Chirurg

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Chirurg
Chirurg
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 80  64 
Chirurg
Audio
Chirurg
Audiobook
Czyta Kamil Pruban
40 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

Wróciwszy do domu, Janek obejrzał na wideo horror zatytułowany Piątek, trzynastego. Przestraszył się, ale lubił ten stan, więc sięgnął jeszcze po Lśnienie, film, który zachwalał ostatnio jeden z jego kumpli. Gdy zasiadł wygodnie w fotelu, wrócili rodzice. W trakcie rozmowy przy kolacji rzucili, że w sąsiedztwie znaleziono zamordowaną dziewczynkę. To go zainteresowało. Rodzicie nie chcieli jednak mówić o szczegółach. Zbywali jego pytania i uporczywie nawiązywali do jutrzejszego wyjazdu do Hiszpanii. Udało mu się wyciągnąć od nich tylko tyle, że stało się to w lasku nieopodal cmentarza i że ofiara została okaleczona.

– Okaleczona? – otworzył oczy ze zdziwienia.

– Nieważne, jedz – powiedział tata ostrzejszym tonem.

Spasował. Po posiłku i wesołych pogaduchach wykąpał się, spojrzał z wielką niechęcią w lustro, w którym odbijała się jego pryszczata twarz, nałożył pidżamę i poszedł do swojego pokoju.

Zerknął na fotos roznegliżowanej Kaliny Jędrusik zawieszony nad biurkiem. Aktorka przypominała mu córkę sąsiadów z góry. Też była ładna, apetyczna i głośna. Latem widział ją na łące: siedziała na kocyku i smarowała swoje ciało olejkiem do opalania. Piękny widok. Długo potem nie mógł zasnąć. Wyobrażał sobie, że podchodzi do niej, ona uśmiecha się do niego, wręcza mu olejek, prosząc o pomoc, a on drżącymi rękoma zaczyna dotykać jej nagrzanego, cudownego ciała.

Westchnął raz jeszcze, wyciągnął z szuflady blok rysunkowy, położył się na łóżku i zaczął szkicować scenki, które podejrzał podczas dzisiejszego spaceru. Psa, który ściga kota. Dwie starsze panie, które nachylają się ku sobie i szepczą o prywatnych sprawach. Mężczyznę w czarnym płaszczu, którego siwą grzywę rozwiewa wiatr. Wysokiego jak topola chłopaka z siatką wypełnioną zniczami. W pewnym momencie próbował narysować twarz rowerzysty, ale kompletnie mu to nie wychodziło. Zmiął więc kartki i wyrzucił do kosza.

Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Poszedł do kuchni, napił się kompotu ze śliwek, potem do pokoju rodziców, którzy przeglądali przewodnik turystyczny po Hiszpanii. Chwilę z nimi porozmawiał i wrócił do siebie. Zaczął rysować nagą dziewczynę, która trzyma rękę na swoich bujnych piersiach. Kiedy skończył, zgasił światło i położył się do łóżka. W tym momencie przypomniała mu się informacja o zamordowanej dziewczynce.

Wyobraził sobie wilkołaka, który krąży po cmentarzu w poszukiwaniu ofiary. Przeszedł go chłód. Tuż przed zaśnięciem przypomniał sobie jeszcze scenkę, którą podejrzał parę miesięcy temu, wiosną albo latem na terenie Żurawińca. Gruby mężczyzna z opuszczonymi spodniami przytulał długowłosą dziewczynkę i charczał: „O, moja sarenko, pokaż mi swoje piersiątka, pokaż mi je”.

Gościu miał chyba koloratkę – chłopak poruszył się niespokojnie na łóżku. Wcześniej nie zwrócił na to uwagi. Otworzył oczy. Usiadł. Czuł, że serce bije mu mocniej. Może to on? – pomyślał. Może to on jest mordercą?

Zamknął oczy. Miał wrażenie, że kojarzy jego twarz. Ale skąd? Gdzie go widział? Bo gdzieś wcześniej go spotkał. Był tego pewien. Gdzie mógł go widzieć?

Po paru minutach uporczywego przetrząsania pamięci znalazł odpowiedź. Tak, to jest on – pomyślał. Na bank. On mnie kiedyś spowiadał przecież. Parę lat temu.

Odkrycie go rozbudziło. Wstał, zapalił światło, wyjął swój sekretny rysownik ze skrytki i zaczął rysować portret mężczyzny, który miał w sobie coś pomnikowego, coś, co przyciągało jego oko rysownika.

Nagle przypomniał sobie mężczyznę w płaszczu, który dzisiaj szedł pospiesznym krokiem od strony Żurawińca. Mężczyznę z siwą grzywą włosów rozwiewaną przez wiatr. Widział go od tyłu, więc umknęła mu jego twarz. Ale te włosy! Przecież takie same miał ksiądz, którego przyłapał z dziewczynką w lasku.

– O kurwa – wymamrotał i zaczął się zastanawiać, co z tym zrobić. Nie spodobał mu się pomysł, żeby powiedzieć o tym rodzicom. Wyobraził sobie, że zignorują jego informację jako coś niepoważnego, jako majaki dojrzewającego nastolatka, który lubi zwracać na siebie uwagę. Jak ognia unikali kontrowersji, no i czuli niezrozumiały dla niego respekt dla kleru.

Opatrzył rysunek podpisem „29 listopada 1982 roku. Ksiądz, który pieprzył dziewczynkę”. Po czym schował go do skrytki. Zgasił światło i położył się do łóżka.

Po paru minutach wrócił myślami do dyskoteki. Zaczął fantazjować na temat innego jej przebiegu. Kiedy skończyła się piosenka, nie rozluźnili uścisku, poczekali na następną. Wznowili taniec. Kiedy włożył rękę pod jej koszulkę, szepnęła, przyprawiając go o dreszcze: „Połóż mi rękę na pupie”.

W końcu zasnął. Śniły mu się koszmary. Jakiś wariat w masce biegał po Naramowicach z zakrwawioną siekierą i zabijał młode dziewczyny.

8

Dagmara położyła się do łóżka dobrze po drugiej. Miała kłopoty z zaśnięciem. Wreszcie się jej udało. Dzięki dwóm pięćdziesiątkom żytniej. Odpłynęła. Jej pobudzona świadomość się wyłączyła.

Po jakimś czasie jednak Dagmara poczuła, że jest, że błąka się po jakiejś rozległej przestrzeni zasnutej mgłą, że idzie przed siebie, raz po raz potykając się o nierówności terenu. Przepełniał ją niepokój, coś ściskało za gardło.

Zaczęła się rozglądać wokoło. Zupełnie nieoczekiwanie dopadła ją tęsknotą za byłym mężem, Witkiem. Wtedy zrozumiała, że jest na cmentarzu.

W tyle głowy pojawiła się myśl, że Witek nie żyje. Zaczęła biec, jakby chciała dostać się jak najszybciej do jego grobu. Serce telepało jej jak szalone. W pewnym momencie potknęła się o coś i wpadła do dołu. Wrzasnęła i obudziła się cała zlana potem.

– Ożeż w mordę! – sapnęła, nie bez pewnej ulgi.

Spojrzała na zegarek. Była czwarta. Wstała, poszła do kuchni, napiła się wody z kranu i wróciła do łóżka. Przez parę minut kręciła się w nim niespokojnie. Postanowiła, że w ciągu dnia zadzwoni do Witka. Musi się upewnić, że u niego wszystko w porządku, że to nie był proroczy sen.

Zdjęła piżamę, włożyła głowę pod poduszkę i czekała na sen. Przeszedł szybko i nieoczekiwanie. Tym razem przyśniło jej się, że pojechała na naramowicki cmentarz. Przeskoczyła przez bramę i po cichu podeszła do kapliczki. Przystanęła przed drzwiami. Były lekko uchylone. Przyłożyła do nich głowę. Zdrętwiała, bo do jej uszu doszło jakieś jęczenie.

To on – pomyślała, czując, że oblewa ją zimny pot. Nakryłam skurwiela. Wyciągnęła P-64 z kabury.

– Jesteś piękna – z głębi kapliczki wydobyło się obleśne mamrotanie. – Jesteś taka śliczna.

Nagle usłyszała krzyk młodej dziewczynki.

– Ciociu! Ratuj! Ciociu!

Gdy usłyszała głos Ady, swojej siostrzenicy, ryknęła jak rozjuszony zwierz, otworzyła gwałtownym szarpnięciem drzwi, odbezpieczyła broń i wbiegła do środka. W kiepsko oświetlonym wnętrzu dostrzegła mężczyznę z opuszczonymi spodniami. Ciężko sapiąc, patrzył na nią zbaraniałym wzrokiem. Wycelowała w niego broń.

– Nie ruszaj się – warknęła i omiotła wzrokiem wnętrze kapliczki. Nigdzie nie dostrzegła Ady. Chyba się przesłyszałam – pomyślała.

Wbiła wzrok w trumnę. Była otwarta. Leżąca w niej kobieta miała obnażone piersi. Zrobiła dwa kroki w jej stronę, nieświadomie opuszczając broń. Mężczyzna dostrzegł to i ruszył w jej kierunku. Cofnęła się i przerażona nacisnęła spust.

Ale zamiast strzału rozległ się metaliczny dźwięk. Usłyszała chichot i pod naporem ciężaru faceta upadła na ziemię. Na moment przed utratą świadomości poczuła trupi odór.

Gdy otworzyła oczy, zrozumiała, że to był tylko sen.

– O kurwa – szepnęła z ulgą.

Była cała rozdygotana. Spojrzała na zegarek. Parę minut temu minęła piąta. Chwyciła bluzkę od piżamy i wytarła nią mokrą twarz. Usiadła na łóżku i przez dłuższą chwilę patrzyła na swoje nagie stopy.

O tym weekendzie nie zapomnicie nigdy – przypomniała sobie słowa naczelnika, które wybrzmiały na koniec odprawy.

– Chyba miał pan rację, majorze – mruknęła, po czym zwaliła się plecami na łóżko. Była wyczerpana.

Kiedy sobie to uświadomiła i zdecydowała, że poleży jeszcze w łóżku, zadzwonił telefon. Westchnęła i poczłapała do przedpokoju, gdzie był zamontowany aparat. Podniosła słuchawkę.

– Tak?

– Jak spałaś, Zbóju? – sympatyczny głos Freddy’ego podziałał na nią kojąco.

– Źle, bardzo źle. Właśnie śniło mi się, że zaatakował mnie nekrofil.

– Witaj w klubie. Ja też miałem koszmary tej nocy – zaśmiał się. – Moja część łóżka była cholernie przepocona, kiedy się obudziłem.

Zdziwił ją trochę. Nie spodziewała się takiego telefonu. Takie pogawędki nie były w jego stylu. Musiały mocno trzepnąć go te koszmary.

Usiadła na krześle. Oparła głowę o ścianę i przymknęła oczy.

– Co ci się śniło?

– Śniło mi się, że zabiliśmy naszego trupojada i pogrzebaliśmy go na opuszczonym cmentarzu w jakiejś zapadłej dziurze.

– To wszystko?

– Nie, to dopiero początek!

– To co było dalej?

– Wyobraź sobie, że on po paru dniach ożył i zaczął zabijać mieszkańców okolicznych wsi.

– Brzmi jak fabuła jakiegoś tandetnego horroru, Freddy.

– Może, ale w czasie snu nie zwracałem uwagi na kiepską jakość. Po prostu się bałem. Jak dziecko w kinie.

– Jak to się skończyło?

– Ogólną rzezią, po której zwolnili nas z roboty za nieudolne działania.

Zaśmiali się równocześnie.

– No cóż – odezwała się Dagmara, mimo wszystko podniesiona nieco na duchu tą rozmową. – Musimy potraktować twój sen jako motywującą odprawę.

– Tak jest.

– Do zobaczenia.

Dagmara odłożyła słuchawkę i poszła do łazienki. Gdy brała zimny prysznic, próbowała wyobrazić sobie zabójcę Martynki. Widziała go jako rosłego mężczyznę, o nerwowych ruchach, stalowym spojrzeniu i sadystycznym uśmieszku.

 

Gdy zapalała silnik samochodu, czuła już podekscytowanie. Włączyła radio. Właśnie leciała znana piosenka Creedence Clearwater Revival. Ruszyła z piskiem opon i zawtórowała wokaliście: I put a spell on you!

Poczuła nagły przypływ mocy.

I put a spell on you! – krzyknęła.

9

Po wyczerpującej odprawie w gabinecie naczelnika Dagmara, Kruger oraz Harry spalili po papierosie i opuścili komendę. „Idziemy do KaZetEr” – poinformowali dyżurnego, który właśnie pałaszował sznytkę z serem i kiełbasą. To był skrót doskonale znany wszystkim pracownikom firmy i oznaczał „Knajpę za rogiem”.

Milicjanci wciągnęli do płuc trochę powietrza, rozejrzeli się po sennym centrum Poznania, skręcili w prawo w ulicę Nowowiejskiego i wstąpili do kawiarni o wdzięcznej nazwie Crystal.

W tym sympatycznym lokalu, najchętniej odwiedzanym przez emerytów, komentowali odprawy, doprecyzowali wersje śledcze i ustalali dokładniejsze plany czynności. Potem dopijali kawy, gasili papierosy i ruszali do roboty, do „dobrej poznańskiej roboty”, jak lubił mawiać ich szef, zwany czasami Wodzem, major Sławomir Bielski.

– No dobra – powiedział Kruger, gdy usadowili się przy stoliku z widokiem na ulicę. – Co mamy?

Zadawszy to rytualne pytanie, położył na kolanach swój zeszyt i pstryknął długopisem.

– Pojeba, który poluje na trupy – rzuciła Dagmara. – I potem przeprowadza na nich operacje chirurgiczne.

– Domorosłego chirurga – wtrącił Harry, który wydobył z wewnętrznej kieszeni kurtki piersiówkę i wlał parę kropel alkoholu do swojej kawy.

Dagmara poczuła zapach wódki. Zerknęła na niego, a potem na Krugera, który zmarszczył brwi.

– Domorosły – powtórzył porucznik słowa chorążego i zamyślił się. – A może wcale nie? – rzucił nagle.

Dagmara i Harry spojrzeli na niego zaciekawieni.

– Co masz na myśli?

– Może on jest fachowcem w tej dziedzinie?

– W krojeniu trupów? – zapytał Harry.

– Może to zimny chirurg? – podłapała Dagmara. – Jakiś zboczony medyk sądowy?

Zarechotali głośno.

– Trzeba to sprawdzić. – Kruger szybko spoważniał i zanotował coś w swoim nieodłącznym zeszycie. – Trzeba sprawdzić wszystkich, którzy zawodowo mają kontakt z trupami. Czyli szpitale, kostnice i inne tego typu placówki…

Zerknął na Dagmarę.

– Po naszej naradzie pojedziemy na Święcickiego, żeby dowiedzieć się, co zostało ustalone w trakcie sekcji – oznajmił.

– Komu przydzielono ciało? – zapytał Harry.

– Bronkowi – odparł Kruger, mając na myśli doktora Bronisława Kuleja, który w ostatnich latach cieszył się opinią najlepszego medyka sądowego w Wielkopolsce. W poznańskim Zakładzie Medycyny Sądowej następowała właśnie zmiana warty pokoleniowej. Mistrz Kuleja, czyli profesor Alojzy Sajkiewicz, wybitny oraz charyzmatyczny fachowiec, powoli schodził z zawodowej sceny. Liczne kłopoty ze zdrowiem, mające istotny związek z jego słabością do alkoholu, coraz bardziej przeszkadzały mu w rzetelnej pracy. Po kilku ostatnich kłopotliwych wpadkach zaczęto go odsuwać od najpoważniejszych spraw.

– Nie zapomnijcie wziąć ze sobą flaszki – rzucił Harry, szczerząc zęby.

Kruger wzruszył ramionami.

– Zobaczymy, co wyczyta z ciała – powiedział profesorskim tonem, w który często wpadał, co nieodmiennie bawiło Dagmarę i Harry’ego.

Burza mózgów potrwała jeszcze jakąś godzinę. W tym czasie omówili najrozmaitsze wersje śledcze, z których większość wydała im się naciągana, wypalili całą paczkę papierosów i opili się kawą.

Zmęczeni intensywną dyskusją, zamilkli i spojrzeli na zegarki. Trzeba było się zbierać.

– Harry – Kruger zwrócił się do chorążego – w takim razie ty namierzysz tego ekshibicjonistę. – Wyciągnął fotografię z zeszytu i podsunął ją koledze. – A my ze Zbójem pogadamy z Maksem, z tym domniemanym synem szatana – dodał, mrugając żartobliwie. Najwyraźniej wątek satanistyczny wydawał mu się kuriozalny.

Harry skinął głową.

– Odwiedzę księdza z tamtejszej parafii – powiedział. – Wyciągnę go na spytki o jego owieczkach. Jest znakomicie poinformowany.

– Dobry pomysł.

Dagmara zastukała o blat stołu.

– Zapomnieliśmy jeszcze o jednej rzeczy – powiedziała.

– Tak?

– O poprańcach seksualnych, chłopcy!

– Masz rację – zgodził się Freddy. – Jeśli trop prowadzący do ekshibicjonisty okaże się ślepy, pójdziesz do Halinki z obyczajówki i pogadasz z nią. Może podsunie coś interesującego.

Dagmara wyszczerzyła zęby na wzmiankę o pięćdziesięcioletniej koleżance, którą pracownicy komendy nazywali „łowczynią cipek” z względu na jej wielką pasję w ściganiu prostytutek.

– Bardzo chętnie, jej anegdoty o kurwach są bezcenne.

Mężczyźni zachichotali jak uczniacy, ściągając na siebie spojrzenie kelnerki. W tle zabrzmiał głos Felicjana Jędrzejczaka, który wyśpiewywał głośno refren nowej piosenki Budki Suflera.

Nagle Harry poruszył się na krześle i wskazał brodą na okno.

– O wilku mowa.

Freddy i Dagmara wbili wzrok w niewysoką kobietę ubraną jak wiejska katechetka, która raźnym krokiem maszerowała wzdłuż ulicy, prowadząc jednocześnie krępą czterdziestolatkę w czerwonej miniówce. Natychmiast ją rozpoznali, to była Gruba Ania, królowa „poznańskiego Pigalaka”, czyli placu Mielżyńskiego.

– No tak – odezwała się Dagmara – Halinka lubi sobie przesłuchać kurwę w sobotnie przedpołudnie. – Zbliżyła się do okna i zastukała głośno.

Funkcjonariuszka i prostytutka odwróciły głowy w ich stronę. Przez chwilę mrużyły oczy. W końcu ta pierwsza podniosła kciuk do góry, a ta druga wywaliła na wierzch język. Odczytali to jako serdeczne powitanie, odmachali im energicznie i odprowadzili spojrzeniem.

– No i teraz możemy zasuwać do roboty – oznajmił Harry.

Podnieśli się z krzeseł, założyli kurtki i wyszli na ulicę. Zapowiadała się całkiem ładna pogoda. Dagmara spojrzała na napis, który ktoś naniósł sprayem na ścianie jednej z kamieniec: „Kibel, kibel, kibel, roznosi zarazki”. Coś w tym jest – pomyślała, uśmiechając się kwaśno do siebie.

– Pamiętajcie, że nasi nie znaleźli majtek dziewczynki – odezwał się Freddy, przywracając ich gwałtownie do sprawy ponurego zabójstwa. – Sprawca mógł je zabrać ze sobą. Czerwone majtki w niebieskie kwiatki.

10

Gdy Dagmara i Kruger znaleźli się na terenie Zakładu Medycyny Sądowej, doktor Kulej właśnie spożywał drugie śniadanie w swoim nieprzyjemnie pachnącym kantorku. Na stoliku rozpostarty był „Głos Wielkopolski”, a na nim nadgryziona bułka, ogórek kiszony i smakowite udko kurczaka.

– Broniu, co nam możesz powiedzieć o dziewczynce? – zagadnęli go.

„Broniu” kiwnął głową, jakby prosił o chwilę cierpliwości, usiadł na trzeszczącym niemiłosiernie krześle, sięgnął po udko i wbił w nie zęby. Gdy je spałaszował, zamlaskał, wytarł ręce w serwetkę, wyciągnął ze skórzanej torby ćwiartkę i pomachał im przed nosem.

Pokręcili głowami odmownie. W odpowiedzi wzruszył ramionami. Wypił połowę zawartości, syknął, odstawił alkohol i spojrzał na nich.

– No dobra – odezwał się zblazowanym głosem. – Co wam mogę powiedzieć, co byście mnie zrozumieli? Niech no pomyślę…

Bawiła ich ta jego maniera wykładowcy akademickiego, który traktuje swoich rozmówców jak kiepsko przygotowanych do kolokwium studentów.

Wstał z krzesła, zerknął do zeszytu.

– No tak – zaczął. – Dziewczynka została uduszona. Bardzo brutalnie, z wielką siłą. Kutafon złamał jej kość gnykową i chrząstki krtani.

Spojrzał na nich i westchnął.

– Mam wnuczkę w jej wieku – powiedział. – Więc musiałem się w trakcie sekcji trochę znieczulić odpowiednim płynem. Rozumiecie?

Kiwnęli głowami, że rozumieją.

– Co jeszcze? – kontynuował doktor. – Wycięto jej pochwę i piersi. Ale to już wiecie.

Dagmara zacisnęła szczęki.

– Co ciekawe, nie została zgwałcona – zadumał się. – Przyznam, że to interesujący przypadek. Psycholog i psychiatra będą mieli używanie po złapaniu klienta. Ciekawe, jakim szczęśliwcom to przydzielą. Na takich sprawach buduje się przecież kariery!

Cierpliwie przysłuchiwali się jego słowom.

– Nie znalazłem na jej ciele spermy – mówił Kulej. – Muszę przyznać, że jeszcze nigdy czegoś takie nie widziałem na własne oczy. Czytałem czasami o podobnych popierdoleństwach, no ale… hm… żeby w Poznaniu, w naszym filisterskim miasteczku, takie rzeczy się działy? Koniec świata… – umilkł. Zmarszczył czoło, spojrzał na swoje doskonale wypastowane pantofle i odezwał się po chwili namysłu: – Był kiedyś taki sierżant w dziewiętnastym wieku, który wykopywał z grobów trupy, kobiet, ale też i mężczyzn, było mu wsio rawno, wycinał im kawałki mięska i się z nimi, wiecie, zabawiał. Nazywał się… nazywał się… jak on się, kurde, nazywał?

– Bertrand – podsunął Freddy. – Sierżant François Bertrand.

A to kujon – pomyślała sobie Dagmara. Kulej się uśmiechnął.

– Widzę, że znasz temat.

– Coś jeszcze? – wtrąciła się lekko zniecierpliwiona Dagmara.

– Hm, sprawca nieźle tnie – spojrzał na nich i poprawił okulary. – Dobra czwórka, powiedziałbym. Ma talent.

– Może to jakiś rzeźnik? – zapytała Dagmara.

– Może. Może syn rzeźnika? Nie zdziwiłbym się, gdyby był jakoś powiązany z tym fachem. A może prosektor?

– Rozważaliśmy to – rzucił Freddy.

Kulej uśmiechnął się promiennie.

– Mój kolega po fachu? – zarechotał. – Powiem wam, że to nie jest wykluczone. Więcej, to byłoby całkiem zrozumiałe. Jakiś „zimny chirurg” tak się zatracił w robocie, że zaczął pracować po godzinach, na własną rękę, w ramach swojej pasji. Skądś musi brać ciałka. Kradnie je więc z cmentarzy… Powiem wam, że robi się coraz ciekawiej.

Dagmara skrzywiła się i zerknęła na Freddy’ego, który zapisał coś w zeszycie.

– Czym mógł to zrobić? – zapytał.

– Czy ja wiem? Jakimś ostrym nożem, może skalpelem?

– Czy to ty robiłeś oględziny tych zwłok z lutego? – zagadnął porucznik.

– Tak.

– To ten sam sprawca?

Doktor wzruszył ramionami.

– A ilu nekrofilów może w tym samym czasie działać w mieście tej wielkości, co Poznań? – prychnął.

– Przecież wiesz, o co pytam.

Kulej skinął głową.

– Mogło to być to samo narzędzie. Natomiast tamte cięcia były trochę gorsze, na trójkę.

Dagmara wyszczerzyła zęby.

– Na trójkę, powiadasz?

– No, na dobrą trójkę, niech mu będzie.

– Czyli że się rozwija? – zapytała.

– Na to wygląda – odpowiedział. – Eskaluje.

Kulej nagle spoważniał na twarzy, wbił wzrok w zdjęcie uśmiechniętej dziewczynki, które wisiało nad stolikiem.

– Nie chcę nic mówić – odezwał się po krótkim milczeniu. – Ale według mnie facet dopiero zaczyna zabawę z trupami. Fakt, że nie poniósł kary za lutowy czyn, mógł go ośmielić. Jeśli szybko go nie złapiecie, poczuje się bezkarny i znowu zaatakuje. A potem znowu. No i zapanuje psychoza.

Dagmara poczuła, że po plecach przebiegł ją prąd.

– Bierzcie się więc do roboty, kochani. Klient być może szuka już nowej ofiary – rzucił. – Zegar tyka.

Ostatnie dwa słowa wypowiedział wolno i z dużym naciskiem, jakby wygłaszał kwestię w jakimś amerykańskim filmie sensacyjnym. Niby tania sztuczka, ale dopiero wtedy Dagmara i Freddy zrozumieli, jak wielka ciąży na nich odpowiedzialność. Jeśli nie przyłożą się odpowiednio, będą kolejne ofiary. Oto więc zaczyna się wyścig z czasem.

Kulej zerknął na zegarek.

– Jak zrobię protokół, to wam podeślę – oznajmił. Wbił ręce w kieszenie fartucha i spojrzał na nich wymownie. – Moje trupy się niecierpliwią, muszę do nich wracać. Jakieś jeszcze pytania?

Nie mieli więcej pytań, przynajmniej na razie. Pożegnali się i w milczeniu wyszli na korytarz. Przy wyjściu natknęli się na profesora Sajkiewicza, który rozmawiał z bladym czarnowłosym młodzieńcem.

– Słyszałem, że macie fajną sprawę – rzucił zachrypniętym głosem medyk. – Trzymam kciuki za powodzenie! Nekrofilia to fascynująca sprawa.

Uśmiechnęli się z lekka zażenowani i po krótkiej wymianie zdań opuścili Zakład Medycyny Sądowej. Potem wsiedli do skody Freddy’ego i pomknęli na Naramowice.

Podczas drogi Dagmara zastanawiała się, jak Kulej spędza czas po pracy – poza piciem i bawieniem ukochanej wnuczki. W głowie wibrował jej rechot medyka. Jak on powiedział? Jakoś tak: mój kolega po fachu, niewykluczone.

 

Gdy zaparkowali na Chrobackiej, zwróciła się do kolegi, zaskakując trochę samą siebie. Nie chciała raczej powiedzieć tego na głos.

– Dlaczego ktoś zostaje medykiem sądowym? Dlaczego ktoś wybiera sobie zawód polegający na krojeniu umarlaków? Ble…

Freddy zaśmiał się, wyciągając kluczyk ze stacyjki.

– Czyżbyś zaczęła podejrzewać Bronka? – powiedział. – Oj, nieładnie, nieładnie.

– Tylko mu nie mów – burknęła i wysiadła energicznie z samochodu. Rozglądając się po okolicy, poczuła, że budzi się w niej instynkt tropiciela czy nawet łowcy. Dopadnę tego zbokola – pomyślała. Dopadnę go. Kimkolwiek jest.