Ważniejsze niż WszechświatTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ważniejsze niż Wszechświat
Ważniejsze niż Wszechświat
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
Ważniejsze niż Wszechświat
Audio
Ważniejsze niż Wszechświat
Audiobook
Czyta Stanisław Biczysko
29,90  22,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

WIELKIE PYTANIA – WIELKA ODPOWIEDŹ (Wstęp)

Pytania

Pytania małe i wielkie

Geneza książki

Granice i wolność

RACJONALNOŚĆ I SENS

Przełamywanie oporu

Strategie rozumienia

Rozumieć rozumienie

Od Racjonalności do Sensu

LOGIKA PANA BOGA

1. Wprowadzenie

2. Świat kategorii

3. Kategoryfikacja fizyki

4. Czy istnieje logika uniwersalna?

5. Pewien przykład

6. „Pan Niesprzeczności”

7. Apofatyzm logiczny

8. Jeszcze jeden przykład w charakterze wniosku

USPRAWIEDLIWIENIE HISTORII WSZECHŚWIATA?

Początek

Koszmar deterministy

Powstawanie struktur

Utrata moralnej niewinności

Dlaczego COŚ?

Dlaczego zło?

Jak w sarmackiej kopalni

CZASOPRZESTRZEŃ I ŻYCIE WIECZNE

Geometria porannego spaceru

Geometria czasoprzestrzeni

Niewymagający model

Czasoprzestrzeń i wieczność

LOGOS WSZECHŚWIATA I CZŁOWIEKA

JEST

Racjonalne

Początek

MAŁA PLANETA

Dzieje Słońca

Trzy i pół miliarda lat potem

Błękitny punkt

Nota bibliograficzna

Spis ilustracji

Przypisy

© Copyright by Michał Heller & Copernicus Center Press, 2018

Adiustacja i korekta

Artur Figarski

Projekt okładki i opracowanie graficzne

Olgierd Chmielewski

Grafika na okładce

Kaart van de aarde met de verschillende standen van de maan en de zon, Johannes van Loon, 1708

Skład

Artur Figarski

ISBN 978-83-7886-387-8

Wydanie I

Kraków 2018

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel./fax (+48 12) 430 63 00

e-mail: marketing@ccpress.pl Księgarnia internetowa: http://ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Wielkie Pytania

– Wielka Odpowiedź



.

Pytania

uż w szkole podstawowej dowiedzieliśmy się, że są zdania oznajmujące i pytające. Zdanie oznajmujące oznajmia coś, informuje o czymś, a więc może być prawdziwe, gdy to, o czym informuje, zgadza się z rzeczywistością, lub fałszywe – w przeciwnym przypadku. Zdanie pytające nie ma tej własności; ono nie odróżnia prawdy od fałszu. Ale nie jest też nieczułe na prawdę – wręcz przeciwnie, jest nastawione na nią; choć jej nie zna, niejako wychyla się w stronę zdania oznajmującego, które byłoby na nie odpowiedzią.

Język tym różni się od rozmaitych dźwięków, które językiem nie są, że kryje w sobie pewną treść, czyli posiada znaczenie. To właśnie treść zamienia dźwięki w język. Ale stosunek między językiem a treścią nie jest jednoznaczny. Język może być nabrzmiały treścią, albo prawie pusty, graniczący z dźwiękiem. Odnosi się to zarówno do zdań oznajmujących, jak i pytających. Zdania oznajmujące oznajmiają swoją treść. Treść zdań pytających jest bardziej nieokreślona; gdy staje się określona, pytanie zmienia się w odpowiedź.

Są różne pytania zależnie od tego, na jaką odpowiedź są nastawione. Chociaż niekiedy (wcale nie tak rzadko) odpowiedź potrafi zaskoczyć. Wówczas może zmienić się ciężar gatunkowy pytania. W tym sensie powiadamy, że pytanie daje się poprawnie sformułować dopiero wtedy, gdy znana jest na nie odpowiedź. Ale wówczas kończy się pewien etap, problem zawarty w pytaniu został rozwiązany. Nie oznacza to jednak zamknięcia sprawy. Rozwiązany problem stawia nowe zagadnienia, pytania się mnożą, proces dociekania trwa.

Pytania małe i wielkie

Są pytania małe, większe i największe. Ale granica pomiędzy nimi jest płynna. Która godzina? Jaki wybrać kierunek studiów? Czy życie ma sens? Pytanie o godzinę może stać się krytycznie doniosłe, jeżeli nie wiem, czy zdążę na decydujące spotkanie. Niepowodzenie na studiach może komuś przesłonić sens życia. Są pytania prywatne, stawiane w swoim własnym interesie, i pytania ogólnoludzkie – takie, które roztrząsają filozofowie i których pełna jest literatura. Na ogół pytania prywatne są dla nas ważniejsze niż ogólnoludzkie, bo cóż mnie obchodzi, czy historia ludzkości zmierza w jakimś określonym kierunku, gdy muszę podjąć konkretną decyzję, która zadecyduje o mojej najbliższej przyszłości? Istnieją wszakże pytania o szczególnym ciężarze gatunkowym; często nazywa się je Wielkimi Pytaniami. Na pierwszy rzut oka wydają się one bardzo odległe od naszych prywatnych, niezwykle ważnych pytań, ale przy bliższej inspekcji okazuje się, że to one wszystkim innym dojmującym pytaniom udzielają swojej niepokojącej mocy. Typowym przykładem Wielkiego Pytania, i to pytania z najwyższej półki, jest pytanie o sens. Niekoniecznie o sens życia, czy sens Wszechświata, po prostu o sens. Wszystkie inne pytania – nie mam oczywiście na myśli pytań, które stawiamy jedynie po to, aby coś powiedzieć – są tylko rozmienianiem na drobne tego Wielkiego Pytania.

Są i inne pytania podobnego kalibru. Na przykład: Dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Na czym polega granica między dobrem i złem? Dlaczego należy myśleć i postępować racjonalnie? Co to są wartości? Chociaż zapewne i te pytania stanowią jedynie rozwinięcie pytania o sens.

Gdy wgłębiamy się w te i podobne pytania, ich waga zaczyna stopniowo przyćmiewać nasze prywatne problemy. Albo lepiej, Wielkie Pytania stają się coraz bardziej (przynajmniej na jakiś czas) naszymi – już nie tyle prywatnymi, ile raczej osobistymi – pytaniami i wtedy zaczynają się one mnożyć i coraz bardziej towarzyszy im zarówno nasze zaangażowanie, jak i nasza zwykła ciekawość poznawcza.

 

Wielkie Pytania są nie tylko skierowane w stronę odpowiedzi, których poszukują; one same niosą w sobie cień odpowiedzi – w każdym razie na pytanie, kim jest ten, kto pyta. Karl Rahner twierdzi, że transcendencja człowieka w stosunku do świata przejawia się w niekończącym się łańcuchu jego pytań, w nienasyconym łaknieniu, by nic nie zostawić bez odpowiedzi.

Geneza książki

Wielkie Pytania od początku towarzyszyły moim pracom zarówno w obszarze takich nauk, jak kosmologia i fizyka matematyczna, jak i w dociekaniach filozoficznych. Oczywiście, konstruując model kosmologiczny lub analizując jakąś strukturę matematyczną, należy ściśle trzymać się metody i metafizyczne skojarzenia „trzymać na dystans”, ale Wielkie Pytania mają to do siebie, że gdy muszą ustąpić miejsca zagadnieniom, które można do końca rozwiązać i sprawdzić, bynajmniej o to się nie obrażają, lecz przeciwnie – tężeją i nabierają mocy. Potem tym bardziej dają o sobie znać. Są cierpliwe, ale nieustępliwe; prędzej czy później nadchodzi czas, gdy trzeba im poświęcić niepodzielną uwagę. Rezultatem są zwykle, na ogół dość pospiesznie robione, notatki – żeby myśl nie uciekła. Gdyż codzienny terminarz jest nieubłagany i wkrótce „głębsze refleksje” trzeba będzie znowu odłożyć na bok. Jednak Wielkie Pytania nigdy nie milkną całkowicie. One przecież są, choćby nie zostały wypowiedziane, we wszystkim, co jest.

Ten cykl się powtarza. Refleksje narastają. Niekiedy „zapotrzebowanie społeczne” wymusza, by się nimi podzielić. Trzeba przygotować odczyt lub napisać artykuł... W ten sposób powstała ta książka. Po prostu zebrałem kilka tekstów, które powstały przy różnych okazjach. Oczywiście, byłoby lepiej wszystko jeszcze raz przemyśleć, usystematyzować i spisać od nowa, obawiam się jednak, że podjęcie takiej decyzji mogłoby być równoznaczne z jej odłożeniem ad acta. A ponadto, czy Wielkie Pytania da się usystematyzować i spisać we właściwym porządku? Czy nie są one Wielkie właśnie dlatego, że wykraczają poza wszelkie schematy?

Geneza tej książki, jako zbioru tekstów „z różnych teczek”, skazuje ją na liczne powtórzenia. Nawet nie starałem się ich zbyt dokładnie eliminować. Zresztą. patrząc z tego samego punktu widzenia, nigdy nie widzi się tego samego dokładnie w taki sam sposób.

W książce tej istnieje jeszcze jedna niejednorodność, której nie da się uniknąć, jeżeli ma ona pozostać zbiorem mniej lub bardziej niezależnych tekstów – poszczególne rozdziały dość znacznie różnią się stopniem trudności. Na ogół dominuje w nich styl raczej swobodnej filozoficznej lub teologicznej refleksji, ale w niektórych są elementy rozbudowanej popularyzacji naukowej (na przykład wprowadzenie pojęcia czasoprzestrzeni w rozdziale Czasoprzestrzeń i życie wieczne). Swoim „akademickim” charakterem znacznie od całości odbiega rozdział Logika Pana Boga. Nosi on na sobie ślady swego pochodzenia; został bowiem wygłoszony, jako plenarny odczyt, na międzynarodowym kongresie[1]. Całość w jakimś stopniu spaja jednak zamysł zgromadzenia w jednym miejscu moich różnych, dotychczas rozproszonych, przemyśleń na tematy, które – przynajmniej dla mnie – są ważniejsze niż wszystko inne, czyli „ważniejsze niż Wszechświat”.

Granice i wolność

W badaniach naukowych musi się pozostawać „w ramach metody”: przestrzegać granic i kompetencji, ściśle stosować się do reguł metodologicznych; w myśleniu o Wielkich Pytaniach oczywiście nadal obowiązuje racjonalność i (samo)krytycyzm, ale zagadnienie granic samo jest Wielkim Problemem. Pytanie o granice nauki jest ważne dla samej nauki, bo przecież w jej własnym interesie leży przesuwanie swoich granic jak najdalej. Ten swoisty ekspansjonizm jest wpisany w samą ideę nauki. Wytyczanie rozumieniu nieprzekraczalnej granicy (jeżeli nawet takowa istnieje) stanowi zdradę rozumienia.

Jak granice nauki przesuwały się w historii? Jaki jest ich stan obecny? Co robić, aby wyjść poza obecne ograniczenia? – są to żywotne pytania zarówno dla filozofii nauki, jak i dla organizacji naukowego postępu. Ale problem granic nauki sięga także w inne regiony. Niewątpliwie istnieją dziś takie obszary, do których metoda naukowa nie sięga. Wielkie Pytania najcięższego kalibru – pytania o sens, o istnienie, o dobro i zło, o racjonalność i wartości (także o wartość nauki) – niewątpliwie leżą w tym obszarze. Czy nauka nigdy tam nie sięgnie? Powiedziałem wyżej, że wyznaczanie nauce nieprzekraczalnych barier stanowi zdradę racjonalności. Ale czym innym jest wytyczanie „nieprzekraczalnych” barier, a czym innym racjonalne dociekanie, czy takie bariery istnieją i czy są naprawdę nieprzekraczalne. Jeżeli nawet obszar racjonalnych dociekań jest szerszy niż obszar kontrolowany metodą naukową, to to, czego nauczyliśmy się od nauki na temat racjonalnych metod, na pewno musi zostać jakoś wykorzystane tam, gdzie nauka (obecnie) nie sięga.

Nie lubimy granic, bo one nas ograniczają, a my kochamy wolność. Dlatego nie chcielibyśmy, aby istniały jakiekolwiek granice. Jest wszakże granica, której szczególnie nie lubimy. Najchętniej w ogóle o niej wolelibyśmy nie myśleć. Ale nie mamy najmniejszej wątpliwości, że istnieje. To granica naszego życia. Ona sama dla siebie jest Wielkim Pytaniem. I nie potrzebuje innych pytań, by dodawały jej niepokojącej siły. Raczej przeciwnie – dzięki temu jednemu Wielkiemu Pytaniu wszystkie inne stają się bardziej palące: bo istnieje granica, poza którą nie będzie już żadnego pytania. Będzie tylko Wielka Odpowiedź?

Racjonalność i Sens



.

Przełamywanie oporu

acznijmy od bardzo elementarnego doświadczenia. Wszyscy to znamy – zmaganie się: napiąć mięśnie, wzmóc nacisk, nie dać się przezwyciężyć, zdobyć się na jeszcze większy wysiłek – może uda się przełamać opór? W zmagania z sensem jesteśmy uwikłani od początku do końca, we wszystkich kolejach i wydarzeniach naszego życia. Im bardziej osobiste są te koleje i wydarzenia, tym zmaganie bardziej dotkliwe, tym częstsze przegrane, tym boleśniejsze porażki. Warto jednak czasem zdobyć się na jeszcze trochę wysiłku i spojrzeć bardziej całościowo i bardziej ogólnie. To prawda, że każdy człowiek jest czymś niezwykle wyjątkowym we Wszechświecie, ale w niczym nie zmienia to faktu, iż jest także szczególnym przypadkiem czegoś ogólnego. Czasem uświadomienie sobie tego pomaga odwrócić uwagę od swoich problemów i nieco złagodzić wysiłek zmagania. Ale niekiedy przeciwnie – jesteśmy znikomą istotką rzuconą w przestworza czasu i przestrzeni, małym pyłkiem miotanym siłami Kosmosu. Ogrom tego, co nas otacza, zgniata nas swoim ciężarem. Czy warto zmagać się nadal? Wydaje się, że Steven Weinberg poddał się, gdy napisał swoje słynne zdanie: „Im bardziej wszechświat wydaje się nam zrozumiały, tym bardziej także wydaje się bezsensowny (pointless)”[2].

Ale te siły, które miotają ludzkim pyłkiem, nie są byle jakie. Grają potężną, ale subtelną grę. Być może ten pyłek nie liczy się w grze, nie jest główną stawką, lecz detalem, ale na pewno detalem misternie wkomponowanym w całość. Samo jego istnienie jest zależne od niezwykle wyrafinowanego sprzężenia sił tworzących Kosmos. Być pionkiem w grze, której się nie rozumie, i to pionkiem tak bardzo kruchym, jest czymś deprymującym. Gry nie można zmienić, ale czy można ją przynajmniej zrozumieć?

Strategie rozumienia

Pierwszy kontakt dziecka – i zapewne człowieka pierwotnego – ze światem to natłok wrażeń dający obraz czegoś chaotycznego i wrogiego, a przynajmniej nieoswojonego. Dopiero z czasem z tej nieokreślonej masy zaczynają się wyłaniać fragmenty, z którymi można sobie jakoś poradzić. Rzeczywistość się oswaja, staje się coraz bardziej regularna, a więc przewidywalna. Stopniowo nieregularności, przynajmniej w dostępnej skali czasowej, zaczynają się wydawać wyjątkami raczej niż regułą. Możemy domyślać się, że w przypadku człowieka pierwotnego rozumienie początkowo odbywało się na poziomie instynktownym, zredukowanym do kwestii przeżycia. Wyraźnie sformułowane pytania, skierowane pod adresem otaczającej rzeczywistości, pojawiły się na znacznie bardziej zaawansowanym poziomie rozwoju.

Droga do pojęcia prawa przyrody była długa i kręta. Wiodła od mitycznych wyobrażeń o woli bogów, samych zresztą, przynajmniej częściowo, podległych żywiołom świata, poprzez grecką ideę fatum, ślepej siły wyznaczającej losy rzeczy i ludzi, aż do regularności zjawisk opisywanych związkami matematycznymi. Do dziś jest przedmiotem dyskusji, czy związki te wyrażają jedynie nasz sposób widzenia zjawisk, czy też jednak jakieś obiektywne zależności, które „rządzą” biegiem rzeczy, ale rządzą nie na mocy zewnętrznych dekretów, tak jak prawodawca rządzi swoimi poddanymi, lecz immanentnie, ujawniając wewnętrzną dynamikę procesów napędzających bieg przyrody.

Chęć zrozumienia przybiera dwie pozornie przeciwstawne sobie postaci: albo to, co niezrozumiałe, rozłożyć na „czynniki pierwsze”, które być może rozumiemy, a więc zredukować do tego, co proste i zrozumiałe, i dopiero potem, jak z klocków, próbować poskładać całość; albo – przeciwnie – w całości odkryć „pierwsze zasady”, które tę całość czynią nieuniknioną i dopiero potem przejść do szczegółów, o ile będą nas jeszcze interesować. Ta druga droga jest drogą filozofów, którzy na ogół mają większe ambicje od reszty ludzi i usiłują zrozumieć „wszystko za jednym zamachem”. Może dlatego została ona wybrana przez rodzącą się w starożytności myśl krytyczną, że wiedza o tym, jak funkcjonują detale, była jeszcze mglista, rozmyta nieostrością wzroku, dopiero uczącego się patrzeć na szczegóły.

Lekcja „rozróżniania szczegółów” była trudna, ale, choć z oporami, postępowała naprzód. Okazało się, że szczegółom nie wystarczy się przyglądać – trzeba nimi manipulować. Ale nie byle jak: należy je sprytnymi chwytami zmuszać, żeby zechciały przemówić. Szczegóły rozumieją tylko język matematyki, a odpowiadają jedynie przemawiając liczbami: ile czegoś? z jak wielkim natężeniem? jak długo? A do naszej inteligencji należy tak zestawiać i porównywać uzyskane w ten sposób liczby, aby z nich wnioskować o zależnościach między różnymi wielkościami fizycznymi. Jeżeli jakieś zależności systematycznie się powtarzają i jeżeli można z nich wywieść, drogą matematycznego rozumowania, inne zależności, to nazywamy je prawami fizyki (lub prawami przyrody).

Prawa przyrody są czymś więcej niż tylko wiedzą o szczegółach lub nawet o tym, jak szczegóły układać, by pasowały do siebie. Mają one swoją wewnętrzną dynamikę, wykraczającą poza szczegóły, które doprowadziły do ich sformułowania. Z prawami fizyki także można rozmawiać i okazują się one wdzięcznym rozmówcą. Jeżeli inteligentnie postawić im pytanie, to w odpowiedzi mogą ujawnić szczegóły, o których nikt dotychczas nie wiedział. Jeżeli nie dziwimy się tej niezwykłej zdolności praw przyrody, lub dziwimy się zbyt mało, to jedynie dlatego, iż działa ona tak skutecznie, że nam już całkiem spowszedniała. A jeżeli czasem zdarzy się wpadka i przepowiednia się nie spełni, to zawsze – prędzej czy później – okazuje się, że wina tkwiła po stronie pytającego.

Wszechświat przestał być Czarną Magią, która wprawdzie do czasu pozwala nam żyć, ale zachowuje w stosunku do nas – jeśli nie wrogie, to obojętne – milczenie. Nadal czujemy przed nim respekt, a kruchość naszego istnienia często daje się nam we znaki, lecz dzięki naukowej metodzie i jej ogromnym sukcesom Kosmos przekonał nas, że jego głęboka struktura ma w sobie coś przyjaznego: pozwala się rozumieć, przynajmniej częściowo, a to, co już zrozumieliśmy, zawiera w sobie obietnicę, że proces rozumienia będzie postępować nadal. To ważne, bo nasze ambicje pod tym względem są nienasycone...

Rozumieć rozumienie

Proces naukowego badania świata dał nam nie tylko ogromną wiedzę na temat jego budowy i funkcjonowania, nie tylko wzbogacił nas licznymi i ciągle zaskakującymi technicznymi zastosowaniami, które otwierają przed nami niezwykłe możliwości wykorzystywania „sił przyrody” do naszych celów, lecz także pozwolił nam zyskać pewien wgląd w sam proces rozumienia i jego cechy. Oto niektóre z nich.

Pierwszą cechą naukowego rozumienia świata, która wprost rzuca się w oczy, jest jego skuteczność. Jak długo wysiłek rozumienia skupiał się na próbach uchwycenia całości przy pomocy ogólnych zasad, tak długo rozumienie nie było w stanie wyjść poza gąszcz stwarzanych przez siebie problemów. Z chwilą, gdy udało się zmusić szczegóły, by zaczęły odpowiadać liczbami, proces rozumienia nabrał przyspieszenia. Już w drugim pokoleniu tych, którzy stosowali tę metodę, pojawiły się głosy, że jest to jedyna metoda poznawania świata, a wszystkie inne są stratą czasu. Niektórzy filozofowie do tego stopnia przejęli się sukcesami nauki i skutecznością jej metody, iż zaczęli głosić, że ludzkie poznanie w ogóle powinno opierać się wyłącznie na tym, co da się stwierdzić zmysłami, a każda „wiedza”, która poza to wykracza, jest wiedzą pozorną, bezsensownym bełkotem.

 

Na szczęście praktyka naukowa nie przejmuje się receptami biurkowych myślicieli, którzy dyktują jej, jakimi metodami ma się posługiwać. Metoda naukowa – i to jest jej następna cecha – rozwija się całkiem inaczej: na zasadzie twórczej ewolucji. Kolejny sukces generuje kolejne ulepszenia, a błędne drogi są niemiłosiernie eliminowane przez konflikty z kontrolowanym eksperymentem. Ewolucja metody poszła w zupełnie innym kierunku niż dekretowali to naiwni empiryści. Rozpatrzmy tylko jeden przykład.

Na początku dwudziestego wieku fizycy otrzymali w spadku po poprzednich teoriach pewne zestawy liczb, które wyłamywały się spod dotychczasowych prób rozumienia. Liczby te w istocie wyrażały częstości promieniowania i dotyczyły dwóch różnych klas zjawisk: linii spektralnych pierwiastków chemicznych i promieniowania ciała doskonale czarnego. Dwa stosunkowo niewielkie efekty empiryczne, które nie chciały ulec prawom fizyki klasycznej. Kilka dekad wysiłków, by uchwycić strukturę, której małymi wierzchołkami są te dwa efekty, dało w końcu rezultat. Przed zdumionymi oczami fizyków otworzył się zupełnie nowy świat fizyki kwantowej.

Drogą do tego świata okazała się matematyczna dedukcja. Wychodząc od dwu raczej skromnych efektów (linie spektralne i promieniowanie ciała doskonale czarnego), pozwoliła ona spenetrować świat, o którym przedtem „nie śniło się filozofom” – świat stawiający na głowie nasze poczucie realizmu; świat, w którym nasze zaufanie do twardej, dotykalnej materii rozpłynęło się całkowicie w interferencjach funkcji falowych i gęstościach prawdopodobieństw; świat, w którym oddziaływania rozchodzą się, ignorując więzy przestrzeni i czasu. A jednak jest to świat realny, bo wydał z siebie technikę, która tak wdarła się do naszej codzienności, że bez niej nie wyobrażamy już sobie życia.

Co więcej, wcale nie potwierdziło się to, że analiza szczegółów przeciwstawia się syntezie całości. Problem polega jedynie na tym, że synteza nie może być przedwczesna. Nie tylko dlatego, że ze zbyt małej wiedzy nie da się złożyć spójnej całości. Wszechświat ukazuje nam zupełnie nieoczekiwaną relację między częścią a całością: całość nie składa się ze swoich części jak z klocków, lecz jest obecna w każdej swojej części i to w ten sposób, że im bardziej wnikamy w głąb (do, zdawałoby się, coraz mniejszych części), tym bliżej jesteśmy całości. Drążąc tę drogę, bywamy wstrząśnięci tym, co odkrywamy i będziemy zapewne wstrząśnięci tym, co nas jeszcze czeka.

Uczony, który ma w sobie choć odrobinę iskry badacza, odczuwa, że oto stoi wobec czegoś, co go swoją racjonalnością niezmiernie przewyższa i w czym jakoś uczestniczy. Radość z tego, co już zostało zrozumiane i oswojone, jest stonowana tym, co jeszcze trzeba zrozumieć, a co – miejmy nadzieję na razie – pozostaje ukryte za zasłoną niewiedzy. Nieznane wzywa swoją obietnicą i swoimi perspektywami.

Od Racjonalności do Sensu

Człowiek-badacz uczestniczy w Wielkiej Grze i doskonale wie, że Wszechświat nie gra z nim na oślep. On sam, człowiek, jest przecież wynikiem delikatnego zestrojenia wielu kosmicznych parametrów (choć można dyskutować, czy jego zaistnienie było wprost wpisane w warunki początkowe tego zestrojenia) i to właśnie w nim zbiegły się kosmiczne siły, by zrodzić coś tak kunsztownego – i z punktu widzenia energetycznego bilansu tak kosztownego – jak możliwość świadomego stawiania pytań. Wszechświat wygenerował procesy, które powołały do bytu gigantycznie nieprawdopodobny skutek – rozbłysk świadomości w mózgu i tak już nieprawdopodobnego organizmu. To właśnie dzięki świadomości problem racjonalności stał się problemem sensu. Trudno byłoby racjonalność Wszechświata nazwać jego sensem, bo o sensie myślimy raczej w kategoriach bardziej osobowych, ale na pewno są to pojęcia prawie dotykające się znaczeniami.

Można mieć wątpliwości, czy racjonalność utożsamia się z sensem, ale nie można mieć wątpliwości, że bezsens jest irracjonalny. Człowiek jest częścią Wszechświata, i to częścią, w której kompleksyfikacja kosmicznych sił sięgnęła szczytu. Gdyby istnienie człowieka było bezsensem, poprzez człowieka bezsens wciskałby się do racjonalności Wszechświata, rozsadzając ją od wewnątrz.

Dlatego uważam, że racjonalność Wszechświata, ten zadziwiający i „niezrozumiały” fakt, że Wszechświat daje się rozumieć, dostarcza – pośredniego, zapewne, ale wymownego – argumentu za sensownością ludzkiego istnienia. Jeżeli nie odwołamy się do pomocy religii, to nadal nie wiemy, co jest tym sensem, ale domyślamy się, że żyjemy w środowisku Racjonalności i Sensu.

Weinberg sądził, że im bardziej Wszechświat dzięki nauce staje się zrozumiały, tym bardziej wydaje się bezsensowny i na ogarniającą go frustrację szukał lekarstwa w naukowej przygodzie. Pisał: „wysiłek ten [włożony w zrozumienie Wszechświata] jest jedną z niewielu rzeczy, które naszemu życiu nadają prawdziwie wzniosły wymiar”[3]. Szukał w dobrym kierunku, bo racjonalność Wszechświata, której badacz w swej pracy doświadcza i w której uczestniczy, na pewno nie jest farsą. Jest czymś wzniosłym, nawet wtedy, gdy wzrok badacza nie sięga dalej, lecz zatrzymuje się na badawczym procesie. Ale gdy ponadto w Racjonalności widzi Sens, wówczas „wysiłek włożony w rozumienie Wszechświata” staje się wartością, której warto poświęcić życie i twórcze siły.

Tarnów, 18 stycznia 2015

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?