Niepowtarzalny urok likwidacji

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wiosna wasza, zima nasza

Konkursy zaczęły się wiosną. Teraz dyrektorzy, którzy czują się oszukani, składają pozwy do sądu pracy. Rozprawy zaczną się zimą.

– Wiosna wasza, zima nasza – mówi Maria Dziwirek, wice­dyrektorka szkoły nr 21, nauczycielka rosyjskiego, w PZPR od 1968 roku.

– Mnie się w partii podobało – tłumaczy. – Czyny partyjne dały efekty do dzisiaj widoczne. Teraz tego nie ma. Wtedy ludzie w niedzielę spali, a myśmy pracowali. Pięknie kiedyś na przykład obsadziliśmy drzewami park na częstochowskim Aniołowie.

Dziś na miejscu parku stoi stacja benzynowa.

grudzień 1992

17 listopada 1989 roku nastał czas obalania pomników. Państwowa telewizja pokazała rozbiórkę ogromnego pomnika Feliksa Dzierżyńskiego na placu Bankowym w Warszawie. Dzierżyński, polski komunista nazywany „krwawym Feliksem”, był szefem tajnej policji, która siała terror w bolszewickiej Rosji. Jego pomnik w centrum stolicy stał się symbolem zależności PRL od Moskwy. Rozbiórka zgromadziła tłumy. Gdy od pomnika odpadła głowa i uderzyła o bruk, ludzie zaczęli wiwatować i niszczyć to, co jeszcze pozostało. Po tym wydarzeniu z polskich miast zaczęły znikać kolejne monumenty.

Michał Matys
A Julian czeka

Zniknął 18 kwietnia. Zanim przyjechał dźwig, popatrzył raz jeszcze na plac, który oglądał przez dwadzieścia siedem lat. Punktualnie o jedenastej dźwig przeniósł go z cokołu na wielką platformę, na której odjechał.

Podczas dyskusji nad tym, co zrobić z pomnikiem Juliana Marchlew­skiego na Starym Rynku, jeden z mieszkańców Łodzi zaproponował odpiłowanie rewolucjonisty od robotników towarzyszących mu na cokole. Czterometrowy monument przedstawia Marchlewskiego z wyciągniętą przed siebie prawą ręką w towarzystwie robotników: dwóch mężczyzn i kobiety z dzieckiem. Radni uznali jednak, że z postumentu trzeba usunąć wszystkich. Argumentowali, że nie może stać tam ktoś, kto zdradził kraj w czasie wojny polsko-bolszewickiej, i że winni są także ci, którzy mu towarzyszą.

Marchlewski w Łodzi miał więcej szczęścia niż Dzierżyński w stolicy. Obyło się bez tłumów, fety i łupania pomnika. Znaleźli się nawet obrońcy, którzy przypomnieli zasługi tej postaci dla łódzkiego proletariatu.

Ośmiotonowy brązowy odlew przewieziono na teren Pracowni Konserwacji Zabytków przy ulicy 8 Marca (przemianowanej właśnie na ulicę księdza biskupa Wincentego Tymienieckiego). Tam pieczołowicie zadbano, aby nie był wystawiony na deszcz i niepogodę. Przed zimą Marchlewski znalazł się w starannie zbitej i oklejonej papą skrzyni. Nie zmieściła się w niej tylko tablica z cokołu z podziękowaniami za czyny od łodzian.

– Przechowywanie pomnika to dla nas tylko kłopot – mówi Juliusz Olszewski, prezes spółki z o.o. PKZ. – Rzecz jest szpetna politycznie, ale w końcu to dzieło sztuki.

Jego zdaniem urząd miasta, którego własnością jest monument, mógłby dobrze zarobić, wystawiając go na licytację.

– Skoro robi się tak w innych krajach postkomunistycznych, dlaczego nie można u nas? – pyta.

Wojewódzki konserwator zabytków Wojciech Walczak poparłby pomysł, aby Marchlewskiego przetopić na Władysława Jagiełłę. Swego czasu zaproponowano ustawienie na jego miejscu pomnika króla, który przyznał Łodzi prawa miejskie. W ten sposób rewolucjonista przydałby się na coś. Tylko czy król zgodziłby się na to?

– Niszczenie pomników to absolutna głupota i paranoja – mówi Małgorzata Laurentowicz, kustosz z działu sztuki Muzeum Historii Miasta Łodzi.

Marchlewskiego nie chcą jednak tam przyjąć, bo jest za duży i nigdzie by się nie zmieścił. Zadowolili się gipsowym modelem pomnika.

Pomysł na wykorzystanie tego rodzaju dzieł ma kilku studentów czwartego roku architektury Politechniki Łódzkiej. W połowie października na IV Międzynarodowym Biennale Architektury w Krakowie wystąpili z projektem, aby likwidowane Zakłady Sodowe Solvay w tym mieście (symbol postępu lat pięćdziesiątych) przekształcić w muzeum skansen socrealistycznych rzeźb. Pomniki rozstawiono by wśród poprodukcyjnych hałd tej fabryki. Marchlewski byłby „darem Łodzi” dla oryginalnego rezerwatu. Podobno propozycja, mimo zachwytu cudzoziemskich jurorów, wzbudziła mieszane uczucia Polaków. Uhonorowano ją specjalnym wyróżnieniem.

Wcześniej ci sami studenci proponowali utworzenie czegoś na kształt lapidarium przed gmachem ich wydziału. Pierwszym eksponatem miałby stać się pomnik Marchlewskiego. Przeszkodą okazała się, oprócz wysokich kosztów transportu, obawa decydentów przed posądzeniem o polityczne sympatie.

Właściciel monumentu Urząd Miasta Łodzi zapomniał o nim dawno. W Wydziale Kultury i Sztuki znajduje się dokumentacja pomnika, lecz jego losem nikt się tam nie interesuje.

– Ta wyciągnięta ręka nie była taka najgorsza. Są bardziej drastyczne przykłady współczesnej twórczości – ocenia poziom artystyczny dzieła Bogdan Wajberg, główny plastyk miasta.

– Czy nie szkoda pieniędzy na jego wożenie? Mnie tam on nie przeszkadzał – wyraża swój sąd portier pilnujący bazy PKZ, gdzie – wśród rupieci – czeka na ostateczny wyrok Julian Marchlewski.

* * *

Kto wyrzeźbił Juliana

Pomnik Juliana Marchlewskiego stanął na Starym Rynku w Łodzi 30 kwietnia 1964 roku – w przeddzień hucznie obchodzonego w PRL Święta Pracy 1 Maja.

Autorami dzieła była para rzeźbiarzy Elwira i Jerzy Mazurczykowie. W okresie międzywojennym realizowali oni między innymi projekty pomników i rzeźb Józefa Piłsudskiego, Madonny z Dzieciątkiem (trafiła do warszawskich Łazienek), hetmana Jana Karola Chodkiewicza (przekazany do Muzeum Narodowego w Warszawie).

Po wojnie ci sami artyści wykonali w Łodzi pięć monumentów. Oprócz Juliana Marchlewskiego były to: płaskorzeźby na Pomniku Wdzięczności Armii Czerwonej w parku im. Józefa Poniatowskiego, rekonstrukcja pomnika Tadeusza Kościuszki na placu Wolności oraz pomniki Stanisława Moniuszki i Juliana Tuwima.

grudzień 1991

W polskim kapitalizmie nie warto się uczyć. Najlepsi naukowcy i wynalazcy na szczęście są inteligentni, więc szukają prostszych zawodów.

Piotr Lipiński
Kafeteria uczonych

W połowie marca okazało się, że uczeni chcą pracować w lekkiej, sensacyjnej gazecie.

Ogłoszenie w „Gazecie Wyborczej” oferowało pracę dla „inteligentnego naukowca, który chce się przekwalifikować na menedżera”. Odpowiedziało ponad dwustu uczonych.

– Interesują nas doktorzy nauk ścisłych, ewentualnie ekonomiści lub socjolodzy. Oferujemy posadę kierownika działu kolportażu codziennego pisma „Super Express” – usłyszeli w telefonie dzwoniący asystenci i adiunkci.

Filozofom, psychologom, politologom podziękowano od razu.

Ekonomiści podziękowali sami: nie zainteresowała ich praca za jedyne pięć milionów.

Reszta była zachwycona

Dzwoniły żony uczonych. Pytały przede wszystkim, ile mąż mógł­by zarobić.

Matki naukowców wszystko dokładnie notowały i przedstawiały trudną sytuację życiową synów (wynajęta kawalerka, dwoje dzieci, niska pensja i tak dalej).

Tylko z Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej zatele­fonowało kilkadziesiąt osób.

Wielu uczonych przypuszczało, że ogłoszenie jest pretekstem, aby ocenić sytuację polskiej nauki.

Szef

W tygodniu, w którym uczeni składali swoje oferty, gazeta „Super Express” donosiła: dwóch złodziei ukradło z sądu wódkę i w kilka godzin wypiło czterdzieści trzy butelki… rosyjska prokurator zginęła od trzech ciosów sztyletem… w Rio de Janeiro zagraża cholera… I tak dalej.

– Menedżer działu kolportażu powinien zwiększać nakład pisma – tłumaczy szef „Super Expressu”. – Zrozumienie, dlaczego w dwóch województwach wzrastają zwroty, a w innych maleją, wymaga analizy, jak w każdej pracy naukowej.

Nie każdy uczony poradziłby sobie z rozeznaniem potrzeb czytelników, dlatego w ogłoszeniu zaznaczono „naukowiec inteligentny”. Szef kierował się również opinią, że doktor nauk ścisłych jest zwykle trzy razy inteligentniejszy niż doktor humanista.

Geograf

Jest trzydziestopięcioletnią kobietą. Ma troje dzieci i męża, który utrzymuje rodzinę. Geograf opracowuje zdjęcia satelitarne, a mąż zarabia w spółce handlowej.

– Geografia się feminizuje – mówi uczona. – Starsi mężczyźni odchodzą, a młodych nie widać, bo nikt nie nakarmi dzieci z fotografometrii.

Jej doktorat otrzymał wyróżnienie. Napisała go dzięki zdjęciom lotniczym, które wyłudziła od Amerykanów.

– Brakuje pieniędzy, żeby zamówić nalot – tłumaczy kłopoty swego instytutu.

Geograf mówi, że w domu brakuje pieniędzy na wszystko z wyjątkiem książek.

– One są dla naukowca jak narkotyk – przekonuje.

Kiedy prowadzi ćwiczenia ze studentami, którzy pracują samo­dzielnie, Geograf czyta dyskretnie literaturę typu „zabili go i uciekł”.

Na wykładach wyjaśnia znaczenie fotografometrii:

– Jeżeli geograf stoi nad brzegiem rzeki, to dostrzega tylko nurt, ewentualnie kawałek najbliższego zakrętu. Z góry więcej widać, dostrzega się wszelkie meandry i zakola.

Niepotrzebni

Ubóstwa uczonych nie można porównać z biedą emeryta czy rencisty. Naukowcy żyją na poziomie nieco wyższym niż nauczyciele z podstawówek.

 

Doktorzy nauk, z którymi rozmawiałem, byli w wieku od trzydziestu pięciu do czterdziestu siedmiu lat. Mieli za sobą od dwunastu do dwudziestu lat pracy. Zarabiali od półtora do dwóch i pół miliona złotych.

Uczeni mówili, że większość pensji wydają na czynsz, światło, gaz i żywność.

Pytałem, czy są naukowcami złymi, dobrymi czy znakomitymi. Wszyscy uważają siebie za dobrych. Nawet ci, którzy doktorat napisali ponad dziesięć lat temu.

Pytałem, czy ich badania są ważne. Przyznają, że w nauce prowadzi się mnóstwo zbędnych prac, ale akurat swoje uważają za istotne (pracowali w instytutach, które Komitet Badań ­Naukowych zaliczył do najwyższej klasy A).

Pytałem, czy czują się potrzebni. Mówili, że nie.

Fizyk

Na początku lat osiemdziesiątych zajmował się fizyką nisko­temperaturową, w szczególności chłodną plazmą.

– Wtedy fizycy byli jednoznaczni politycznie – mówi – zdecydowanie niezależni.

Niedawno przerzucił się na fizykę wysokotemperaturową i zaczął szukać pracy. Takiej, która zapewni godne życie. Żeby się nie zastanawiać, czy wystarczy na ubezpieczenie samochodu.

Fizyk często wyjeżdżał na Zachód (w czasach niskotemperaturowych zainteresowań).

– Władza chętnie dawała paszport – wyjaśnia – żeby się pozbyć niewygodnych ludzi. – Ale praca w zachodnich laboratoriach przestała go interesować z powodu niekorzystnego przelicznika dolara. – Generalnie w fizyce wpływy i wypływy powinny się równoważyć – mówi. – U mnie w rodzinie występuje asymetria, czerpiemy z oszczędności dewizowych. Żona nie pracuje, wydaje na dom dwa razy więcej, niż zarabiam.

Fizyk uprawia pływanie, bo w laboratorium brakuje prze­strzeni.

Głęboka konspiracja

Żadnych nazwisk, żadnych szczegółów: tylko pod takim warunkiem uczeni zgadzali się na rozmowy. Zapraszali do domów albo kawiarni. W ofertach do „Super Expressu” nie podawali zwykle telefonów do pracy.

Chemik

Walczy z korozją. Obserwuje też, jak jego instytut pożerają pieniądze. Pierwszy kolega Chemika odszedł do firmy produkującej gwoździe. Drugi produkuje opakowania do jogurtów. Trzeci pracuje w przedstawicielstwie zachodniej firmy handlującej farbami. Wszyscy mieli doktoraty.

Chemik odbił na powielaczu czterdzieści życiorysów i wysyła do firm, które poszukują pracowników. Potem dowiaduje się, że spółki potrzebują ludzi poniżej trzydziestego roku życia. Chemik już ma lat czterdzieści pięć.

Sprzedał malucha, przestał chodzić do teatru.

– Chciałem zobaczyć Metro, ale dwa bilety kosztowałyby dziewiątą część mojej pensji – mówi.

W czasach, kiedy wszyscy kupowali polskie preparaty anty­korozyjne, ponieważ zachodnich nie było, Chemik zwiedził wiele krajów. Ostatnio nie pozwolił sobie na kupno albumu o Australii, bo kosztował sześćdziesiąt tysięcy złotych.

– W nauce nic się nie zmieniło – uważa – tylko do żłobu dorwali się INNI. Chemik nie widzi dla siebie perspektyw, gdyż doktoryzował się w ZSRR.

O pieniądzach

– Czy uczeni czuli się kiedyś finansowo usatysfakcjonowani? – pytałem, bo z naukowcami, jak ze wszystkimi dzisiaj, najlepiej rozmawia się o pieniądzach.

– Tak, za wczesnego Gierka, bo kiedy spodobała mi się jakaś bluzka, kupowałam bez namysłu – odpowiedziała Socjolog.

– Za Mazowieckiego, bo wyglądało tak, że robotnik nie będzie zarabiał więcej niż naukowiec – odpowiedziała Geograf.

Elektronik

Specjalista od półprzewodników różni się wyraźnie od innych uczonych, ponieważ nie dręczą go problemy finansowe. Szuka pracy, żeby nie siedzieć w bamboszach przed telewizorem. Elektronik, lat czterdzieści, jest już na emeryturze, gdyż po studiach otrzymał tytuł „magistra inżyniera podporucznika”.

Teraz, po zakończeniu czynnej służby naukowej, nie wie nawet, które szczegóły ze swej pracy może zdradzić.

Do emerytury dorabia w spółce. Codziennie przegląda w prasie ogłoszenia o pracy. Oferta „Super Expressu” bardzo go zaciekawiła.

– Menedżerowanie leży w mojej naturze, w końcu wojsko uczy zarządzania – mówi.

Wojskowi odpadli

Kiedy naukowcy złożyli pisemne oferty w „Super Expressie” (zdecydowało się ponad dwudziestu), okazało się, że ogłoszenie w „Gazecie Wyborczej” przyciąga wielu zainteresowanych, ale nie gwarantuje ich wysokich kwalifikacji.

Doktor inżynier, który ostatnio pracuje w spółdzielni mieszkaniowej, napisał, że „nie potrzebuje specjalnych wysiłków do przekwalifikowania się na menedżera”.

Dwudziestopięcioletni student dziennikarstwa przedstawił się jako doświadczony pracownik wydawnictwa. Opowiedział, na czym polegało jego zajęcie: „Na trasie do Wrocławia zginęło na przykład tysiąc egzemplarzy książki, ja musiałem to wyjaśnić”.

Do rozmów kwalifikacyjnych dopuszczono połowę uczonych, którzy złożyli oferty. Na wstępie odpadli wojskowi i doktorzy, którzy od wielu lat nie napisali habilitacji.

Tymczasem „Super Express” radził sobie bez menedżera działu kolportażu, zachęcając czytelników tytułami: „Wścibski psychiatra na ławie oskarżonych”, „Gdy zazdrość staje się chorobą”, „Co ma banan do benzyny?”.

Matematyk

Mieszkanie dostał po studiach z ustawy o szczególnie zdolnych absolwentach. W środku nie było jeszcze łóżka, kiedy trzy lata po magisterium napisał doktorat. Z tym że obronił go dopiero po wojsku, do którego powołano go w 1982 roku.

Kariera przebiegała pomyślnie, rocznie miewał sześć pomysłów.

– Matematyk już jest dobry, kiedy ma dwa pomysły rocznie – mówi.

Pierwszy raz rozczarował się, kiedy nie uzyskał nagrody ministra, ponieważ okazał się za młody (dwadzieścia dziewięć lat). W wieku trzydziestu pięciu lat rozczarowuje się bez przerwy. Pozostało mu jeszcze tyle energii, żeby po zajęciach w instytucie podnosić ciężary w klubie sportowym.

Matematyk najwięcej zarabia w wakacje. W Szwecji, gdzie instaluje okna.

Powrót do buszu

– Trzeba sobie jasno powiedzieć: albo kontynuujemy badania, albo degradujemy się kulturalnie – sądzi Fizyk.

Uczeni chcieliby, żeby ktoś, najlepiej z rządu, odpowiedział na pytanie, czy wracamy do buszu.

Socjolog

Także zainteresowała się ogłoszeniem, ale nie badała powodów, dla których uczeni chcą zmienić pracę. Gdyby jednak miała je poznać, opracowałaby kafeterię odpowiedzi – tak nazywa się zestaw typowych możliwości do wyboru. Umieściłaby w tym zestawie: szukam pracy, bo z dotychczasowej nie wyżyję; szukam pracy, żeby żyć godnie; szukam, żeby uzyskać odpowiedni standard; szukam, bo chcę się sprawdzić gdzie indziej.

Socjolog pragnęłaby się również dowiedzieć, jak ludzie reagują na nowe stresy w naszym kapitalizmie.

O sobie powie więcej dopiero wtedy, gdy będzie już pewna pracy w „Super Expressie”.

marzec 1992

Ludzie przyzwyczajeni do życia w PRL nie rozumieją nowych czasów. Nie odnajdują się w rzeczywistości. Pomóc może wróżbita: przepowie, jak radzić sobie w przyszłości.

Piotr Lipiński
Wróżbici dyplomowani

W 1993 roku pierwszy raz zalegalizowano w Polsce szkołę, w której uczniowie studiują posługiwanie się różdżką i wahadełkiem oraz przepowiadają przyszłość – Psychotroniczne Studium Fizjo­terapii, Doradztwa i Ekologii.

Dyrektorka Lidia Nowińska kierowała wcześniej liceum medycznym.

– Teraz służba zdrowia przyjmuje mało pielęgniarek, bo nie ma na to pieniędzy. Prawdopodobnie zaczną zamykać licea medyczne. Rzuciłam więc pracę na państwowym i założyłam własną szkołę.

Wykładowcy przedmiotów psychotronicznych nie mają stopni naukowych. W Polsce nie ma dotąd wyższej szkoły radiestezji, chiromancji i astrologii.

Przedmioty fizjoterapeutyczne wykładają lekarze. Uczniowie odbywają praktyki w Zespole Opieki Zdrowotnej na Woli.

Przed egzaminami wstępnymi uczniowie przeszli specjalny kurs, który miał stwierdzić, czy nadają się do szkoły. Przygotowała go Anna Chałubińska, znany chirolog, czyli specjalista od odczytywania chorób z dłoni. Uzbierało się siedemdziesięciu uczniów, przeważnie między dwudziestym drugim a dwu­dziestym piątym rokiem życia.

– O ułożenie programu psychotronicznego zwracaliśmy się wyłącznie do autorytetów z tej dziedziny, aby nie posądzono nas o szarlatanerię – wyjaśnia dyrektorka szkoły. – Absolwenci będą mieli różne możliwości zatrudnienia: mogą zostać w szpitalach fizjoterapeutami albo przepowiadać biznesmenom przyszłość.

Majstrowanie w duszach

Uczniowie interesują się najbardziej psychotroniką. Ktoś narzeka, że musi się uczyć także anatomii, bo inaczej kuratorium nie zarejestrowałoby szkoły. Problemem numer jeden jest brak zajęć z tarota.

Wśród uczniów są między innymi absolwent anglistyki, dziewczyna, która studiowała psychologię, a potem pracowała w reklamie, i technik mechanik. Wszyscy deklarują, że trafili do szkoły, bo chcieliby pomagać innym.

– W wielu zawodach mógłbyś to robić – sugeruję absolwentowi anglistyki.

– Pewnie, mógłbym być hydraulikiem, ale mnie nie interesuje majstrowanie w rurach, ale w duszach.

W sprawie motywacji nie bardzo możemy się porozumieć, więc pytam, skąd wzięli pieniądze na szkołę (milion złotych za miesiąc). Odpowiadają niechętnie:

– Przeważnie od rodziców.

Sokrates i migreny

Ewa Kula-Ostrowska wykłada filozofię i etykę.

– Program nie różni się od tego w innych szkołach, ostatnio przerabialiśmy Sokratesa – mówi. Kiedyś uczyła historii w podstawówce, ale teraz nie jest zwykłą nauczycielką.

Diagnozuje dłońmi. Najczęściej wykrywa migreny, nerwice i choroby nerek. Następnie skupia energię i wysyła ją choremu organowi.

Drugie ciało

Barbara Janiec od początku roku szkolnego wyzwala w uczniach drugie (czyli niematerialne) ciało. Prowadzi zajęcia z technik relaksacyjnych i medytacji.

W szkole obowiązuje skala ocen od jeden do sześć, ale z medytacji ocen się nie stawia.

Wcześniej była pielęgniarką, ale raziło ją, że lekarze i koleżanki nie potrafią nawet słuchać pacjentów.

– A choremu, oprócz kieliszka z lekami, trzeba też podać coś innego – mówi.

W zeszłym roku szkolnym prowadziła zajęcia w podstawówce na Bródnie. Uwalniała dzieci z nocnych koszmarów, które rodziły się w nich pod wpływem telewizji. Wyleczyła też dziecko, które przechodziło wstępne stadium „epilepsji pod wpływem komputera”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?