Chirurg

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Chirurg
Chirurg
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 80  64 
Chirurg
Audio
Chirurg
Audiobook
Czyta Kamil Pruban
40 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

11

Piętnaście minut później znajdowali się w pokoju Maksa, siedemnastoletniego chłopaka, o długich jasnych włosach, ubranego na czarno, który odpowiadał półsłówkami na ich pytania. Siedział na krześle przy biurku, oni przycupnęli na skraju wersalki. Sprawiał wrażenie bardzo przygnębionego śmiercią kuzynki.

– Tak, rozmawiałem z nią tego dnia – mówił drżącym, zalęknionym głosem. – Przed jej domem na Perkuna. Tam ją spotkałem.

– Co było potem?

– Potem?

– Cały czas staliście przed domem? – Freddy doprecyzował pytanie.

– Odprowadziłem ją jakieś sto metrów i rozstaliśmy się.

– Widziałeś ją jeszcze tego dnia?

– Nie. – Chłopiec zagryzł usta i opuścił głowę.

– Gdzie poszedłeś po rozstaniu z Martynką? – zapytała Dagmara.

– Nad Wartę.

– Nad Wartę? Po co?

Maks wzruszył ramionami.

– Posiedzieć sobie.

– Rozumiem. A długo tam sobie siedziałeś?

– Może z godzinkę.

Dagmara zamilkła i zerknęła na kolegę. Ten drgnął i wbił wzrok w Maksa.

– Słuchaj – odezwał się – chciałem cię jeszcze zapytać o moment rozstania się z Martynką. Mogę?

– Proszę.

– Czy coś powiedziała wtedy?

– Nie.

– Nic?

– Nic. Tylko „cześć”.

– Nie mówiła, że z kimś tam się spotka?

– Nie.

– Jesteś pewien?

Nastolatek przewrócił oczami.

– Tak, jestem – odpowiedział zirytowany. – Miała po prostu pójść narwać trawy dla królika i wrócić.

Dagmara i Kruger w trakcie rozmowy omiatali wzrokiem pokój, który był obwieszony plakatami metalowych kapel: Black Sabbath, Iron Maiden, Judas Priest. W rogu pokoju stała oparta o ścianę gitara klasyczna, jedna struna była zerwana.

W pewnym momencie Maks zaczął nieoczekiwanie szlochać. Śledczy zesztywnieli.

– Nikomu o tym nie mówiłem – powiedział, gdy już się uspokoił. – Ale ona…

Spojrzeli na niego zaciekawieni.

– Tak? – zachęciła go łagodnie Dagmara.

– Powinienem się zgodzić.

– Na co?

Maks pociągnął nosem i spojrzał na nich załzawionymi oczami.

– Zapytała, czy…

Urwał, skrzywił się i znowu zaniósł szlochem. Nagle z dołu rozległo się wołanie jego matki.

– Maks, Maks, choć na chwilę.

Chłopak zamilkł, przetarł oczy i zerknął przepraszająco na oficerów.

– Zaraz przyjdę, przepraszam.

Wstał i wyszedł odprowadzany przez nich wzrokiem. Przez chwilę przyglądali się drzwiom, do których był przytwierdzony plakat przedstawiający dwie postaci rodem z horroru, diabła i białowłosą kostuchę. Całości dopełniały dwa napisy: „The Number of the Beast” oraz Iron Maiden.

Podnieśli się z wersalki i, korzystając z okazji, zaczęli rozglądać się po pokoju. W pewnym momencie Dagmara podeszła do biurka, na której leżała płachta „Świata Młodych”, i podniosła ją. Pod spodem leżał zeszyt. Otworzyła go i przymrużyła oczy. Co my tu mamy?

W zeszycie były zdjęcia kobiet wycięte z kolorowych czasopism. Ładnych, młodych, w skąpych strojach, czasami kompletnie nagich. Nasz diabełek dojrzewa – skwitowała w myślach lekko rozbawiona. W pewnym momencie coś ją zatrzymało. W połowie zeszytu dostrzegła kobietę w stroju kąpielowym. Atrakcyjną, uśmiechniętą, pokazującą język. Znała ją. Czy to nie jest…?

– Freddy.

– Co masz? – Porucznik wbił wzrok w zeszyt.

– Zeszyt z babeczkami. I z taką niespodzianką, popatrz.

– Czy to nie jest…?

– Tak, to Hemerska.

– Co ona robi…

– …w zeszyciku młodego onanisty? – zaśmiała się. – Pewnie za obiekt westchnień. I nie tylko.

Na schodach rozległo się człapanie Maksa. Zamilkli. Dagmara odłożyła zeszyt na miejsce i przykryła go tygodnikiem.

Gdy nastolatek wrócił, siedzieli grzecznie na wersalce i patrzyli na niego życzliwie. Maks usiadł na krześle, spojrzał na „Świat Młodych”, zmarszczył czoło, a potem przeniósł wzrok na milicjantów.

– Mówiłeś, że Martynka podczas pożegnania zapytała cię o coś – zagadnęła Dagmara.

– Tak.

Pauza.

– O co?

– Żebym poszedł z nią na łąkę.

– Odmówiłeś?

– No niestety. Nie chciało mi się.

– I masz teraz żal do siebie?

– Tak.

Z oczy Maksa popłynęły łzy.

– Maks – odezwał się Kruger.

Chłopak spojrzał na oficera.

– To nie twoja wina. Naprawdę. Tak jak nie jest winą jej mamy, że pozwoliła Martynce pójść na łąkę. – Kruger nachylił się w stronę chłopaka. – Zło wyrządził jej sprawca, nie wy. Rozumiesz? Nie wy. Wy zachowaliście się całkiem normalnie. Rozumiesz?

Maks zaczął wycierać łzy.

– Powinienem z nią pójść na tę głupią łąkę – odezwał się. – Było po czwartej, powoli się ściemniało. A przecież nasza okolica po zmroku robi się niebezpieczna. Te wszystkie laski, stawy, łąki. Mogliby tu kręcić horror.

Rzeczywiście, ten cały Żurawiniec ma w sobie coś mrocznego – pomyślała Dagmara, uprzytamniając sobie, że ważnym elementem tej okolicy jest rezerwat przyrody.

– Wieczorami pewnie schodzą się tu różne podejrzane typki.

Freddy spojrzał na koleżankę i pokiwał głową.

– I to dosłownie – dodał Maks.

– Co masz na myśli?

– Pewnie wiecie, że w lutym Kasia znalazła na ścieżce trupa?

Otworzyli szeroko oczy.

– Kasia? Znalazła trupa? Na ścieżce?

– No w lutym. Kasia, koleżanka z sąsiedztwa, szła sobie wzdłuż łąki i nagle natknęła się na pocięte zwłoki kobiety, która mieszkała w blokach na Osiedlu Łokietka.

Teraz skojarzyli, że chodzi mu o zdarzenie, o którym mówił wczoraj Harry.

– Od tamtej pory ludzie mówią, że ona straszy.

Popatrzyli na niego z powątpiewaniem.

– Serio? – zapytał Freddy.

Chłopiec wzruszył ramionami.

– Ludzie tak mówią. Ktoś podobno widział tam jakąś babę, która biegła przez chaszcze i pojękiwała jak jakaś zjawa. Pewnie to są pierdy, ale fakt faktem, że kręci się w tej okolicy jakiś zboczeniec, który pokazuje dzieciakom fujarę. Mówiło mi o tym parę znajomych dziewczyn. I dlatego powinienem pójść z nią na łąkę, gdy mnie o to prosiła. W razie czego. Obronić ją.

– A czy ten zboczeniec komuś zrobił krzywdę? – zapytała Dagmara.

– Nie wiem.

– Widziałeś go kiedyś?

– Nie.

– Żadna z koleżanek nigdy ci go nie pokazywała?

Chłopiec wzruszył tylko ramionami. Wtedy Freddy podsunął mu fotografię przedstawiającą scenę z pogrzebu.

– Przypatrz się uważnie – poprosił.

Maks posłusznie spełnił polecenie.

– Coś mi się wydaje, że to może być ten szczurek przy trumnie.

Śledczy spojrzeli po sobie. Ich oczy zaczęły błyszczeć z ekscytacji. Czyżby mieli trafienie?

– Maks – odezwała się Dagmara. – Jakie dziewczyny mówiły ci o tym człowieku?

Maks spojrzał na nią – tym razem wnikliwiej. Z zainteresowaniem. Porucznik poczuła na swoim ciele wzrok podszyty samczą energią. Sprawiło jej to nawet pewną przyjemność. Gdzieś w tyle głowy pojawiła się myśl, żeby odwiedzić dzisiaj po robocie Koguta, dobrego kolegę, z którym czasami sypiała rekreacyjnie. Rockowego muzyka, też rozwodnika. Niezły był w łóżku. Inny niż Harry, bardziej bezwstydny, lubiła to. O tak, potrzebowała solidnej dawki seksu.

– Niestety, nie pamiętam.

– Nie przypomnisz sobie?

Chłopak się zastanowił.

– Jedną z nich była Kasia. Ta, co trupa znalazła. Kasia Kolankiewicz.

– Wiesz gdzie mieszka?

Skinął głową i wyrecytował adres.

Milicjanci zadali chłopcu jeszcze kilka standardowych pytań i podnieśli się z wersalki. Uścisnęli mu dłoń. Gdy przekraczali próg pokoju, Maks się odezwał:

– Taki jeden koleżka powiedział mi, że w lasku widział gościa z opuszczonymi spodniami i gołą kiełbasą. Był w towarzystwie jakiejś dziewczynki.

Odwrócili się gwałtownie.

– Ale to nie był ten szczurek?

– Nie. Ten miał koloratkę.

– Koloratkę?

– Tak.

– Skoro widział koloratkę, to mógł widzieć twarz – rzuciła Dagmara. – Rozpoznał ją? To ksiądz z okolicy?

– Nie mam pojęcia.

– Opisał jego wygląd?

– Nie.

– Co za koleżka ci o tym powiedział? – zapytał Freddy.

– Pryszczu.

– Można mu wierzyć?

– Czy ja wiem? Dziwny jest. Według mnie mógł zmyślać.

– Dlaczego dziwny?

– Snuje się bez celu tu i tam. Nie można z nim normalnie pogadać.

– Gdzie mieszka?

– Też na Osiedlu Łokietka. Ale on dzisiaj poleciał do Hiszpanii. – Maks się uśmiechnął, a po chwili dodał z lekka ironicznie: – Jego ojciec jest dyrektorem w jakiejś ważnej firmie.

– Pryszczu – powtórzyła z namysłem Dagmara. Miała wrażenie, że pamięć podsuwa jej nieśmiało jakiś obraz z wczorajszego wieczoru, kiedy wracała z cmentarza.

– Wysoki, z długimi jasnymi włosami. Pryszczaty – prychnął. – Stąd ksywa.

Wtedy go zobaczyła. Nastolatka, który rozmawiał z dziewczynką, trzymającą, jeśli pamięć jej nie myli, małego pieska na rękach. To mógł być on. Pryszczu. Fakt, że rozmawiał z dziewczynką, wydał się jej teraz podejrzany.

– Znasz dokładny adres?

Znał. Freddy skwapliwie go zapisał.

– A imię i nazwisko?

– Janek Świtalski.

Porucznik skinął głową.

– To chyba wszystko – powiedział. – Dziękujemy za dobrą współpracę.

– Miałeś rację z tym horrorem – odezwała się Dagmara, kiedy już wsiedli do samochodu. – Co tu się wyprawia? Ktoś kradnie trupy, biega z gołą fujarą po łące, zabija dziewczynki. Jakaś nieboszczka straszy… – pokręciła głową. – I jeszcze ta koloratka.

 

– No właśnie.

– Może to ksiądz zabił?

– Oby nie – odparł Freddy, wysunął papierosa z pudełka i dodał: – Zrobi się tego polityczna sprawa.

– Masz rację. Módlmy się, żeby to był świecki zboczeniec.

Zarechotali.

Paląc papierosy, wymienili między sobą lakoniczne uwagi o przeprowadzonej rozmowie. Chłopak wydawał się niewinny, mimo tego, co mówił o nim jego wujek. Zatem póki co mają dwóch kandydatów na podejrzanego o zabójstwo Martynki: „Szczurka”, czyli ekshibicjonistę, oraz „Koloratkę”, księdza, chyba że to przebieraniec, który chce zmylić ślady.

– Być może – zgodził się Freddy. – Jakiś czas temu Halinka mi mówiła, że w Szczecinie zatrzymano gwałciciela nastolatek, który podszywał się pod księdza. Dzięki koloratce udawało mu się pozyskać przychylność dziewcząt, które zaczepiał na ulicy czy w kawiarni.

– Podryw na Pana Boga – skrzywiła się Dagmara.

Freddy się zamyślił. Dagmara zerknęła na niego i odniosła wrażenie, że na jego czole pojawiło się kilka kropel potu. Freddy zaciągnął się bardzo mocno i zakaszlał. Zaklął. Wdusił resztki papierosa w denko popielniczki, włączył radio i ustawił na pierwszej lepszej częstotliwości. Z głośników sączyła się Jesień Vivaldiego.

– Tak czy owak, musimy sprawdzić, czy Martynka chodziła na lekcje religii – odezwał się po chwili. – A jeśli tak, to kto je prowadził.

– Racja.

Freddy przekręcił kluczyk w stacyjce.

– A teraz jedziemy na Łokietka Sprawdzimy, czy Pryszczaty rzeczywiście poleciał do Hiszpanii.

– Szczęściarz.

– Ano.

Silnik zawarczał, samochód ruszył przed siebie.

– Widziałam go wczoraj, gdy wracałam z cmentarza. Pryszczatego. To chyba był on.

Porucznik spojrzał na nią zaciekawiony.

– Rozmawiał z jakąś dziewczynką.

– Czy tu wszyscy mają obsesję na punkcie dziewczynek?

– Najwyraźniej.

Skręcili w Madziarską, a potem w Dziewanny. Przecięli Łużycką i znaleźli się na Łokietka.

– Fyrtel Bermudzki – odezwała się Dagmara.

– Dobre.

Gdy zaparkowali samochód pod odpowiednim blokiem, zachmurzyło się. Zaraz potem lunął deszcz. Zrobiło się paskudnie.

12

– Napije się pan, panie chorąży? – zapytał proboszcz tutejszej parafii, ksiądz Adam Kniaź, średniego wzrostu szczupły mężczyzna, który przypominał trochę z twarzy Andrzeja Łapickiego.

O parapet zaczęły uderzać krople deszczu. Zerwał się wiatr. Ksiądz Adam uśmiechnął się do milicjanta.

– Przynajmniej symbolicznie – dodał. – Ostatnio widzieliśmy się parę miesięcy temu. Trzeba to jakoś nadrobić, choćby minimalnie. Mam dobry koniaczek.

– Chętnie – odparł Harry i rozparł się wygodnie w fotelu. – Jestem księdzu wdzięczny za tamtą rozmowę. Dzięki niej udało nam się zatrzymać groźnego przestępcę.

Proboszcz obdarzył milicjanta ciepłym spojrzeniem.

– Niestety, naszym owieczkom zdarza się czasami pobłądzić. Wtedy, naturalnie, oddajemy je w ręce świeckiej sprawiedliwości, ale jednocześnie nie ustajemy w modlitwie za ich dusze, ufając w boskie miłosierdzie. Oddaj cesarzowi, co cesarskie, a Bogu, co boskie.

Wiatr zachybotał oknem. W gabinecie pociemniało. Ksiądz uniósł dłoń, jakby te zjawiska atmosferyczne przywoływał jako argument w sprawie, i westchnął.

– Cały czas trwa walka z siłami zła – powiedział, po czym wstał i zamknął okno. Podszedł do barku, wyjął z niego butelkę z napisem Fine Cognac Dupuy oraz dwa tulipanowe kieliszki. Rozlał alkohol, postawił szkło na ławie. Zapalił światło i usiadł w fotelu naprzeciwko chorążego.

– Bezustannie walczymy o dusze nasze i naszych wiernych. – proboszcz złożył ręce, a łokcie oparł o poręcze fotela. – Za pół godziny przyjdzie tu ktoś w sprawie pracy na plebani, ale myślę, że do tego czasu uporamy się z problemem, o którym zapewne zaraz się dowiem – znowu się uśmiechnął.

Harry skinął głową.

– Myślę, że tak. Mam tylko jedno pytanie.

Sięgnęli po kieliszki i skosztowali alkoholu.

– Prawdziwy smak boży – szepnął ksiądz.

– Niezłe – potwierdził milicjant.

– Jakie to pytanie?

– O owieczkę.

– Z naszej parafii? – w głosie proboszcza dało się usłyszeć niepokój.

– No właśnie o to chciałem zapytać.

– Rozumiem.

Proboszcz wyprostował się i przyłożył splecione dłonie do swojego szczupłego podbródka.

– Zapewne chodzi o morderstwo dziewczynki? Martynki Hemerskiej?

– Kojarzy ją ksiądz?

– Tak, chodziła na lekcje religii do naszego domu katechetycznego.

– Kto prowadził te zajęcia?

– Wydaje mi się, że ksiądz Edmund.

– Ksiądz Edmund – powtórzył Harry. – Jak wygląda?

– Wysoki, szczupły – proboszcz zmarszczył brwi, jakby przestraszył się, że milicjant podejrzewa jego podwładnego. – Sumienny, wrażliwy kapłan – dodał. – Świetny kaznodzieja. Potrafi porwać ludzi. Chyba umie się wczuwać w ich dusze… Ich problemy, lęki…

Harry sięgnął do wewnętrznej kieszeni i wydobył z niej odbitkę fotografii, która przedstawiała ekshibicjonistę na pogrzebie. Położył ją na ławie i przysunął w stronę proboszcza.

– Chodzi mi o tę owieczkę – powiedział, pokazując palcem „klienta”. – Rozpoznaje ją pan? A raczej jego – tego baranka?

Ksiądz założył okulary i przyjrzał się uważnie fotografii. Zagryzł usta.

– Cmentarz nasz – szepnął.

Harry cały czas patrzył na niego uważnie.

– Pogrzeb też kojarzę. To było, zdaje się, w zeszłym roku. Chowaliśmy Bożenkę Krzaklewską. Zmarło się biedulce, na raka, niestety. Przed sześćdziesiątką była, jakiś miesiąc jej zostało do urodzin, jeśli dobrze pamiętam. A ten… szczurek… to kojarzę go, kręci się często wokół cmentarza. Bywa na naszych pogrzebach.

Proboszcz spojrzał na milicjanta.

– No właśnie teraz mi pan uprzytomnił, że on podejrzanie często bywa na uroczystościach pogrzebowych. Tak jakby w nich zagustował. – Ksiądz zamilkł na chwilę. – Podejrzewacie go?

Harry chrząknął.

– Rutynowe działania.

– Rutynowe działania… Rozumiem.

– Zna go ksiądz? – zapytał.

– Z widzenia.

– Imię? Nazwisko?

– Niestety.

– A gdzie mieszka?

Proboszcz zamyślił się.

– Nie pamiętam…

Harry nie naciskał. Widział, że duchowny pieczołowicie przeszukuje swoją pamięć. Może coś jednak w niej znajdzie. Nie mylił się. Na twarzy rozmówcy zajaśniał uśmiech.

– Już wiem. Na Jasnej Roli, w jednej z tych ubogich chatynek, które stoją przy drodze – powiedział ksiądz Adam. – Ze dwa lata temu spotkałem go w czasie kolędy. Mieszka z mamą, porządną starowinką. Ojciec, zdaje się, nie żyje.

Proboszcz dotknął szyi i pokiwał wymownie głową.

– Niestety, nie oszczędzał się – dodał, wstając z fotela. Podszedł do szafki, wyciągnął z niej duży opasły zeszyt, przekartkował.

– Mam go – odezwał się. – Henryk Kasperski, Jasna Rola 13. Jego matka ma na imię Gabriela.

Chorąży poruszył się na fotelu. W jego oczach można było dostrzec ożywienie.

– Czy ksiądz proboszcz coś o nim wie? – zapytał, gdy duchowny usiadł z powrotem i dopił resztkę koniaku.

– Co pan ma na myśli?

– Po prostu, czy coś o nim ksiądz proboszcz słyszał, o jego zachowaniu, sposobie bycia?

– Nie bardzo. Rzadko widuję tę rodzinę w kościele, trzymają się na uboczu.

– Jakieś informacje, plotki?

– Nie.

– Doniesienia o ekscesach?

– Niestety, nic do mnie nie doszło.

– A czy – milicjant nabrał powietrza. – Proszę wybaczyć, ale sytuacja jest poważna, zamordowano dziecko, więc… hm… ośmielę się zapytać, czy w czasie…

Duchowny przerwał mu.

– …czy w czasie spowiedzi powiedział coś, co mogłoby wskazywać, że to on dokonał tego straszliwego czynu?

– Właśnie.

– Niestety, nigdy go nie spowiadałem.

– Rozumiem.

– Ale mogę zapytać, czy ktoś z moich podwładnych to robił.

Chorąży się uśmiechnął.

– Byłbym wdzięczny.

– Tajemnica spowiedzi to rzecz święta, ale…

– Wystarczy jakiś znak, że coś jest na rzeczy. Nic więcej.

– Możemy się tak umówić.

– W takim razie nie zabieram więcej czasu – powiedział Harry, dźwigając się z fotela. – Bardzo dziękuję za pomoc.

Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. Gdy Harry przekraczał próg, ksiądz chrząknął.

– A propos pomocy… – odezwał się nieśmiało.

– Tak?

– Mam pewną prośbę.

Chorąży spojrzał badawczo na duchownego, który złożył ręce jak do modlitwy i przyłożył je do ust.

– Słucham?

Proboszcz omiótł spłoszonym wzrokiem swój gabinet.

– Wyjdźmy może na zewnątrz.

Gdy znaleźli się w ogrodzie, stanęli pod rozłożystym orzechem, gdzie nie dosięgał ich wzmagający się deszcz. Proboszcz ponownie chrząknął.

– Otóż w wyniku niefortunnego, jak sądzę, rozeznania w sytuacji – proboszcz uśmiechnął się niezgrabnie – objęto mnie… obserwacją.

Harry zmarszczył brwi.

– Ostatnio często w pobliżu kościoła widzę czerwone auto, chyba zastawę… Z anteną. W środku siedzi zazwyczaj trzech mężczyzn. Jak mniemam, to ekipa z branży…

Pauza.

– …branży pokrewnej branży pana chorążego. Jest to pewnie efekt tego, że mój brat, człowiek dobry, uczciwy, ale w gorącej wodzie kąpany, bardzo mocno zaangażował się w działalność, no cóż, w działalność opozycyjną. Pragnę zapewnić, że ja nie mam z tym nic wspólnego, naprawdę. Gdyby zatem mógł pan chorąży dać znać, gdzie trzeba, że ja – proboszcz poczerwieniał na całej twarzy – jestem całkiem przychylnie nastawiony do… – urwał i zaczął kasłać nerwowo. – …do władzy – dokończył wreszcie i wlepił wzrok w swoje buty.

Harry pozostał niewzruszony, ale w głębi ducha był bardzo rad, że ksiądz zwrócił się do niego z prośbą o przysługę. Jeśli mu pomoże, zaskarbi sobie jego wdzięczność i w efekcie pozyska cenne źródło informacji. Duchowni dużo wiedzą o swoich owieczkach i barankach, czasami o wiele więcej niż milicja, a nawet bezpieczniacy.

– Zobaczę, co da się zrobić – powiedział i postanowił, że w poniedziałek odwiedzi zaprzyjaźnionego oficera SB i rzeczywiście spróbuje to załatwić.

Proboszcz odetchnął z widoczną ulgą.

Harry uścisnął mu dłoń i pomaszerował energicznym krokiem w stronę samochodu. Kiedy zasiadł za kierownicą, wyciągnął notes i zapisał kilka słów, w tym imię księdza, z którym Martynka miała zajęcia. Przerzuciwszy parę kartek, natrafił na adres przyjaciółki, młodej pani prokurator. Mieszkała nieopodal, na Łużyckiej. Może coś wie? – pomyślał, opierając głowę o zagłówek.

Zdarzyło im się parę razy przespać ku obopólnej niezwykle intensywnej przyjemności. Postanowił, że odwiedzi ją teraz. Na języku poczuł smak koniaku, którym poczęstował go proboszcz. Naszła go ochota na alkohol i kobiece ciało.

Trzeba łączyć przyjemne z pożytecznym – pomyślał. Uśmiechnął się do siebie i gwiżdżąc melodię z 07 zgłoś się, przekręcił kluczyk w stacyjce.

Polonez ruszył z piskiem opon.

13

Kruger zaparkował skodę pod szarym blokiem na Łużyckiej. Rozpadało się już na dobre, więc podbiegli z Dagmarą truchtem do klatki schodowej.

Gdy stanęli przed drzwiami państwa Świtalskich, zapukali parę razy, bez rezultatu. Kruger wyciągnął chustkę, wydmuchał nos i zadzwonił. Rozległ się bardzo nieprzyjemny odgłos. To również nie przyniosło żadnych efektów.

– No cóż – odezwała się Dagmara. – Szczęśliwcy zmierzają w stronę słonecznej Hiszpanii.

– Nie ma sprawiedliwości – powiedział Kruger, odczekał chwilę i raz jeszcze zapukał. W tym momencie otworzyły się drzwi naprzeciwko.

Obrócili się. W progu stanął starszy mężczyzna, który podpierał się drewnianą laską.

– Państwo do Świtalskich? – zapytał, mrużąc oczy.

– Tak, chcieliśmy porozmawiać – oznajmiła Dagmara. – Jesteśmy z milicji.

– Nie ma ich, wyjechali na urlop. Do Hiszpanii.

– Kiedy wrócą?

– Z tego, co mówił Janek, to za jakieś trzy tygodnie.

– A wie pan, gdzie dokładnie pojechali? Musimy się z nimi skontaktować.

Mężczyzna spojrzał na nich uważnie.

– Czy to coś ważnego?

– Po prostu musimy służbowo porozmawiać z Jankiem – powiedziała Dagmara.

– Mam numer telefonu siostry Hani, to jest mamy Janka. Może będzie znała miejsce ich pobytu. Wejdźcie, to wam go znajdę. Białkowski się nazywam.

 

Mężczyzna zrobił zapraszający gest i wszedł do środka. Dagmara i Kruger ruszyli za nim.

– Chodźmy do kuchni.

Ciszę przerwał gwizdek czajnika.

– Napijecie się kawy?

– Niestety, czas nas goni – odezwał się Kruger, rozglądając się wokoło.

– Rozumiem. Służba, nie drużba. Zaraz znajdę ten adres.

Białkowski otworzył szufladę, wyciągnął z niej zeszyt i go przekartkował.

– O mam. Proszę bardzo.

Freddy zanotował adres w swoim zeszycie.

– Mówiliście, że jesteście z milicji.

– Tak.

– Wiem, że teraz wasi ludzie chodzą po Naramowicach i robią rozpoznanie posesyjne w sprawie zabójstwa dziewczynki.

Dagmara i Freddy spojrzeli na niego zdziwieni tym, że użył fachowego terminu. Zauważył to i uśmiechnął się.

– Stary pies jestem, ale na emeryturze. Robiłem w Łodzi, dochrapałem się kapitana – wyjaśnił. – Moja żona pochodzi stąd. Postanowiliśmy na starość zamieszkać w Poznaniu, bo Łódź za bardzo kojarzyła mi się z trupami, przy których robiłem.

Pokiwali głowami.

– No tak.

– Usiądźcie, proszę – powiedział. – Wczoraj coś mi przyszło do głowy w związku z zabójstwem dziewczynki.

Spojrzeli na niego zaintrygowani.

– Siadajcie, siadajcie.

Usiedli. Białkowski wyjął z szafki szklankę z koszyczkiem i nasypał do niej dwie łyżki zmielonej kawy.

– Szukacie teraz wszelkich możliwych, jak ja to nazywam, zahaczek. Prawda? – zgadnął, nalewając wodę.

Skinęli głowami. Po kuchni rozniósł się intensywny zapach kawy. Emerytowany oficer pokiwał głową, usiadł przy stole, nasypał sobie cztery łyżeczki cukru, zamieszał. Upił parę łyków, głośno siorbiąc. Wytarł usta.

– No cóż, psem pozostaje się na zawsze – odezwał się. – Emerytura nic nie zmienia w zakresie nawyków. Ale do czego zmierzam? Kiedy dowiedziałem się o zabójstwie, automatycznie zacząłem przetrząsać swoją pamięć w poszukiwaniu takich „zahaczek”. I w końcu przypomniałem sobie, że ktoś z sąsiadów mówił, że jakiś inny sąsiad czy sąsiadka ma brata, który odsiedział wyrok za gwałt na nastolatce.

„W zakresie nawyków” – powtórzyła w myślach Dagmara, z trudem powstrzymując się od ironicznego uśmieszku. – Na pewno był dochodzeniowcem, tylko oni tak mówią. I adwokaci, mistrzowie ściemy.

– Podobno często tutaj bywa w odwiedzinach. Myślę, że warto go sprawdzić.

Freddy otworzył zeszyt i zanotował w nim parę słów.

– Jak go znajdziemy? – zapytała Dagmara.

Białkowski otworzył usta, ale nie zdążył odpowiedzieć, bo nagle ktoś energicznie otworzył drzwi wejściowe.

– Dzień dobry, kochanie – rozległ się donośny kobiecy głos.

– To moja żona – powiedział mężczyzna, chwycił laskę i podniósł się w krzesła. Zrobił parę kroków w stronę przedpokoju.

– Dzień dobry, moja duszko – odezwał się, zmieniając ton na bardziej serdeczny. – Mamy gości.

– Gości?

Po chwili w progu kuchni pojawiła się elegancko ubrana kobieta po sześćdziesiątce. Wysoka, nieco korpulentna, miała usta pomalowane czerwoną szminką. Emanowała pozytywną energią, co w ostatnich czasach było niemal niespotykane na polskich ulicach. Poprawiła swoje jasne, pofalowane włosy i uśmiechnęła się serdecznie.

– Dzień dobry, Białkowska jestem.

– Państwo są z milicji, Helenko.

Podeszli do niej i przywitali się. Oboje mimowolnie pociągnęli nosami, poczuwszy delikatny, niezwykle przyjemny zapach perfum, w których przebijała jakaś nieokreślona, ale intrygująca nuta.

– Porucznik Madej.

– Porucznik Kruger.

– Pewnie w związku ze śmiercią tej dziewczynki z Perkuna? – Białkowska spojrzała na męża. – Jak to się nazywa? – zapytała. – Rozpoznanie jakie?

Białkowski uśmiechnął się.

– Posesyjne – odpowiedział i zerknął na milicjantów. – Moja żona pracowała przez szereg lat w milicji. Jest więc wtajemniczona w naszą terminologię.

– To prawda, pracowałam w kadrach, poznaliśmy się na korytarzu w komendzie.

Małżonkowie obrzucili się czułym spojrzeniem.

– Będziemy już uciekać – odezwał się Kruger. – Niech nam pan tylko podpowie, jak dotrzeć do tego mężczyzny od gwałtu na nastolatce.

– Helenko, czy ty pamiętasz, który z naszych sąsiadów ma brata z wyrokiem za gwałt?

Białkowska potrząsnęła głową.

– Niestety nie – odpowiedziała. – To ty kiedyś przyniosłeś taką informację. Ja tylko pamiętam, że w tamtym roku była jakaś afera z tym samym człowiekiem na terenie Żurawińca.

Śledczy wbili w nią wzrok.

– Afera na terenie Żurawińca? – zagadnęła Dagmara.

Białkowska skinęła głową.

– Napijecie się, państwo, czegoś? – zapytała. – Kawy, herbaty?

Podziękowali, chociaż chętnie wzmocniliby się solidną dawką kofeiny. Kobieta zapaliła gaz pod czajnikiem.

– Podobno nagabywał na łące młodą dziewczynę – podjęła. – Ta mu się jednak postawiła i uciekła do domu. Poskarżyła się rodzicom, a ci zadzwonili na milicję. Nie jestem pewna, jak to się skończyło, chyba ostatecznie rozeszło się po kościach, jak to mówią. Tak przynajmniej niesie wieść gminna. Nie wnikałam w szczegóły.

Kruger ponownie skreślił parę słów w zeszycie.

– Ustalę fakty – odezwał się Białkowski – i zadzwonię do was niechybnie.

Dagmara uśmiechnęła się, rozbawiło ją ostatnie słowo.

– Świetnie – powiedziała.

– Jaki wydział reprezentujecie?

– Wydział Zabójstw.

– Nie wiedziałem nawet, że jest takowy w poznańskiej Komendzie Wojewódzkiej.

– To nowa jednostka – wyjaśnił Kruger. – Wierchuszka stwierdziła, że ostatnio przybyło w naszych okolicach okrutnych zabójców, w tym wielokrotnych, i że w związku trzeba temu zacząć metodycznie przeciwdziałać. Nasza sprawa jest na to dowodem.

Emerytowany oficer pokiwał głową.

– Coś jest na rzeczy, coś się dzieje z naszym narodem – powiedział zamyślony. – Ostatnio siostrzeniec przywiózł mi plik łódzkich gazet, w których opisano sprawę „wampira z Zarzewskiej”. Kojarzycie?

Kojarzyli. Dużo się o niej mówiło. Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty rok, sierpień, może wrzesień. Ktoś zaczął w Łodzi napadać na kobiety, wywołując tym samym psychozę wśród przerażonych mieszkańców. Wkrótce okazało się, że zabójcą był osiemnastolatek o sympatycznej twarzy, Krzysztof Sołtysiak.

– Straszna historia – mówił dalej Białkowski. – Powiem wam, że kiepsko zaczęła się ta dekada. Strajki, stan wojenny, czołgi i zasieki na ulicach, brutalne zabójstwa i gwałty. A teraz ten nekrofil! Gdzie my zmierzamy, do licha?! To się musi skończyć tragedią.

Białkowska chrząknęła.

– Ignasiu, państwo są w pracy – skarciła delikatnie męża, uśmiechając się promiennie do oficerów. – Nie zawracaj im głowy takimi opowieściami.

Białkowski natychmiast zamilkł.

– Przepraszam – powiedział zawstydzony. – Im człowiek starszy, tym bardziej gadatliwy.

Dagmara i Kruger uścisnęli dłonie gospodarzom domu i wyszli z mieszkania żegnani ponowną obietnicą „jak najszybszego ustalenia faktów w sprawie gwałciciela nastolatki”.

Na zewnątrz rozpadało się na dobre. Wsiedli do samochodu i paląc papierosy, wymienili się spostrzeżeniami na temat Białkowskich. Kruger był pod wrażeniem.

– Taka serdeczność rzadko się zdarza w starych małżeństwach – powiedział.

Dagmara pokręciła głową.

– Za wesoła jest, za energiczna – stwierdziła. – Ma kogoś na boku.

Kruger wzruszył ramionami. Dagmara mimowolnie powędrowała myślami do swojej matki, szalonej ekstrawertyczki, teatralnej aktorki, której obca była wierność. Jakieś pięć lat temu piły wódkę po premierze Nory Ibsena. „Daguś, powiedziała matka po paru głębszych, monogamia to nie dla mnie, ja muszę prowadzić wielowątkowe życie. Rozumiesz mnie, kochana?”. Dagmara wybuchła wtedy śmiechem, zapewniła, że rozumie, ale w gruncie rzeczy była zszokowana tym wyznaniem. Wiedziała to, ale wolała tego nie usłyszeć. „Dlatego musiałam się rozwieść z twoim ojcem, a potem z Ryszardem. Nie mogłam trwać w kłamstwie – mówiła matka, domagając się nerwowo akceptacji córki. – Rozumiesz mnie? Na pewno mnie rozumiesz, Daguś!”. Ta popijawa utkwiła Dagmarze mocno w pamięci. Coś się wtedy w niej przestawiło. Coś naderwało. Ale uprzytomniła sobie to trochę później. Pewnie wtedy, gdy podjęła decyzję, że odejdzie od Witka.

Deszcz był coraz bardziej intensywny i zaczął bombardować dach samochodu. Dagmara drgnęła i spojrzała na kolegę, który flegmatycznie zaciągał się papierosem.

– A jak się ma twoje małżeństwo? – przerwała ciszę. – To już chyba dwa lata?

– To prawda, dwa lata. Dziękuję, bardzo dobrze.

– To pięknie. Swoją drogą, jak ten czas leci.

– Ano. A jak w twoim stanie rozwiedzionym? Też chyba dwa lata?

– Tak, idziemy ramię w ramię, tyle że odwrotnie.

Zaśmiali się.

– Dziękuję, pikantnie.

– Też pięknie.

– Ano.

– To sobie pogadali jak żonkoś z rozwódką.

Znowu rechot.

Nagle usłyszeli pukanie w szybę. To był Harry. Wyszczerzył zęby, otworzył drzwi i usadowił się na tylnym siedzeniu.

– Czołem – przywitał się.

Pachniał alkoholem i kobiecymi perfumami. Dagmara i Kruger odwrócili się i zmierzyli go czujnymi spojrzeniami. Sprawiał wrażenie trzeźwego, ale i solidnie odprężonego. Oczy mu błyszczały. Przetarł ręką mokre włosy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?