Niepowtarzalny urok likwidacji

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wietnamczyk nie maca

Agata sprzedaje biustonosze wyłącznie hurtownikom. „Nie macać” – głosi kartka adresowana do detalistów na jej straganie w Tuszynie.

Niedawno przy straganie pojawił się Wietnamczyk. Złożył zamówienie na tysiąc biustonoszy tulipanów dla Niemek. Nie macał, bo znał się na stanikach.

Wietnamczyk kiedyś studiował w NRD. Do Wietnamu nie wrócił. Akurat było zjednoczenie Niemiec. Osiedlił się więc w Lipsku i założył firmę handlową. Najpierw kupował odzież od Polaków na przygranicznych bazarach, na przykład w Łęknicy. Pomyślał jednak, że zarobi więcej, jak pojedzie po towar w głąb Polski.

Gdy Wietnamczyk wrócił do Lipska z tysiącem biustonoszy, pomyślała też Agata. Może pominąć pośredników i nawiązać kontakt z kimś w Niemczech?

Najpierw zapisała się na kurs niemieckiego. Ale usłyszała o szkole marketingu w Łodzi. Zapłaciła więc za pierwszy semestr nauki.

– Przyda się – mówi. – Trzeba dowiedzieć się, jak wejść na zagraniczny rynek. A jak się nie uda, będę miała wykształcenie i dam sobie radę gdzie indziej.

Imiona i szczegóły dotyczące niektórych przedsiębiorców z bazarów zostały zmienione.

grudzień 1996

W nowej Polsce wszystko jest nowe – nawet strajk.

Piotr Lipiński
Nie pofarciło się

Trzy wiejskie nauczycielki opowiadają o swoim pierwszym razie. Nigdy dotąd nie strajkowały.

Chodziły do jednej klasy w małym miasteczku. Siedem lat temu zamierzały poznać świat: Anna chciała studiować ­biologię w Warszawie, Dorota – pracować w firmie polonijnej, Zośka – latać jako stewardesa. Po maturze trafiły do wiejskich szkół w centralnej Polsce. Mają po dwadzieścia sześć lat.

Anna

– Dwa dni przed strajkiem niewiele jeszcze o nim wiedzieliś­my – mówi Anna. – W środę dyrekcja powiedziała, że jeśli nauczyciele chcą, to mogą strajkować. Zapowiedzieliśmy dzieciom, żeby w czwartek nie przychodziły do szkoły, bo strajkujemy. Dzieci się ucieszyły. Ale tak jak przy poprzednich strajkach niektóre pewnie i tak przyjdą. Będą grały w piłkę, a my uporządkujemy pracownie.

Anna w szkole średniej zapowiadała się najlepiej w klasie: doskonale badała przebieg zmienności funkcji i deklamowała na akademiach. A potem trzy razy zdawała na biologię i wciąż do szczęścia brakowało kilku punktów.

Została wiejską nauczycielką, bo lubiła dzieci, a poza tym innej pracy nie było.

Na początku miała trudności. Nieufność wzbudził brak kwalifikacji. Zapisała się więc na kurs w ośrodku doskonalenia nauczycieli; po trzech latach zdała końcowe egzaminy z gry na flecie prostym, czyli fujarce, i została nauczycielką mianowaną.

W szkole, w której pracuje, jest sześcioro nauczycieli. Troje po studiach, troje po studium nauczycielskim. Nikt nie należy do ZNP ani do nauczycielskiej Solidarności.

Od kiedy w gminie nastały nowe porządki, zaszło mnóstwo zmian.

Po pierwsze, co roku kto inny zostaje dyrektorem. Był już pan od wychowania fizycznego, pani od matematyki i śpiewu oraz pan od biologii, rysunków i rosyjskiego. Anna czeka na swoją kolej.

Po drugie, w dzienniku po temacie „Rzuty piłką do celu” pojawiły się „Główne prawdy wiary – sprawdzian”. Nowy przedmiot spowodował kontrowersje, kiedy katechetkę posądzono, że ciągnie dzieci za uszy. Anna jest jednak zadowolona z religii w szkołach:

– Może wreszcie katechetki nauczą szacunku do starszych.

Po trzecie, dzieci przyniosły do klasy białe, modne doniczki. Kiedyś rodzice dawali szare, gliniane.

W czasach glinianych doniczek szkoła zasłynęła w gminie: pierwsza zlikwidowała łączone lekcje. Nauczyciele przestali prowadzić równoległe zajęcia z dwoma klasami.

Kiedy Anna zaczynała pracę, odnotowano lokalny niż demograficzny. Dlatego pierwsze pięć klas pozostawiono w szkole Anny, a resztę odesłano do podstawówki w sąsiedniej wsi. Wkrótce rodzice zbuntowali się – akurat zaczęła się demokracja – i aby dzieci nie dojeżdżały, przywrócono klasy łączone. Nauczyciele do tej pory nie rozstrzygnęli dylematu: jak w ósmej klasie przeprowadzić zajęcia z optyki, wymagające zaciemnienia sali, i równolegle w klasie siódmej rozwiązywanie zadań.

Dorota

– Z powodu strajku w czwartek oflagujemy szkołę – mówi Dorota. – Dzieci normalnie przyjdą na lekcje. Postanowiliśmy, że jeżeli oflagowanie niczego nie załatwi, to w maju strajkujemy okupacyjnie.

W szkole Doroty znajduje się jedyny telefon we wsi. Zwykle nie działa, bo kiedy pada deszcz, przemakają kable, a gdy świeci słońce, też coś jest nie tak. I za komunizmu, i za Solidarności urząd telekomunikacji nie potrafił nic poradzić ani na kable, ani na pogodę. Telefon działał bezawaryjnie tylko wtedy, gdy w szkole urządzano lokal wyborczy.

Czasami za to docierają listy w kolorowych kopertach:

„Pani Doroto, panią najbardziej lubiłam ze wszystkich nauczycielek: piękna, życzliwa, sympatyczna. Teraz, w te wakacje, próbuję wyobrazić sobie pani piękną twarz jak księżniczki z bajki. Próbuję, ale ciągle widzę kogoś innego. Błagam, klękam na kolanach, żeby pani przysłała mi zdjęcie, bo umrę”.

Na corocznej zabawie choinkowej w szkole Dorota nie tańczy już ze wszystkimi dziewczynkami z klasy, żeby jakaś wrażliwa uczennica nie umarła z zazdrości.

Dorota ogląda w telewizji reklamy, z których wynika, że ludzie najchętniej kupują mydła i płyny do kąpieli. Sama zauważyła coś przeciwnego:

– Dzieci miewają wszy – mówi. – Niezręcznie uczyć higieny, bo szkolna toaleta mieści się w podwórzu, a zamiast sedesu są otwory w betonowym podeście.

Dorota zazdrości szkole w sąsiedniej wsi. Tamtejszy dyrektor, dawniej przewodniczący Komitetu Obywatelskiego, zaprosił niedawno kuratora na uroczyste otwarcie szkolnych szaletów.

Zosia

– Dlaczego strajkujecie?

– Głównie chodzi o pieniądze, czyli że jest ich za mało – mówi Zosia.

– Kto wymyślił postulaty?

– Połowę napisaliśmy z głowy, a połowę z gazet, które zapowiadały strajk. Kilku nauczycieli wzięło urlop, bo za strajk nikt nam nie zapłaci. W zależności, ile kto ma godzin, może stracić od stu dwudziestu tysięcy do dwustu tysięcy złotych.

O Zośce mówią, że się jej udało, ale ona sama twierdzi, że usycha z nudów. Dawniej ciągle biegała na dyskoteki, a teraz jej nie wypada, bo na zabawach we wsi bywają przeważnie jej małoletni uczniowie. Mąż, sadownik z urodzenia, ciągle wozi jabłka na Śląsk, a na dodatek w domu popsuł się telewizor. Zośka nie chodzi nawet do kościoła, więc narzeka na brak rozrywek.

Kiedyś u znajomych usłyszała piosenkę o emigrantach z czasów, kiedy było „ciężko żyć uczciwie”. Jacek Kaczmarski śpiewał: „Co się stało z naszą klasą, pyta Adam w Tel Awiwie… Staszek w Stanach sobie radzi… Wojtek w Szwecji w porno klubie”. Zośka zrozumiała:

– Wszyscy wyjechali, mieli fart. Mojej klasie gorzej się powiodło – dodaje, myśląc o sobie oraz Annie i Dorocie. Zośka uczy historii.

W swojej szkole Zośka zauważyła istotną zmianę: sponsor, lokalny biznesmen, kupił komputer. Dzieci nauczyły się grać w szachy, a chcą jeszcze grać z komputerem w brydża. Niektórzy nauczyciele przygotowują wydruki na przykład deklinacji rosyjskich czasowników, aby dzieci nie traciły czasu na przepisywanie z tablicy.

Zanotowano też niewielką aferę: uczniowie szóstej klasy wiejskiej podstawówki włamali się do pamięci komputera i wykradli testy na klasówkę z polskiego.

kwiecień 1993

W Częstochowie jedni mówią o prawie, inni o sprawiedliwości. Nie wynika z tego nic dobrego. Ci pierwsi to byli członkowie PZPR. Drudzy – obecni członkowie Solidarności. Konflikt dotyczy pryncypiów i szkolnictwa w klasach od pierwszej do ósmej.

Piotr Lipiński
Aniołowo po komunie

W tym roku w Częstochowie zmieniono już wszystkie komunistyczne nazwy ulic. Przez przypadek przemianowano też ulicę Mickiewicza na Zana.

Na początku roku gmina Częstochowa przejęła państwowe szkoły podstawowe i nazwała je publicznymi. Według ustawy szkoły można przejmować do 1994 roku. Anonimowi urzędnicy miejscy mówią, że akcję przyspieszono, aby w szkołach przeprowadzić czystkę.

Dekomunizację przeprowadzono za pomocą konkursu. Regulamin zakładał, że nowymi dyrektorami zostaną osoby, które zdobędą przynajmniej pięć punktów. Konkursy zaczęli wygrywać jednak dotychczasowi dyrektorzy, należący wcześniej do PZPR. „W stosunku do tych kandydatów zdecydowano się podnieść dolną granicę […] do siedmiu punktów” – napisała do jednej z odrzuconych dawnych dyrektorek obecna kierowniczka wydziału oświaty i wychowania Anna Pawłowska, należąca do Solidarności.

Kierowniczka Pawłowska uważa, że starzy dyrektorzy powinni mieć szansę odsunięcia się od środowiska, żeby przemyśleć swoją dotychczasową postawę. Wyższe wymagania wprowadzono więc dla ich dobra.

Kobiety lewicy

Jedenastu dawnym dyrektorom, należącym do PZPR, mimo uzys­kania przez nich ponad pięciu punktów odmówiono powołania na stanowiska. Wśród zdekomunizowanych znalazły się między innymi:

Anna Domżalska, dotychczasowa dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 21, absolwentka kierunku muzyki i dyrygentury WSP, w PZPR od 1967 roku.

 

– Jestem społecznicą i kobietą lewicy – mówi. Jako jedyna ze zdekomunizowanych należy do SdRP.

Elżbieta Kunicka, do niedawna dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 39, historyk, sześć punktów w konkursie, opowiada:

– W partii byłam chyba od 1967 roku, po prostu mnie w szkole zapisali. Jak już byłam członkiem, to sobie pomyślałam, że mogę wiele zrobić. Tuż przed rozwiązaniem PZPR zostałam w mojej szkole sekretarzem POP.

Halina Bem, była dyrektorka największej w Częstochowie Szkoły Podstawowej nr 48, absolwentka nauczania początkowego, podczas konkursu zdobyła 5,75 punktu. W partii nigdy nie pełniła żadnej funkcji.

– Wstąpiłam w 1967 roku, kiedy kończyłam studium nauczycielskie, bo chciałam dostać pracę w Częstochowie, a nie gdzieś na wsi.

Pożar burdelu na rozluźnienie

Według dawnych dyrektorów komisje konkursowe zwykle zaczynały się od polityki. Przedstawiciel Solidarności zarzucał kandydatom przynależność do PZPR, czyli degradowanie polskiej oświaty. Jedną z postpezetpeerowskich kandydatek zapytano, czy utrzymuje stosunki pozamałżeńskie. Inna z pań twierdzi, że konkurs kojarzy się jej z filmem Przesłuchanie.

Anny Domżalskiej, choć uzyskała 6,75 punktu, do dyrektorowania nie dopuszczono. Zarząd miasta ogłosił w szkole ponowny konkurs, ale rodzice, nauczyciele i przedstawiciele kuratorium nie chcieli tym razem uczestniczyć w komisji. Podczas wakacji prezydent miasta zarządził posiedzenie rady w Szkole Podstawowej nr 21.

– Nauczycieli zawiadamiała straż miejska, czyli zwieziono ich pod karabinami – mówi Anna Domżalska. – Prezydent w teczce przywiózł nowego dyrektora.

Dla nowych dyrektorów firma z Warszawy, za pieniądze Urzędu Miasta Częstochowy, prowadzi kurs antystresowy. Przykładowy temat na rozluźnienie: „Opisz pożar burdelu w sposób liryczny”.

Nikifory tworzą prawo

Marek Lewandowski ostatnie dwa lata („aż Rakowski wyprowadził sztandar”) był sekretarzem komitetu miejskiego PZPR. Dziś jest liderem SdRP.

– To pionierska dekomunizacja – sądzi o konkursie. – Najgorsze, że jakieś Nikifory tworzą własne prawo i nikt nie może na to nic poradzić.

Przeciwko udawanemu konkursowi zaprotestował w prasie częstochowski senator Sojuszu Lewicy Demokratycznej Mieczysław Wyględowski: „Zarząd miasta buduje swój autorytet, uchwalając i egzekwując chałupnicze prawa lokalne, które są niczym innym jak ofertą igrzysk lustracyjno-dekomunizacyjnych”.

Oświadczenie prasowe złożyła również posłanka Maria Barucka, pedagog z dwudziestopięcioletnim stażem: „Słuszne założenia i idee są niszczone przez ludzi nieodpowiedzialnych, niekompetentnych, stosujących w nowej rzeczywistości stare, wypróbowane metody rodem z poprzedniego systemu”.

Autorka tego oświadczenia Maria Barucka jest posłanką Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, które przygotowało jeden z projektów ustawy dekomunizacyjnej. Barucka, w stanie wojennym działaczka duszpasterstwa nauczycielskiego, dziś mówi:

– W częstochowskich szkołach wcale nie chodzi o dekomunizację. Toczy się tam brutalna walka o stołki. Solidarność nie szanuje prawa.

Represje po angielsku

„Podczas przyjmowania dokumentów w Wydziale Oświaty i Wychowania Urzędu Miasta Częstochowy wymaga się oświadczenia, że kandydat nie brał udziału w pracach komisji weryfikujących nauczycieli w stanie wojennym oraz nie pracował ani nie współpracował z SB” – zapisano w regulaminie konkursu.

Nauczyciele z Solidarności nie mogli jednak zdecydować, co oznacza „weryfikacja”. Raz sądzili, że – zgodnie z regulaminem konkursowym – weryfikowano w stanie wojennym, potem – zgodnie z odnalezionym pismem z KC PZPR – że między 1984 a 1986 rokiem. Dylematu nie rozstrzygnięto z braku jednego choćby nauczyciela, który by potwierdził, że po weryfikacji stracił pracę.

Dziesięć zdjęć prezydenta

Regulamin konkursu przygotował zarząd miasta: trzech bezpartyjnych oraz wiceprezydent Marian Zasępa ze Stronnictwa Narodowego i prezydent Tadeusz Wrona z Porozumienia Centrum.

Już w marcu przeciwko regulaminowi konkursu wystąpił wojewoda częstochowski Jerzy Guła. Wojewoda uznał, że postanowienia regulaminu naruszają artykuł 36 ustawy o systemie oświaty oraz artykuły 21 i 29 Powszechnej deklaracji praw człowieka.

Artykuł 36 ustawy nakazuje, aby w komisjach konkursowych zasiadali członkowie tylko tych związków, które działają w szkole. W każdej szkole objętej konkursem działają koła ZNP, Solidarności – tylko w kilku. Tymczasem przedstawicieli tego ostatniego związku dopuszczono do udziału we wszystkich komisjach konkursowych.

Artykuł Powszechnej deklaracji praw człowieka mówi: „Każdy człowiek ma prawo równego dostępu do służby publicznej w swoim kraju”.

Zarząd miasta zaskarżył tak zwane rozstrzygnięcie nadzorcze wojewody do NSA.

Po interwencjach senatora SLD i posłanki ZChN Urząd Rady Ministrów zagroził, że jeśli częstochowska rada nadal będzie łamać prawo, zostanie rozwiązana. Do rozwiązania nie doszło, akurat były wakacje i radni bawili na urlopach. Lipcowa „Nasza Częstochowa”, pismo finansowane przez radę, na trzydziestu stronach zmieściła dziesięć zdjęć prezydenta Tadeusza Wrony.

We wrześniu NSA orzekł, że konkurs odbył się niezgodnie z prawem. Wszystkie nominacje na dyrektorów są więc nieważne. Zarząd miasta jednak uważa, że z wyroku nic nie wynika. Senator Mieczysław Wyględowski wystosował do prokuratury pismo, aby zbadała, czy zarząd miasta stracił na konkursach trzysta pięćdziesiąt milionów złotych.

Przymusowe lądowanie w gabinecie prezydenckim

Kiedy pilot LOT Marian Zasępa miał zaliczone w powietrzu siedem­set godzin, zaczął się stan wojenny. Działał w Solidarności, linie lotnicze zmilitaryzowano, stracił pracę.

Z Warszawy wrócił do rodzinnej Częstochowy; w ślad za nim trafiło polecenie, aby go nie przyjmowano do pracy. Teraz Marian Zasępa jest wiceprezydentem Częstochowy. Reprezentuje – jak mówi – jedno z dwudziestu siedmiu działających w Polsce Stronnictw Narodowych. Po linii partyjnej jest więc zwolennikiem dekomunizacji.

Mimo to twierdzi, że dekomunizacja w podstawówkach się nie odbyła ze względu na brak w Polsce właściwego prawa.

– Wśród powołanych dyrektorów są również członkowie partii – mówi Marian Zasępa. W gronie dwudziestu pięciu powołanych dyrektorów dolicza się czterech byłych członków partii.

– W stanie wojennym jedyna praca, jaką mogłem dostać, to posada nauczyciela fizyki i matematyki w wiejskiej szkole, gdzie nawet nie dojeżdżał autobus – opowiada. – Mieszkałem w pokoju z kuchnią, bez toalety. Nawet takiej posady szukałem pół roku, a tych z PZPR nikt nie zwalnia z pracy. Przestają być dyrektorami, nadal mogą uczyć.

– Jednej z byłych dyrektorek zaproponowano posadę świetliczanki. Pan by się na jej miejscu zgodził?

Prezydent chwilę się waha:

– Myślę, że nie.

Baloniki na wietrze

Annie Domżalskiej, której po wygranym konkursie zaproponowano posadę świetliczanki, brakuje roku do emerytury. Pracę znalazła w domu dziecka, trzydzieści kilometrów od Częstochowy.

– Wystaję na przystanku autobusowym na tym wygwizdowie, myślę sobie: „Jezu, na co mi przyszło po trzydziestu latach pracy?”.

Anna Domżalska twierdzi, że jest pyskata, więc władza nigdy jej nie kochała. Może to udowodnić: w egzekutywie oraz komisjach rewizyjnej i kontroli partyjnej utrzymała się tylko po jednej kadencji.

– Miałam dziewiętnaście lat, kiedy wstąpiłam do PZPR, pewnie przez rodzinną tradycję – mówi. – Ojciec był sekretarzem partii, za Stalina zakładał w Opolskiem spółdzielnie produkcyjne. Jak potem kazali je rozwiązywać, to się zdenerwował i poszedł do huty na robotnika.

– Wątpliwości co do socjalizmu nigdy nie miałam – tłumaczy. – Pracowałam w szkole, tu się nic złego nie działo, wprost przeciwnie, wzrastała liczba dzieci objętych akcją wakacyjną. Szerzej raczej nie patrzyłam – wspomina. – Odpowiadała mi ideologia i, proszę pana, kochałam 1 maja. Furkotanie sztandarów, baloniki na wietrze, kiedy dopisała pogoda.

Gdy Anny Domżalskiej nie powołano na stanowisko dyrektora, zaprotestowali rodzice dzieci ze Szkoły Podstawowej nr 21. Podkreślili trud dyrektorki włożony w zmianę patrona szkoły z Lucjana Szenwalda na księdza Stanisława Konarskiego. Zauważyli również zaangażowanie, z jakim organizowała pobyt w szkole hiszpańskiej grupy podczas VI Światowego Dnia Młodzieży z udziałem Jana Pawła II. „Sama osobiście czuwała nad pobytem pielgrzymów” – napisali rodzice do prezydenta Częstochowy.

Według Anny Domżalskiej źle się zaczęło dziać dopiero za Solidarności. Mówi o niej per literka „S”.

– Za moich czasów w szkole były kółka zainteresowań, współzawodnictwo, konkursy, proporczyki, to był etos – uważa. – A za tych z „S” są tylko dyskoteki.

Gimnastyka przewodniczącego

Nauczycielskiej Solidarności przewodniczy Jacek Betnarski, który na pytanie o początki związku w Częstochowie odpowiada:

– Chodzi panu o 1989 rok, tak?

Jacek Betnarski, nauczyciel wychowania fizycznego, uważa, że zawód pedagoga jest jednym z nielicznych, w których potrzeba jasności światopoglądowej.

– Z dnia na dzień ekonom nie zostanie demokratą – mówi o dotychczasowych dyrektorach. – Jak młody nauczyciel miał jakiś wspaniały pomysł, to mu dyrektor konserwatysta mówił, że to niezgodne z prawem. Jak w takich warunkach reformować? – Dodaje: – Podniesienie wymaganych punktów do siedmiu dla starych dyrektorów było szansą dla młodych ludzi. Stary dyrektor był przecież w lepszej sytuacji, bo znał się na przepisach, na funkcjonowaniu szkoły, a nowy kandydat nie.

Byłym dyrektorom przewodniczący zarzuca gloryfikowanie niewłaściwych patronów, wypaczanie historii. Oraz weryfikację. Przewodniczącego weryfikowano, pytając, jak podczas lekcji WF zamierza „oddziaływać na młodzież pod kątem akceptacji ideologii i zasad ustrojowych socjalistycznego państwa” (ankietę z pytaniami przysłano do Częstochowy z Biura Politycznego KC PZPR w 1986 roku). Na tym represjonowanie obecnego przewodniczącego zakończono.

Przewodniczący Jacek Betnarski obecnie wspiera Ruch dla Rzeczypospolitej.

Bolszewicki skrót

W 1980 roku Solidarność wśród nauczycieli zakładał Włodzimierz Kolman. Przesłuchiwano go w stanie wojennym, bo organizował pomoc dla więzionych i internowanych.

Włodzimierz Kolman od dwóch lat jest kuratorem wojewódzkim. Z urzędu protestował przeciwko regulaminowi konkursu według zarządu miasta. Przyznaje, że oświacie przydałoby się odmłodzenie dyrekcji.

– Ale wszystko musi się odbywać zgodnie z prawem – mówi. – Droga na skróty, bez poszanowania prawa, to bolszewizm.