TyberiuszTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2017

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce

© NIK KEEVIL/TREVILLION IMAGES

Redakcja

MAG – USŁUGI WYDAWNICZE MAŁGORZATA GROCHOCKA

Korekta

MARIA SOŁTYS

Skład

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Polish edition © Publicat S.A. MMXVII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-245-8289-1


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


SPIS TREŚCI

Dedykacja

* * *

Prolog

Część pierwsza

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Część druga

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Zakończenie

Posłowie

Nota bibliograficzna

Przypisy


Pamięci mojego ojca, Piotra,

który zaszczepił we mnie ciekawość

niezwykłego świata starożytnego Rzymu



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG

PAŹDZIERNIK 31 ROKU

Godziny mijały jedna za drugą. Zgarbiony starzec o zbolałym wyrazie twarzy od rana niespokojnie krążył pod portykami, wspinając się z mozołem po stromych schodach pośród ogrodów wydartych twardym skałom rękami setek niewolników, niepewny tego, co przyniesie wieczór. Zesztywniałymi, długimi palcami ściskał kurczowo laskę. Niekiedy opierał zmęczone ciało na marmurowej barierce i mrużąc oczy, z wysokiego klifu wypatrywał czegoś na horyzoncie. Morski wiatr targał jego siwymi włosami i smagał jasną, pomarszczoną skórę twarzy, na której mimo upływu lat wciąż było widać ślady po młodzieńczych krostach.

Z wysokości obserwował statki płynące z południa na północ i z północy na południe. Z Achai, Egiptu, Azji, Iberii, Kartaginy... Lecz czekał tylko na ten jeden.

Wreszcie go dostrzegł. Słońce już zachodziło, opromieniając wybrzeże Italii ciepłym, złotym blaskiem, gdy okręt wojenny pojawił się od strony Misenum. Nie skierował się, jak wiele innych, do portów Bauli, Pompejów czy Herkulanum, lecz przecinał wody Zatoki Neapolitańskiej, zmierzając wprost ku wyspie.

Zamknął oczy. Jakąkolwiek wieść przynosił posłaniec, była ona zła. Cokolwiek miał od niego usłyszeć – musiało boleśnie ukłuć w serce.

Otworzył powieki. Powoli odwrócił zgarbione ciało i skierował się ku pałacowi. Kiedyś krok miał pewny, sprężysty. Teraz drobnymi kroczkami szedł ku schodom, uważając po drodze na każdą nierówność wyłożonej marmurem ścieżki. Wspinał się na kolejne poziomy ogrodu, spoglądając od czasu do czasu na znajdującą się w górze majestatyczną bryłę budowli, w której schronił się wiele lat temu. Część białych, wykładanych jasnym kamieniem ścian rozkosznie odbijała teraz ostatnie promienie chylącego się ku zachodowi słońca. Inne skrywał już mrok, zmieniając cudne za dnia portyki w jednostajny rząd ponurych, czarnych czeluści.

Odprowadzony czujnym wzrokiem strażników dyskretnie rozstawionych w pałacu i ogrodzie skierował się wprost do triclinium[1]. Tam podszedł do jednego z trzech łóż biesiadnych i zajął swe miejsce. Oparł się na lewym łokciu, pozwalając niewolnikowi, by poprawił jego szatę purpurowej barwy. Inny podszedł z wypełnionym wodą szklanym naczyniem, by obmyć mu dłonie i stopy. Uniósł głowę. Ujrzał dwie osoby leżące na pozostałych łożach: ośmioletniego chłopca i młodego, prawie dwudziestoletniego mężczyznę o niezbyt atrakcyjnej twarzy, naznaczonej pryszczami. Spoglądali na starca, czekając, aż da znak do rozpoczęcia posiłku.

On tymczasem wbił zrezygnowany wzrok w Odyseusza przywiązanego do okrętu i opierającego się śpiewom zabójczych syren, którego postać ułożona z maleńkich, kolorowych kamyczków zdobiła posadzkę. Wreszcie podniósł rękę. Wtedy służba wycofała się do kuchni po pierwsze dania.

Czas mijał powoli, niewolnicy roznosili półmiski. Ciszę przerywał tylko brzęk odstawianych pucharów i niekiedy trzask oliwy płonącej w lampach zwieszających się na łańcuszkach z licznych kandelabrów. Zarówno starzec, jak i jego młodzi goście wzajemnie unikali swego wzroku.

Wtem z prowadzących do jadalni korytarzy dał się słyszeć rytmiczny stukot podkutych butów. Chłopiec i młodzieniec znieruchomieli na swych łożach, tylko starzec nie przerwał posiłku. Jakby wiedział, co przyniesie najbliższa przyszłość. Lekko trzęsącą się dłonią podnosił do ust kolejne kawałki mięsa.

Przesłaniająca wejście kotara rozchyliła się i do środka wszedł niski, dobrze zbudowany mężczyzna. Podszedł do starca i pewnym ruchem wyciągnął rękę, w której trzymał papirusowy rulon.

– Oto raport, cezarze – rzekł.

Stary władca nawet na niego nie spojrzał. Uniósł do ust skrzydełko pieczonego kwiczoła.

– Rozkaz wykonano, Makronie? – spytał beznamiętnie. Ale leżący obok dwudziestolatek mógłby przysiąc, iż w pytaniu tym kryła się nadzieja, że może jednak odpowiedź będzie przecząca.

– Tak, cezarze. Wszystko poszło zgodnie z planem – odparł Makron, chowając raport do fałdu swego płaszcza. Starzec zacisnął powieki.

– Dobrze – powiedział drżącym głosem. – Możesz odejść.

– Ale... – Przybyły chciał jeszcze coś dodać.

– Odejdź! – krzyknął gospodarz. – Wszyscy odejdźcie!

Obecni zaczęli pospiesznie opuszczać triclinium, pozostawiając cesarza samego. Niedługo potem mieszkańcy pałacu usłyszeli głos, którego brzmienie przez ostatnie lata zdążyli już zapomnieć: zawodzenie odbijające się od wysokich murów jadalni i zwielokrotnionym echem docierające do najdalszych zakątków wielkiej rezydencji. Tyberiusz płakał.

Następnego dnia, jakby nic się nie stało, cesarz wstał tuż przed świtem. Jak zawsze zjadł lekkie śniadanie; potem wyszedł na rozległy wschodni taras. Dla tej krótkiej chwili był gotów poświęcić wszystkie inne przyjemności, a nawet zaniedbać obowiązki. Stały, powtarzający się dzień w dzień rytuał. Jasna łuna nad Italią oznaczała, że niebawem pierwsze promienie słońca obleką marmurowe portyki pałacu różową poświatą. Pierwsze ptaki zaczną swe koncertowanie, a schłodzone nocą pachnące morzem powietrze wypełni płuca.

 

Wyprostował zgarbione plecy i głęboko odetchnął. Przymknął oczy. Stał tak nieruchomo, oczekując bez pośpiechu, aż na jego pomarszczoną, zmęczoną twarz padnie ciepło dziennej gwiazdy – najpierw delikatne, nieśmiałe, z każdą chwilą coraz bardziej natarczywe.

Usłyszał krótkie chrząknięcie. Obrócił się, spoglądając spod krzaczastych brwi.

– Makron czeka w tablinum[2], panie – rzekł stojący za nim sekretarz, wyzwoleniec Apollodor.

– Już idę – powiedział cesarz niechętnie, widząc jego ponaglający wzrok. Powoli zawrócił z tarasu i udał się do gabinetu. Wszedł do pomieszczenia, z którego okien mógł obserwować kontynent. Usiadł za stołem na cedrowym krześle z misternie rzeźbionym oparciem. Na jednym krańcu blatu słudzy przygotowali stos zwiniętych w rulony raportów, które poprzedniego wieczora przypłynęły z całego państwa i jeszcze przed świtem zostały dostarczone na pałacowe wzgórze. Na drugim zaś piętrzyły się równiutko poukładane pisma, które sekretarze Sejana – prefekta gwardii pretoriańskiej – dali imperatorowi do podpisania.

Zamieszkiwał na Kaprei[3] od lat. Tu w wielkim tablinum przylegającym do głównej jadalni wydawał rozkazy. Tu, na swoistym wygnaniu, na które sam się skazał, miały się zbiegać wszystkie nici władzy. Swych poddanych nie widział od dawna. Jakże odmiennie potoczyły się jego losy od tego, jak je zaplanował...

– Wprowadzić Makrona? – spytał Apollodor.

– Tak – odparł cesarz. Głos znów miał spokojny, wyprany z jakichkolwiek emocji, a po wczorajszych łzach nie pozostał nawet ślad. Patrzył na wyruszające z odległych portów Zatoki Neapolitańskiej statki, niczym rój pszczół wylatujących z pasieki o poranku. Znów posłyszał stukot podkutych sandałów. Drzwi uchyliły się, ukazując postać Makrona.

– Co każesz, cezarze? – spytał żołnierz, stając wyprostowany przed władcą.

– Wrócisz do Rzymu. Zostajesz powołany na stanowisko nowego prefekta gwardii pretoriańskiej – powiedział cicho imperator, podając żołnierzowi papirusowy rulon ze świeżo podpisaną nominacją. – Chcę, abyś przywrócił porządek. Skoro nie mogłem polegać nawet na najdroższej mi osobie, to znaczy, że nie mogę już zawierzyć nikomu. Odszukaj tych, którzy zwrócili się przeciwko mnie, i osądź ich w moim imieniu. Wytęp ich wszystkich jak robactwo. Masz moje wszelkie pełnomocnictwa.

– Będzie, jak każesz, panie – rzekł Makron. – Czy nie powinieneś wrócić do Rzymu?

„Do Rzymu...?” – Tyberiusz zamyślił się. Z zakamarków pamięci powróciły wspomnienia żony, syna, brata: wszystkich tych, których kochał i których prochy spoczywały w wielkim mauzoleum nad brzegiem rzeki. Szybko jednak powrócił do rzeczywistości, której nic nie oddawało lepiej niż ostatnie listy Antonii i tajne sprawozdania Makrona.

– Po co? – odpowiedział wreszcie. – Tam już nie ma dla mnie miejsca. Rzymianie widzieliby mnie najchętniej na dnie Tybru, a nie na Palatynie.

– A Gajusz i Gemellus? Ich też chcesz zatrzymać przy sobie?

Znów na chwilę zapadło milczenie. Tyberiusz bił się z myślami, rozważając, jak powinien postąpić z towarzyszącymi mu na wyspie młodzieńcami – starszym Kaligulą i młodszym Gemellusem. Dopiero teraz, z perspektywy czasu, rodzinne powiązania ujawniały całą swą złożoność. Wybór, który jeszcze niedawno był oczywisty, teraz zmuszał do zastanowienia.

– Tak – powiedział wreszcie Tyberiusz. – Niechaj obaj zostaną na Kaprei.

– Ale przecież Gemellus nie jest...

– Możesz odejść! – przerwał mu szybko cesarz, przymykając oczy.

Makron obrócił się na pięcie i opuścił tablinum.

Część pierwsza

ROZDZIAŁ I

SIEDEMNAŚCIE LAT WCZEŚNIEJ – SIERPIEŃ 14 ROKU

Kto żyw, na samą myśl o tym dniu drżał, nie wiedząc, co przyniesie. W tej jednej chwili Imperium wstrzymało oddech w oczekiwaniu. Oktawian August umarł. Wywyższony przez bogów oddał ostatnie tchnienie. Boski osierocił swój lud.

Od czasu, gdy pokonał Marka Antoniusza w bitwie pod Akcjum, minęło czterdzieści pięć lat. Niemal pół wieku wolne od bratobójczych wojen domowych, w jakie obfitowały wcześniejsze lata. Pół wieku umacniania nowego politycznego porządku, w którym całą władzę nad ogromnym Imperium skupiał jeden człowiek – August, Ojciec Ojczyzny. Ten, którego geniuszowi świątynie stawiano za życia.

Gdy umierał, niewielu było obywateli, którzy mieli jeszcze w pamięci czasy, gdy Rzymem nie rządził ON.

Twarze były posępne. Kobiety miały potargane włosy. Mężczyźni stali nieruchomo, starając się nie pokazać, że i im wilgotnieją kąciki oczu. Tłum wypełniał szczelnie każdy skrawek wolnej przestrzeni wzdłuż Via Appia. Ludzie przepychali się w milczeniu, nie ważąc się dobyć z gardła najmniejszego odgłosu w obecności tego, którego od lat traktowano niczym boga. Rzekłbyś, że ptactwo zamilkło, wiatr ucichł, a drzewa zastygły w bezruchu.

W sierpniowy dzień kondukt żałobny podążał wolno do Rzymu z miasteczka Nola, gdzie znajdowała się willa, w której serce Augusta zabiło po raz ostatni. Na czele z głośnym chrzęstem równym krokiem maszerował oddział gwardii pretoriańskiej w paradnych zbrojach, czerwonych płaszczach i w hełmach z pióropuszami. Za nim szło dwudziestu czterech liktorów niosących związane pęki rózeg z wetkniętymi toporkami – pradawnymi symbolami władzy przynależnej najwyższym rzymskim urzędnikom. I wreszcie ten, którego wszyscy pragnęli ujrzeć – August. Jego ciało spowite białą togą spoczywało na marach wiezionych na złoconym wozie zdobionym kością słoniową. Pomarszczona skóra, rzadkie siwe włosy: jakże odmienny obraz od wykuwanych w kamieniu – jak Imperium długie i szerokie – posągów przedstawiających silnego młodzieńca o przenikliwym spojrzeniu sięgającym po horyzont i gęstej grzywie z lokiem zaczesanym w charakterystyczny orli dziób.

Na bazaltowe płyty drogi padały dziesiątki tysięcy kwiatów rzucanych w milczeniu przez ludzi pragnących oddać władcy ostatni hołd.

Za wozem żałobnym szedł mężczyzna. Miał pięćdziesiąt pięć lat, był wysoki i silnej budowy. Sprężysty krok i szerokie ramiona świadczyły o jego żołnierskiej młodości daleko bardziej niż zdobny pancerz, na którym ręka armifexa[4] wyczarowała postacie Achillesa i Heraklesa. Twarz miał pospolitą. Nie wyróżniało jej nic poza śladami trądziku, który prześladował go jeszcze długo po okresie dojrzewania. Jak wielu przedstawicieli swego rodu, włosy miał nieco dłuższe niż większość mężczyzn rzymskiej elity, lekko na kark opadające.

Zgromadzeni wzdłuż Via Appia ludzie z szacunkiem spoglądali na ciało Augusta, którego panowaniu zawdzięczali najdłuższy w najnowszych dziejach państwa okres pokoju. Gdy tylko jednak wóz ze zmarłym władcą ich mijał, z ciekawością wpatrywali się w tego, który miał teraz przejąć stery rządów.

Czy maszerując w żałobnym kondukcie, Tyberiusz wspominał wszystkich swych konkurentów do panowania nad Rzymem? A może przywoływał w pamięci ojca i dziadka – potomków potężnych Klaudiuszów, którzy zapewne przewróciliby się w grobach, gdyby wiedzieli, jakimi ścieżkami podążyło życie ich dziedzica. Oni walczyli o przetrwanie dawnej Republiki rządzonej przez arystokratyczną oligarchię przysłoniętą pozorami rządów ludu. Walczyli przeciwko Cezarowi, Markowi Antoniuszowi. On pokłonił się temu, kto Republikę definitywnie pogrzebał i kto przez pół wieku budował podwaliny nowego ustroju, w którym jeden człowiek skupiał władzę większą niż egipscy faraonowie. Oni za swe przekonania oddali życie. On miał właśnie zająć w państwie miejsce ich wroga.

Czy o tym myślał Tyberiusz, idąc za wozem ze zwłokami Augusta? A może jego myśli krążyły wokół Wipsanii – pierwszej żony, tej, którą najbardziej ukochał, ale i najbardziej skrzywdził. Tej, której wolą cesarza miał już nigdy nie ujrzeć, a która teraz może na niego czekała.

O czym myślał Tyberiusz, zapewne nigdy się nie dowiemy. Pewne jest natomiast, że tysiące ludzi tłoczących się wówczas wzdłuż Via Appia nie miały wątpliwości: mężczyzna, na którego z ciekawością spoglądali, jest nowym władcą całego znanego im świata – od dzikich puszcz Germanii po rozgrzane pustynie Libii. Od strzelistych Słupów Heraklesa po nagie skały Syrii.

Antonia była rozdrażniona. Wiedziała, że chwila ta jest nieuchronna, a jednak w głębi serca pragnęła, by nadeszła jak najpóźniej.

Gdy krótko po świcie otworzyła oczy, przez chwilę jeszcze leżała w łóżku w bezruchu. Błądziła myślami wokół swych dzieci, codziennych obowiązków związanych z zarządzaniem licznymi posiadłościami i klientów, którzy zapewne będą chcieli złożyć jej uszanowanie o poranku. Dopiero po jakimś czasie przypomniała sobie, że dzień ten będzie inny niż pozostałe. Dziś nie przyjdzie żaden klient. Świadomość tego, co ją czeka, spadła na nią jak uderzenie obuchem, wywołując zły nastrój.

A przecież nie dalej jak kilka tygodni wcześniej August odwiedził ją niespodziewanie. Już wtedy miała złe przeczucia. Zawsze był chorowity i słabej kondycji, jednak tego dnia wyglądał gorzej niż zazwyczaj. Cerę miał ziemistą, a przenikliwy zazwyczaj wzrok – przygasły. Mimo to okazywał zainteresowanie jej dziećmi i wnukami, chwalił Germanika za postępy kampanii wojennej nad Renem i za opanowanie nastrojów w obozie wojskowym, wysławiał Agrypinę za oddanie mężowi, wypytywał o małego Kaligulę, a nawet przekomarzał się z nią w sprawie Klaudiusza, do którego ona nie miała już cierpliwości, a w którym on wciąż dostrzegał ukryte talenty. Zawsze gdy August poruszał temat jej młodszego nieudanego syna, Antonia nie miała pewności, czy mówi poważnie, czy też stroi sobie żarty z ułomności młodego mężczyzny.

A teraz nie żył...

Antonia była jedną z dwóch córek Marka Antoniusza i Oktawii – siostry Augusta. Po samobójstwie Antoniusza w Aleksandrii po bitwie pod Akcjum Oktawia z dziećmi zamieszkała w domu brata – nowego jedynowładcy Imperium. August dobrze traktował Antonię. Wprawdzie spłodził ją mężczyzna, którego on sam ogłosił wrogiem Rzymu opętanym przez rozpustną Kleopatrę, lecz była przecież jego siostrzenicą, zasługiwała więc na przyznanie jej godnego miejsca w Rodzinie. Choć August doprowadził do śmierci jej ojca, nie miała mu tego za złe. Wojna była w Rzymie stanem uznawanym za normalny, podobnie jak dla polityków walka wyborcza, dla rolników susza, a dla kupców – sztorm zatapiający statki wraz z towarem. Czy mogła więc mieć żal, że Marek Antoniusz okazał się w tej rozgrywce przegranym? I że honorowo wolał wybrać śmierć niż poddanie się woli Augusta? Swego prawdziwego ojca nie pamiętała, więc z czasem to właśnie August zaczął wypełniać lukę po nim.

Oktawian August wierzył, że warunkiem zachowania władzy w rękach jego Rodziny jest, by wszyscy jej członkowie trzymali się blisko siebie. Małżeństwo było jednym z jego ulubionych narzędzi, za których pośrednictwem tworzył nowe więzi między swymi krewnymi. Antonia także była częścią planów dynastycznych Augusta. Gdy miała dwadzieścia lat, imperator nakazał jej wyjść za Druzusa, swego pasierba, a zarazem młodszego brata Tyberiusza. Małżeństwo nie trwało długo – Druzus zmarł raptem siedem lat później, jednak ze związku tego narodziła się trójka dzieci: najstarszy Germanik, Julia i najmłodszy – Klaudiusz. Nici, którymi August na siłę spajał Rodzinę, były bardzo liczne. Germanik został ożeniony z Agrypiną, córką ulubionego generała Augusta – Marka Agrypy; Julia wyszła za syna Tyberiusza, Kastora. Jedynie Klaudiusz, uważany za umysłowo ograniczonego, pojął za żonę kobietę spoza Rodziny, Plaucję Urgulanillę, ale nawet ona była związana z rodem uchodzącym za zaprzyjaźniony z domem Augusta.

Wciąż pozostając w łożu, Antonia próbowała sobie przypomnieć ostatnie zdanie, jakie usłyszała z ust cesarza, jego ostatnie spojrzenie, ostatni gest... Zmobilizowała całą silę woli, by zmusić się do wstania. Z wiekiem przychodziło jej to coraz trudniej. Jej pięćdziesięcioletnie ciało coraz natarczywiej domagało się łagodnego traktowania, a poranne bóle krzyża i ogólna wiotkość mięśni stanowiły wyraźny znak, że powinna już ograniczyć zakres swoich obowiązków i bardziej polegać na wyzwoleńcach oraz najbliższych. Dzieci od dawna namawiały ją do porzucenia Rzymu i udania się do willi w Oplontis[5], w której łagodny klimat i morska bryza poprawiłyby jej słabą ostatnio kondycję.

Usiadła na łóżku. W tej samej chwili pojawiła się obok niej niczym spod ziemi niewolnica z przyszykowanym ubraniem – lekką tuniką i sandałkami.

– Bądź pozdrowiona, domina – rzekła.

– Jaką mamy dzisiaj pogodę? – spytała Antonia.

– Dzień zapowiada się słoneczny. Na Polu Marsowym będzie bardzo duszno i gorąco.

 

– Nie wątpię... – mruknęła Antonia.

– Dziś rano przybył posłaniec z Galilei. Przywiózł listy od twoich klientów, a także list od Heroda Antypasa.

– Dobrze. Niech go zostawią w tablinum. Później przeczytam. Coś jeszcze?

– Przyszedł Geminiusz, twój klient, domina. Czeka w atrium.

– Teraz? Przecież mówiłam, że dzisiaj nie przyjmuję klientów!

– Wiem, ale nalegał.

Antonia zmarszczyła brwi.

– Pewnie znowu chce pieniędzy. Daj mu tyle, co zawsze, i przekaż, że dzień jest niestosowny na składanie wizyt.

Zbliżający się pogrzeb nie dawał jej spokoju. Gdy służąca wkładała jej sandały i wiązała ich rzemyki, ona wciąż myślała o skutkach śmierci Augusta. Przez z górą czterdzieści lat cesarz był tym, wokół którego w naturalny sposób jednoczyła się cała Rodzina. On zapewnił Imperium spokój i pomyślność. On dbał o wyciszanie konfliktów między poszczególnymi gałęziami rodu. Jego staraniem plebs żył w przekonaniu, że August i jego bliscy są jak klucz sklepienia, bez którego misternie budowana struktura władzy rozsypie się, pogrążając państwo w chaosie. Czy teraz Rodzina utrzyma władzę? Czy może tłumione przez dziesięciolecia waśnie wybuchną ze zdwojoną mocą, uwalniając niszczycielską siłę nagromadzonej przez lata energii?

Niewolnica nałożyła na nią tunikę, którą związała w pasie ozdobnym sznurem z frędzlami. Potem rozpoczęła porządkowanie zmierzwionych włosów – w większości jeszcze czarnych, lecz przetykanych już gęsto siwiejącymi pasmami. Potem sięgnęła po leżące na stoliku okrągłe zwierciadło z polerowanego brązu.

– Tak będzie dobrze, domina? – spytała. – Może przyniosę perukę?

Antonia przyjrzała się swemu rozmazanemu odbiciu. Skrzywiła się. Upływającego czasu nie był w stanie ukryć nawet wymagający ponownego wygładzenia brąz.

– Nie, może tak zostać – mruknęła do niewolnicy. – Niech peruki noszą te patrycjuszowskie ladacznice, które Liwia przyprowadzała co noc do łoża Augusta i które teraz zapewne wypłakują ostatnie łzy. „A swoją drogą ciekawe, czy ich ojcowie z równą ochotą będą teraz udostępniać swoje córki Tyberiuszowi?” – pomyślała.

Zasłona oddzielająca sypialnię od perystylu[6] rozsunęła się, ukazując odźwiernego.

– Pani, przybyli Klaudiusz i Julia – zaanonsował sucho.

– Wprowadź do tablinum. Niech chwilę poczekają – odparła, krzywiąc się ponownie, tym razem na myśl o swym synu. Do niewolnicy zaś rzekła: – Tylko nie przesadź z kolorami. Nie chcę wyglądać jak nałożnica Augusta, która przyszła na jego pogrzeb.

Niewolnica podeszła do stolika, z którego zdjęła skrzyneczkę zdobioną intarsją z kości słoniowej. Gdy ją otwarła, w środku ukazał się rząd flakoników i puszek – jedne ze szkła, inne ze srebra, jeszcze inne z kremowego, niemal przezroczystego alabastru. Wyjmowała je po kolei. Pastę z tłuszczu i miodu wymieszaną z tajemniczymi barwnikami rozprowadziła równomiernie na czole i policzkach swej pani. W jednej chwili wiotka i pomarszczona skóra Antonii zrobiła się lśniąca i napięta. Czarnym sproszkowanym antymonem podkreśliła brwi, a pyłem z wysuszonych płatków róż pokryła powieki i policzki. Na koniec pasta ze zmielonego cynobru – usta nabrały żywej czerwonej barwy. Niewolnica odstawiła skrzynkę z kosmetykami i ponownie uniosła zwierciadło. Tym razem Antonia pozwoliła sobie na słaby uśmiech. „Dobrze. Niech tę starą wiedźmę zazdrość zżera!” – pomyślała o Liwii. Wstała i wyszła na dziedziniec perystylu, kierując się do gabinetu.

Dom, choć jeden z najzamożniejszych w Rzymie, nie był nazbyt obszerny. Miał nieduże atrium oraz spory perystylowy ogródek otoczony kolumnadą i wianuszkiem komfortowych pokoi. Tu, na skraju Palatynu, nie było wiele miejsca, a ceny nieruchomości przyprawiały o ból głowy nawet największych bogaczy. Widok na Via Sacra[7], Forum, Welię[8], Atrium Vestae[9] wart był każdych pieniędzy i stanowił obiekt zazdrości wielu patrycjuszy.

Antonia przeszła przez dziedziniec tryskający zielenią pomimo gorącego lata. Odsunęła poruszające się pod wpływem porannego wietrzyku zasłony i ujrzała swe dzieci.

– Bądź pozdrowiona, matko – powiedzieli niemal jednocześnie Klaudiusz i Julia.

– Usiądźcie – odparła, spoglądając chłodno na Klaudiusza. Już sam jego widok ją drażnił. Czy on nie potrafi nawet ubrać się godnie? Niechlujnie ułożona toga wisiała na nim jak sprane prześcieradło niedbale przewieszone przez oparcie krzesła.

Julia podeszła do matki i ją objęła.

– Jak się czujesz? Jak to znosisz? – spytała.

Antonia postanowiła nie pokazywać, jak bardzo przygnębia ją nadchodząca uroczystość.

– Cóż, to tylko pogrzeb. Wszystko zostaje po staremu. – Wiedziała, że nie zabrzmiało to szczerze. Uwolniła się z objęć córki i usiadła za stołem. Niewolnik przyniósł srebrną tacę z soczystymi brzoskwiniami i dzbanem pełnym świeżej wody. – Wiecie, że wszystko zostało dawno ustalone. Taki był plan Augusta. Nie ma już co dyskutować na ten temat – dodała szybko. – Niebawem sprawy potoczą się po naszej myśli.

– Ale... – Julia próbowała zaprotestować. Klaudiusz smętnie kiwał głową na boki, co wywoływało u Antonii coraz większą irytację.

– Naprawdę wierzysz, matko, że będzie tak, jak zaplanował August? – spytał Klaudiusz. – Ton jego głosu nie pozostawiał wątpliwości, że jest odmiennego zdania.

Antonia tłumiła złość. Jąkanie się syna, jego rozkołysana postawa, głupawa mina i nieustanne wtrącanie uwag kwestionujących jej opinie pogłębiały jej zdenerwowanie.

– A nie powinnam? – rzuciła oschle. – Chyba nie sądzicie, że sprawę sukcesji naszego Germanika pozostawiłam samą sobie. Nie będę biernie obserwować, jak Tyberiusz foruje Kastora na kolejnego cesarza. Muszę zadbać o to, by armia i plebs jednoznacznie opowiadały się po naszej stronie i by nawet Tyberiusz dostrzegał, że ich woli nie może się sprzeciwić, ustalając następstwo. Nadreńskie legiony mogą się w tym przydać...

Julia pokiwała głową bez przekonania, Antonia zaś kontynuowała swą tyradę.

– Panowanie nad Rzymem naszemu domowi się należy i nawet Tyberiusz nie jest w stanie tego zmienić. Nic to! – prychnęła lekceważąco. – Prędzej czy później władza nad Rzymem wróci do prawowitych potomków Juliuszów. Zobaczycie! Nasz Germanik będzie cesarzem! – Rzekłszy to, ukryła twarz w dłoniach i powiedziała ciszej, jakby tylko do siebie: – Germanik musi być cierpliwy.

– Wciąż tylko Germanik i Germanik! – Julia nie wytrzymała. – Czy tylko on się liczy w tej rodzinie?

– Milcz! – uciszyła ją Antonia. – To on zapewni nam wszystkim przyszłość!

Julia zacisnęła usta.

– Musisz być ostrożna – rzekł Klaudiusz do matki. – Tyberiusz nie może odebrać twoich zabiegów jako zagrożenia dla siebie. Jego reakcja mogłaby być gwałtowna! Kiedy spodziewasz się wiadomości od naszego brata?

– Napisałam do niego zaraz po tym, jak do Rzymu dotarła wiadomość o zgonie princepsa. Do nadreńskiego garnizonu kurier dotrze w najlepszym razie za kilkanaście dni. Odpowiedź Germanika nadejdzie więc dopiero za miesiąc lub dwa.

Do Antonii podeszła niewolnica i szepnęła jej coś na ucho.

– Muszę się przygotować do ceremonii. Za godzinę wychodzimy – powiedziała Antonia do swych dzieci. – Klaudiuszu, zostań ze mną. Pod nieobecność Germanika będziesz mi towarzyszyć podczas pogrzebu. Na razie poczekaj na mnie w bibliotece. Ty zaś, Julio, wracaj do męża. W czasie uroczystości powinnaś stać u boku Kastora.

Na twarzy Julii pojawił się ledwo widoczny grymas.

Antonia wyszła, aby poddać się ostatnim zabiegom przed wyjściem z domu. Rodzeństwo zostało samo. Julia spojrzała na Klaudiusza.

– Co myślisz? – spytała.

– To samo co ty – odrzekł skwaszony.

– Tylko Germanik i Germanik... świata poza nim nie widzi. My zupełnie się nie liczymy!

– Zawsze tak było – odparł Klaudiusz. On sam miał najwięcej powodów, by się skarżyć na sposób, w jaki matka go traktowała: jako niedorobionego członka rodziny, zasługującego co najwyżej na litość.

– Mam tego dość!

– Nic nie zmienisz. Nie pogarszaj swojej sytuacji – powiedział z rezygnacją w głosie.

– W domu męża jestem traktowana jak obca. W domu rodzinnym wcale nie lepiej. Czasem mam wrażenie, że matka więcej uczuć żywi do niewolnicy, która układa jej włosy, niż do rodzonej córki!

Klaudiusz zakołysał głową.

– Wszystko podporządkowała jednemu celowi. To sens jej życia. Osiągnie go tylko z Germanikiem. Dlatego my się nie liczymy.

– To jakieś szaleństwo! – westchnęła Julia. – Kiedyś wszyscy za to zapłacimy!

– Idź już! Kastor nie może czekać, a uroczystości niebawem się zaczną. Trzeba się pospieszyć.

Julia wstała i po chwili słychać było za nią skrzypienie drzwi wejściowych i cichy trzask zamka. Klaudiusz zaś, lekko utykając, pokuśtykał do usytuowanego po drugiej stronie perystylu pomieszczenia, w którym znajdował się księgozbiór Antoniuszów. Po drodze spotkał wysłanego przez matkę jej vestiplicusa[10], który pomógł mu doprowadzić togę do ładu na tyle, by Rodzina nie musiała się za niego wstydzić podczas pogrzebu.

Cały Rzym płakał po śmierci wielkiego władcy. Tylko jeden mężczyzna nie mógł powstrzymać radości. Stał teraz nieruchomo w atrium swego domu za zboczach Celius, podczas gdy niewolnik w milczeniu nakładał na niego zbroję oficera pretorianów: dopasowany do tułowia pancerz podkreślający jego muskulaturę, naramienniki i nagolenice. Na krześle obok leżał hełm z pióropuszem i pas z krótkim, prostym mieczem w pochwie.

Sejan milczał, choć chciał krzyczeć ze szczęścia. Miasto było w żałobie, a on miał ochotę wychylić kilka pucharów wina, by podziękować Fortunie za to, jak pokierowała jego losem.

Liczył sobie trzydzieści cztery lata. Wzrostu był raczej przeciętnego. Twarz miał nieprzyjemną – wąska szczęka nadawała jej trójkątny kształt, a szeroki nos dodatkowo wzmagał wrażenie braku właściwych proporcji. Na czoło opadała mu czarna grzywka. Choć w dzieciństwie był wątły, teraz, dzięki regularnym ćwiczeniom podczas służby pretoriańskiej, budził w łaźniach podziw kobiet i zazdrość mężczyzn. Wśród kolegów ze służby nie miał opinii szczególnie bystrego, za to o jego ambicji krążyły wręcz legendy. W tawernach, w których wieczorami zbierali się gwardziści, niekiedy kpiono z niego, że nawet stanowisko princepsa nie byłoby chyba wystarczająco godne jego osoby. Ku zaskoczeniu towarzyszy jego kariera w gwardii chroniącej Augusta była szybka. Nim się spostrzegli, już tylko krok dzielił go od stanowiska prefekta pretorianów – najwyższego dowódcy odpowiedzialnego za bezpieczeństwo Augusta. Niebawem przyczyna szybkich awansów przestała być tajemnicą. Za sukcesami Sejana stała znajomość jego ojca – Strabona, z Tyberiuszem. W miarę starzenia się August coraz więcej obowiązków przekazywał swemu pasierbowi, a ten robił, co w jego mocy, by pomóc synowi swego przyjaciela w karierze. Teraz, gdy August nie żył, a władzę cesarską przejmował Tyberiusz, Sejan mógł być pewien, że otwiera się przed nim świetlana przyszłość.

Inne książki tego autora