Daleko od Wawelu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

Część I. Straszny dwór

Rozdział I. Wielka kłótnia braci

Rozdział II. Pałac jest nasz

Rozdział III. Narodziny dworu

Rozdział IV. Kto dziś wystraszy prezydenta

Część II. Nie w swojej roli

Rozdział I. Inteligent w klatce

Rozdział II. Postać ulepiona z emocji

Rozdział III. Stres

Rozdział IV. Młodszy brat bliźniak

Rozdział V. Trzy kobiety

Rozdział VI. Walka bez końca

Rozdział VII. Dyplomata

Rozdział VIII. Między Wschodem a Zachodem

Część III. Straszny Tusk

Rozdział I. Szok

Rozdział II. Przeciwnik

Rozdział III. Kopanie po kostkach

Rozdział IV. Kłótnia na cały świat

Część IV. Trzy przegrane bitwy

Rozdział I. Lizbona – na własne życzenie

Rozdział II. Wojna o Gruzję

Rozdział III. Czy zna pan Rona Asmusa?

Zakończenie

Okładka

Daleko od Wawelu


Michał Majewski

Paweł Reszka

Warszawa 2010

Copyright © Michał Majewski, Paweł Reszka, Czerwone i Czarne

Projekt graficzny

FRYCZ I WICHA

Zdjęcia na okładce:

(fot. Pałacu Prezydenckiego): Bartłomiej Molga

(fot. Lecha Kaczyńskiego): Paweł Kopczyński/Reuters/FORUM

Redakcja

Przemysław Skrzydelski

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne sp. z o.o.

Rynek Starego Miasta 5/7 m5

00-272 Warszawa

Druk i oprawa

Drukarnia Colonel

ul. Jana Henryka Dąbrowskiego 16

30-532 Kraków

Wyłączny dystrybutor

Firma Księgarska Jacek Olesiejuk sp. z o.o

Ul. Poznańska 91

05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-047-2

Warszawa 2010

Wstęp


Miesiącami przyglądaliśmy się Lechowi Kaczyńskiemu i jego otoczeniu, które nazwaliśmy „strasznym dworem”. Napisaliśmy o tym kilka tekstów, za które urzędnicy publicznie nas rugali, a w rozmowach przy kawie przyznawali rację. Ludzie prezydenta nigdy nie zerwali z nami kontaktów. Ciągle opowiadali, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami Pałacu Prezydenckiego. Książka, która jest złożona w dużym stopniu z ich opinii i wypowiedzi, była na ukończeniu na początku kwietnia 2010 roku. Miała być głosem w dyskusji o tym, jaka była prezydentura Lecha Kaczyńskiego.

Przed publikacją chcieliśmy porozmawiać z prezydentem i kilkoma jego ministrami. Pałac zastanawiał się przez długie tygodnie. Planowana książka niepokoiła otoczenie głowy państwa i jego samego. Prezydencki minister osobiście dzwonił do jednego z naszych rozmówców, prosząc, by nie udzielał nam wypowiedzi. Potem nastąpił przełom. Zostaliśmy zaproszeni do Pałacu i poinformowano nas, że jest zgoda na wywiad z prezydentem i jego urzędnikami. Na przeszkodzie stanęła drobna okoliczność techniczna. Prezydent leciał do Smoleńska i nikt w rozgardiaszu przygotowań do wizyty nie miał głowy do spotykania się z reporterami. Wszystko miało odbyć się więc „zaraz po 10 kwietnia”…

Postanowiliśmy niczego nie zmieniać w tej książce. Nie wycięliśmy żadnego fragmentu. Nie dodaliśmy żadnych historii. W niektórych cytatach – z oczywistych powodów – zmieniliśmy czas z teraźniejszego na przeszły. Dokonaliśmy poprawek redakcyjnych. To wszystko.

Książka nie pokazuje pomnikowego Lecha Kaczyńskiego, a polityka pełnego sprzeczności, takiego, jakim widzieliśmy go przed 10 kwietnia.


Część pierwsza

Straszny dwór


TYTUS

Mały piesek rasy terier szkocki wabił się Tytus. Gdy Tupolew rozpędzał się po pasie startowym, prezydent albo prezydentowa trzymali go na smyczy. Kiedy maszyna osiągała wysokość przelotową, biegał po pokładzie, a czasem wchodził do kabiny pilotów. Bywało, że – gdy para prezydencka nie widziała – lotnicy musieli Tytusa poczęstować lekkim kopniakiem. Wtedy pies stawał przy drzwiach do salonki. Najpierw patrzył na swoje odbicie, a potem zaczynał ujadać. Potrafił tak przez 15 albo 20 minut. Pasażerom pękały głowy. Byli bezradni. Pan prezydent, widząc na sobie błagalne spojrzenia współpracowników, tylko rozkładał ręce: „No co mam zrobić? Przecież go nie oddam!”.

Teriera pomogła wybrać Kaczyńskim znajoma – Hanna Fołtyn-Kubicka. Już w hodowli odradzano tego szczeniaka, bo wyraźnie trzymał się z daleka od grupy, ale Kaczyńscy się uparli i nie było wyjścia. Tytus był kompletnie niewychowany. Kiedy wychodził na przechadzkę z Pałacu, prezydenccy urzędnicy informowali się nawzajem: „Bestia w ogrodzie!”.

Tytus był łącznikiem z dawnym normalnym życiem, które zmieniło się w sprawowanie urzędu. Był więc nietykalny, cieszył się absolutną wolnością. Łapał za nogawki, kąsał nieważne, czy ministra, czy oficera BOR-u. Nie przepuszczał nawet właścicielowi. Kaczyńskiemu głupio się było przyznać, że szarpie go własny pies. Opowiadał więc lekarzowi bajki. Na przykład, że zaczepił nogawką o ogrodzenie.

Choć domowe zwierzę zawsze „dobrze robi” politykowi (jak mówią fachowcy od PR-u, „ociepla wizerunek”), ludzie bliscy Kaczyńskiemu niechętnie rozmawiali o Tytusie:

„Co mam wam powiedzieć? Że prezydent nie radzi sobie z terierem? Zaraz zapytalibyście: »A z Polską sobie radzi?«” – mówił jeden z jego współpracowników.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ I.

WIELKA KŁÓTNIA BRACI

Lech Kaczyński nie miał obsesyjnej żądzy zdobycia prezydentury. W 2005 roku nie był też faworytem. Donald Tusk wyprzedzał go we wszystkich sondażach. Porażka była wpisana w scenariusz. Nie byłaby zresztą osobistą klęską kandydata. Kaczyński, inaczej niż wielu posłów czy ministrów, miał życie poza polityką. Kilka tygodni przed decydującym starciem zwierzał się jednej z urzędniczek w warszawskim magistracie. Mówił jej, że świat się nie zawali, jeśli przegra. Nie rozdzierał szat, przyjmował ewentualną porażkę spokojnie. Zapowiadał, że dokończy sprawy związane z zarządzaniem miastem i pewnie na drugą kadencję w stolicy nie wystartuje, bo kierowanie Warszawą to ciężki kawałek chleba. Wspominał, że chce mieć więcej czasu, by zająć się karierą naukową, profesorskim życiem.

Była jeszcze jedna, ważniejsza okoliczność. Lech Kaczyński był kandydatem PiS-u w wyborach prezydenckich. Jego brat, liderem listy Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych. Wszyscy współpracownicy zdawali sobie sprawę, że Lechowi znacznie bardziej zależy na sukcesie bliźniaka niż na własnej karierze politycznej.

25 września 2005 roku do prezydenckich rozstrzygnięć zostawał jeszcze miesiąc, gdy bracia spotkali się przy ulicy Nowogrodzkiej w siedzibie partii, by oczekiwać na wynik wyborów do Sejmu. W pokoju oprócz braci była ich matka, jej znajomi – Bolesław Hozakowski z małżonką oraz kilku najbliższych polityków, w tym Adam Bielan i Michał Kamiński dyrygujący kampanią wyborczą.

 

„Gdy z ekranu padło potwierdzenie, że PiS zwyciężyło, Jarosław uradował się jak dziecko. Ale Adam i Michał dali mu się cieszyć ledwie przez kilkanaście sekund. Chwilę później zaczęli przekonywać, że nie może być premierem, bo pogrzebie prezydenckie szanse brata. Odarli go z tego zwycięstwa natychmiast tym zarządzaniem, chęcią kontrolowania wydarzeń” – opowiadał nam polityk z PiS-u.

Adam Bielan wspomina: „Cieszyłem się, ale nie miałem tęgiej miny. Siedziałem sobie z boczku i raz Lech, drugi raz Jarosław podchodzili z pytaniem: »Co pan się tak martwi?«. »Mamy 4 tygodnie do wyborów prezydenckich. Zastanawiam się, jak teraz walczyć z Donaldem Tuskiem«, odpowiadałem im”.

Z sondaży wynikało, że Polacy niechętnie przyjmą sytuację, w której bliźniacy obejmą dwa najważniejsze urzędy w państwie – premiera i prezydenta. Tak więc gdyby Jarosław zaczął formować rząd, znacząco zmniejszyłoby to szansę Lecha na prezydenturę. Przed wyborami parlamentarnymi nie podjęto decyzji, co robić w takiej sytuacji, odłożono ją na później. Scenariusz podwójnego zwycięstwa był nazbyt optymistyczny.

„Nie ma co zapeszać”, mówili bracia. Ale teraz sytuacja zmieniła się radykalnie. Każdy dzień zwłoki, odsuwania decyzji, zmniejszał szansę zdobycia prezydentury przez kandydata PiS-u. Trzeba było powiedzieć sobie prawdę – jeśli zwycięska partia ogłosi, że Jarosław Kaczyński będzie premierem, to Lech najpewniej nie zostanie głową państwa. Ale on odrzucał logiczne argumenty spin doktorów, czyli Kamińskiego i Bielana. Upierał się, że to brat powinien stanąć na czele gabinetu, i już. Nawet gdyby miało go to pozbawić prezydenckiego fotela.

Powyborczy poniedziałek przeszedł bez konkluzji. We wtorek Bielan i Kamiński zajechali na Nowogrodzką i bez pardonu wbili się do gabinetu prezesa na wiele godzin. Dyskusja dotyczyła tego, dlaczego Jarosław Kaczyński nie może stanąć na czele rządu, potem mówiono, kto w takim razie mógłby zostać premierem. Padły nazwiska Ludwika Dorna, Kazimierza Michała Ujazdowskiego. W końcu stanęło na zakolegowanym z Bielanem i Kamińskim Kazimierzu Marcinkiewiczu.

„Miał dobre relacje z politykami Platformy, w szczególności z Janem Rokitą, który w kampanii występował jako platformerski »premier z Krakowa«. To było ważne” – opowiada Bielan. „Dlaczego ważne?” – zapytaliśmy. „Negocjacje na temat koalicji PO-PiS miały być ważnym elementem na finiszu kampanii Lecha. Chodziło o pokazanie, że obóz Kaczyńskich chce dzielić się władzą i jest skłonny do kompromisów”.

W trakcie rozmowy w gabinecie prezesa pojawiła się jeszcze jedna zachęta, by wbrew woli Lecha Kaczyńskiego za budowanie gabinetu zabrał się Marcinkiewicz. Przez pośrednika – Wiesława Walendziaka – przyszedł sygnał, że Jan Rokita gotów jest negocjować z Marcinkiewiczem powołanie wspólnego rządu PiS-u i PO.

Jarosław Kaczyński chciał mieć pewność, że to nie jest blef. Poprosił, żeby go połączyć z Rokitą. Bielan z Kamińskim szybko zadzwonili do Łukasza Pawłowskiego, ówczesnego asystenta Rokity. Niebawem zatelefonował Rokita i potwierdził Kaczyńskiemu, że gotów jest prowadzić negocjacje koalicyjne z Marcinkiewiczem. Prezes spytał: „Czy mogą podać tę wiadomość publicznie?”. Rokita nalegał, by mógł sam z siebie tego nie mówić, chyba że dostanie pytanie od któregoś z dziennikarzy. Po tej rozmowie Jarosław poprosił, żeby przyprowadzić Marcinkiewicza. „Poszedłem po niego. Nie powiedziałem Kazimierzowi, o co chodzi. Chciałem, żeby dowiedział się od prezesa. Tak się stało. Marcinkiewicz był ogromnie poruszony tym, co usłyszał” – wspomina Bielan.

Sytuacja robiła się gorąca. W siedzibie partii koczowali dziennikarze, którzy żądali wreszcie odpowiedzi na najważniejsze pytanie: kogo PiS wystawia na premiera?

Kiedy prezes i jego przyboczni zbierali się na konferencję, jeszcze raz zadzwonił Rokita. Sekretarka przekazała, że rozmówca jest na linii. Kaczyński obawiał się, że Rokita telefonuje, żeby wycofać się ze swych deklaracji. „Proszę przekazać, że już zeszliśmy na konferencję”, polecił sekretarce prezes. Trzy minuty później Kaczyński ogłosił, że PiS chce, by premierem był Marcinkiewicz. Brat wpadł w złość. Wiadomo to, bo Jarosław Kaczyński zadzwonił do niego tuż przed konferencją. Połączono rozmowę. Gdy Lech dowiedział się, że to nie brat ma budować rząd, dostał piany. „Może ja podjadę i porozmawiamy, przedstawię ci argumenty. Gdzie ty teraz jesteś?”, próbował negocjować Jarosław. „Nie powiem ci, gdzie jestem!”, usłyszał. Potem Lech rzucił słuchawkę.

„Czy brat był niezadowolony? Po prostu wściekły! Od 56 lat się tak nie pokłóciliśmy. Przez kilka dni nie odbierał ode mnie telefonów!”, mówił we „Wprost” Jarosław Kaczyński. Ruch z Marcinkiewiczem się opłacił i na pewno przyczynił się do zwycięstwa Lecha Kaczyńskiego.

Miesiąc później. Pokój na pierwszym piętrze Politechniki Warszawskiej. 23 października, zbliża się godzina 22. Przed wejściem tłoczą się dziennikarze, po korytarzach krążą politycy i celebryci, którzy postawili na Donalda Tuska. Swoich mistrzów, żeby pogrzali się w blasku zwycięzcy, przysłał nawet zawodowy promotor bokserski Andrzej Wasilewski. Ale zwycięstwa nie ma. Jest druga w ciągu kilku tygodni klęska.

Donald Tusk nie chce się pokazać, skomentować wyniku wyborów prezydenckich. Przegrał na samym finiszu, choć był murowanym faworytem. Przegrał na dodatek z Lechem Kaczyńskim, któremu jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie dawano szans w sondażach. I jeszcze dziadek z Wehrmachtu wyciągnięty Tuskowi na ostatniej prostej. Czegoś takiego lider Platformy się nie spodziewał. Polityk tej partii Rafał Grupiński opowiadał nam, że Tusk nie wiedział o przeszłości swego dziadka. Według Grupińskiego rodzina wcześniej nie mówiła o tym Donaldowi Tuskowi.

Tłum pod drzwiami rzednie, reporterzy tracą nadzieję, że przegrany lider wypowie się publicznie. Tusk opuszcza Politechnikę późno, jest po kilku winach. Jedzie ze strategiem swojej kampanii Natalią de Barbaro do knajpy przy ulicy Foksal. Stamtąd dzwonią do Jana Rokity. „Przyjedź”, słyszy Rokita w słuchawce. Na Foksal zastaje Tuska w fatalnej formie, lider PO zapada się w sobie, jest opuszczony, pełen najgorszych myśli. Wie, jaki los najczęściej spotyka przywódców, którzy przegrywają dwie teoretycznie wygrane kampanie wyborcze z rzędu.

Lech Kaczyński był wtedy pięć kilometrów od gwarnej ulicy Foksal. Sprosił około trzydziestu współpracowników do restauracji Tradycja na Dolnym Mokotowie. Jednym z gości imprezy był Robert Draba, wiceprezydent Warszawy u boku Kaczyńskiego, a potem minister w Pałacu.

Draba mówił nam, że tamtego wieczora Lech Kaczyński na pewno wzniósł toast, ale nie zapadł on w pamięć przyszłego ministra. Draba tłumaczył nam, że jego szef nie znosił przemów, sztucznej pompy, a wśród znajomych zachowywał się skromnie. Według ministra Kaczyński powiedział raptem kilka zdań i uniósł kielich. Nie celebrował chwili. Ale nie ma co kryć, że był to wieczór pełnego tryumfu. Kilka godzin wcześniej późniejszy prezydencki minister i współautor sukcesu Michał Kamiński wołał do gości wieczoru wyborczego PiS-u w Pałacu Kultury i Nauki: „Gdyby nie trwająca cisza wyborcza, to bym państwu powiedział, żebyście poszli do bufetu i zjedli ostatnie kanapki w III RP. Za pół godziny na tej sali wystąpi prezydent IV RP!”.

Wystąpił. Wypowiedział słynne zdanie adresowane do Jarosława Kaczyńskiego: „Panie prezesie, melduję wykonanie zadania!”. Slogan, który przez przeciwników został zapamiętany Kaczyńskiemu jako symbol uległości wobec brata.

ROZDZIAŁ II.

PAŁAC JEST NASZ

Pokój tuż obok prezydenta przypadł Elżbiecie Jakubiak, nowej szefowej gabinetu prezydenta.

„Był opustoszały. Została tylko »szafa« Marka Ungiera, a właściwie kredens po słynnym szefie gabinetu prezydenta Kwaśniewskiego. Waldemar Dubaniowski, mój bezpośredni poprzednik, zapewnił mnie, że nie dotykał zawartości. Znalazłam tam nalewki i bimber w jakichś dziwnych butelkach” – opowiadała nam Jakubiak.

W podziemiach Pałacu ludzie Kaczyńskiego natknęli się na pomieszczenie z podglądem na wszystkie pałacowe sale. Cały gmach był upstrzony dziwnymi rzeźbami Zofii Wolskiej. Jakubiak w rozmowach z urzędnikami określiła je jako „wrona bez ogona”. Artystka była prywatnie znajomą Kwaśniewskich, którzy najwyraźniej postanowili promować jej sztukę. Większość z dzieł udało się wywieźć z Pałacu na wiosnę 2006 pod pretekstem porządków przed wizytą Benedykta XVI.

Niektórzy ludzie byłego prezydenta trochę nieporadnie próbowali przystosować się do nowych czasów. Stanisław Ćwik, dyrektor biura wystąpień prezydenta, a w latach 90-tych znany dziennikarz „Trybuny” i jej wicenaczelny, w grudniu 2005 przygotował projekt życzeń świąteczno-noworocznych, które głowa państwa rozsyła w setki miejsc – do ambasad, urzędników państwowych, ważnych osobistości. Życzenia kończyły się krótkim „Szczęść Boże!”.

Robert Draba w rozmowie z nami wspominał nam, że nie było ogólnego hasła: „Czyścimy ludzi Kwaśniewskiego”. Drabie przypadło nadzorowanie biura prawnego kancelarii. Jego szefem był Andrzej Dorsz. Według przychodzącego ministra świetny fachowiec. Draba powiedział mu, że chce na jego miejsce powołać nowego człowieka, a jemu proponuje posadę zastępcy. Przystał na to i współpraca między „starym” urzędnikiem a „nowym” ministrem układała się bardzo dobrze.

Wendety, krwawej zemsty na ludziach Kwaśniewskiego nie było. Usposobienia do takich porządków nie miał pierwszy szef kancelarii Andrzej Urbański. Co więcej – zgody na czystki nie dawał sam Lech Kaczyński. Nigdy publicznie nie mówił źle o poprzedniku. Jest to o tyle interesujące, że obóz braci wygrał wybory pod sztandarami rozliczenia III RP. W tej retoryce Kwaśniewski był „patronem układu”, „Olkiem”, „Preziem”, symbolizował najgorsze cechy.

Spotkali się w towarzystwie małżonek, kiedy Kaczyński był jeszcze prezydentem elektem. Odchodząca para prezydencka podjęła następców obiadem. Wszystko odbyło się bardzo elegancko. Kaczyński przyszedł z kwiatami dla pani Jolanty, ona – jako jego była studentka – mówiła do prezydenta elekta „profesorze”. Kwaśniewski też był bardzo serdeczny. Opisał następcy prezydenckie gospodarstwo, w tym ośrodki na Helu i w Wiśle, opowiedział, jacy liderzy państw, z którymi Polska utrzymuje najbliższe stosunki, są w bezpośrednim kontakcie. Atmosfera była na tyle dobra, że obie strony wystąpiły bez przyzwoitek, sekretarzy i świadków rozmów. Jakubiak i Dubaniowski jedli w tym czasie obiad w innej sali Pałacu.

Potem była rewizyta. Już po objęciu urzędu przez Kaczyńskiego Kwaśniewscy wpadli „na stare śmieci”. Było równie miło jak za pierwszym razem. Niektóre osoby w kancelarii o bardziej wyrazistych antykomunistycznych poglądach, na przykład Anna Kamińska kierująca biurem informacyjnym, z trudem przyjmowały tête-à-tête szefa z Kwaśniewskim i specjalnie się z tym nie kryły przed innymi urzędnikami. Skąd brał się szczególny stosunek Lecha Kaczyńskiego do poprzednika?

„Ma głęboko zakorzeniony szacunek dla państwowości. Nikt nie uosabia jej mocniej niż prezydent Rzeczypospolitej. Gdyby Wałęsa nie ubliżał prezydentowi na każdym kroku, Kaczyński nigdy publicznie nie powiedziałby o nim złego słowa” – tłumaczyła nam Elżbieta Jakubiak.

Oczywiście w zamkniętym gronie współpracowników prezydentowi zdarzało się powiedzieć, co myśli o Kwaśniewskich. „Z ironią nazywał ich Top Modele ze względu na to, że ciągle promowali się w kolorowych gazetach. Ale o Jolancie Kwaśniewskiej zawsze wypowiadał się pozytywnie” – opisuje Janusz Kaczmarek, były prokurator krajowy, a potem minister spraw wewnętrznych, w pierwszej części prezydentury jeden z najbardziej zaufanych ludzi Lecha Kaczyńskiego.

Ale takie oceny wypowiadał prezydent za zamkniętymi drzwiami, publicznie swego poprzednika nie atakował.

Dziennikarze jednego z tygodników spytali Kaczyńskiego przy którymś z wywiadów o jego zaangażowanie po stronie PiS-u w wyborach uzupełniających do Senatu. Prezydent się zirytował. Powiedział, że larum nie podnoszono, gdy Kwaśniewski przyjmował orszaki polityków SLD, którzy przynosili listy wyborcze do zatwierdzenia. Przy autoryzacji wyrzucił kwestię ze spisanej rozmowy. Nieatakowanie Kwaśniewskiego to była także taktyka polityczna. Dla braci od 2005 roku przeciwnikami nie byli odchodzący Kwaśniewski czy rozbita lewica, lecz drużyna Tuska i Platforma.

Według Rafała Grupińskiego ktoś mądrze podpowiedział prezydentowi, że może uderzać w różne osoby, ale nie w Kwaśniewskiego, bo to samobójstwo. Kaczyński, jak oceniał polityk Platformy, doskonale wiedział, że dla lewicowego elektoratu Kwaśniewski jest ikoną. Dla kogoś, kto chce walczyć o reelekcję, zrażanie do siebie wyborców lewicy byłoby niewybaczalnym błędem.

 

Poza tym po kilku tygodniach w Pałacu Kaczyński zorientował się, że zajęcie wcale nie jest tak łatwe, jak mogłoby się wydawać z boku. I że dwukrotne wygranie wyborów, utrzymywanie przez 10 lat poparcia społecznego oraz skupienie bardzo dużej władzy, mimo niewielkich prerogatyw, jest sztuką, która Kwaśniewskiemu wychodziła pierwszorzędnie.

W sierpniu 2007 roku prezydent nazwał rzecz po imieniu w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”: „Ten urząd związany jest z olbrzymią ilością kłopotów, przeciwności, napięć. Kiedyś jako minister sprawiedliwości byłem gościem u prezydenta Kwaśniewskiego. Pomyślałem sobie wtedy, że to jest takie miejsce spokoju. A teraz okazało się, że niestety nie”.

Kwaśniewski kiedyś zwierzał się dziennikarzom na stronie, jak to któregoś razu zasiedział się przy czerwonym winie u następcy. W jego opowieści Kaczyński jawił się jako człowiek, który snuje, pełną dygresji, gawędę o czasach, gdy był uniwersyteckim wykładowcą Jolanty Konty, przyszłej pani Kwaśniewskiej. W byłym prezydencie nowy znalazł rozmówcę, który przeszedł to, co teraz spotykało jego. Człowieka, który nie może iść zwyczajnie do restauracji albo do teatru. Polityka, którego kalendarz nie jest wypełniony na tydzień albo dwa do przodu. Robert Draba opisywał nam, że jest to sytuacja, do której przywyka się z trudem. Do tego na przykład, że za dwa miesiące o godzinie powiedzmy 10.45 będziesz przez 45 minut rozmawiał z premierem państwa Y. I nie bardzo masz wyjście, żeby tego nie robić.

Jest jeszcze jeden powód szczególnego stosunku Lecha Kaczyńskiego do Aleksandra Kwaśniewskiego. Roboczo można go nazwać zabezpieczeniem własnych tyłów.

Janusz Kaczmarek, były prokurator krajowy, wspomina: „W pierwszych miesiącach prezydentury Lech Kaczyński wygłosił do mnie i Zbigniewa Ziobry, wówczas ministra sprawiedliwości, przemowę na temat Kwaśniewskich. Padły słowa, iż nie chce, by ich ścigano, zaczepiano. Użył argumentu, że on też kiedyś będzie byłym prezydentem. Po wyjściu Ziobro powiedział mi, że Lech nie ma dobrego rozpoznania politycznego. Stwierdził, że w sprawie Kwaśniewskich ma zupełnie inne uzgodnienia z Jarosławem Kaczyńskim, który nie był wtedy premierem. Dodał, że niebawem w jednej z gazet ukaże się tekst na temat wątpliwej magisterki Kwaśniewskiego, i prokuratura się tym zajmie”.

Oczywiście obóz PiS-u atakował później Kwaśniewskiego, była akcja CBA, w której sieci zastawiano na Jolantę Kwaśniewską, ale prezydent trzymał się od tego z daleka. Sprawę rozgrywali PiS-owscy „jastrzębie”, a nie głowa państwa.

Po przejęciu Pałacu od Kwaśniewskiego, w sylwestra w 2005 roku, Lech Kaczyński wygłosił swoje pierwsze orędzie noworoczne jako prezydent Rzeczypospolitej. Było najdłuższe ze wszystkich, pełne obietnic i pompatyczne: „Dom, któremu na imię Polska, musi stać się czysty. Chcę Was, Panie i Panowie, zapewnić, że uczynię wszystko, by tak się stało. Tylko Polska sprawiedliwa, uczciwa i solidarna może się rozwijać”.

Plany były wielkie. Prezydent miał być akuszerem, a potem strażnikiem rodzącej się IV Rzeczypospolitej. Polski solidarnej, wolnej od korupcji, układów, agentów. Regionalnego mocarstwa, które odgrywa ważną rolę w Unii Europejskiej.

Szybko okazało się, że podwójny tryumf – w wyborach parlamentarnych i prezydenckich – przerósł zwycięzców. Nie byli gotowi unieść aż tyle władzy. Nie mieli doświadczonych urzędników, którym mogli zaufać. Byli nieprzygotowani do obsady tak wielkiej liczby stanowisk. Ludzie byli potrzebni nie tylko do pracy w Pałacu. Ktoś musiał objąć stanowiska w rządzie, w najważniejszych komisjach sejmowych, w zarządach spółek skarbu państwa, państwowych agencjach. Według Roberta Draby burzyło to stabilny świat wokół Lecha Kaczyńskiego.

Otoczenie prezydenta próbowało oswajać się z władzą. Jeden z urzędników opisywał nam szok, jaki przeżywali „nowi” po wejściu na salony: „Kiedy pan minister wychodzi, podąża za nim asystent, a drzwi do auta otwiera ochroniarz. Na ministerialne biurka zaczęli dostawać stosy zaproszeń na rauty, spotkania, obiady”.

Lech Kaczyński musiał dokonać pierwszych nominacji, wybrać, komu zaufa. Tu uwidoczniła się cecha, która będzie prześladowała go przez następne miesiące i lata. Brak umiejętności wynajdywania odpowiednich ludzi.

Pierwszym szefem kancelarii został Andrzej Urbański, zastępca Kaczyńskiego w warszawskim Ratuszu. Kolega wszystkich – od środowiska „Gazety Wyborczej” aż po prawicę. W 2007 roku w wywiadzie dla „Dziennika” prezydent mówił, że z Urbańskim przyjemnie jest wieczorem pogadać. „Urbański miał śmieszny zwyczaj naśladowania Kaczyńskich. Powszechnie wiadomo, że Jarosław w latach 90-tych miał pistolet. Urbański wyrobił sobie pozwolenie i też kupił broń” – opowiadał nam polityk PiS-u.

Z tą bronią była przygoda w Ratuszu, zanim Lech Kaczyński poszedł do Pałacu Prezydenckiego. Któregoś razu w Ratuszu dało się słyszeć błagalne wołanie: „Panie Polko, panie Polko!”. Okazało się, że to wzywanie byłego dowódcy jednostki GROM dobiega z pomieszczeń zajmowanych przez prezydenta Warszawy. W gabinecie rozgrywała się osobliwa scena, której bohaterami byli Urbański i Kaczyński. Ten pierwszy miał w dłoni naładowany rewolwer z odciągniętym kurkiem. Pokazywał prezydentowi broń i nie mógł wyciągnąć bębenka. Nie wiedział, co zrobić, żeby rozładować rewolwer bez oddawania strzału. Scena wyglądała filmowo. Prezydent, a obok niego najbliższy współpracownik z naładowaną bronią, która odmawia posłuszeństwa. Polko włożył palec pod kurek, nacisnął spust i delikatnie opuścił kurek. Dopiero wtedy mógł wyciągnąć bębenek.

Urbański, przezywany „Pontonem” ze względu na tuszę, ale też umiejętność pływania po każdych politycznych wodach, był świetnym kompanem, bratem łatą, ale na szefa kancelarii się nie nadawał. Pałacowy urzędnik wspomina: „Lech go rzeczywiście lubił, bo był niesłychanie towarzyski i miał dojścia do środowisk, które dla Kaczyńskiego były niedostępne. Wszystkich znał, ze wszystkimi był na »ty«. Ale to była całkowita pomyłka. Urbański jest facetem, który może być duszą towarzystwa na imprezie, ale nie szefem kancelarii. Szef kancelarii ma do wykonania papierkową robotę, to urzędnicza, biurokratyczna mitręga, a nie brylowanie po salonach”. Na wpadki urzędu prezydenckiego nie trzeba było długo czekać…

W marcu 2006 okazało się, że Kaczyński przyznał, choć nie miał takiego zamiaru, Krzyż Powstańców Sybiru generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu. Powstała żenująca sytuacja, po której autor stanu wojennego odesłał order do Pałacu. Generał tłumaczył w liście do Kaczyńskiego, że „nie cierpi na niedosyt odznaczeń”, i ubolewał, że pomyłka mogła sprawić prezydentowi osobistą przykrość. Była to kompromitacja, za którą odpowiadali urzędnicy kancelarii, podwładni Urbańskiego.

Po pół roku urzędowania Urbańskiego zmiótł tekst z „Rzeczpospolitej” ujawniający, że szef Kancelarii Prezydenta ma spółkę producencką z byłym SLD-owskim wojewodą Ryszardem Nawratem, oskarżonym o korupcję.

Historyjka, która rozegrała się po tym tekście, pokazała, jaką nieufnością darzyli się współpracownicy Kaczyńskiego już na wstępie prezydentury. Urbański był święcie przekonany, że artykuł w „Rzepie” inspirował duet Adam Bielan-Michał Kamiński. Szef kancelarii nie chciał zrozumieć, że dziennikarze przypadkowo trafili na osobę dostającą kiedyś pieniądze od spółki, przy której pojawiało się jego nazwisko. Sprawdzili firmę w sądzie gospodarczym i okazało się, że jest to wspólne przedsięwzięcie duetu Nawrat-Urbański. Następnie opisali sprawę. Doszło do tego, że Bielan w obecności Urbańskiego zatelefonował do współautora tekstu Piotra Śmiłowicza. Puszczona na głos rozmowa miała przekonać szefa kancelarii, że on i Kamiński nie mają ze sprawą niczego wspólnego. „Urbański zwyczajnie nie miał szczęścia, bo artykuł ukazał się tuż przed dużą PiS-owską imprezą. Atmosfera była taka, że trzeba było komuś ściąć głowę, i padło na niego” – tłumaczył nam polityk PiS-u.

Gołym okiem było widać, że na początku ludzie prezydenta mieli problemy z ogarnięciem sytuacji. Świadczy o tym opowieść mówiąca, co działo się w prezydenckim Biurze Bezpieczeństwa Narodowego.

Za Aleksandra Kwaśniewskiego BBN pod kierownictwem Marka Siwca miało bardzo mocną pozycję. Wydawało się, że za Kaczyńskiego, dla którego sprawy bezpieczeństwa były priorytetem, pozycja tej instytucji będzie podobna albo jeszcze wzrośnie. Okazało się, że jest zupełnie inaczej.

Były pracownik BBN-u opowiada: „Nie było żadnego pomysłu. Ludzie przekładali papiery z miejsca na miejsce aż do jesieni 2006 roku. Obowiązki szefa BBN-u pełnił Andrzej Urbański, który przecież był wówczas szefem kancelarii, gdzie miał masę obowiązków. Do tego o Urbańskim można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że zna się na bezpieczeństwie narodowym. Zresztą w ogóle z rzadka wpadał do biura”.

BBN-em faktycznie przez ten czas kierował admirał Ryszard Łukasik, były dowódca Marynarki Wojennej nazywany „Słońcem Wybrzeża”. Łukasik był „spadkiem” po Kwaśniewskim. W nowym układzie nie miał żadnych wpływów i możliwości. Nikt nie miał głowy, by zajmować się BBN-em.