już wyleczą tylko cztery deski i piasek. Więc tak sobie powoli żyję i czekam.

Andrzej Boduch: – Może to i dobrze, że nie ma powszechnych badań? Strach pomyśleć, co mogłoby się okazać.

Podobno kiedy zakładowa syrena w „Eternicie” zawyła po raz ostatni, jedna z mieszkanek Szczucina napisała list otwarty.

Ubolewała w nim, że miejscowość traci swój przemysłowy charakter.

2003

Życie przed potopem

– Zawieszę się na hoku, zobaczycie! – krzyczy osiemdziesięcioletni Józef Kupczyk, jeden z najstarszych mieszkańców położonej na południe od Wadowic wsi Skawce.

Kupczyk, jeśli dobrze mu się przyjrzeć, wygląda jak bliski krewny słynnego Karola Habryki z Paciorków jednego różańca Kazimierza Kutza. Nie tylko dlatego, że spogląda bystro spod wielkich okularów w niemodnych oprawkach, że łatwo się zacietrzewia i nosi w sobie upór twardszy niż kamień. Obu mężczyzn bardziej niż wygląd zbliża kontekst.

Film Kutza opowiada o emerytowanym górniku, który nie chce wyprowadzić się z osiedla starych domów górniczych, przeznaczonego pod budowę bloków. Habryka jest jak ostatni Mohikanin, strażnik śląskiej tradycji, do końca wierny przegranej z góry sprawie.

Kupczyka wysiedlą, bo jego dom leży na dnie projektowa­nego zbiornika przeciwpowodziowego w Świnnej Porębie – jednej z największych inwestycji hydrotechnicznych w historii Polski.

To już końcówka. Odkąd budowa znowu ruszyła pełną parą, nie sposób przejść przez ulicę, bo pędzą nią na złamanie karku ciężarówki wypełnione żwirem. Z liczącej sto gospodarstw miejscowości zostały drzazgi, większość właścicieli przygotowana już do przeprowadzki. Umów sprzedaży nie podpisało kilka osób.

Miejscowość znika, ale rachunek krzywd i pretensji wystawianych zaporze ciągle rośnie.

* * *

Te liczby muszą robić wrażenie. Inwestor informuje, że zbudowana z trzystu tysięcy metrów sześciennych betonu konstrukcja wznosi się na wysokość pięćdziesięciu metrów. Z daleka wygląda jak potężny betonowy implant w górzystym krajobrazie. Długa na sześćset czterdzieści metrów, spina przewężenie doliny, którą leniwie płynie rzeka Skawa. Planowany zbiornik ma pomieścić sześćdziesiąt milionów metrów sześciennych wody i w razie tak zwanej wody tysiącletniej obniżyć poziom fali powodziowej w Krakowie o pół metra. To bardzo dużo, bo przy wielkiej wodzie o życiu ludzi decydują czasem centymetry. Całkowity koszt inwestycji powinien zamknąć się w kwocie jednego miliarda sześciuset milionów złotych. Samo napełnianie zbiornika będzie trwało rok.

Historia potopu zaczyna się w latach sześćdziesiątych. Dokładnej daty nikt już w Skawcach nie pamięta, ale właśnie wtedy do miejscowości dotarły pierwsze sygnały o planowanej budowie zapory. Czas mijał, władza wprowadzała zakazy i zakazy wycofywała. Raz zabraniała remontowania domów i budowania nowych, innym razem na remonty pozwalała. Sołtys przynosił wiadomość, że lada miesiąc się zacznie, potem plany znowu trzeba było przełożyć. Budowa ruszyła dopiero w 1986 roku, ale przerywano ją kilkakrotnie z braku pieniędzy. Miejscowi przyzwyczaili się do życia w cieniu nieistniejącej tamy, na dnie przyszłego jeziora. Do dzisiaj nie wierzą, że Skawce znajdą się pod wodą, że to już finisz. Na przykład Józef Kupczyk nie wierzy, że jezioro dojdzie aż do Skawiec. A przecież specjaliści wyliczyli, że lustro wody znajdzie się pięć metrów nad poziomem jego podwórka.

Osiemdziesięciosześcioletni Jan Czaicki płacze za każdym razem, kiedy pomyśli o tym, jak burzyli dom jego brata. Ładny dom, wybudowali go po wojnie własnymi rękami od fundamentów, nie było materiałów, więc zwozili po trochu, to cement, to stal, to cudem zdobyty czeski eternit na dach. Tyle roboty, tyle potu stracili. Widział, jak spychają do rowu trzydzieści pięć tysięcy sztuk dobrej cegły i zasypują ziemią, jakby to jakiś pogrzeb był.

W porównaniu z parametrami zapory to jest oczywiście nic, ale Czaicki i sąsiedzi nie myślą jak planiści. Wiedzą, że ich rodziny mieszkały nad Skawą od pokoleń, że włożyli całe swoje życie w budowę szarych domów i w uprawę pól, w małe, ludzkie sprawy, a teraz władza każe im się wynosić.

Dom Józefa Kupczyka wraz z pół hektara ziemi rzeczoznawcy wycenili niedawno na trzysta dwadzieścia tysięcy złotych minus czterdzieści procent, bo tak zwana substancja jest zniszczona. Więc Kupczyka krew zalewa, bo co ma powiedzieć rzeczoznawcom? Rzeczoznawca przychodzi, opukuje ściany, po podwórku się rozejrzy i idzie dalej. Dom stary, zabudowania podniszczone. Za sentymenty pieniędzy nie dają. Racja obywatela, jego pragnienie, by umrzeć tam, gdzie się wychował, przywiązanie do tak staromodnego pojęcia jak ojcowizna, muszą przegrać z racją władzy, która twierdzi, że zapora jest ważniejsza. Podobnie przegrał Habryka z filmu Kutza – czym jest jeden fiński domek w starciu z wielką wizją planistyczną?

To, że Kupczyk wraz z sąsiadami podciągnął w czynie społecznym za własne pieniądze półtora kilometra wodociągu, nie ma żadnego znaczenia. Jego stosunku do ziemi, starego domu, kurnika i psiej budy rzeczoznawca nie wyceni. Urodził się tutaj, stąd poszedł z rodziną do obozu pracy. Miał czternaście lat, kiedy dostał kolbą od żołnierza w głowę tak, że przestał słyszeć na lewe ucho, i widział, jak ciało jego ojca wrzucają do wypełnionego wodą dołu. Czy takie argumenty powinny dawać mu uprzywilejowaną pozycję w trakcie negocjacji?

Powtórzmy raz jeszcze: nie ma to żadnego znaczenia. Liczy się stan substancji. Chociaż poirytowana opieszałością władza potrafi użyć argumentów nie do odrzucenia. Tę prawniczkę, która potrafiła zajść do jednego domu trzy razy dziennie, strasząc prokuratorem i policją, będą w Skawcach pamiętać bardzo długo.

* * *

Kaprysy władzy, która ruszała na plac budowy, by chwilę później się z niego wycofać, rozbiły lokalną wspólnotę. Rozłożona na raty przeprowadzka zasiała w Skawcach nieufność. O pieniądzach z wykupów nikt oficjalnie nie mówi, ale po opłotkach ciągle słychać, kto się na przenosinach wzbogacił, kto lepiej się targował.

Ci, którzy wyprowadzili się wcześniej, mają pretensje do tych, którzy wyprowadzili się później, kiedy ceny ziemi były wyższe.

Ale znowu ci, co wyprowadzili się wcześniej, kupili tanio działki pod zabudowę, a i koszty budowy domów były niższe.

Małe rodziny miały lepiej niż wielodzietne. Poważni gospo­darze lepiej niż szaraki, bo dostali pieniądze ze sprzedaży pól. Ci, co nie zdążyli kupić ziemi pod nowy dom taniej, klną na niesprawiedliwość. – Pieniądz jest chciwy – powtarzają zgodnie, kiwając głowami.

Budowa na raty wyrządziła wielką krzywdę ludziom. W Czor­sztynie dramat trwał krócej, bo ludzie przenieśli się znacznie szybciej, lokalna społeczność nie została skłócona.

W tej chwili Skawce żyją pytaniem, kto wprowadzi się do nowych budynków socjalnych. Na górze, tam, gdzie przenosi się miejscowość, stanęły schludne szeregówki. Nowa blacho­dachówka i drewniane wykończenia kłują w oczy. Takich domów nie powstydziłaby się klasa średnia w dużym mieście – wykończone na błysk, całe w drewnie, z kuchenkami gazowymi i ładnymi łazienkami. O te domy również toczy się spór – jeszcze nie wiadomo, kto w nich zamieszka, ale w wiosce już wiedzą, że będą to decyzje niesprawiedliwe, już ludzie gadają, że te luksusy dostaną się największym nierobom, co zawsze darmowy chleb jadły.

Wójt będzie musiał wybierać pomiędzy starszą kobietą, która mieszka razem z kurami w krzywej chałupie, ale ma kawałek ziemi i syna, a emerytowanym pracownikiem kolei, młodszym, ale bez jakiejkolwiek własności.

* * *

W Paciorkach jednego różańca rolę Karola Habryki zagrał Augustyn Halotta, emerytowany górnik, również zmuszony przez władzę do opuszczenia swego domu w śląskich Bogucicach. Hannie Krall opowiadał o scenie, która najbardziej utkwiła mu w pamięci:

„W tamtym filmie przychodzi do Habryki dyrektor kopalni i mówi:

– Wiecie, panie Habryka, co powiedział taki jeden, mądry, z brodą?

– Kary? – pytam – bo jest ich wiela. Czy tyn, co pedzioł, że coś nad Europa krąży?

– Ten, ten. Powiedział, że wolność to jest prawo do czynienia tego, co nie szkodzi innym.

– To się zgadza w stu procentach – mówię mu – ale przede wszystkim wos tyczy. To wy stawiacie interes kopalni wyżej od szczęścia ludzi. A moja wina polega na tym, że jej łodebrać nie pozwalam, bo ja wim, co to jest moja wolność…”.

Kupczyk nie potrafi tak sprawnie opowiadać o swoich uczuciach, jak w dialogu filmowym. Płacze, zaciska pięści. Rzuca kwoty, których żaden negocjator nie zaakceptuje. On już się w życiu nabudował. Nie jest Amerykaninem, przenosić się z miejsca na miejsce, jakby to była zmiana koszuli, nie potrafi.

* * *

Ale rozgoryczenie i krzywda, krzyk Józefa Kupczyka, płacz Czaickiego nie powinny przesłaniać faktów, które burzą jednoznaczny obraz. Skawce wyglądają tak, jakby niesprawiedliwość władzy stała się jednocześnie motorem postępu.

 

Na dole wsi zamierające życie toczy się jeszcze z rozpędu odwiecznym trybem. Domy są tu albo przedwojenne, drewniane i krzywe, pobielone, niebieskie, albo budowane najpóźniej w latach pięćdziesiątych, z szarą elewacją, eternitowym dachem i obmurówką z tłuczonej ceramiki. Wszyscy tu wiedzą o sobie wszystko; miejscowość, mimo że niegdyś położona na węzłowym szlaku kolejowym i chętnie odwiedzana przez turystów, zawsze żyła istnieniem wsobnym, skoncentrowanym wokół kilku rodów, które mieszały się ze sobą. Kupczyki, Matuszyki, Knapczyki, Nizińscy, Czaiccy, Proroki, Mruczki, Frączki, Homle – to już prawie cały zestaw skawiec­kich ­klanów.

Po podwórku Kupczyków kaczka prowadza statecznie swoje potomstwo, gdaczą kury, szarpie się pies na łańcuchu. Jaskółki wlatują do otwartej stajni. W okolicy grasuje wyjątkowo bezczelny lis, ostatnio wydusił w biały dzień wszystkie kury Krystynie Prorok. Z krzywej stajenki słychać beczenie kozy. Przy starszych domach pozostały jeszcze długie i szerokie ławy, czyli pogródki albo „rady kajfaszowe”, miejsca, gdzie sąsiedzi zbierali się na plotki. Na majówkach pod przystrojoną kapliczką nadal spotykają się ci, co pozostali. To przestrzeń ludzi mocno zrośniętych z ziemią, niezbyt bogatych, przyzwyczajonych do ciasnoty, niewygód, krzywych dachów.

Półtora kilometra wyżej zaczyna się inny świat.

W nowej części Skawiec władza nie popełniła błędu z nowych Maniowów, gdzie wysiedleni z terenu Jeziora Czorsz­tyńskiego górale mieszkają ściśnięci jak śledzie w beczce, zaglądając sobie do okien bliźniaczych domów. W nowych Skawcach na dużych działkach, otoczone równo przyciętymi trawnikami, kwitną różnorodne domy. Trudno znaleźć choćby dwa o podobnym kolorze elewacji – jedni wybrali pistacjową zieleń, inni brudną czerwień, bieli jest najmniej. Do tego kute ogrodzenia, ogródki skalne, złote szprosy w plastikowych oknach, gipsowe balaski na balkonach, schody obłożone dobrą terakotą. Niektórych stać było na piękną dachówkę ceramiczną i podziemny garaż.

W takiej przestrzeni, co oczywiste, nie ma miejsca na kury, króliki, ule czy kaczki. Po prostu nie wypada ich hodować, nie pasują do tych okien, elewacji i dachówek. Dlatego letnia cisza miejscowości bardziej kojarzy się z dalekimi przedmieściami Krakowa czy Poznania niż z oddaloną o niecałe dwa kilometry macierzą.

Zabrakło również miejsca na przestrzeń wspólną. Przy takich domach jakoś niezręcznie stawiać ławy dla „rady kajfaszowej”. Co prawda, w szeregówkach wójt zaplanował salę do spotkań, będzie tam nawet kominek, ale zmieści się w niej raptem kilkanaście osób, a przecież stare Skawce mają swój dom ludowy. Nie będzie również podstawówki, bo się nie kalkuluje, w gminie mówią, że ci ze Skawiec mają Bóg wie jakie wymagania, taka wiejska szkoła w dzisiejszych czasach kompletnie się nie opłaca.

Jest kapliczka, ale trudno przy niej się modlić i śpiewać, bo stoi przy drodze.

A na drodze hałasują ciężarówki. Śpiewu i litanii nie słychać.

* * *

Mówimy: „władza”, myślimy: „Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej w Krakowie”. Nadzorująca prace przy budowie zapory instytucja za punkt honoru postawiła sobie, by z dziennikarzami nie rozmawiać oko w oko. RZGW na pytania odpowiada jedynie e-mailem, a i to tylko na niektóre. Można zapytać o pieniądze – tych jest zawsze za mało. O kolejne opóźnienia i przesunięcie linii kolejowej, które utknęło na etapie dokumentacji.

Łatwo zrozumieć lęk przed dziennikarzami: władza musiałaby odpowiedzieć wprost na bardzo poważny zarzut. Sens gigantycznej budowy nie dla wszystkich jest jasny. Duża inwestycja hydrologiczna, jak w każdym innym miejscu na świecie, również tutaj oznacza gwałt na przyrodzie i na ludziach. Wysiedlenia, ilekolwiek by zapłacić za ziemię, oznaczają ludzką krzywdę. Pytanie, czy warto płacić tak wysoką cenę za pas betonu.

Ekolodzy z Towarzystwa na rzecz Ziemi sporządzili szczegółowy raport, opisujący największe inwestycje hydrologiczne w Polsce. Pisząc o Świnnej Porębie, zarzucają RZGW, że nie sprawdziło kosztów rozwiązań alternatywnych, nie tak dojmujących dla lokalnej społeczności.

Na ten temat RZGW się nie wypowiada i trudno się dziwić. Nie wolno pozostawić choćby cienia wątpliwości co do sensu tej inwestycji. Gdyby udowodnić, że dało się ochronić Kraków przed wielką powodzią inaczej, oznaczałoby to, że półtora miliarda plus ciągle rosnący rachunek krzywd pójdą w błoto.

Marianna Sasim, Centralne Biuro Prognoz Hydrologicznych: – Nie ma w tej chwili dobrego rozwiązania. Zdarza się, że na świecie takie konstrukcje są rozbierane. Ale to oznacza kolejne gigantyczne koszty. Rozwiązania alternatywne również są bardzo drogie. Zaszliśmy już tak daleko, że nie sposób sobie wyobrazić przerwania tej budowy. Nie wyobrażam sobie, żeby państwo mogło się z niej wycofać.

* * *

W jednym z najładniejszych domów w nowej części Skawiec mieszka Ewa Czaicka, kuzynka Jana. Te trzydzieści pięć tysięcy sztuk ładnej cegły, o których opowiada łamiącym się głosem stary Czaicki, pochodziło z jej rodzinnego domu.

W Paciorkach jednego różańca sąsiedzi Habryki przed przeprowadzką palą niepotrzebne rzeczy. Ewa Czaicka widziała takie ogniska również w Skawcach.

Jedno z nich zapłonęło przed jej starym domem, rozniecone przez zrozpaczonych rodziców, kiedy zabierała ich do siebie. Ojciec spakował się jak żołnierz, matka płakała, wczepionego pazurami w podmurówkę budy psa trzeba było zanieść do samochodu.

Czasem przyjeżdża tam rowerem, żeby popatrzeć, jak szybko zarosły fundamenty i jak szybko kruszeje pamięć. Tędy biegła droga, zaraz, czy pod tym drzewem, nie, tam mniej więcej stał dom Proroków, tam mieszkali Matuszyki, tam Piskorze. Teraz tylko chwast na wysokość człowieka, nie ma nawet jak wejść głębiej, na dawne podwórko.

Widziała bezradność sąsiadów, którzy zwalili na kupę dobytek, nie wiedząc, co zabrać do nowego świata. Co zrobić z broną, pługiem, piłą, co orać i co siać na nowym oprócz trawy? Ślady tych wahań widać w Skawcach do dziś. Wokół opuszczonych chałup pozostały wypłowiałe obrazy Matki Bos­kiej Licheńskiej, zapomniane krzesła, buty i fartuchy robocze.

Czaicka jest emerytowaną polonistką. Z okruchów buduje mit starych Skawców, poruszając się sprawnie w czasie przeszłym. Spaceruje po swoim kraju lat dziecinnych, sporządza prywatny katalog klęsk i zdarzeń, które lada chwila znikną pod wodą. W Skawie za dnia nie można się kąpać, bo powyżej wioski wybierają żwir i korytem płynie brązowa breja zamiast wody. Rodzinne pola przypominają krajobraz księżycowy, bo zapora potrzebuje budulca. Z domu oznaczonego numerem jeden, tam, gdzie mieszkał pradziadek Czaickiej, pozostały ruiny. Ze stacji kolejowej już dawno uciekło życie – w klombach wiechcie suchej trawy, budynek dworcowy zabity na głucho. Turyści zniknęli, zarósł szlak na Leskowiec.

Ewa fotografuje domy, które lada chwila zostaną zburzone, twarze starych mieszkańców, rodziny przed chałupami, ludzi pod starą kapliczką; gromadzi nazwy, żeby chociaż słowa nie zniknęły. Żeby zapamiętać, że pola były za Sztręką, za Wodą, na Końskiej Krzywdzie, na Pańskim, na Ogrodach, u Pana Jezusa, że mieszkało się na Nizieniu, w czerwonej Glinie, w dolinie Bochenkowskiej.

I prosi, żeby nie usprawiedliwiać wszystkich tych zniszczeń nowoczesnością, jaką dostały w prezencie nowe Skawce. Bo przecież nie wiadomo, jak wyglądałaby miejscowość, gdyby w latach sześćdziesiątych władza nie zabroniła ludziom się rozwijać.

* * *

W tamtym filmie Kutza Karol Habryka musiał przegrać. Przeniósł się do ładnej, nowoczesnej willi w dobrej dzielnicy Katowic.

Po czym zmarł.

Przyciśnięci do muru Kupczykowie wykupili na wszelki wypadek działkę na górze.

Jeśli więc w Skawcach dzieje się kolejna wersja historii sfilmowanej przez śląskiego reżysera, nie ma potrzeby, by Józef Kupczyk wieszał się na haku.