Tak to się robi w polityceTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

KAMPANIA. Od cmentarza po konwencję

NEPOTYZM. Karmienie wojska i siebie

KŁAMSTWO. Sól polityki

PIENIĄDZE. Geszefty małe i duże

HAKI. Na każdego coś się znajdzie

MEDIA. Uwodzenie i naciski

OLIGARCHOWIE. Tak się kupuje polityków

SŁABOŚCI. Wódka, romanse i kokaina

POSEŁ. Spuścić bulteriera ze smyczy

ODLOT. Wino za dwieście złotych parzy w gardło

BRUKSELA. Tu się zarabia

SPORT. Co można załatwić na trybunach

WŁADZA. Tak to działa

UPADEK. Jak skasować bilet?

Okładka


Copyright © Michał Majewski, Czerwone i Czarne

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce:

Jan Rusek / Agencja Gazeta, Andrzej Hulimka/REPORTER

Korekta

Agnieszka Wasilewska

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne Sp. k.

ul. Walecznych 39/5

03-916 Warszawa

Wyłączny dystrybutor

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. sp. j.

ul. Poznańska 91

05-850 Ożarów Mazowiecki

www.olesiejuk.pl


ISBN 978-83-7700-315-2

Warszawa 2018

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Wstęp


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

To nie jest książka o jasnej, ale o ciemnej stronie księżyca. O tym, czego wyborcy nie widzą. O rozgrywkach, które toczy się w zaciszach gabinetów, bez obecności kamer. To opowieść o brudzie polityki. O intrydze, zdobywaniu przewag nad wewnętrznymi konkurentami, o faulach i słabościach.

Od lat obserwuję politykę. Z racji tego, że jestem dziennikarzem, patrzę na nią w specyficzny sposób. Porównałbym go do oglądania meczu, w którym nie kibicuje się żadnej z drużyn. Wtedy interesuje nas sama gra. Taktyka, technika, czyjś spryt, słabość innego, korzystanie z okazji, którą przynosi przebieg rozgrywki. To zaczęło mnie najbardziej interesować w polityce. Metody. W jaki sposób polityk, skazywany na porażkę i mający fatalne karty, siada do rozgrywki i na koniec dnia wygrywa? Jak na to zapracował? Gdzie zręcznie blefował? Kiedy podmienił karty pod stołem?

Nieraz koledzy dziennikarze strofują mnie, że chwalę jakiegoś polityka, którego oni uważają za radykała, populistę, cynika czy zwykłego kanciarza. A mnie bardziej interesuje to, jak ten polityk zagospodarował jakąś niszę i zrobił z tego trampolinę do władzy.

Politycy bronią się często tak: „Brudne sztuczki są konieczne. Przecież korzystają z nich nasi wrogowie. Kiedy oni strzelają do nas ostrą amunicją, to my nie będziemy wkładać im kwiatów w lufy karabinów. Musimy odpowiedzieć ogniem”. Ich drugi argument jest taki, że liczy się cel, efekt końcowy. Droga do niego jest wyboista? Tak bywa!

Od zarania dziejów polityka jest sztuką intrygi i ogrywania przeciwnika. Otto von Bismarck mówił, że ludzie śpią lepiej, kiedy nie wiedzą za wiele o powstawaniu kiełbasy i prawa. Od XIX wieku sporo się zmieniło. Sama polityka i sposób jej uprawiania zmieniły się bardzo w ostatniej dekadzie za sprawą internetu i mediów społecznościowych. Parafrazując bohatera filmowego klasyka, ilość polityki w polityce uległa zmniejszeniu. Więcej jest za to przekazów dnia, ustawek, trików obliczonych na chwilowe zainteresowanie mediów. Co z tym zrobić? Czy to nieunikniony trend?

Można próbować go wyhamowywać. Dobrym pomysłem jest zobowiązanie partii, by określoną część dotacji z budżetu państwa wydawały na ekspertów i analizy, a nie na tanie efekciarstwo. Polskiej polityce najczęściej brakuje zaplecza, wiedzy, planowania na dłużej niż trzy dni do przodu. Dotyczy to również samej organizacji rządu. Likwidacja Rządowego Centrum Studiów Strategicznych przed kilkoma laty była decyzją niemądrą. Dobrze, że pojawiła się koncepcja odbudowania takiego ośrodka. Prosty przykład: mamy miasto A (15 procent bezrobocia) i oddaloną od niego o sto dwadzieścia kilometrów aglomerację B (0,3 procent bezrobocia). Co zrobić? Wybudować drogę szybkiego ruchu między tymi ośrodkami. Taki powinien być cel państwa. Ale w Polsce o budowie dróg decyduje minister, który może mieć zupełnie inne cele. Choćby budowę drogi w regionie, w którym startuje w wyborach. Albo w regionie kolegów, którzy uratowali go przed utratą ministerialnego fotela, więc musi się im odwdzięczyć inwestycją. Krótko mówiąc, potrzeba nam więcej wiedzy, analizy, lepszego zarządzania ograniczonymi przecież środkami, a mniej krótkowzrocznego partyjniactwa.

I tu dochodzimy do sprawy, w której jestem większym pesymistą. Mądra i czystsza polityka wymaga mądrych, silnych, niezależnych ekonomicznie mediów. Takich, które nie są powiązane z politykami i cieszą się wysokim zaufaniem społecznym. Ale dziś w okopach politycznej wojny dziennikarze siedzą tuż obok posłów i ministrów. Działa chory mechanizm: redaktorzy nie zaatakują „swoich” polityków, na ręce patrzą tylko tym z drugiego okopu. A tamci, kiedy zostają zaatakowani, odpowiadają refrenem: „Przecież to gra, ten artykuł powstał na polityczne zamówienie”. I tak w koło Macieju. Przy ekonomicznej słabości mediów, które nie mają pieniędzy na dziennikarskie śledztwa i dokładniejsze przyglądanie się działalności polityków, ten problem będzie coraz poważniejszy. Na to nie widać dobrej recepty, choć wielu się nad nią zastanawia. Być może trwająca rewolucja technologiczna przyniesie jakieś nieoczekiwane rozwiązania, które sfinansują wysokojakościowe, niezależne dziennikarstwo. Ono zawsze podnosi jakość debaty i polityki.

A jak dziś wyglądają faule i brudne sztuczki polskiej polityki? Zapraszam za kulisy.

Michał Majewski


KAMPANIA.
Od cmentarza po konwencję



W większości partii są politycy, z których media regularnie robią pośmiewisko. Dziennikarze zastanawiają się, jak tacy kretyni mogą funkcjonować w życiu publicznym i co znowu robią na listach wyborczych. Redaktorzy zapominają o jednym – o byciu w polityce nie decydują pochwały od mediów i politologów z Warszawy, ale sprawność i poparcie w terenie.


Co jest w polityce najważniejsze? Wybory!

Mój rozmówca był w polityce przez piętnaście lat. Zaczynał w młodzieżówce, a doszedł do stanowiska ministra. Choć wiatr historii wywiał go z życia publicznego, to nie lubi tych dziecinnych żali, że polityka jest bezwzględna, brudna i fałszywa. Dziś uważa, że to gadanina naiwniaków i pięknoduchów. Sam przez chwilę był takim naiwniakiem, ale szybko mu przeszło. Kiedy?

Zbierali podpisy, by zarejestrować listę wyborczą. To moment, gdy partyjne młodzieżówki mogą się wykazać. Chwila prawdy i test organizacyjnej sprawności. Jeśli go zdasz, możesz liczyć na nagrodę. Może zostaniesz szefem biura poselskiego, może asystentem posła. A jak pójdzie naprawdę dobrze, to w następnych wyborach, choćby samorządowych, samemu zagościsz na liście wyborczej.

 

Mój rozmówca zbierał z kolegami te podpisy, ale ewidentnie im nie szło. Liczył, że będzie miał pięćset autografów dziennie, a po trzech dniach ledwie dociągnął do trzystu. Wstyd. Zbierał z nim chłopak, który miał trochę więcej doświadczenia. Mój rozmówca był już o krok od rzucenia tego w diabły i szybkiego zakończenia błyskotliwie zapowiadającej się kariery politycznej. Ale jego kolega wiedział, że jest jeszcze ostatnia deska ratunku. Wsiedli do autobusu i pojechali na obrzeża miasta. Wysiedli przy kościele. Przez głowę przyszłego ministra przeszła myśl, że może idą się pomodlić, bo już nie ma nadziei. Ale minęli kościół i poszli na cmentarz. Kolega instruował: – Weź kartkę, długopis i spisuj z nagrobków imiona, nazwiska i daty urodzenia. Omijaj groby tych, którzy dziś mieliby po sto lat albo więcej. Jedziemy!

W dwie godziny mój rozmówca miał trzysta martwych nazwisk. Następnego dnia pojechał z kolegą na cmentarz w sąsiednim miasteczku i kolejnych pięćset nazwisk wpadło. Ale pod listami wyborczymi trzeba jeszcze wpisać PESEL i złożyć podpis. Do dat urodzenia zatem na chybił trafił dopisywali cyfry i tak tworzyli PESEL. Podpisy? Wzięli kilka długopisów, by tusz był różny, i sami stawiali te autografy. To były czasy, kiedy nikt w Państwowej Komisji Wyborczej podpisów pod listami dokładnie nie sprawdzał. Byli o krok od wpadki, bo przypadkowo wpisali dane i złożyli podpis kobiety, która miałaby sto czterdzieści lat, ale w ostatniej chwili sami to zauważyli.

– Po latach w polityce powiem brutalnie: jakbyśmy chcieli być legalistami, to trzeba by anulować wyniki wszystkich wyborów z ostatnich kilkunastu lat – opowiada mój rozmówca. – Dlaczego? Dane podpisujących listy wyborcze są kolekcjonowane przez partie. To była jedna z najcenniejszych rzeczy, jaką chroniła szafa pancerna w naszym biurze. Trzymało się te dane na czarną godzinę – z poprzednich wyborów, dawnych referendów. I jeśli brakowało podpisów pod bieżącymi listami wyborczymi, to się korzystało z tych starych i je dopisywało. Ale przy takich fałszerstwach trzeba zawsze złożyć pod listą więcej podpisów, tak ze sto trzydzieści, sto pięćdziesiąt procent wymaganych. Górka jest potrzebna, jakby PKW coś zakwestionowała.

Poza spisywaniem z nagrobków był jeszcze jeden trik, który stosował kolega mojego rozmówcy. Jego ciotka pracowała w urzędzie miasta. A tam są spisy mieszkańców, dane kierowców czy płatników lokalnych podatków. To dane cenne jak diabli, bo prawdziwe, pełne i aktualne. Kolega przyszłego ministra dostał taki spis od ciotki i z miejsca miał kilkaset nazwisk. Pięknie wtedy zapunktował u szefów. Ładnie mu się kariera rozwinęła. Już trzecią kadencję jest posłem, dziś walczy o praworządność, ciągle o niej mówi w telewizji. Podkreśla, jak to trzeba przestrzegać zasad.

– Regułą jest też, że mniejsze komitety wymieniają się listami z podpisami. Prosty układ: my dajemy wam trzy tysiące podpisów, które zebraliśmy, a wy dajecie nam swoje trzy tysiące podpisów – opisuje mój rozmówca. – Każdy na tym zyskuje. Szefowie tych komitetów to akceptowali, bo nie mieli wyjścia. Jakby nie zebrali podpisów, toby nie stanęli do wyborów i wypadli z obiegu.

Od wielu lat politycy zwracali mi uwagę na inną okoliczność, która towarzyszy polskim wyborom i prowadzi do nadużyć. To niskie limity wydatków na kampanie. – Za te pieniądze możesz sobie postawić jeden bilbord, kupić minutę w lokalnej telewizji i wydrukować tysiąc ulotek. To przecież śmieszne, potrzebna jest większa promocja – przekonywał mnie kiedyś jeden z liderów lewicy.

O swoich doświadczeniach opowiadał mi kilka lat temu pewien poseł, a potem minister, który w końcu pożegnał się z polityką. Przy okazji któryś wyborów miał realną szansę, by wejść do Sejmu, ale był „spadochroniarzem” – startował z obcego okręgu wyborczego, więc musiał walczyć o rozpoznawalność. Na pomoc długo nie czekał. Zgłosił się do niego prezes jednej z największych prywatnych firm w regionie. Zapowiedział, że chce porozmawiać o wspieraniu lokalnej przedsiębiorczości i nowych miejscach pracy. Miał dobrą opinię, a jego poglądy pasowały do haseł głoszonych przez partię mojego rozmówcy. Na dodatek jeden z jego współpracowników pracował wcześniej u tego przedsiębiorcy, więc była już jakaś niteczka porozumienia. Umówili się na obiad. Kandydat na posła zażyczył sobie spotkania w cztery oczy. Oczywiście po to, by szczerze i bez owijania w bawełnę podyskutować o palących problemach lokalnej przedsiębiorczości. Przy zupie i drugim trwało wzajemne badanie się. Ale nad stołem wisiała zapowiedź przełamania lodów. I przy koniaczku rozmówcy w końcu przeszli na „ty”. Przedsiębiorca – nazwijmy go Marian – spytał, czy politykowi nie potrzeba jakiejś pomocy w kampanii. Bo przecież jest nowy w regionie, więc zapewne nie wie, komu zaufać i jak się w tym środowisku poruszać. Tego właśnie kandydat potrzebował. A dokładniej – potrzebował kasy na kampanię. Dogadali się. Dla Mariana to były drobne, dla polityka – w sam raz. Marian tak sypnął kasą, że kandydat był na billboardzie na co drugim skrzyżowaniu. Koledzy z jego partii żartowali nawet: „Jak dojechać do centrum handlowego? Musi pan skręcić w prawo za trzecią tablicą z naszym kandydatem i będzie pan na miejscu”.

Tak duża promocja nie spodobała się miejscowym działaczom. Na żartach się nie skończyło. Powstał jeszcze tekst w lokalnej gazecie na temat kandydata spadochroniarza. Ale i tutaj Marian pomógł. Był największym reklamodawcą w tej gazecie, więc załatwił z wydawcą, że da spokój kandydatowi. Dziennikarz, który sprawę opisał, dostał inny ciekawy temat, by sobie za nim pochodził.

Co miał z tego Marian? To proste. Widział, że przyszły poseł rośnie w polityce, że ma różne znajomości. Dobre relacje z nim były przemyślaną inwestycją. Taki poseł może zgłosić w Sejmie poprawkę korzystną dla branży Mariana, może przywieźć z Warszawy jakieś ploteczki. Mariana polityka fascynowała i czuł się dowartościowany, że o różnych państwowych sprawach dowiaduje się z pierwszej ręki. I jeszcze jedno. Bratanek Mariana chciał znaleźć robotę w Warszawie, w konkretnym ministerstwie. Przyszły poseł pomógł, bo to nie było szczególnie wysokie stanowisko, a chłopak miał naprawdę przyzwoite CV.

– Jedną rzecz powiedzmy sobie jasno – mówił mi ten polityk. – Marian to nie jest jakiś przestępca. To porządny polski biznesmen. Ważny dla regionu, należy mu się pomoc.

Panowie się zaprzyjaźnili i często sobie pomagali. Mieli zasady: polityk się u Mariana nie pojawia ani Marian u niego. Na oficjalnych imprezach – pełna kurtuazja, bez rzucania się sobie w objęcia. Nawet do siebie nie dzwonili, by niepotrzebne ślady pomocy nie zostawały. Jak chcieli się spotkać, to aranżowali to przez wspólnego znajomego, który umawiał ich u zaprzyjaźnionego restauratora. Zdrowe zasady współpracy to podstawa.

Z działaczem partii ludowej, silnej w samorządach, rozmawiałem o kampanii przed wyborami do sejmików wojewódzkich. Całe miasteczka były wtedy wytapetowane plakatami, góry pieniędzy wydano, a walka toczyła się na całego.

– Skąd ta kasa, również u kolegów z mojej partii, choć nigdy groszem nie śmierdzieli? – mówił ludowiec. – Na tym szczeblu samorządu dzieli się przecież fundusze z Brukseli. Prosta zasada: jak masz dostać z unijnej kasy dziesięć baniek na jakiś szczytny cel, to nie narzekasz, że musisz zainwestować trzysta tysięcy w kampanię tych, którzy mają ci tę dotację przyznać.

W krajowej polityce działa ten sam mechanizm. Była pewna firma zajmująca się PR i reklamą, która za darmo lub półdarmo pomagała w kampanii politykom konkretnej partii. Po wyborach doradzała rządowi przy dużym projekcie infrastrukturalnym, ważnym dla wizerunku władzy. Znów za darmo. Mówiono wtedy, że udział w tym przedsięwzięciu to wyzwanie i okazja do zdobycia bezcennego doświadczenia. Jakie jest rozwiązanie zagadki? Tę małą firmę polecano paru państwowym koncernom. Tam sobie odrabiała czas i środki poświęcone na promocję partii. W jaki sposób część z tych pieniędzy wraca potem do polityków – to już temat na inną opowieść. Na przykład w ten sposób, że wielki koncern przeprowadza dużą kampanię reklamową. Ma, powiedzmy, do wydania w mediach za jednym razem dziesięć milionów złotych, za które trzeba kupić czas i miejsce w telewizjach, radiach, gazetach i tygodnikach. I daje wspomniane dziesięć. Tyle, że pośrednik wykupujący czas i miejsca na reklamy robi to od lat i ma w mediach znaczące zniżki. Płaci więc siedem, a nie wspomniane dziesięć. Zostają wolne trzy miliony, które trafiają do osób prowadzących kampanię konkretnej partii i są wykorzystywane na bilbordy czy materiały promocyjne niezbędne w kampanii wyborczej.

Przy okazji bilbordów. Kilkanaście lat temu w parlamencie toczyła się duża gra o kształt przepisów dotycząca pewnej kategorii używek. I było to istotne nie tylko dla branży produkującej owe używki, ale też dla właścicieli prasy, stacji telewizyjnych czy bilbordów reklamowych. O dziwo, w parlamencie powstała dość egzotyczna koalicja wspierająca liberalizację przepisów – od prawicowych związkowców przez lewicę aż po konserwatywnych przedstawicieli prawicy. Tak się jakoś złożyło, że najaktywniejsi politycy w tamtej rozgrywce wisieli w kolejnej kampanii wyborczej na co drugim bilbordzie. Zapewne był to zbieg okoliczności.

Kolejny mało znany problem polskich wyborów: nie walczysz z przeciwnikami z innych partii. Tak naprawdę bijesz się z kolegami z własnej listy, więc zależy ci, byś nie miał tam silnych konkurentów. Bo to oni mogą ci sprzątnąć sprzed nosa mandat radnego czy posła. Kiedy byłem początkującym dziennikarzem, nie mogłem tego zrozumieć. Naiwnie myślałem, że w polityce chodzi o pojedynkowanie się z konkurentami z innych partii, a nie z kolegami z własnego ugrupowania. Przypomniało mi się to, kiedy młodszy dziennikarz opisywał mi swoją przygodę.

– Zadzwonił do mnie znany polityk, z którym miałem świetne relacje. Poprosił, żebym przyjechał na stację benzynową przy wylotówce z Warszawy, bo ma coś fajnego do opowiedzenia – wspominał mój młodszy kolega. – Ja pierniczę, co za pomysł, trzeba się przebijać przez całe miasto – pomyślałem. Ale znamy się od lat, ten polityk nigdy mnie nie wystawił. Trzeba więc jechać.

Był późny wieczór, rozmówca dziennikarza czekał w aucie zaparkowanym w zaciemnionym miejscu. – Na głowie miał kaptur. Machał, żebym przesiadł się do jego samochodu. Wsiadłem, ruszyliśmy. Kazał mi wyjąć baterię z telefonu. Pomyślałem, że zwariował z tą konspiracją – opowiadał dziennikarz. – Sytuacja była dziwna. Prowadziliśmy sztywną rozmowę o polityce, jakbyśmy siedzieli w telewizyjnym studiu, a on wygłaszał partyjne przekazy dnia. Wreszcie, po kilku minutach, skręcił w leśną drogę. Wyłączył światła i rozkręcił radio na full.

Polityk wyszeptał mojemu koledze do ucha rewelacje o innym kandydacie tej samej partii, z którym oficjalnie od lat się przyjaźnił i którego wspierał. – Mówił, że to świnia, że bierze kasę od X, że ustawił składy rad nadzorczych w takiej i takiej spółce skarbu państwa. Oczy miałem jak pięciozłotówki – wspominał dziennikarz. – O co chodziło z tymi wyłączonymi światłami? Chyba o to, by poseł nie został nagrany ukrytą kamerą. Pewnie przeze mnie, ale o to głupio było mi spytać. Najzabawniejsze było to, że muzyka dudniła jak w dyskotece, a rozmowa i tak się nagrała, bo dyktafon miałem w butonierce, nad którą nachylał się poseł. Normalnie gang Olsena.

Mój kolega nie wziął tego tematu, za to historia ukazała się w konkurencyjnej gazecie i osłabiła jej bohatera. Z listy wyborczej nie wyleciał, jakoś prześlizgnął się do parlamentu. Ale dzięki tej sprawie problemu z dostaniem się do Sejmu nie miał polityk, który sprzedał mediom historię. Bo osłabił wewnętrznego konkurenta. – Absolutnie groteskowe było to, że po ukazaniu się artykułu ten poseł publicznie bronił swojego kolegi. Pewnie chciał odsunąć od siebie ewentualne podejrzenia o przeciek – mówił mi dziennikarz.

Układanie list wyborczych przynosi też historie, w których nie ma makiawelicznej przebiegłości, jest za to zwykły przypadek. Było tak: pewna partia miała problem z zapełnieniem list do Sejmu. W skali kraju potrzeba do tego kilkuset osób. Dla małego ugrupowania to już wyzwanie. Działacze zastanawiali się, co począć. Akurat w ich biurze kable do internetu montował dwudziestoparolatek. Nie był zupełnie obcy, przecież ktoś go polecił do tej roboty. I tak trochę dla żartu, a trochę z desperacji zapytano go: „A ty byś od nas nie wystartował do Sejmu?”. Było trochę śmiechu, a młody zgodził się zapełnić listę. I dostał się do Sejmu, został nawet wiceministrem, członkiem Stałego Komitetu Rady Ministrów.

I kolejna historia, tym razem opowiedziana przez byłego posła lewicy: – Mamy takiego wiarusa, który jest z szefem od początku lat 90. Był, kiedy nasza formacja święciła triumfy. Był i wtedy, gdy w partii została jedynie garstka działaczy i podarty, zszarzały sztandar. Kiedy inni odeszli, by robić karierę tam, gdzie były lepsze notowania, on wiernie stał przy szefie. Znają się jak łyse konie i rozumieją bez słów. Ale ten kolega szefa – delikatnie mówiąc – kompletnie nie przystawał do współczesnych czasów. Chodził w garniturze z lat 70., nie umiał pracować w terenie, skłócił miejscowych działaczy i nie wspierał naszego kandydata na prezydenta miasta. Nie rozmawiał z dziennikarzami, a media społecznościowe to dla niego woda w kranie i ogrzewanie na osiedlu. W skrócie: uwiąd, organizacyjny dramat, który hamował partię.

 

W końcu koledzy przekonali szefa, że trzeba coś z tym zrobić, bo tracimy głosy w regionie. Namówili go, by przy okazji wyborów do Sejmu przesunął starego druha z pozycji lidera na drugie miejsce na liście. Ale wiarus o intrydze się dowiedział. Kiedy tylko przewodniczący zjawił się w mieście, przybiegł do niego z małżonką, zresztą szefową swojego biura poselskiego. I oboje autentycznie uklękli i zaczęli błagać szefa, by zmienił decyzję. Mówili, że to przecież wyrok. Bo nikt nie wszedł do Sejmu, startując w tym okręgu z drugiego miejsca naszej listy. Oni na tych kolanach, ze łzami w oczach, przekonywali, że posłowanie jest dla nich wszystkim. On ma robotę w Sejmie, ona w jego biurze, a w tym wieku przecież już żadnej innej pracy nie znajdą. Gdyby on sam klęczał przed szefem, to ten pewnie by się nie ugiął. Ale dla przewodniczącego widok klęczącej i zapłakanej kobiety to już było za dużo. Stary druh wrócił na jedynkę na liście i znów został posłem.

Doświadczeni politycy wiedzą, że kluczem do wygranych wyborów jest przekonanie do siebie prowincji. Opowiada dziennikarz od lat zajmujący się polityką: – Zdarłem podeszwy, krążąc po Polsce podczas kilku kampanii wyborczych. Widziałem w akcji tych wyśmiewanych przez media. To oni zapełniali remizy, wiejskie domy kultury, krążyli po miasteczkach w poszukiwaniu głosów. Widziałem, jak na ulicy zwyczajnie gadali ze swoimi wyborcami. Jajogłowi nie rozumieją, że polityka to nie tylko popisy w telewizji i na Twitterze, ale też wizyty w świniarniach czy w barach z podłym piwem, gdzie nad kuflami siedzą ludzie bez zębów na przedzie. Przyjdzie do nich taki poseł, który prawie nie wychodzi ze studia? Mądrzący się historyk lub socjolog? Raczej nie. A tamci przychodzą i łowią głosy.

W kampanii trzeba zmobilizować ludzi do pomocy, do roznoszenia ulotek i rozklejania plakatów. Są w polskiej polityce partie, które dostają subwencje z budżetu państwa i kontrolują posady w samorządzie. Są takie, które mają tylko jedną z tych rzeczy. I są też takie ugrupowania, które nie dysponują żadnym z tych atutów. Ich sytuacja jest najtrudniejsza, tam muszą się najbardziej nagimnastykować. Bo przecież posady nie dasz, pensji nie wypłacisz. Musisz więc bazować na uroku osobistym i zdolności przekonywania. Przekonywania do tego, że wybory zakończą się sukcesem i będziesz mógł się po nich odwdzięczyć. I że pomagający tobie ludzie są na krótkiej liście do objęcia posad.

Przed wyborami można wypracować sobie pozycję, zapunktować w kampanii, wzbudzić zaufanie głównego kandydata. Przykład? Taka oto historia: pewien polityk walczył o prezydenturę Polski. To było po I turze wyborów, w której jego kontrkandydat zdobył tylko osiemset pięćdziesiąt tysięcy głosów mniej. Piłka wciąż była w grze. Wtedy się zaczęła pokerowa rozgrywka. Usiadł do niej jeden z partyjnych liderów, który był w fatalnych relacjach z szefem partii. Ten odebrał mu fotel wicepremiera i wypchnął z rządu przy okazji kolejnej afery. Teraz pojawiła się okazja, by się odegrać i zawalczyć o polityczne życie. Nasz bohater poszedł do posła, który wciąż był opromieniony sukcesem partyjnej kampanii sprzed kilku lat. I przekonał tego specjalistę od wyborów, że muszą natychmiast pomóc kandydatowi na prezydenta. Bo jego sztabowcy kompletnie położyli kampanię przed I turą, więc ich największy polityczny wróg może zaraz zostać prezydentem. Przyszli razem do swojego kandydata i zadeklarowali pomoc. Ten był zachwycony, bo już mu trochę ręce drżały, a tutaj ta dwójka chce go dowieźć do Pałacu Prezydenckiego. Skończyło się spotkanie z kandydatem, nasz bohater pyta specjalistę od kampanii: „O której masz samolot?”. „Za dwie godziny”. „No to cześć!”

I tyle z tej pomocy było. Ale to jedno spotkanie wystarczyło, by były wicepremier zbliżył się do kandydata na prezydenta, który potem wygrał wybory. Nowy prezydent zapamiętał, kto przyszedł mu z pomocą. Zapamiętał też, że szef partii miał jego kampanię głęboko w nosie.

Były wicepremier rozegrał to bardzo sprytnie. Dzięki prezydentowi wrócił do politycznej gry – został przez niego namaszczony na jedno z najważniejszych stanowisk w państwie. A ograny szef partii, choć chciał obu politykom poprzegryzać gardła, musiał się przed kamerami do tego wszystkiego uśmiechać. Jakby tego było mało, jego partyjny oponent zajął stanowisko, na które szef partii chciał wypchnąć z rządu pewną panią minister. Trzeba było się jej pozbyć, bo miała histeryczną naturę.

W kampanii trzeba szczególnie uważać na obietnice, bo mogą potem przysporzyć kłopotów. Pewnemu politykowi potrzebne były głosy, więc szeroko zarzucał sieci, by je złowić. Jego obietnice były o tyle ryzykowne, że kierował je do obcego elektoratu, a ich spełnienie byłoby kosztowne. Krótko mówiąc, głosów mógł na tym ugrać tyle, co kot napłakał, a potem musiał się nagimnastykować, bo przecież dziennikarze nie odpuszczą. Wypowiedzi z kampanii potrafią puszczać w kółko, całymi dniami. I pytać: co z ich realizacją, czy rzuca pan słowa na wiatr, czy oszukał pan wyborców? Taka niespełniona obietnica to kamień u szyi, odbiera wiarygodność i głosy w kolejnych wyborach. Trzeba się więc z niej jakoś wywiązać. Wspomniany polityk miał problem – w jego partii zauważyli, że obietnica nie była najmądrzejsza, a na dodatek jest droga. Ale słowo się rzekło, już toczyła się gra o wiarygodność, była to sprawa politycznego życia lub śmierci. Nasz bohater wniósł projekt ustawy i zaczął przekonywać do niego liderów swojej partii. Ruszyło przepychanie. Tu główną metodą działania jest polityka transakcyjna: „Ja ci pomogę, ale ty musisz pomóc mnie”. Polityk przekonywał: wesprzesz mój projekt, to będę lobbował za twoją kandydaturą na stanowisko, na którym zależy ci od dekady. Innemu koledze obiecał wsparcie w kampanii. Takimi drobnymi kroczkami, za pomocą cichych umów, polityk przepchnął swój projekt. Zrzucił z siebie ciężar niespełnionej obietnicy, ale trwało to długo i wymagało niezliczonych zabiegów. A wszystko zaczęło się od nierozważnych, nieprzemyślanych słów w kampanii. Z obietnicami trzeba być ostrożnym.

Inną historię z tej dziedziny opowiedział mi sztabowiec lewicowej partii: – Mieliśmy wpływowego zwolennika, za którym szło pewne środowisko. Ich poparcie przydałoby się nam w wyborach. Lider tego środowiska przyszedł na jeden z naszych wieców. Dostał do ręki mikrofon i wezwał naszego kandydata do podpisania się pod projektem ustawy. Miał w ręku kilkadziesiąt stron i już pokazywał, gdzie trzeba złożyć podpis!

Nad lewicowym kandydatem czuwał doradca. Stał wśród publiczności i dawał znaki.

– Gestami i przez słuchawkę – opowiada sztabowiec. – To normalne na takich imprezach. Mówił na przykład, że impreza idzie za szybko, że ktoś mówi za wolno i nudzi, że dźwięk jest niedostrojony. A kiedy tamten facet zjawił się z projektem ustawy do podpisania, to ten doradca niemal wyszedł z siebie. Machał, by tego nie robić. Nasz kandydat na szczęście miał tyle wyczucia, by powiedzieć coś w stylu: „Na podpisywanie dokumentów przyjdzie jeszcze czas”.

Sztabowiec przypomina żelazną zasadę: nigdy nie składaj podpisu pod czymś, czego nie przeczytałeś. Może się to skończyć nieszczęściem i zobowiązaniem, z którego nie będzie się łatwo wyplątać.

Duże kampanie, które mają zdecydować o prezydenturze Polski lub zwycięstwie w wyborach parlamentarnych, to jeszcze inna historia. Pierwsze takie profesjonalne kampanie to rok 2005 i starcie PiS z PO oraz Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem. Wtedy jeden z działaczy wydał liderowi książkę w swoim wydawnictwie. Nie była to jakaś wielka inwestycja. Trik polegał na czymś innym – działacz wynajął kilkaset billboardów w całym kraju, na których promował książkę. Oczywiście twarzą partyjnego lidera i zarazem kandydata na prezydenta. Wszyscy w jego partii byli zachwyceni, nie mogli się nachwalić, jakie było to sprytne i zręczne. – Mnie akurat się wydaje, że zręczne nie było – mówił mi jeden ze sztabowców. – Ludziom trzeba mówić wprost, o co chodzi. Jasny komunikat to podstawa. Podam prosty przykład: jeśli staniesz przy drodze i nie będziesz machał, to nikt się nie zatrzyma, by wziąć cię na stopa. Ale jeśli zaczniesz machać, to masz na to szansę. To jasny komunikat. My na coś takiego postawiliśmy w tamtej kampanii w 2005 r. Na billboardy daliśmy zdjęcie szefa i hasło „Prezydent Tusk”. Bo z naszych badań wynikało, że ludzie nie kupują zestawienia imienia Donald z prezydenturą. To po prostu było dla nich niepoważne, więc pominęliśmy imię.

Pełne hasło tamtej kampanii brzmiało „Prezydent Tusk. Człowiek z zasadami”.

– Skąd się wziął ten „Człowiek z zasadami”? – pytam.

– Czyste pustosłowie. Akurat nie mogliśmy wymyślić niczego fajniejszego – odpowiada sztabowiec.

W kampaniach pojawiają się czasem absolutnie żałosne pomysły. Opisuje jeden ze spin doktorów liberalnego ugrupowania: – Kiedyś zrobiono taki klip, który musieliśmy po cichu wyrzucić do śmietnika. Szło to tak: reporter leci śmigłowcem, by zrobić materiał w terenie. Wysiada, a tam czekają na niego aktorzy grający nauczycieli i uczniów. I opowiadają, jakie tu fajne boisko powstało, a obok jaka świetna pływalnia. Biło to sztucznością na kilometr. Niebywały gniot.

Wróćmy do wyborów w 2005 roku. Były pełne fauli. Na przykład sprawa, która doprowadziła do wycofania się lewicowego kandydata z całkiem niezłymi notowaniami. Zaczęło się od pewnej urzędniczki, byłej asystentki polityka, która opisała jego rzekome machinacje przy sprzedaży akcji giełdowych wielkiego koncernu. Media podchwyciły temat, sprawa zrobiła się głośna, a sondaże zaczęły topnieć. W końcu polityk powiedział, że ma to w nosie, i wycofał się z kandydowania. Dopiero potem okazało się, że oskarżenia są dęte, ale było już po zawodach – polityk wypadł z gry. Ta sprawa zaczęła się w sztabie jego konkurenta. Przyszedł tam pewien poseł. Powiedział, że jest taka historia i żeby umówić go z kandydatem. Ale ten kandydat był już wtedy nieufny. Wraz ze stronnikami mocno dostawali po głowie w latach 90. Oskarżano ich o lewe prywatyzacje. Pisano, że kręcą się wokół nich szemrani biznesmeni, a do ich biur poselskich wnoszono pieniądze w reklamówkach. Kandydat wyciągnął z tego wnioski. – Ja się w takich kontrowersyjnych sprawach nie spotykam. Jeśli ten temat jest zbadany, to trzeba z nim jechać – powiedział współpracownikom. A oni pojechali.