Martwe ciałaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Martwe ciała
Martwe ciała
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75  60 
Martwe ciała
Audio
Martwe ciała
Audiobook
Czyta Jakub Kamieński
40 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Oficynka & Michał Larek, Waldemar Ciszak, Gdańsk 2019


Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana

lub odczytywana w środkach masowego przekazu

bez pisemnej zgody Oficynki.


Wydanie drugie w języku polskim, Gdańsk 2019


Opracowanie redakcyjne: zespół

Skład: Piotr Geisler

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

Projekt okładki: Anna M. Damasiewicz

Zdjęcie na okładce:

© Sergiy Tryapitsyn | Depositphotos.com


ISBN 978-83-65891-95-2



www.oficynka.pl

email: oficynka@oficynka.pl

Wskazał na moje szaty; były zabłocone i splamione krwią. Oniemiałego ujął mnie za rękę; widniały na niej ślady odciśniętych ludzkich paznokci. Naprowadził moje spojrzenie na przedmiot oparty o ścianę. Przyglądałem mu się dłuższy czas: był to szpadel.

Allan Edgar Poe, Berenika (tłum. S. Studniarz)

Nie ma wątpliwości, że aby dokonać zbrodni, zboczeniec wyjął ciało z dołu.

Jacques Chessex, Wampir z Ropraz

(tłum. A. Topczewska).

A seks jest przymusem. […] nie ma takiej siły, która może powstrzymać seks.

Bronisław Świderski, Słowa obcego

SPIS TREŚCI

Prolog

7 września 1983 roku

8 września 1983 roku

CZĘŚĆ PIERWSZA

Początek

Poszukiwania

Odnalezienie Alinki

Sekcja zwłok

Alinka

Styczeń

Niespokojne sny

Majowa noc

„Wilczyca”

Psy

„Ma pan u siebie zabójcę!”

Zatrzymanie

Pierwsze przesłuchania

CZĘŚĆ DRUGA

Porucznik Jakubowski wkracza do akcji

Zmagania z Kolanowskim

Kapitan Szrama

„Rozkuwanie” Edmunda

Edmund Kolanowski według Grażyny B.

Wizja lokalna – pierwsza

Wawer – kolejne zabójstwo

Baborówko – trzecie zabójstwo

List

CZĘŚĆ TRZECIA

Pierwsza rozprawa

Sąd, prawda i kasety wideo

Obrońcy Kolanowskiego

„Zimny chirurg”

Wywiad z zabójcą

Poczytalny?

Kolanowski pod obserwacją

Wyliczyć, narysować, doprecyzować

Obrońca kontra biegła

Niepoczytalny?

Nie

Koniec

Fragmenty biograficzne: Kolanowski w oczach biegłych

Inne zabójstwa?

Dlaczego?

Od autorów

„Martwe ciała” cztery lata później

Bibliografia

PROLOG

Fragment protokołu przesłuchania z 7 września 1983 roku. Godzina 15.00. Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Poznaniu, pokój numer 143. Przesłuchuje i protokołuje kapitan Michał Gajdamowicz. Obecny jest też kapitan Andrzej Przywieczerski. Obaj są oficerami Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Poznaniu.

„Przyznaję się, że w dniu 4 listopada 1982 roku w Naramowicach dokonałem zabójstwa dziewczyny. Nie znałem jej przedtem, a obecnie wiem, że nazywa się Alina K. Mieszkanka Poznania, dokładnego miejsca jej zamieszkania nie znam. Przyznaję się obecnie do zabójstwa tej dziewczyny, gdyż wiem, iż i tak by się wydało, a nie przyznawałem się dlatego, że bałem się odpowiedzialności karnej, a przede wszystkim kary śmierci”.

Fragmenty protokołu przesłuchania z 8 września 1983 roku, utrwalonego na taśmie magnetofonowej. Godzina 12.40. Przesłuchuje wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Poznaniu Michał Posadzy. Protokołuje kapitan Michał Gajdamowicz.

– Chciałbym zapytać was na początku, czy wy się przyznajecie do winy i czy to, co powiedzieliście w tym protokole, jest prawdą.

– Tak.

– Tak. Nie wiem, czy żeśmy ujęli, że przesłuchanie odbywa się w dniu dzisiejszym, tj. dziewiątego, zdaje się.

– Ósmego.

– W dniu ósmego września tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego roku. Dobrze, więc co, prawdę powiedzieliście?

– Tak.

– Głośno i wyraźnie mówcie.

– Prawdę powiedziałem.

– Proszę?

– To, co powiedziałem, to powiedziałem z przebiegu zajść.

– Tak, czyli prawdą jest, że dopuściliście się zabójstwa Aliny K.?

– Tak.

– Dobrze, no to w takim razie proszę jeszcze raz mi opowiedzieć, w jakich okolicznościach, jak to wszystko wyglądało, dlaczego. Proszę, słucham, mówcie głośno i wyraźnie.

– Więc całe od początku?

– Tak, od początku.

– No więc tego dnia byłem w pracy.

– Którego, jeszcze powiedzcie, dnia.

– To był czwarty listopada.

– Pamiętacie?

– Tak, to był czwarty listopada, czwartek.

– Dobrze, proszę, słucham, mówcie.

CZĘŚĆ PIERWSZA

POCZĄTEK

– Od czego zacząć? – zastanawia się. – Może od lutowego zdarzenia? Wyobraźcie sobie, panowie, że przez naramowickie pola idzie siedemnastoletnia dziewczyna. Nagle w oddali dostrzega coś dziwnego. Podchodzi i zamiera. Jest zszokowana. Co widzi? Nagie rozkraczone zwłoki. I do tego zbezczeszczone. – Wzdycha. – O znalezisku została powiadomiona milicja – ciągnie dalej po krótkiej pauzie. – Okazało się, że tego samego dnia z naramowickiej przycmentarnej kaplicy ukradziono zwłoki starszej kobiety. Rodzina nieboszczki otworzyła trumnę i ze zdumieniem stwierdziła, że nie ma w nim ciała. Medyk ustalił potem, że nieznany sprawca wyciął zmarłej narządy rodne. Sprawę dostał kolega z firmy, nieżyjący Bohdan Nowakowski.

Przerywa, bierze solidnego łyka, odstawia szklankę i chwyta się pod łokciami. To jego ulubiona poza.

– Teraz możemy przeskoczyć do czwartego listopada tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku – mówi.

 

Kiwamy głowami, przyglądając się naszemu rozmówcy, czyli majorowi Romanowi Wojtyniakowi, emerytowanemu oficerowi UOP-u. To wysoki, postawny mężczyzna o niskim, miłym głosie. W młodości przypominał trochę z wyglądu Mariana Zacharskiego, słynnego szpiega. Na początku lat osiemdziesiątych pracował w poznańskiej Komendzie Miejskiej MO, której siedziba mieściła się na placu Wolności. Był wówczas porucznikiem w wydziale kryminalnym, doświadczonym operacyjniakiem.

Wojtyniak sięga po album ze zdjęciami, przewraca kilka kartek i zatrzymuje się przy jednej fotografii. Wyciąga ją i kładzie na stół.

Fotografia jest czarno-biała. Przestawia scenkę z zabawy mikołajkowej. Na pierwszym planie stoi uśmiechnięta dziewczynka. Jest skromnie ubrana, w długą zwiewną spódnicę oraz koszulę z kołnierzykiem włożoną pod sweter. Patrzy w obiektyw, trzymając w rękach paczkę z prezentami. Obok niej siedzi święty Mikołaj i również przygląda się fotografowi.

– Czyli do dnia, w którym zaginęła Alinka K. – dopowiada. – To była jedenastoletnia dziewczynka. Mieszkała na Naramowicach, na ulicy Dziewanny. Późnym popołudniem wyszła z domu na łąkę, żeby narwać trawy dla królików.

Odchrząknąwszy, kontynuuje:

– Gdy długo nie wracała, ojciec zadzwonił na komisariat i zgłosił zaginięcie córki. Sprawę dostałem ja. W przypadku zaginięcia dziecka następuje wielka mobilizacja. Tak się stało i w tym przypadku. Zarządziliśmy poszukiwania, penetracje. Z psami tropiącymi, z psami na zwłoki. Niestety, mimo ogromu włożonej pracy nie przyniosło to żadnych rezultatów. Po Alince wszelki ślad zaginął. Co oczywiście, źle wróżyło.

Wojtyniak milknie. Marszczy czoło i po chwili się uśmiecha.

– Taka ciekawostka – mówi. – Gdy sprawa zrobiła się głośna i medialna, na komendę zgłosiła się pewna pani i oznajmiła, że wie, gdzie są zwłoki dziewczynki. Zaprowadzono ją do naczelnika Knoffa, któremu zaoferowała pomoc. „Wskażę wam miejsce – powiedziała. – Ale musicie dać mi jej zdjęcie i przydzielić oficera, który wierzy w moją działalność”. Gdy wyszła, naczelnik zawołał mnie i mówi: „Słuchaj, zgłosiła się tu taka jakaś. Po papierach wnioskuję, że jest mądrzejsza od wszystkich mądrych. Twierdzi, że wie, gdzie leży Alinka. Pojedziesz?”. „Szefie – ja na to – nie wierzę w to w ogóle. Ale jak szef chce, to pojadę”. „To jedź”, „No dobrze”.

Oficer śmieje się.

– Wywlokła mnie za Poznań – opowiada dalej. – Pół Biedruska przeszliśmy, ale nic oczywiście z tego nie wynikło.

POSZUKIWANIA

Szymon Bielawski, przystojny deweloper po pięćdziesiątce, był wtedy studentem architektury. W czasie wolnym udzielał się jako nurek w klubie sportowym Mistral należącym do Państwowej Straży Pożarnej w Poznaniu. Z racji powiązań organizacyjnych klub obsługiwał różne akcje operacyjne.

– Między innymi wyławialiśmy topielców – opowiada. – Pamiętam bardzo dobrze tamten dzień. Było szaro i cholernie zimno. Zostaliśmy wytypowani do działań na Naramowicach. Wzięliśmy sprzęt, wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy. Nie wiedzieliśmy chyba, gdzie dokładnie jedziemy.

Bielawski przymyka oczy, próbuje się skupić.

– Przyjechaliśmy na miejsce. Powiedziano nam, że jesteśmy na terenie Państwowego Gospodarstwa Rolnego Naramowice. W tyle głowy mam zarysy jakiejś szklarni, krzaków, stawu rybnego… Podszedł do nas milicjant, ubrany po cywilnemu. Przedstawił się i zaprosił do służbowej nyski. „Będziecie szukać zwłok dziewczynki w stawie” – powiedział. Określił jej wagę i dodał, że mamy szukać „nie dalej niż pięć metrów od brzegu”. To pamiętam jak dziś.

– Dlaczego akurat pięć metrów? – pytamy.

– Podobno jakiś specjalista stwierdził, że dalej nie da się rzucić człowiekiem o tej wadze. Zanim się wzięliśmy do roboty, milicjant zawołał kogoś z tego gospodarstwa i powiedział mu, że jeśli zażyczymy sobie czegoś na rozgrzanie, to mają nam dać. Ciepłego mleka czy nawet wódeczki.

Bielawski się uśmiecha.

– To ciekawe doświadczenie – mówi. – Z jednej strony patrzę na was, a z drugiej jakimiś wewnętrznymi oczami oglądam tamto miejsce. Widzę je coraz dokładniej…

Sięga po kawę, wypija łyk.

– Ale wracając do właściwego wątku. Omówiliśmy techniczne szczegóły, założyliśmy skafandry i zaczęliśmy przeszukiwania stawu.

– Skojarzyliście, że szukacie właśnie Alinki?

– Tak. Chyba tak. Zapamiętałem, że bardzo chciałem ją odnaleźć. Chciałem, żeby to się już skończyło. Te przedłużające się poszukiwania.

– O której zaczęliście pracę?

– Około dziesiątej.

Nasz rozmówca bardzo dokładnie opowiada, jak to wyglądało. Wreszcie oznajmia:

– Po paru godzinach znaleźliśmy…

Wbijamy w niego wzrok.

– Znaleźliście? Zwłoki? Dziewczynki?

Kręci głową.

– Nie. Zatopionego malucha. Fiata 126p. Poinformowaliśmy o tym milicjanta, który kazał nam wyciągnąć tablice rejestracyjne. Gdy to zrobiliśmy, sprawdzono je w bazie danych. Okazało się, że auto było kradzione. Podobno właściciel nie był zadowolony ze znaleziska.

Śmiech.

– Wyjęliście go?

– Ale dopiero po trzech dniach. Żeby telewizja mogła to nakręcić.

ODNALEZIENIE ALINKI

Wojtyniak odstawia na stół butelkę wody mineralnej i kontynuuje swoją opowieść.

– Alinki ciągle nie było. Zakładaliśmy zabójstwo, no ale nie mieliśmy zwłok. Piętnastego grudnia idę do naczelnika i mówię: „Szefie, robimy ostatnią dużą penetrację, bo śnieg spadnie i zatrze wszystkie ślady”. Knoff załatwił z ZOMO kilkudziesięciu funkcjonariuszy. Rychło rano zawieźliśmy wszystkich na Naramowice. Na odprawie dałem każdemu do ręki zdjęcie Alinki i powiedziałem: „Słuchajcie, chłopaki, przeczeszemy cały las. Szukamy czegokolwiek. Może zwłok, może jakiegoś drobiazgu, jakiejś pierdoły. Wszystko może okazać się ważne”. Ława ruszyła. Po przejściu trzystu, czterystu metrów coś zaczęło się dziać. Po lewej stronie. Na wysokości Dziewanny. Przyspieszyłem. Gdy doszedłem na miejsce, zobaczyłem ją. „O, kurwa, powiedziałem, to koniec”.

– Ale czy wyście nie przeszukiwali tego terenu wcześniej? – pytamy zdziwieni.

– I to niejeden raz! I z psami, i bez psów. Nie wiem, dlaczego wcześniej ją przegapiliśmy? To dla mnie wielka zagadka.

Wojtyniak rozkłada bezradnie ręce.

– Ona leżała zasypana w pryzmie. Może dlatego nasze psy jej nie wyczuły? Nie wiem.

– A jak to się stało, że tym razem ją znaleźliście?

– Tak naprawdę z tej pryzmy wykopały ją psy należące do pobliskiego gospodarstwa. Musiały ją wydobyć na powierzchnię tuż przedtem, jak ruszyliśmy na ostatnią penetrację.

Oficer sięga po album, w którym trzyma zdjęcia zrobione w trakcie śledztwa. Wyciąga jedno z nich, podaje nam. To okropny widok. Krzywimy się.

– Nogę miała wygryzioną do kości przez te psy – dodaje, kręcąc głową. – Gdyby zobaczyli to rodzice, od razu padliby na zawał. – Odbiera zdjęcie i chowa je z powrotem do albumu. – W zaistniałej sytuacji poszedłem zadzwonić do naczelnika. Po jakimś czasie zjechali się wszyscy święci. Komendant, którym był pułkownik Tadeusz Zamelski, naczelnik Wydziału Kryminalnego, czyli major Kazimierz Knoff, oraz inni – święci. Zabezpieczyliśmy teren i zaczęliśmy czynności. Oczywiście pojawiła się kwestia, kto pójdzie do rodziców Alinki i przekaże im informację.

Wojtyniak patrzy na nas wymownie.

– Wytypowano mnie – wzdycha. – Pomaszerowałem do nich z ciężkim sercem, byli akurat w domu. Nie pamiętam dokładnie tego spotkania. Jakoś oględnie to zrobiłem, nie zdradzając wszystkich szczegółów. Widziałem, jak schodzi z nich powietrze.

SEKCJA ZWŁOK

Ciało Alinki przewieziono do Zakładu Medycyny Sądowej, który mieści się na ulicy Święcickiego, tuż przy gmachu Międzynarodowych Targów Poznańskich. Sekcję przeprowadził doktor Marian Stochaj. Okazało się, że ciało dziewczynki było okaleczone w podobny sposób, jak ciało odnalezione w lutym na Naramowicach.

– Ona zupełnie nie pasowała do tego schematu – mówi wspomniany doktor Stochaj, którego odwiedziliśmy, aby wypytać o różne szczegóły związane z tamtym śledztwem. – Do tego nekrofilnego schematu.

Znany i bardzo zasłużony dla wymiaru sprawiedliwości poznański medyk sądowy stoi przy otwartym oknie w swoim gabinecie. Zaciąga się papierosem.

– Myśleliśmy, że facet gustuje tylko w trupach. A tu nagle coś takiego. Dziewczynka. Dlaczego?

Stochaj to siedemdziesięcioparoletni, ale krzepki mężczyzna. Średni wzrost, niewielki brzuszek, mefistofeliczna bródka. Naszą uwagę zwracają też lekko rozpięta koszula i srebrna bransoleta na ręce.

– To była dla nas cholerna nowość.

W tamtych czasach Stochaj był już uznanym specjalistą medycyny sądowej z ponaddwudziestopięcioletnim stażem. Krytyczny, dociekliwy. Uparty. Znany ze swoich inspirujących, choć i złośliwych uwag. Postrach studentów ostatniego roku medycyny, którzy musieli przystąpić u niego do egzaminu praktycznego.

Postanowiliśmy porozmawiać z doktorem, bo to przecież on, z racji swojej funkcji, najdokładniej przyjrzał się krwawym skutkom postępowania przestępcy. Co więcej, uczestniczył również w naradach, konsultacjach i analizach śledczych w czasie intensywnych działań poszukiwawczych. Takiego ważnego i oryginalnego źródła wiedzy nie można pominąć.

Słuchamy więc lakonicznych wypowiedzi medyka.

– No tak, zastanawialiśmy się, kim mógł być sprawca. Myśleliśmy na przykład, że to stary facet.

Siadamy teraz przy dużym stole konferencyjnym. Stąd mamy widok na imponującą bibliotekę.

– Snuliśmy też przypuszczenia, że to jest jakiś rzeźnik. Cięcie miał przecież bardzo fachowe. Szybko nabierał wprawy.

Stochaj daje nam interesujący miniwykład o eskalacji. Jedną z dwóch głównych jej przyczyn jest poczucie bezkarności.

ALINKA

Skręcamy z Naramowickiej w ulicę Łużycką i po chwili parkujemy samochód obok Tesco, przy budce z burgerami. Tam czeka na nas Anna W., czterdziestoletnia mieszkanka Naramowic.

Razem idziemy na ulicę Dziewanny. Chcemy zerknąć na dom, w którym mieszkała dziewczynka. Potem planujemy przejść się na pobliski cmentarz, przystanąć przy grobie Alinki i zapalić jej świeczkę.

– Miałam wtedy pięć lat, Alina jedenaście – opowiada nasza rozmówczyni. – Przyjaźniła się z Kingą, moją sąsiadką z pierwszego piętra. Papużki nierozłączki, dwie śmieszki. Gdy wracały ze szkoły, słychać je było na całym osiedlu. Kinga była wysoka, postawna, Alina niższa. Miała brązowe włosy, związane kolorowymi kokardkami w kitki. Zabawnie razem wyglądały.

Zatrzymujemy się na końcu uliczki, przy szarym jednorodzinnym domku, o przeszklonej werandzie.

– Tutaj mieszkają jej rodzice. – Anna zamyśla się. – A przynajmniej mieszkali… Wtedy… Właściwie to nie wiem, czy jeszcze żyją.

– Pamiętam… – odzywa się po chwili. – Pamiętam, że po zaginięciu Aliny jej matka nie pozwalała gasić zewnętrznego światła.

– Dlaczego?

– Twierdziła, że córka żyje, tylko zgubiła się i błądzi gdzieś po okolicy. Światło miało pomóc jej wrócić do domu.

Milkniemy na moment. Mimowolnie wyobrażamy sobie tę rozdzierającą scenę. Zapłakana matka otwiera drzwi, schodzi po schodach z domu, staje przy płocie i wypatruje swojej córki. Woła ją. Bezskutecznie. Podchodzi do niej mąż, uspokaja.

– Przez kilka tygodni światło paliło się dzień i noc.

Cisza. Ruszamy przed siebie, wzdłuż ulicy.

– Co się działo, gdy dziewczynka zaginęła? – pytamy.

– Wszystkie dzieci dostały szlaban na wychodzenie z domu – pada odpowiedź. – To chyba najbardziej utkwiło mi w pamięci. Nasza swoboda została bardzo mocno ograniczona. Rodzice organizowali „patrole”, które nas odprowadzały do szkoły i przyprowadzały z niej. Tak było do momentu znalezienia ciała. Ale potem, potem – ta dawno swoboda wcale nie wróciła. Coś się skończyło.

Przechodzimy przez Łużycką. Od tamtych czasów tutejsza sceneria mocno się zmieniła. Puste pola zostały zabudowane. Pojawiły się kolorowe budynki, sklepy. Dawna cicha enklawa wypełniła się miejskim gwarem.

– Pamiętasz poszukiwania Alinki?

– Słabo, miałam wtedy jednak zaledwie parę lat. Ale coś kojarzę. Któregoś sobotniego wieczoru, pod koniec listopada, świętowaliśmy imieniny ojca. W pewnym momencie rozległo się pukanie do drzwi. W progu stanęli moi wujkowie, którzy brali udział w poszukiwaniach z ramienia ZOMO; zdaje się, że przeczesywali lasek. Byli straszliwie zziębnięci. Poczęstowaliśmy ich gorącą herbatą.

Po paru minutach docieramy do Jasnej Roli. Przerywamy rozmowę, rozglądamy się po okolicy. To gdzieś tutaj Alinka przyszła zerwać trawę dla królików.

 

– Rozmawiałam niedawno z kolegą, Przemkiem. Twierdzi, że pamięta poszukiwania. Wspomina na przykład wizytę milicjantów, którzy wypytywali o Alinkę.

– Co mieszkańcy mówili o zaginięciu? Spekulowali na ten temat?

– Pewnie!

– Opowiedz.

– Mówili niestworzone rzeczy. Że ktoś ją porwał dla okupu. Że jakaś bezdzietna parą ją uprowadziła… Różne takie nieprawdopodobieństwa.

Pół godziny później wchodzimy na teren cmentarz parafii Matki Boskiej Częstochowskiej. Anna prowadzi nas do grobu dziewczynki. Zatrzymujemy się. Spoglądamy na nagrobek przystrojony kwiatami i lampionami.

– Tu spoczywa nasz córka i siostra – odczytujemy półgłosem. – Świętej pamięci Alinka K., dwudziesty drugi czerwca siedemdziesiątego pierwszego roku.

– Gdy ją znaleziono, wszyscy byli zaszokowani, przerażeni – mówi nagle nasza przewodniczka. – Ale zaraz potem dało się wyczuć ulgę.

– Ulgę?

– Tak, właśnie ulgę.

Patrzymy na nią pytająco.

– Bo przecież w końcu można było zamknąć ten smutny rozdział.

STYCZEŃ

Wojtyniak spogląda na dyktafon, kiwa głową.

– Jeśli dobrze pamiętam, to jakoś wtedy Zamelski podpisał rozkaz o powołaniu grupy operacyjno-śledczej, której zostałem kierownikiem. Dostałem osobny pokój, wielką szafę metalową. Było nas ze trzynastu chłopa. Sprawa otrzymała kryptonim „Nekrofil”.

Major zamyśla się na moment.

– Po pierwsze, mieliśmy zabójstwo. Po drugie, sądziliśmy, że nekrofil, który wykradł zwłoki z kaplicy i zabójca Alinki, to jedna i ta sama osoba. Założyliśmy też, że sprawca jest z okolic. Co było dalej? Zarządziłem rozpoznanie posesyjne. Chodziło o to, żeby dotrzeć dosłownie do wszystkich mieszkańców rejonu i rozpytać ich. Szukaliśmy kogoś z jakimiś dewiacjami psychicznymi, seksualnymi. Sam byłem w wielu mieszkaniach. Pamiętam, że bardzo nam pomógł proboszcz tamtejszej parafii, Bogacki się nazywał. Udostępnił nam swoje kartoteki osobowe. W czasie jednej z rozmów poskarżył mi się, że dzieci nie chodzą na katechizm.

Śmiech.

– Niestety, penetracja niczego nie przyniosła. W związku z tym poszukiwania rozszerzyliśmy na cały Poznań. Powiem panom, że roboty był mnóstwo. Przeszukiwaliśmy szpitale, cmentarze. Analizowaliśmy milicyjne kartoteki. Sprawdzaliśmy najrozmaitszych przestępców seksualnych, dewiantów. Naprawdę mnóstwo. Cały czas zadawaliśmy sobie pytanie, kto to może być. Z jakiego środowiska pochodzi? Z jakiej grupy zawodowej?

– Kogo podejrzewaliście?

– Na przykład pracowników szpitali, który zajmują się zwłokami. Pracowników cmentarzy, rzeźników – Stochaj przecież mówił, że sprawca robi piękne cięcia. Ale to wszystko nie przyniosło oczekiwanych rezultatów.

Wojtyniak bierze do rąk album i wyciąga z niego dwie fotografie. Kładzie je na stole.

– Przełom pojawił się w styczniu tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego roku – kontynuuje. – Sprawca znowu zadziałał. Dwa razy. Tym razem na miłostowskim cmentarzu. Wykopał dwie kobiety. Te właśnie – puka w nie palcem. – Jedna z nich to była młoda dziewczyna, bez nogi; zdaje się, że zmarła na gangrenę. Wyciął im narządy rodne, piersi sobie podarował.

Zerkamy na zdjęcia, które przedstawiają makabryczny widok. Odwracamy głowy.

– Styczeń był tego roku był dość ciepły, więc sprawca mógł działać bez przeszkód. Po tych zdarzeniach na tak zwanej operatywce zapadła decyzja o tym, że będziemy miłostowski cmentarz zabezpieczać także w nocy. Zaczęliśmy więc po zmierzchu wypuszczać na Miłostowo dwuosobowy patrol. Uzbrojony w P-64. Na marginesie powiem, że to były podłe pistolety. Zresztą, wrócimy do tego jeszcze… Mieliśmy pecha, bo w lutym przyszły dwudziestostopniowe mrozy i trzymały cały miesiąc. To oczywiście utrudniało penetracje, dlatego w porozumieniu ze swoim szefem i kierownikiem cmentarza załatwiłem chłopakom „wóz Drzymały”. Dzięki temu mogli raz na jakiś czas wejść do niego i ogrzać się przy ogrzewaczu gazowym. Zawsze to jakaś ulga, prawda?

Zapada cisza. Wojtyniak zastanawia się nad czymś. Odnosimy wrażenie, że się waha.

– Zastawialiśmy różne pułapki kryminalistyczne – odzywa się w końcu. – Nie o wszystkich mogę mówić…

Zaintrygowani nadstawiamy uszu.

– Opowiem o jednej. Pożyczyłem od kierownika cmentarza klucz od miejsca, w którym przechowywano trumny przed pogrzebami. Po co? Chodziło o to, żeby wytypowane przez nas zwłoki kobiet, które leżały w tych trumnach, oznaczyć niewidocznymi środkami fluorescencyjnymi. Gdyby sprawca którąś z nich próbował… wykorzystać, zyskalibyśmy dowód, że to on.

Cisza.

– Powiem panom, że nikt nie chciał tego robić. W końcu jednego udało mi się przekonać. Niestety, działania nie przyniosły żadnych rezultatów. Sprawca się nie pokazał. Ale, ale… – Wojtyniak bierze łyk wody i kończy zdanie: – …ale mimo wszystko kontynuowaliśmy patrole.

Pauza.

– Na szczęście.