Moralność myśleniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Przedmowa do nowego wydania. W środowisku myślenia

Wprowadzenie. Myśl jest czynem człowieka

Rozdział 1. Jak głupota jest możliwa?

Pytanie!

Odpowiedź?

Rozdział 2. Moralność myślenia

Rozdział 3. Filozofia nauki Ponckiego Piłata

Rozdział 4. Rozdwojenie jaźni filozofa

Rozdział 5. Uczestniczenie w Prawdzie

Po dwu stronach naukowej rewolucji

Świadectwo klęski

Pewność – prawda – istnienie

Ucieczka od metafizycznego horroru

Rozdział 6. Kręte drogi rozumu

Czy nasz gatunek jest „mądry”?

Argumenty czy emocje?

Rozumem czy sercem?

Dlaczego racjonalność?

Jeszcze jedno pytanie

Rozdział 7. Skazani na wymarcie

Przypisy

Katalog wydawniczy

Ilustracja na okładce: © Copyright by dpaint/Shutterstock

Projekt okładki i stron tytułowych: MARIUSZ BANACHOWICZ

Projekt typograficzny: MIROSŁAW KRZYSZKOWSKI

Skład: MELES-DESIGN

© Copyright by Michał Heller & Copernicus Center Press, 2015

ISBN 978-83-7886-139-3

Wydanie III rozszerzone

Kraków 2015

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel./fax (+48 12) 430 63 00

e-mail: marketing@ccpress.pl Księgarnia internetowa: http://en.ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Przedmowa do nowego wydania

W środowisku myślenia

Ks. Tischner opowiadał, że gdy kiedyś przyje chał do Łopusznej na krótki wypoczynek, znajomy góral powiedział mu, iż „największą głupotą jest zmęczyć się myśleniem”. Wielu ludzi wydaje się podzielać to przekonanie, ale zupełnie niezależnie od tego pozostaje faktem, że to właśnie myślenie stworzyło człowieka, a także całą jego kulturę i cywilizację. Myślenie jest też ludzkim przeznaczeniem.

Wiemy, ile kosztuje zorganizowane myślenie, poszukiwanie logicznego wyjścia z zawiłej sytuacji pytania. Kto nigdy nie zmęczył się takim myśleniem, ten nie wie, co to znaczy zmęczenie.

Są też inne formy myślenia, mniej świadome i mniej zorganizowane. Idę ulicą. Myśl ślizga się po twarzach mijanych ludzi, rejestruje wystawy sklepowe i nagle przeskakuje – zupełnie nie wiem dlaczego – do planów na dzisiejsze popołudnie lub do tego, jak wczoraj kupowałem chleb w piekarni.

Takie jest prawo ludzkiego życia. Maszyna nigdy się nie wyłącza. Nawet we śnie obrazy i majaki błąkają się po zakamarkach mózgu.

Ludzkie życie rozgrywa się w środowisku nieustannego procesu myślowej pracy. Przebywam w tym pokoju, rozmawiam z tym człowiekiem, ale to wszystko dzieje się we mnie, w nieustannej otoczce myślenia. Bez niej byłbym jak kamień, który nie wie, że leży przy drodze i że został kopnięty nogą przechodnia.

W środowisku myśli rodzą się nasze radości i nasze cierpienia, lęgną się dobre i złe czyny.

Panuje przekonanie, iż człowiek ma dwie władze, które decydują o tym, że jest człowiekiem: zdolność myślenia i wolną wolę. W rzeczywistości nie są to dwie różne władze, lecz coś jednego. Bez wolnego kierowania myśli w tę lub w inną stronę, nie byłoby myślenia, lecz co najwyżej wykonywanie z góry zadanego programu. Bez myślowej oceny różnych możliwości wolna wola byłaby iluzją.

Do istoty myślenia należy wolność, a więc także możność kierowania swoimi myślami. Właśnie dlatego myślenie jest ściśle związane z moralnością.

Dla tego zbioru esejów wybrałem tytuł Moralność myślenia. W tytule tym łatwo dopatrzyć się metaforyczności. Człowiek jest moralny, jeżeli jest dobrym człowiekiem; myślenie jest moralne, jeżeli jest dobre, czyli zgodne z logiką, lub – nieco szerzej – gdy jest racjonalne. Racjonalność stanowi moralność myślenia. To główny wątek tej książki. W miarę rozwijanie się jej akcji, wątek ten poszerza się i dotyka coraz bardziej etycznych (we właściwym tego słowa rozumieniu) aspektów poruszanych zagadnień. Przede wszystkim chodzi o samą decyzję kierowania się racjonalnością. Oczywiście prawdą jest, że tylko w racjonalność można się zaangażować bez racjonalnego uzasadnienia tego zaangażowania (bo każde uzasadnienie musiałoby racjonalność zakładać), ale decyzja ta, jeżeli nie ma być działaniem „na ślepo”, musi być wyborem wartości (jaką jest racjonalność), a więc wyborem etycznym. W tym sensie etyka leży u podstaw racjonalności.

W książce tej nie poruszyłem zagadnienia odwrotnego – zależności moralności (etyki) od myślenia. Sam fakt istnienia tej zależności jest oczywisty: czyn etyczny jest czynem człowieka, a więc musi być rozumny i wolny. Gdy jednak chcemy wyjść poza ogólne stwierdzenie, otwiera się ogromne pole nie tylko problemów do rozważenia, lecz przede wszystkim konkretnych sytuacji, które trzeba przeżyć we właściwy sposób. Myślenie i życie są ze sobą nierozerwalnie związane. Jeżeli ta książka choć trochę pomoże Czytelnikowi w myśleniu, to zapewne pomoże Mu także i w życiu. Czasem opłaci się zmęczyć myśleniem.

Tarnów, 17 grudnia 2014 roku

Wprowadzenie

Myśl jest czynem człowieka

Nie ma innej moralności poza moralnością myślenia. Zdanie to tylko pozornie brzmi jak prowokacja; należy je jednak właściwie rozumieć. Dobra lub zła kwalifikacja czynów pochodzi z intencji. Nawet jeżeli czynię coś obiektywnie złego, ale myślę, że postępuję dobrze, mój czyn jest moralnie dobry. A więc każde dobro i każde zło rodzi się z myśli. Świat cząstek elementarnych, atomów i pól fizycznych jest moralnie obojętny, ale myśl ludzka może go użyć do dobrych lub złych celów. Nożem można ukroić chleb dla głodnego lub zabić niewinnego człowieka. Myśl zmienia świat – z moralnie neutralnego w przeniknięty wartościami. Chociaż oczywiście to nie świat staje się dobry lub zły. Dobre lub złe są nasze czyny, ale należą one do świata i, w jakimś sensie, nasycają go dobrem lub złem. To jest zadziwiające! Myśl ludzka ma w sobie coś ze stwórczej mocy Boga. „Rzekł... I stało się”. Intencja poczyna się w myśli człowieka, ale przemienia świat: czyni go trochę lepszym lub trochę gorszym.

Myśl jest czynem człowieka. To nic, że dokonuje się on w szarych komórkach. Mimo że nie widać, jak się dokonuje, jest ludzkim czynem par excellence. Przecież pierwszym ogniwem wszystkich przyczynowo-skutkowych łańcuchów, za które człowiek ponosi odpowiedzialność, jest nie co innego, jak tylko ruch myśli. Ponieważ myśl jest czynem człowieka, więc może być dobra lub zła. I tutaj chcę sięgnąć do korzeni. Dobrem myśli jest mądrość, a złem myśli jest głupota. Oczywiście nie jest tak, że każda głupota jest grzechem. Bywa głupota niezawiniona. I nie jest tak, że każda mądrość jest cnotą. Zdarza się mądrość na służbie głupoty. Ale też nie chcę zajmować się patologią, staram się sięgać do źródeł. Już Platon twierdził, że Dobro i Prawda są Jednym. I mówił jeszcze o Pięknie: że jest ono trzecim składnikiem Jednego.

W książce tej zastanawiam się głównie nad myśleniem naukowym i filozoficznym, ale ponieważ staram się o myśleniu myśleć źródłowo, sięgam do tych pokładów, w których Dobro jednoczy się z Prawdą, a racjonalność staje się moralnością myślenia.

Nauka łączy się z moralnością nie tylko przez swoje zastosowania. Czy uczeni mają prawo pracować dla potrzeb wojska i obronności? Czy można budować elektrownie atomowe? Czy nauka jest odpowiedzialna za zniszczenie środowiska? To nagminnie stawiane, choć ciągle nie do końca rozwiązane, pytania. Ale są to pytania objawowe; ich źródła leżą znacznie głębiej. Co to jest racjonalność i dlaczego należy myśleć racjonalnie? Co to znaczy myśleć uczciwie i jak się to robi na co dzień? Jak głupota jest możliwa i jakie ma konsekwencje dla życia jednostek i społeczeństw? Nad tymi pytaniami pragnę się teraz zamyślić. Wprawdzie nie spodziewam się znaleźć na nie ostatecznej odpowiedzi, ale stawiam je i roztrząsam, by... myśleć uczciwiej. Na obecnym etapie rozważań czynię to w następującym porządku:

 

– Jak głupota jest możliwa? Pytanie to nie jest prowokacją, lecz – jak sądzę – poważnym zagadnieniem filozoficznym. Wszystko, co istnieje w świecie, musi podlegać prawom logiki. Za wyjątkiem ludzkich myśli. Czy nie warto nad tym pomyśleć?

– Najogólniej rzecz ujmując, racjonalność jest próbą przezwyciężenia głupoty, czyli wysiłkiem kierowania się zawsze racjami rozumowymi. Najłatwiejszą odmianą racjonalności jest ta, która została wypracowana w obszarze nauk matematyczno-empirycznych. Została ona poddana dokładnej analizie przez metodologów i filozofów nauki. Z chwilą gdy coraz bardziej wykraczamy poza ten obszar – a jest to życiową koniecznością – racjonalność staje się coraz trudniejsza. Kierując się jednak intelektualną uczciwością i doświadczeniem zdobytym przy uprawianiu nauki, można podać kilka reguł – orientacyjnych drogowskazów w grząskim terenie.

– Zastanawianie się nad racjonalnością musi doprowadzić do pytania o prawdę. W pytaniu Piłata: „Co to jest prawda?” etyka spotyka się z teorią poznania. Bo prawda jest pojęciem granicznym: przez wnętrzności tego pojęcia przebiega granica pomiędzy myśleniem a czynem, pomiędzy filozofią a moralnością.

– Celem wielu kierunków filozoficznych jest zdobycie prawdy i świadomości jej zdobycia, czyli osiągnięcie pewności. Pewność dzieje się w głowie człowieka, jest świadomością tego, że się ma rację. Istnieją kierunki we współczesnej filozofii (zwane niekiedy filozofiami podmiotu), które stawiają sobie za cel doprowadzenie swoich adeptów do takiego stanu bezpiecznej pewności. W naukach matematyczno-empirycznych pewność pojedynczego naukowca zupełnie się nie liczy. Ważne jest, by to, co uczony mówi, było tak samo rozumiane przez wszystkich i by mogło zostać poddane standardowym procedurom sprawdzającym. Czy jest to przejawem jakiegoś fundamentalnego pęknięcia: w sprawach podmiotu skazanie na to, co dzieje się w ludzkiej głowie, a więc subiektywizm z groźbą niekontrolowanego irracjonalizmu i chłodna racjonalność porozumiewających się ze sobą automatów w obszarze nauki? Sądzę, że racjonalność jest podstawową cechą całej rzeczywistości. Ale istnieje racjonalność łatwa i trudna. Dramatyczność ludzkiego losu polega na tym, że najważniejsze decyzje musimy podejmować w obszarze trudnej racjonalności.

– Przykładem filozofa, który namiętnie poszukiwał pewności, był Husserl. Leszek Kołakowski uważa, że poniósł on pod tym względem sromotną klęskę i że podobna klęska czeka każdego, kto chce iść w ślady Husserla. Niemożność zdobycia pewności jest „metafizycznym horrorem”. Czy istnieje ucieczka od tego horroru? Próba odpowiedzi na to pytanie stanowi punkt dojścia tej książki.

Potem już tylko niejako dopiski: Racjonalność? – Ale co człowiek wyrabia na arenie swych dziejów? Czy nasz gatunek jest rzeczywiście mądry? I z areny dziejów zejście do własnego podwórka: Żyjemy dziś w Polsce w epoce przemiany, ale „stare” nosimy w sobie. Czy jesteśmy pokoleniem przejściowym, którego rola polega na tym, by odejść i zrobić miejsce innym?

Rozdział 1

Jak głupota jest możliwa?

Pytanie!

Pytanie postawione w tytule nie jest ani prowokacją, ani kokietowaniem Czytelnika. Jest ono – jak sądzę – poważnym zagadnieniem filozoficznym. Wiek XVIII stał się areną niespotykanych przedtem sukcesów nauk przyrodniczych. Istnienie tych nauk nie ulegało wątpliwości. One nie tylko były, ale nosiły w sobie, coraz bardziej widoczne, zarodki przyszłej ekspansji. I właśnie wtedy Immanuel Kant zadał pytanie: „Jak możliwe jest przyrodoznawstwo?” Nie: Czy jest możliwe? – bo to nie podlegało dyskusji.

Skoro nauki przyrodnicze są, to są możliwe. Ale – jak? Jak to jest możliwe, że, zwracając się z pytaniami do przyrody, formułując je w odpowiednim języku i przygotowując się do otrzymania odpowiedzi przy pomocy właściwych metod, rzeczywiście uzyskujemy wartościowe informacje? Jakie warunki musi spełniać przyroda, jaką strukturę należy przypisać naszemu poznaniu, by tego rodzaju zabiegi mogły okazać się skuteczne? Te właśnie, a nie inne, pytania leżą u podstaw filozofii myśliciela z Królewca. Powróćmy do tytułowego problemu. Istnienie głupoty w ludzkim świecie nie ulega wątpliwości. Nie można stawiać pytania: Czy głupota jest możliwa? Walka z faktami jest pierwszym przejawem głupoty. Ale: Jak jest ona możliwa? Oto problem do rozwikłania. Problem na miarę Kanta.

Kamień spada na ziemię. Ma do „wyboru” wiele możliwych dróg. Niechybnie jednak wybierze tę, którą nakazuje mu prawo fizyki. To jeszcze nic. Człowiek też nie może podnieść się za włosy. Trajektorię kamienia można zaburzyć, można kamień zamienić na cząstkę elementarną, na przykład na mezon mi, i wówczas jego trajektoria z zasadniczych względów stanie się nieokreślona. Do opisu takich ruchów trzeba będzie użyć odpowiedniego, niedeterministycznego języka matematyki (na przykład języka teorii statystycznych lub formalizmu mechaniki kwantowej). Ale ani kamień, ani żadna cząstka elementarna nie może poruszać się wbrew matematyce, czyli wbrew fundamentalnie rozumianej logice. To, co jest wbrew logice, czyli to, co jest sprzeczne, nie może istnieć w przyrodzie. A człowiek może sobie powiedzieć, że „dwa plus dwa równa się lampa”, i może na takiej regule budować swoje postępowanie. I nic się nie dzieje. Pioruny nie biją. Świat nadal istnieje; tyle, że nieco głupiej. A człowiekowi z „logiką lampy” może nawet lepiej żyje się w tym świecie.

Dwóch panów gra w szachy. Jeden z nich jest supermistrzem; dotychczas nikt z nim nie wygrał. Jego strategie zawsze były bezbłędne, jego przewidywania ruchów przeciwnika nieomylne. Nieubłagany mat stanowił tylko kwestię czasu. Drugi gracz nie ma pojęcia o szachach. Przestawia pionki na szachownicy jak chce, figury dla niego nic nie znaczą, a reguły gry są tylko po to, by je ignorować. Załóżmy, że grać muszą. Który z nich wygra? Ściśle mówiąc, w takich warunkach w ogóle nie może być mowy o wygranej. Żaden międzynarodowy arbitraż nie uzna porażki supermistrza. Ale w niczym nie zmieni to faktu, że mistrz wyjdzie z pojedynku pognębiony, jego geniusz nie znajdzie pola do popisu, do szachowej sytuacji w ogóle nie dojdzie. Tylko dekretem legendy można twierdzić, że rozcięcie węzła gordyjskiego jest czymś lepszym od jego rozwiązania.

Rzecz zastanawiająca: istnieje w nas naturalny (?) odruch bronienia głupoty. Ludzka głupota – powiadamy – to nic szczególnego, komputery też mogą być głupie i nie jest to wbrew logice. Właśnie, komputery mogą być głupie, ale „w ramach logiki”. Mogą popełnić błąd, gdy nastąpi jakieś uszkodzenie ich wewnętrznej maszynerii (hardware). Mogą wykonywać idiotyczny program (byle niesprzeczny – na przykład przetłumaczyć artykuł Einsteina na ciąg bezsensownych znaków pisarskich), jeżeli tak zostaną zaprogramowane (przez człowieka!). Ale nie mogą działać w ogóle bez reguł logicznych. Zacinają się wtedy (mimo że cała maszyneria jest w największym porządku) i milkną. A człowiek głupi nie milczy. Mówi, zwykle mówi wiele, i powiększa sumę bezsensu we Wszechświecie. Mowa głupiego to nie tylko szum, trudny do uniknięcia element każdego przekazywania informacji. Nowoczesne techniki nawet z szumu pozwalają wydobyć właściwy przekaz. W rozmowie z głupim takie techniki zawodzą. Mowa głupiego udaje Słowo, ale nim nie jest. Jest czymś, co... opiera się racjonalnym wyjaśnieniom. Ale głupota może wcielać się w czyn, a czyn taki nie zostaje natychmiast rozerwany wewnętrzną sprzecznością i wyłączony z istnienia, lecz trwa i produkuje skutki, które głupotę utrwalają na Ziemi.

Odpowiedź?

A więc „jak możliwa jest głupota?” Zwróciłem się z tym pytaniem do kilku osób. Dobry żart. Wzruszenie ramion. Nie nalegałem. Ostatecznie filozofia to pewien luksus. Raz tylko na twarzy mojego rozmówcy błysnęło zrozumienie. Chwila zastanowienia i odpowiedź: „Wiesz, sądzę, że istnienie głupoty to najlepszy dowód istnienia duchowości”. I po krótkim namyśle: „Jest w tym, co powiedziałem, więcej niż tylko dowcip”.

Czyżby człowiek był aż tak wolny (tak duchowy), że potrafi wyłamywać się spod praw logiki? Nie potrafi tego żaden proces w przyrodzie, nie są do tego zdolne prawa przyrody (które zawsze są matematyczne, czyli logiczne). Prawda, że człowiek nie może działać wbrew prawom przyrody, może je co najwyżej wykorzystywać do swoich celów, zmuszać je, by mu służyły, ale nic łatwiejszego nad przełamanie prawa logiki. Wystarczy prosty dekret: „Nie może być tak i równocześnie nie tak. A ja bawię się, że może”. I zabawa chwilami bywa śmieszna aż do bólu.

Dzieci są czasem bardziej logiczne niż dorośli. Niekiedy mówimy, że mają „nieskażoną logikę”. Ale i u dzieci niekiedy załamuje się dyscyplina, niezbędna do tego, by myśleć logicznie. Moi mali siostrzeńcy mieli w takich razach na wszystko gotową odpowiedź: „No i co z tego”. To było jak gra w szachy z kimś, dla kogo reguły gry nic nie znaczą. Niepodważalnie oczywiste przesłanki. A wniosek? No i co z tego. Non sequitur. Nie wynika. Fakty też mają swoją logikę. Ale również i tę logikę daje się z łatwością naruszyć. „To jest czarne...? No i co z tego. Od dziś będzie białe”. I jest. Mimo że wszystkie długości fal optycznych są przez to „białe” pochłaniane i dosyć prosto można by to stwierdzić eksperymentalnie.

W ten sposób głupota staje się argumentem na rzecz duchowości. Człowiek jest czymś więcej niż materią, bo może zawieszać prawa logiki. A niczemu, co materialne, dotychczas nigdy się to nie udało. Wolność do głupoty. Oto wielkość ludzkiego fenomenu.

Ale czy można z tej wolności korzystać bezkarnie? Wydaje się, że nic mniej groźnego nad zawieszenie logiczności. Po prostu stwierdzam, że logika mnie nie dotyczy i jestem wolny. Stwierdzenie ma równocześnie moc wykonawczą. Ale mimo tej potęgi moich dekretów zawieszających, nie jestem wszechmocny. Bo oto żyję w świecie, który nieubłaganie podlega logice. Czarne nie wybieleje na skutek moich aktów woli, reguły gry w szachy pozostaną takie a nie inne, chociaż nie podporządkuję się im i Ziemia zachowa swój kształt kuli, nawet gdyby wszyscy umówili się, że jest płaska. A jeżeli dłużej będę obstawać przy swoim, świat logicznych procesów mnie zgniecie. Wszystkie jego tryby będą się logicznie (a więc harmonijnie) obracać, a ponieważ będę im stawać na przekór, najpierw wciągną mnie, a potem zgniotą na nieszkodliwą papkę.

Czy to nie aby optymizm głupiego? Albo naiwność wierzącego, że prawda mimo wszystko zwycięży? Ani jedno, ani drugie. Wystarczy odrobina wyostrzonego spojrzenia, by dostrzec, jak głupota niszczy sama siebie. Tylko, że głupi tego nie widzi i, nawet ginąc, cieszy się swoim zwycięstwem. A więc moralny happy end następuje, chociaż niestety bardzo powoli. Zapas głupoty jest jednak olbrzymi i logika świata musi się sporo napracować, zanim go przepuści przez swoje tryby. Tym bardziej, że układ wcale nie jest zamknięty. Głupoty nieustannie przybywa. Człowiek okazuje się jej niestrudzonym producentem. Który proces będzie wydajniejszy: mielące tryby logiki, czy ludzka wynalazczość w tworzeniu głupoty? Czyli happy end wcale nie jest taki pewny.

Niezależnie jednak od takiego czy innego zakończenia, problem trwa. Głęboki problem filozoficzny. Na miarę Kanta. Jak możliwa jest głupota? Dlaczego Kant był jeden, a kanciarzy aż tylu?

Ps. Myślę, że prof. Andrzej Staruszkiewicz nie będzie miał mi za złe, jeżeli ujawnię, że to On w istnieniu głupoty dostrzegł argument na rzecz duchowości.

Rozdział 2

Moralność myślenia

Niektórzy ludzie myślą, a inni tylko myślą, że myślą. Nawet głupiec myśli, że postępuje rozsądnie, czyli racjonalnie. Trzeba jednak pewnego poziomu intelektualnego, żeby sobie powiedzieć, iż celowo będzie się postępować irracjonalnie. Zresztą takie postawienie sprawy z reguły jest tylko próbą usprawiedliwienia postępowania z jakichś względów wygodnego, a więc jest jednak swoistą racjonalnością. We wstępie do Rozprawy o metodzie Kartezjusz napisał, że najsprawiedliwiej Pan Bóg obdarzył ludzi rozsądkiem, gdyż nikt nie wnosi pretensji, iż otrzymał za mało.

Zaiste, jest rzeczą trudną wyzwolić się od używania rozumu. Tym bardziej to zastanawia i dziwi, im więcej głupoty widzimy wokół siebie. Jesteśmy niejako skazani na racjonalność, a równocześnie tak rzadko w praktyce kierujemy się rozsądkiem. Nasz mózg wszędzie buduje racje, a nasze ręce natychmiast je burzą.

 

Wyrażenia pochodne od łacińskiego ratio (rozum, uzasadnienie) zajmują poczesne miejsce w słowniku terminów filozoficznych. Niczego nie powinno się przyjmować bez dania racji, a spór między racjonalizmem i empiryzmem przewija się w dziejach jako jeden z zasadniczych wątków filozoficznych. Ale racjonalizmem nazywano również tendencję opierania wszystkiego na „dowodach i doświadczeniu”, przeciwstawiającą się argumentowi przez odwoływanie się do autorytetów.

Wyraz „racjonalność” znaczeniami, jakimi jest przesycony, nawiązuje do wszystkich swoich językowych krewnych. Treść, którą temu wyrazowi przypisał rozwój myśli ludzkiej, wydaje się być bardzo podstawowa i bardzo ważka nie tylko dla filozofii, ale w ogóle dla całej tzw. rozumnej działalności człowieka. Próba skatalogowania wszystkich znaczeń łączonych z terminem „racjonalność” byłaby przedsięwzięciem równie niepotrzebnym, co i beznadziejnym. Natomiast ze wszech miar warto podumać nad problematyką narosłą wokół treści niesionej przez to wyrażenie.

Istnieje, zaskakująca pod wieloma względami, paralela pomiędzy rozwojem dziecka a rozwojem ludzkości w jej poznawczych wysiłkach. Ludzkość, podobnie jak dziecko, dochodziła stopniowo do używania rozumu. Na ogół sądzi się, że przełom pod tym względem nastąpił gdzieś u progu greckiej starożytności. „Grecy dlatego są tak fundamentalni, że, aby ich zrozumieć, nie trzeba odwoływać się do Greków” – powiedział kiedyś Carl von Weizsäcker, mając na myśli ten fakt, że, chcąc dogłębniej zrozumieć jakiegokolwiek filozofa, trzeba cofnąć się do jego poprzedników, czyli ostatecznie do Greków. To chyba starożytni Grecy pierwsi wyraźnie sformułowali przekonanie, że przekonania nie wystarczy mieć, lecz trzeba je również uzasadniać. Trudno dziś dojść, czy przekonanie to zrodziło się nagle – powiedzmy w ciągu życia jednego, dwu pokoleń – czy też narastało stopniowo i powoli. W każdym razie tak ściśle przeniknęło ono filozoficzną świadomość Europy, że musiało upłynąć ponad dwadzieścia wieków, zanim postawiono pytanie, jak uzasadnić przekonanie o konieczności uzasadniania przekonań[1].

Szczytem precyzji uzasadniania przekonań, osiągniętym przez Greków, był program nakreślony w logice Arystotelesa i urzeczywistniony w geometrii Euklidesa. Idea, by z kilku – jak się spodziewano oczywistych – założeń ściśle wyprowadzić wszystkie twierdzenia danej dziedziny wiedzy, dała początek metodzie systemów aksjomatycznych. Próba przeniesienia tej metody na teren dociekań filozoficznych, podjęta już przez Arystotelesa, nie powiodła się: intuicja i czysto werbalne rozbiory definicji naśladowały tylko ścisłość myślenia.

Ciekawą zdobyczą średniowiecza w uzasadnianiu tez filozoficznych była metoda scholastyczna. Zasadniczo polegała ona na uzasadnianiu przez dyskusję. Zagadnienie stawiano dychotomicznie, czyli stylizowano je do postaci dwu wykluczających się nawzajem stanowisk: pro i contra. Kto zwycięży? Dyskutant zresztą często był wyimaginowany, służący tylko do tego, by wyostrzyć samokrytycyzm. Późniejsze losy metody scholastycznej powinny służyć dzisiejszym filozofom nauki jako przestroga: zbytnia koncentracja uwagi na wyostrzaniu metody może ostatecznie stępić skuteczność jej działania.

Nadeszły czasy nowożytne, prawie od początku naznaczone piętnem nauk empirycznych. Rolę krytyka-dyskutanta przejęło doświadczenie. Ale z doświadczeniem można się było dogadać tylko w języku matematyki. W języku tym poczucie konsekwencji jest doprowadzone do logicznego maksimum (i tylko z niewielką przesadą można twierdzić, że matematyka jest wyłącznie konsekwencją), a z niekonsekwentnym rozmówcą doświadczenie po prostu nie wchodzi w dialog. Najogólniej rzecz ujmując, tzw. metoda empiryczna działa według następującej taktyki: Najpierw musi istnieć maszyna do egzekwowania matematycznych konsekwencji. Nazywamy ją „formalizmem naukowej teorii”. Maszyna ma wejścia i wyjścia. Przez wejścia dostarcza się maszynie danych empirycznych, czyli liczb będących wynikami pomiarów. Formalizm naukowej teorii przepuszcza te dane przez tryby egzekwowania konsekwencji, wyrzucając na wyjściach przepowiednie dotyczące wyników przyszłych pomiarów. Sprawdzenie trafności przewidywań maszyny, czyli wykonanie nowych pomiarów i stwierdzenie, czy są one zgodne czy nie, i w jakim stopniu, z przepowiedniami, stanowi – przynajmniej w zasadzie – najwyższą instancję decydującą o powodzeniu lub klęsce naukowej teorii.

Metoda ta forsowała pewien szczególny typ racjonalności. Być racjonalnym znaczyło mierzyć, czyli manipulować rzeczywistością w pewien specjalny sposób: włączać wyniki pomiarów w matematyczne łańcuchy konsekwencji i znowu mierzyć, by zobaczyć, co z tego wszystkiego wynika. I nade wszystko nie stawiać przed sobą takich zadań, których by się nie dało wtłoczyć w tego rodzaju procedurę. Bo to by już było irracjonalne. Sloganowo mówiło się, że to, czego nie da się zmierzyć i zważyć... Ale w gruncie rzeczy metoda empiryczna, w miarę swojego rozwoju, stawała się coraz bardziej abstrakcyjna tak, że nawet samo mierzenie i ważenie z czasem miało już tylko sens o tyle, o ile było włączone w łańcuchy matematycznych konsekwencji, bez nich rozpływając się w nieokreślonościach.

Był to ideał racjonalności typu pozytywistycznego. Zwłaszcza w swoich zwulgaryzowanych wersjach dawał on obraz czarno-biały, łatwy do przyswojenia sobie przez wszelkiego rodzaju umysłowych daltonistów. Ale łatwizna nie miewa długiego życia. Ideał ten minął, jak się zdaje, bezpowrotnie. Niewątpliwą zasługą pozytywizmu jest to, że, jeśli nawet nie wydał z siebie poprawnej filozofii nauki, to w każdym razie znacznie przyspieszył jej rozwój. Filozofia nauki zajęła się problemem racjonalności niejako ex professo. I ona to – rzecz paradoksalna – ostatecznie rozwiała główne mity pozytywistów. Nie zamknęła jednak dyskusji. Mimo różnicy zdań w wielu zasadniczych kwestiach, mimo rozczłonkowań poglądów dotyczących wyjściowych założeń i mimo odmienności metodologicznych spojrzeń (a może właśnie dzięki tej bogatej różnorodności) wyłania się dość powszechne przekonanie, prawie standard dzisiejszych poglądów na racjonalność: nauki empiryczne nie są ani monolitem, ani totalnym władcą w obszarze racjonalności. Nasza epoka – na skutek zbyt silnych wstrząsów, jakich nie szczędzi jej historia – jest raczej skłonna widzieć w nauce terrorystę, któremu musi ulegać, aniżeli ideał przyświecający jej przykładem rozumności i tylko z oporami godzi się na rozwiązania pośrednie, obarczające odpowiedzialnością za to, co się dzieje, nie bezpośrednio naukę, lecz społeczeństwo, które nie umie z niej zrobić właściwego użytku.

Jeżeli nie chcemy rezygnować z racjonalności i nie ulegać złudzeniu, że racjonalność urzeczywistnia się tylko w naukach empirycznych, to musimy uznać, iż granice metody empirycznej nie są granicami racjonalności w ogóle. Poza obszarem kontrolowanym metodami empirycznymi rozciąga się obszar także będący domeną racjonalności, ale racjonalności niedającej się sprowadzić do stosunkowo prostych manipulacji empirią i formalnym wynikaniem. Co więcej, współczesne dyskusje w filozofii nauki wyraźnie pokazują, że przejście pomiędzy tymi dwoma obszarami racjonalności nie jest ostro nakreśloną granicą, lecz raczej rozmytym pasem w sposób ciągły i prawie niezauważalny przeprowadzającym badacza-myśliciela od świata laboratoryjnego doświadczenia do świata filozofii i metafizyki[2].

Racjonalność typu empiryczno-matematycznego jest niewątpliwie najłatwiejszym typem racjonalności. Jeśli, przebywając w tym obszarze, trzymamy się z dala od jego płynnej, ale mimo wszystko granicy, możemy kłócić się o kryteria i detale, ale praktyka nauki pozostaje stosunkowo jasna. Lecz z chwilą, gdy te granice przekraczamy, trzeba maksymalnej ostrożności, by za rozumność nie brać tego, co ją tylko udaje. Trudności wyostrzają się jeszcze bardziej, gdy dobór uzasadnień wiąże się z koniecznością wyboru i działania. Wówczas, uświadamiane lub nieuświadamiane sobie pragnienia (nierzadko wręcz reakcje biochemiczne) niekiedy prawie całkowicie zastępują logikę i rozsądek.

Czy więc sytuacja jest beznadziejna? Nie sądzę. Kierując się intelektualną uczciwością, wzmocnioną doświadczeniem wyniesionym ze studiowania nauki, można sformułować szereg reguł, które, wzięte każda z osobna, nie są wprawdzie kryteriami racjonalności, ale łącznie z całą pewnością stanowią jej symptomy lub nawet warunki konieczne. Kto łamie je systematycznie, jest człowiekiem irracjonalnym. Oto niektóre z nich (raczej tytułem przykładu niż z pretensją do wyliczenia najważniejszych):

Po pierwsze, dążność do ścisłości i informatywności w formułowaniu sądów i wypowiedzi w granicach języka. Grzechem śmiertelnym przeciwko tej regule jest mętniactwo wypowiedzi, wielomówstwo, które bądź wcale nie niesie informacji, bądź celowo wprowadza w błąd lub rozmywa znaczenia. Wiadomo, że poza językami całkowicie sformalizowanymi nie ma szans na absolutną jednoznaczność, a siła i piękno języków naturalnych polega na ich plastyczności i niezdeterminowaniu, ale te cechy języka potocznego powinny być wykorzystywane przez jego użytkowników w celu wyrażania i przekazywania tych odcieni znaczeniowych, tych nastrojów i subtelności, które nie są dostępne dla komputerowego programu, a nie w celu wymuszania na adresacie zachowań, do których nie da się go nakłonić przy pomocy racjonalnych argumentów.

Po drugie, otwartość na dyskusję z innymi. Prawdy na swój własny użytek, prawdy, które nie mogą być przekazywane innym, są z góry podejrzane. Ale dyskusja, jeśli ma spełniać funkcję wyostrzania krytycyzmu, musi być otwarta. Wstępnym warunkiem otwartości jest: nie narzucać dyskutantowi swojego rozumienia terminów, a jej istotą: wysłuchać go i starać się zrozumieć, co mówi. Kto słucha tak, że wszystko, co słyszy, potwierdza mu własny punkt widzenia, powinien prowadzić dyskusje jedynie z własnym portretem zawieszonym na ścianie. Starać się zrozumieć rozmówcę nie znaczy koniecznie zgodzić się z nim. Jeżeli nawet mam z czymś odpowiedzialnie się nie zgodzić, muszę najpierw to coś zrozumieć. Zrozumienie przeciwnego stanowiska plus poczucie konsekwencji nakaże mi zmienić swój pogląd, jeżeli uznam za słuszne racje mojego oponenta. Dyskusja ze z góry powziętym postanowieniem, że nie ustąpię, „choćby nie wiem co”, jest najbardziej jaskrawym przejawem irracjonalności.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?