Najlepsze buty na świecieTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Żadnych tajemnic. Po sześćdziesięciu latach od zakończenia wojny w wiosce nadal kłócą się jak Kargule i Pawlaki.

Jak w 1988 roku ksiądz Piotr wybrał seminarium, była euforia. Pierwszy w historii parafii. Najlepszy ministrant, pracowity taki. Długa droga zdolnego chłopaka ze wsi. Książki, kościół, książki, kościół. I ciężka praca na gospodarce. Ksiądz zabierał go do mszy prosto z pola.

Sześć lat później do seminarium poszło dwóch młodszych Dzedzejów. Parafianie pękali z dumy. Jeszcze się tak nie zdarzyło w okolicy, żeby trzech braci oddało swoje życie Bogu. O Kurzycku zrobiło się głośno w całym dekanacie.

– A kiedy ich wygonili – zaciąga po lwowsku Eugeniusz, ojciec Dzedzejów – to się wioska nam podzieliła. Pamiętam, przyszli pierwszy raz do kościoła nie w sutannach, niektóre kobiety płakały. Inni zaczęli plotkować, obmowę za plecami robić. I co mieliśmy powiedzieć? Jak my tyle wiedzieli, co inni? Bez słowa, bez niczego. No, żal, żal. Nawet już o te koszta nie chodzi, że sześć lat jednego posyłałem do seminarium. Po trzy sutanny na jednego, a jakie to pieniądze. Żal, że tak bez słowa.

O Dzedzejach znowu mówił cały dekanat.

Piotr, wówczas już kapłan, próbował dopytać się w diecezji o przyczyny. Żeby było wiadomo, choćby to najgorsza prawda. Ktoś szepnął, że podobno w grę wchodziły samochody sprowadzane z Niemiec, inni, że fałszowane dokumenty. Dzedzej twierdzi, że oficjalnie nikt nie chciał z nim rozmawiać.

– Tak się nie robi. Sześć lat w seminarium i nagle bach! Nie wolno postępować z człowiekiem, jakby był nikim. A tu jest jakiś brak szacunku – mówi.

Sprawa braci to dla niego koronny dowód, że nadal zbyt dużo w Kościele dzieje się w ukryciu, zakulisowo, bez rozmowy. Hierarchowie żyją w przekonaniu, że nie muszą tłumaczyć swoich decyzji jakimś tam klerykom czy księżom.

Jeden z braci został policjantem. Drugi nie otrząsnął się do dziś. Błąka się pomiędzy Norwegią a rodzinnym domem.

Proboszcz z Węgorzyna słyszał o sprawie, pochodzi z tego samego dekanatu co Dzedzejowie. Zdziwiony nie jest. Przypomina sobie dawnego kolegę, który bardzo chciał zostać zakonnikiem u werbistów. Przełożonemu coś się nie spodobało.

Przyjaciel księdza Wójciaka otrzymał jedynie karteczkę.

Na karteczce jedno zdanie: „Nie nadaje się z powodu ambiwalencji zachowań”.

Co by to mogło oznaczać, ksiądz Wójciak nie wie. Po prostu – kolega musiał odejść i kropka.

* * *

Sprawą odchodzących księży Dzedzej zainteresował się trzy lata temu. Niespodziewanie odszedł jego przyjaciel z rocznika.

Dzedzej: – Nie do pojęcia sytuacja. On był najbardziej rozmodlonym księdzem z nas wszystkich. Bliżej miał do mistyka niż do zwykłego księdza diecezjalnego. Jeździł na specjalne rekolekcje dla księży. To mi nie dawało spokoju. Odchodzi kapłan idealny, zostają ludzie, którzy nauczeni są tego, by nie zadawać pytań, by nie myśleć, tylko wypełniać polecenia. Zacząłem drążyć temat. Dzwoniłem do tych ludzi, przychodziłem bez zapowiedzi do domu, jeździłem po Polsce. Porażające było to, że większość z nich uznała zrzucenie sutanny za błąd.

Wójciak nad „eksami” nie zamierza się litować. Rozumie trudną sytuację, współczuje. Ale odeszli, to odeszli, Bóg z nimi. Są ważniejsze sprawy.

Dzedzej: – Ale ja też nie zamierzam się nad nimi litować. Jest problem, którego nie powinniśmy zamiatać pod dywan. Tym bardziej że narasta i nie ma pomysłu, co z nim zrobić. Chcę, żebyśmy zaczęli się o nich troszczyć, tak jak zalecał Jan Paweł II. Póki co, „eksy” są tematem wstydliwym.

Matka Dzedzeja: – Jezu, żeby tylko kłopotów z tego jakich znowu nie było. Żeby on się już tak nie narażał. Co ludzie znowu powiedzą? A jak go wyrzucą za karę?

Ojciec: – Zawsze może wrócić. Ziemię będzie uprawiał. Trzech poszło, trzech wróciło. Heh, to już nam spokoju nie dadzą.

* * *

Ksiądz Piotr Dzedzej za okno wieczorami już nie patrzy. Ale nawet kiedy zaciągnie szczelnie żaluzje i odetnie się od Szczecina na głucho, pytania nie znikają. Może być, że przez te wywiady, przez dziesiątki historii o wielkiej miłości księdza i siostry zakonnej, o tym, co czuje mężczyzna, kiedy nie może dotykać kobiecego ciała, zbudził w sobie wątpliwości.

Ksiądz Dzedzej: – Kiedyś myślałem tak: jestem młodym księdzem, minie kilka lat, myśli o dzieciach, żonie miną same. Płyną lata, a nic nie usycha. Przeciwnie, dolega coraz mocniej.

Ksiądz Karol Wójciak: – A czy Dzedzej przypadkiem sam tego… nie zamierza? Hm? Może w tym jest kłopot? Może te jego rozmowy bardziej zakrywają jego problem, niż ujawniają?

Na tak postawione pytanie ksiądz Dzedzej odpowiada, że nigdzie odchodzić nie zamierza.

Nie ma kobiety, nie zamierza się zakochać, jak jego rozmówcy. Jeżeli jakaś się pojawi, będzie się przed tą miłością bronił. Chce być twardy, choć nie wie, co się zdarzy. Tak, bardzo chciałby, żeby celibat był dobrowolny, ale jego ten problem nie dotyczy – zdecydował się i chce wytrwać.

Ale też zdaje sobie sprawę, że gdyby odszedł, jego archidiecezja z pewnością miałaby kłopot z głowy.

O jednego wygadanego mniej.

2007

Diabeł przyszedł do wioski

Dyrektor Zespołu Szkół w podkarpackim Hłudnie jest przestraszony. Ale uciekać nie wypada, więc udaje rozmowę. Stoi z rękami założonymi na piersiach, ściska w dłoni komórkę.

Nie, pojęcia nie ma, co się stało, jaka była przyczyna, co doprowadziło do tragedii.

Żadnych sygnałów nie miał, żadni rodzice na skargę nie przychodzili.

Przede wszystkim winne są media, to one rozdmuchały sprawę.

Gdyby nie przeklęte media, wioska szybko by się uspokoiła.

Wiadomo, pokrzyczeliby trochę, byłby płacz, oczywiście, ludzie są tylko ludźmi, ale rychło znowu nastałby spokój. Spokój jest najważniejszy.

Dlatego dyrektorowi nie bardzo podoba się pomysł, by wy­pytywać nauczycieli. Sekretarka nie zaprasza do pokoju nauczycielskiego, on sam przyjmuje w drzwiach. Numeru telefonu wolałby nie podawać. Powtórzmy: żadnych sygnałów nie miał, życie w szkole toczyło się normalnie.

Aż do 14 grudnia 2007 roku. To było już po zmroku. Trzynastoletni Bartek włożył gumofilce i stare ubranie, wyszedł z domu.

Powiesił się na drzewie.

Rodzina znalazła list z datą 12 grudnia. Na kartce z zeszytu w linie, pisany równym pismem tekst (pisownia oryginalna):

„Pożegnanie. Nie nawidzę łysego tego pedofila. Muśałem to zrobić ponieważ mówi że ja go okradłem. Ale ja przysięgam na Boga że tego nie zrobiłem. Ale jemu tego nie powiem. To co napisałem oddać policji. I żeby go zabrali z parafii bo to pedofil. Nie chce być gwałcony przez niego. Niewiem o jaką smycz mu chodzi. To co jest moje oddać potrzebującym. Bartek”.

Nieco niżej, pisany pochyłym, jakby ozdobnym drukiem dopisek „Odczytać po mojej śmierci”. Na marginesie data, godzina, informacja, że list był pisany na języku polskim.

Wyrazy „pedofil” i „gwałcony” zamazane.

List dotyczy miejscowego proboszcza. Rocznik 1948, proboszczem w Hłudnie był ponad dziesięć lat. Po śmierci chłopca prokuratura wszczęła dochodzenie w sprawie znęcania się nad dziećmi i odpowiedzialności za śmierć chłopca. Kuria przemyska milczy.

* * *

W pochmurny zimowy dzień Hłudno przegrywa bezapelacyjnie z szarością. Jakiś dowcipniś zamazał na tablicy drogowej pierwsze trzy litery. Przycupnięte w dolinie rzeczki domy tulą się do siebie. Wielu majętnych gospodarzy tu nie mieszka, dużo zaniedbanych obejść, niektóre rodziny żyją w starych, drewnianych domach. Mało kolorów, szyldów i reklam. Wczasowicze się nie pojawiają, są chałupy, w których wietrzy się bardzo rzadko, żeby nie tracić cennego ciepła. Na ścianach wielkie obrazy Matki Bożej, papieża, Świętej Rodziny, na półkach kolorowe puszki po napojach, opakowania po bombonierkach i ustawione równymi rzędami kasety z disco polo.

Po śmierci Bartka miejscowi skoczyli sobie do oczu.

Część, i ci byli górą, zażądała odwołania proboszcza. Były sołtys Stanisław Gładysz przejął klucze do kościoła i zapowiedział, że ich nie odda, dopóki nie zareaguje kuria.

Ludzie zaczęli sobie przypominać, a dzieci – mówić. O tym, że ksiądz od lat bił pod żebra, nadrywał uszy, deptał po palcach i ściskał za ręce tak, że kości chrupały. O tym, że ministrantów potrafił uderzyć „z główki”.

Dwie dziewczyny, które kiedyś chodziły do scholi, opowiadają, że ksiądz wkładał rękę pod bluzkę albo sukienkę.

A tamto zdarzenie, kiedy rodzicom z dzieckiem do chrztu kazał czekać w kościele trzy godziny?

A romanse, dziewczyny i to, że rodzinę rozbił? Nazbierało się przez ponad dziesięć lat.

Inni opowiadają, że śmierć śmiercią, ale Bartuś miał diabła za skórą. Że niby trzynastolatek, a już złodziej. Do Gładysza dzwonią starsze panie i zapowiadają, że wyrzucą jego rodzinę z wioski, tak jak on wyrzucił księdza. Sąsiedzi rozpowiadają, że Bartek był młodym pijakiem, zupełnie jak kiedyś jego dziadek. Przekonują, że przeciwnicy księdza wykorzystali śmierć chłopca, by zniszczyć duchownego.

Anna Kałamucka jako jedyna interweniowała w sprawie zachowań księdza u dyrektora szkoły: – Ja jestem wierząca, na Kościół złego słowa nie powiem. Ale tu miarka się przebrała już dawno, tyle że jakoś wszystko przechodziło bokiem. Wszyscy wiedzieli, że jest agresywny i przyłożyć potrafi. Dyrektor też, niech teraz nie robi wielkich oczu. Dwa lata temu córka tak dostała od księdza z otwartej pod żebra, że z płaczem do domu przybiegła. Byłam w szkole, ksiądz się zobowiązał przy dyrektorze, że takie coś się nie powtórzy. Szkoda, szkoda, że aż takiej tragedii trzeba było…

 

Stanisław Gładysz to temat na osobną historię.

Gospodarz pełną gębą, wielki dom na ukończeniu, dwójka własnych dzieci i dwunastka adoptowanych, po tym, jak szwagier zabił jego siostrę. Wierzący, przez dwie kadencje zasiadał w radzie parafialnej. Z podwórka widzi kościół i plebanię. Właśnie klacz się oźrebiła. Szklanka z kawą parzy spracowane dłonie.

Przez kuchnię przebiegają tłumy dzieci: – No, trzeba było przeciąć to wcześniej, trzeba – przyznaje. – Ale to jest wioska, proszę zrozumieć, tutaj ksiądz traktowany jest jak półbóg. Wolno mu więcej niż zwykłemu człowiekowi. Mówi do starszych kobiet jak do koleżanek, a one myślą, że tak trzeba. Dyrektor się go boi. Społeczność jest mała, nic się nie ukryje. Myśmy wszystkie sprawy księdza znali, jego znajomości i romanse, bałaganiarstwo, że wyjeżdżał na całą noc i plebanię otwartą zostawiał, że pieniędzy nigdy nie mógł się doliczyć. Ale ksiądz to jest zawsze ksiądz. I tak mu uchodziło przez całe lata.

Gładysz zabrał swoje córki ze scholi, kiedy poskarżyły się, że ksiądz wkłada ręce tam, gdzie nie trzeba. Dekanatu wtedy nie zaalarmował.

Dziś jego córki opowiadają, że miały więcej odwagi, ale były i takie, które nie miały śmiałości powiedzieć cokolwiek rodzicom.

* * *

Siedzą w pięcioro w dużym pokoju chałupy. Rodzice Bartka, dwójka rodzeństwa, w kąciku babcia. Jeszcze jeden potomek w drodze. To już drugie dziecko pochowali – pierwsze umarło zaraz po porodzie.

Na reprezentacyjnym miejscu Bartek: oprawiony w ramki, łobuzersko uśmiechnięty chłopiec. Wokół poukładane zabawki, piłka, porcelanowe świnki, krasnal i syrenka. Powstał z tego ołtarzyk. Na ścianie pamiątka z Komunii, figurka Maryi z kredensu spogląda na obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej.

Minął miesiąc. Człowiek w takich sytuacjach musi czuć bezradność – czyta książki, uważa się za wrażliwego na cierpienie i niezwykle mądrego, a później jedzie oglądać tragedię, oczekując, że zobaczy rozdzieranie szat i płacz pod niebiosa. Tymczasem płacz ucichł i pierwsze łzy obeschły, żyją dalej w tym trudnym miejscu, gotują obiady i rąbią drewno. Miesiąc, a rozmawiają spokojnie, dzieci zaczynają się uśmiechać. Może to warunek przetrwania w miejscach, gdzie los nie szczędzi uderzeń, może zakodowana w genach siła, która pozwala szybko strząsnąć z siebie rozpacz po niezawinionej stracie. Tylko oczy matki ciągle podpuchnięte.

Gorycz pozostała. I nie znika.

Matka: – Zrobił mi z syna złodzieja. Teraz już wiem, że chodził za nim przez dwa tygodnie i nakłaniał, żeby pieniądze zwrócił. Mówił: „Bartek, oddaj pieniądze, bo jak nie oddasz, to wiesz, co będzie”. Myśmy o niczym nie wiedzieli, Bartek nie był z tych, co się skarżą. W tamten piątek ksiądz zadzwonił, to poszłam do niego. Powiedział, że syn pieniądze ukradł, ale nie potrafił nawet powiedzieć, ile tego było. Raz, że dwieście, raz, że pięćset, potem siedemset.

Prosili proboszcza, żeby nie odprawiał mszy pogrzebowej, żeby przyjechał inny ksiądz. Odparł, że nie widzi powodu.

A potem przyszedł ze spowiedzi przyjaciel Bartka i powiedział swojej matce, że ksiądz uważa go za współodpowiedzialnego za śmierć.

A potem matka Bartka przyjmowała komunię i ksiądz zapytał, czemu przyjmuje ciało Chrystusa, skoro u spowiedzi nie była, na co odpowiedziała, że spowiadała się gdzie indziej. A wtedy proboszcz się zdenerwował. „Czego żeś nie przyszła do mnie? Przecież bym cię nie zjadł” – miał powiedzieć. Bo, jak mówią w Hłudnie, ksiądz jest trochę surowy w języku.

A potem w dekanacie usłyszeli, że dziecko było niepoczytalne.

Część parafian odebrała księdzu klucze i zamknęła kościół. Dzieci w szkole krzyczały, że wywiozą proboszcza na taczkach.

W Boże Narodzenie w Hłudnie mszę odprawiał inny ksiądz. Odczytał list od poprzednika, który złożył rezygnację. W liście ani słowa o tragedii. Kuria również milczała.

Rodzice pokazują zdjęcia z komunii Bartka. Ksiądz ma potężne, mocno sklepione czoło, spogląda surowo. Trzyma rękę na plecach chłopca. Pod niskim sufitem chałupy znowu wisi ta niewypowiedziana myśl, czy Bartek napisał te straszne słowa w chwili gniewu, czy rzeczywiście…

A z drugiej strony to przecież był twardy, wiejski chłopiec. Z byle powodu nie odebrałby sobie życia. Więc gdzie leży prawda?

Gładysz: – Nie rozstrzygam, nie ma dowodów. Nawet to, co mówią córki, nie musi być równoznaczne z tym, co Bartek napisał. Ale i bez molestowania za dużo złego się tu wydarzyło.

W Hłudnie czekają na wyniki dochodzenia. Teologów tu nie ma, trudno wytłumaczyć, że takie tragedie wiary osłabiać nie powinny. Jedni nie poszli do świątecznej spowiedzi, inni nie przyjmują komunii.

Matka jednego z ministrantów: – Ja już nawet wszystko zrozumiem. Że bił, że męczył te dzieciaki. Bartuś nie żyje, stało się. Ale jak się dowiem, że molestował, że dotykał, jeśli to się potwierdzi, to… Nie chcę, żeby to była prawda. Jak ja wtedy przed ołtarz pójdę? Gdzie siły znajdę?

* * *

Kończy się rada pedagogiczna, nauczycielki wychodzą ze szkoły. Na widok obcego przyspieszają kroku, w końcu niemal biegiem znikają między domami. Ci, którzy chcą porozmawiać nieoficjalnie, przedstawiają skrajnie różne wersje.

Wersja pierwsza: nauczyciele wiedzieli, że ksiądz ma trudny charakter. Nie interweniowali, bo ksiądz to autorytet.

Wersja druga: nie działo się nic niepokojącego. Ksiądz trzymał dzieci krótko, ale na pewno nie był okrutny. Z oskarżeniami o pedofilię trzeba uważać – dzieci wyzywają od najgorszych, czasem nawet nie rozumiejąc znaczenia słów. Kto zaręczy, że te urywki z listu były czymś więcej niż inwektywą?

Jedna z nauczycielek Bartka: – Nic nie wskazywało na kłopoty tego chłopca. Nic! Jeszcze w czwartek rozmawialiśmy o wycieczce. A dlaczego żaden z kolegów nie widział na polskim, jak pisze ten list? Dzieciaki są ciekawskie, od razu by się wydało. Jakoś mi się to nie klei.

* * *

Były proboszcz wyjechał niedaleko, raptem trzydzieści kilometrów na południe, do sąsiedniego dekanatu. Niedobra opinia przyszła szybciej, nim zdążył się rozpakować. Miejscowość jest mała, ale parafianie już pytają, czy będzie katechetą. Na razie nie wiadomo. Już poszła plotka, że uderzył ministranta.

Dochodzi dwudziesta, w nowej plebanii księdza wszystkie światła pogaszone, telefon milczy. Dom stoi blisko lasu, z południa wieje porywisty wiatr, świat wokół huczy, szumi i trzeszczy.

Przyjeżdża srebrnym mercedesem. Dobrze zbudowany mężczyzna w czapce nasuniętej głęboko na czoło. Trzeba mówić głośno, żeby przebić się przez zimowy huk. Na plebanię nie zaprasza, ale też nie ucieka. Stoi w ciemnościach, przygarbiony od chłodu.

Ksiądz jest przekonany, że wioskę diabeł opętał. Nie zdarzyło się przecież nic, o co można byłoby go oskarżyć. Owszem, dopominał się o pieniądze, równe czterysta osiemdziesiąt złotych, ładną popielniczkę i smycz na klucze do tego, na pewno Bartek zabrał, na pewno, ciągle jest o tym przekonany.

Ta dziewczynka, co skarży się, że proboszcz bił, kłamie. Było tak, że bawili się w szkole w lokomotywę, zarzuciło ją i upadła.

Ci, co się skarżą, że miażdżył ręce za karę, kłamią. Grali w łapki.

Te, co mówią, że wkładał rękę za koszulę i dalej, kłamią. Raz się zdarzyło, że klepnął którąś w plecy, mówiąc, żeby się przesunęła. Czy to jest molestowanie?

List jest sfałszowany, widzi to na pierwszy rzut oka. Bartuś by tak nie napisał, to nie jego styl pisma, grafolog na pewno potwierdzi.

Złożył już zawiadomienie na policji. Poda do sądu tego, co kopał w drzwi plebanii w nocy i żądał, żeby ksiądz wynosił się natychmiast.

Tak, zapytał kolegę Bartka, czy ten nie czuje się współ­winny śmierci przyjaciela. I co w tym złego? To przecież łobuzy, niejedno mają na sumieniu, zna tych chłopców jak zły szeląg, od tylu lat.

Mówiąc najkrócej: ksiądz nie znajduje w sobie winy. Ani ułamka. Winna jest wioska. Winny jest diabeł, który pomieszał ludziom w głowach i sprowadził śmierć.

Dlatego ze spokojem czeka na wyniki dochodzenia.

Już po tym, jak się wyprowadził, miejscowi robili porządki na plebanii. Popielniczka się znalazła. Część pieniędzy również, pod fotelem.

Były proboszcz z Hłudna wie dlaczego. Na pewno podrzucili, żeby go skompromitować. Na pewno.

2007

II

Znikają w szarym pyle

Antoni Urbanik każdy dzień rozpoczyna podobnie: wstaje i pokasłując, podchodzi do okna. Lubi oglądać ptaki.

W marcu na drzewach przed jego domem hałasują sroki, na zeszłorocznych badylach delikatnie świergoczą dzwońce i szczygły. Z okna widać także kawał pola, a trzysta metrów w linii prostej od domu wznosi się niewysoki płot.

Za płotem wysoka hałda porośnięta rachitycznymi drzewami, dalej górują nad okolicą przybrudzone i opustoszałe budynki dawnego Zakładu Wyrobów Azbestowo-Cementowych, zwane tu powszechnie „Eternitem”, od nazwy ostatniej spółki, która działała na tym terenie. Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych z hałdy przy każdym silniejszym podmuchu wiatru unosił się szary pył.

Azbest.

Antoni Urbanik od czternastu lat choruje na azbestozę – rodzaj pylicy płuc występujący u osób narażonych na kontakt z azbestowym pyłem. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że zachoruje również na międzybłoniaka – agresywny i rzadki nowotwór złośliwy płuc.

Żona Urbanika przeszła krótszą drogę – nie chorowała na pylicę, umarła półtora roku po stwierdzeniu raka. Miała pięćdziesiąt dwa lata.

Rozmowy o azbeście z mieszkańcami Szczucina – niewielkiej miejscowości położonej nad Wisłą, czterdzieści kilometrów od Tarnowa – wyglądają podobnie. Jeżeli nie umarł nikt z rodziny, to umarł przyjaciel. I kolega przyjaciela. Szwagierka kolegi i matka szwagierki. I tak dalej.

* * *

Otwarta w 1959 roku fabryka zatrudniała sześćset osób i była jednym z największych pracodawców w gminie. Dzięki niej przez niemal czterdzieści lat miasto tętniło życiem. Zakład wytwarzał blisko tysiąc produktów zawierających azbest. Były uznawane za niemal idealny materiał budowlany i rozchodziły się jak świeże bułeczki. Po rury kanalizacyjne, płyty z mieszanki azbestowo-cementowej i dachówki przyjeżdżały ciężarówki z całego kraju. W kolejce przed bramą fabryki ustawiało się nieraz i po kilkaset samochodów. Kto miał znajomości w fabryce, szybko zyskiwał społeczny prestiż. W chwilach, kiedy zapotrzebowanie na eternit było szczególnie wysokie, fabryka zatrudniała przyszłych… kupców. Przyjeżdżali z Zamoj­szczyzny, spod Lublina, kawał drogi. Pracowali przez miesiąc, zarabiali jakieś pieniądze, a potem mogli jeszcze kupić wymarzony towar.

Ziemie tu słabe, piąta, szósta klasa, z rolnictwa zawsze ciężko było się utrzymać. Dlatego plany budowy zakładu miejscowi przyjęli z radością. Fabryka była kolebką cywilizacji. Pierwszy rentgen w okolicy zainstalowano właśnie tam, w przyzakładowej przychodni.

Za azbestem do Szczucina przyszła jeszcze filia krakowskich zakładów „Telpod”, produkująca rezystory i części do telewizorów. W latach osiemdziesiątych w miejscowości pracowało w różnego rodzaju zakładach pracy dwa tysiące osób, co sprawiło, że Szczucin stał się najbardziej uprzemysłowioną wsią w Polsce.

Szczęśliwi byli wszyscy. Nawet ci, którzy pracowali przy przeładunku. Biali jak młynarze, otrzepywali ubrania i szli do domów.

Na archiwalnych fotografiach widać radość pracowników: Choćby ci trzej mężczyźni, którzy odbierają nagrody – jeden z radioodbiornikiem, drugi mocno trzyma w garści lśniący nowością rower. Narady, kolektywy, rocznice, badania rentgenologiczne w przychodni zakładowej. Ten pracownik na sucho tnie rury. Na kasku ma jedynie nieszczelną plastikową osłonę. Ten mężczyzna przy kołogniocie, czyli maszynie do rozwłókniania azbestu, gołymi rękami wkłada minerał do maszyny. Zdjęcie zrobiono w 1993 roku, kiedy w Szczucinie wszyscy już wiedzieli, że zakład to nie tylko błogosławieństwo.

Prosperity Szczucina trwała do połowy lat dziewięćdziesiątych, a jej koniec wyznaczają dwa wydarzenia – przyjazd naukowców badających wpływ fabryki na środowisko oraz zwolnienia w pozostałych dwóch dużych zakładach – fabryce rezystorów i POM-ie.

– To były dobre czasy. Ludzie mieli pieniądze, bawili się w restauracjach. Jak pierwsza zmiana wyjeżdżała z zakładu na rowerach, ulicą nie można było przejść, taki był ścisk. Zupełnie jak w Chinach – wspomina z sentymentem pracownik z ośrodka zdrowia (nie chce podać nazwiska, „bo w małych miastach różnie bywa”). Z okna jego gabinetu widać dachy obłożone falistymi, sczerniałymi ze starości płytami.

 

Fabryka wysyłała dzieci na kolonie, a rodziny na wczasy. Fabryka zapraszała artystów, żeby śpiewali na scenie w głównej hali produkcyjnej – tłumy przyglądały się występom Połomskiego, Rinn czy Rodowicz. Zorganizowała rytm życia w okolicy, wyznaczany przez cztery dekady popołudniowym i wieczornym wyciem syreny.

Po roku 1999, kiedy zlikwidowano Eternit Sp. z o.o., Szczucin dołączył do grona miast zapomnianych, z legionem niepotrzebnych mężczyzn wystających całymi dniami w czterech kątach niewielkiego rynku. Z dobrych czasów w Szczucinie pozostały opuszczone hale fabryczne z napisami wyrażającymi poparcie dla kolejnego zjazdu PZPR.

Po czterdziestu latach funkcjonowania zakładu mieszkańcom gminy pozostało jeszcze kilka innych pamiątek: choroby układu oddechowego, nowotwory jelit i trzustki, a także naj­agresywniejszy – międzybłoniak opłucnej.

Naukowcy twierdzą, że włókna azbestowe są niezniszczalne.

* * *

Półtora miesiąca przed Natalią Urbanik na międzybłoniaka zmarł Józef Chrabąszcz (czterdzieści cztery lata), rówieśnik Zakładów Azbestowych. W zakładzie przepracował dziesięć lat, wychował się w domu stojącym kilkadziesiąt metrów od hałdy. Jego żona Bożena prowadzi księgarnię i z rezygnacją opowiada o stałych klientach, którzy umarli. W ciągu ostatnich dwóch lat zgonów było tak dużo, że nie potrafi ustalić ich kolejności.

– Najpierw do sklepu przestała przychodzić pani Maria, później pan Zygmunt, potem chyba zmarł Wiesław, po nim Jan – wylicza, nie ukrywając rozgoryczenia. – Ja już nawet nie mówię o tym, że jak mąż zaczął tracić siły i poszedł do lekarza, to tamten kazał mu się zgłosić za trzy miesiące, bo nie miał pewności, co to za choroba. Jemu już nic nie pomoże. Ale gorsze, że państwo znów o nas zapomniało. Przez dwa, trzy lata był duży szum, oficjele i dziennikarze przyjeżdżali stadami. Urzędnicy obiecywali, że będą dachy zdejmować i azbestowe drogi zasypywać, a ostatnio słyszę, że mamy robić to na własny koszt, bo brakuje pieniędzy. Tutaj są rodziny, których nie stać na jedzenie, a co dopiero na wymianę dachów, choćby były nie wiem jak trujące. Zapomnieli o nas wszyscy, chociaż z roku na rok choruje coraz więcej osób. Powinni nas chronić, badać regularnie, nie tylko tych, którzy pracowali w fabryce. Przecież zagrożona jest cała gmina.

Rozgoryczony jest również wójt gminy Jan Sipior: – Czasem żałuję, że świat się o nas dowiedział. Cała ta burza, którą wywołaliśmy, wyszła nam na niekorzyść. Nagłaśnialiśmy problem, mając nadzieję, że państwo nam pomoże. A jaki jest efekt? Taki, że jak przedsiębiorca zainteresowany inwestycjami słyszy, że jesteśmy ze Szczucina, mówi: „A, to tam, gdzie ludzie umierają? To ja dziękuję”. Jestem rozżalony, bo państwo znajduje pieniądze na opracowywanie kolejnych dokumentów, analiz, skomplikowanych i szczegółowych programów. A na działania pieniędzy nie ma. Zostaliśmy sami, więc nie chcę już słuchać o kolejnych komisjach.

* * *

W archiwum Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego w Tarnowie na pożółkłych kartkach pismem maszynowym oraz ręcznym zapisano historię Zakładu Wyrobów Azbestowo-Cementowych w Szczucinie. Gdyby opierać się tylko na nich, otrzymalibyśmy typową historię socjalistycznego zakładu pracy, ze wzrostem, z okresem rozkwitu, a w końcu upadkiem. W archiwum znajduje się nawet pisany pewną ręką konspekt przemówienia, które pierwszy dyrektor zakładu Władysław Dejk miał wygłosić w 1966 roku do przedstawicieli przemysłu izolacyjnego z całego kraju: „W pogodnym, wiosennym nastroju witam serdecznie w imieniu załogi naszego zakładu, organizacji partyjnej i kierownictwa uczestników dzisiejszego kolegium: przedstawicieli resortu ŻGZZ, kierownictwo zjednoczenia i wszystkich obecnych. Życzymy dzisiejszym obradom słonecznego nastroju i konstruktywnych wniosków i uchwał, które zmierzać będą do jeszcze lepszych wyników naszego przemysłu. Pragniemy z całego serca, by nasi goście czuli się u nas jak najlepiej. Zachęcam również do zwiedzania naszego Zakładu”.

Są jednak inne dokumenty.

Choćby ten z archiwum tarnowskiego sanepidu. W 1987 roku słynny profesor Andrzej Szczeklik, wówczas wojewódzki specjalista do spraw interny w Tarnowie, pisał do ministra zdrowia Janusza Komendera: „Jako specjalista wojewódzki d/s chorób wewnętrznych województwa tarnowskiego wystąpiłem na piśmie, wiosną br. najpierw do Lekarza Wojewódzkiego w Tarnowie, a następnie do Ministra Zdrowia i Opieki Społ. w sprawie bardzo wysokiej liczby nowotworów złośliwych w rejonie Szczucina. Przeprowadzona na zlecenie Ministerstwa analiza potwierdziła wysunięte przeze mnie przypuszczenie, iż odpowiedzialne za to zjawisko są Zakłady Azbestowe w Szczucinie. Państwowy Wojewódzki Inspektor Sanitarny w Tarnowie powiadomił Ministerstwo Zdrowia […], iż podczas kontroli sanitarnej ww. Zakłady otrzymały ocenę niedostateczną. Z inicjatywy Lekarza Wojewódzkiego zorganizowano na ten temat kilka posiedzeń z władzami województwa, ustalono program modernizacji Zakładów do roku 1990. Na odbytej w dniu 21 XI br. naradzie z ordynatorami oddziałów chorób wewnętrznych woj. tarnowskiego dowiedziałem się jednak, że nie zrobiono żadnych konkretnych kroków, aby przerwać wysokie narażenie pracowników Zakładów. Choć doceniam znaczenie planów perspektywicznych modernizacji Zakładów, to jednak jestem mocno przekonany, że w tej sprawie trzeba działać natychmiast, lub zamknąć zakład, który zabija ludzi”.

W tych dwóch dokumentach zamyka się dramat Szczucina, miejscowości, której produkcja materiałów izolacyjnych zawierających azbest dała awans cywilizacyjny, zatrudnienie w przemyśle i stabilizację – profity w północno-wschodniej części Małopolski bardzo cenne.

* * *

Pierwsze przypadki zachorowań na międzybłoniaka zanotowano w latach siedemdziesiątych, lekarze nie potrafili jednak wówczas ich zdiagnozować. W latach osiemdziesiątych, kiedy w gminie umierali na nowotwory kolejni mieszkańcy, informacje były utajniane. Władze wojewódzkie zmierzyły się z problemem dopiero w roku 1996. Naukowcy z łódzkiego Instytutu Medycyny Pracy rozpoczęli wówczas dwuletnie badania. Mimo że raport, który sporządzili, napisany został suchym, urzędniczym językiem, jego autorom nie udało się ukryć przerażenia. Okazało się bowiem, że do środowiska uleciało siedemnaście i pół tony azbestowego pyłu. Z tego siedem i pół tony stanowił azbest niebieski, tak zwany krokidolit, szczególnie groźny dla zdrowia i odpowiedzialny za międzybłoniaka. Jeszcze w roku 1998 stężenie włókien azbestu w powietrzu przekraczało normę nawet pięćdziesięciokrotnie, a w samym zakładzie – tysiąckrotnie. Wysokie stężenie naukowcy znaleźli na boiskach szkolnych i na rynku.

W miejscowej przychodni można otrzymać zestaw porażających faktów. Ryzyko, że szczucinianin umrze na między­błoniaka, jest sześćdziesięcioośmiokrotnie wyższe dla mężczyzn, a trzydziestodwukrotnie dla kobiet niż w przeciętnej polskiej gminie. Dolna granica wieku zmarłych cały czas się obniża: kobiety chore na nowotwory umierają średnio o dziesięć lat wcześniej niż w roku 1975. Między 1988 a 2003 rokiem jakieś dziesięć, dwadzieścia procent zgonów w Szczucinie było spowodowanych rakiem.

Szczucinianie kilkakrotnie częściej niż mieszkańcy innych miejscowości chorują i umierają na nowotwory trzustki oraz nienowotworowe choroby układu oddechowego.

Antoni Urbanik: – Nie przejmowaliśmy się w fabryce żadnym BHP, nikt o tym nie myślał. Kiedyś przyjechali do nas Amerykanie i cała fabryka miała uciechę, bo chodzili w maseczkach.

Tadeusz Głód, dawny lekarz zakładowy, obecnie zatrudniony w szczucińskiej przychodni: – Pracowałem tam dwadzieścia lat. Scen, które działy się w „Eternicie”, nie da się opowiedzieć. Czasem zastanawiam się, czy ci mężczyźni, którzy pracowali przy przeładunku azbestu i po zmianie wyglądali jak młynarze, istnieli naprawdę. Znikali w szarym pyle, tak jak teraz znika Szczucin.

* * *

W roku 1985 Antoni Urbanik wraz z żoną posadzili przed domem czarne porzeczki. – Wystarczyło, że powiało mocniej z zachodu, a owoce z czarnych zmieniały się w popielate. Tak samo z drzewami wokół fabryki: kilka suchych dni wystarczało, by liście zmieniały kolor z zielonego na biały – opowiada. – Obok mojego domu był kanał wypełniony po brzegi szlamem fabrycznym. Azbest był u mnie w studni: woda wyglądała jak błoto. Myśmy tutaj nawet chleb z azbestem jedli. Pamiętam, jak naukowcy wykonywali pomiary w moim mieszkaniu, przy zamkniętych oknach, i łapali się za głowy, bo też znaleźli włókna – dodaje.