Jak być uczonymTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jak być uczonym
Jak być uczonym
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
Jak być uczonym
Jak być uczonym
Audiobook
Czyta Stanisław Biczysko
29,90  22,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Ciemność i światło umysłu

Uwagi o etyce i metodyce pracy naukowej

Jak być uczonym? Ascetyka pracy naukowej

Czy filozofia może być sposobem na życie?

Spis ilustracji

Nota bibliograficzna

Przypisy

Projekt okładki i opracowanie graficzne: OLGIERD CHMIELEWSKI

Grafika na okładce: JAN VAN DER STRAET: Odkrycie kompasu

Opieka redakcyjna: ELŻBIETA KOT, DOMINIKA KOZŁOWSKA

Adiustacja: BEATA TREBEL-BEDNARZ

Korekta: KAMILA ZIMNICKA-WARCHOŁ

Łamanie: MARIUSZ WARCHOŁ

© Copyright by Michał Heller & Copernicus Center Press, 2017

ISBN 978-83-7886-316-8

Wydanie drugie (pierwsze w tej edycji)

Kraków 2017

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel./fax (+48 12) 430 63 00

e-mail: marketing@ccpress.pl Księgarnia internetowa: http://en.ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dedykuję Uczniom i Współpracownikom



.


bscurity is painful to the mind” – słowa te pochodzą z rozprawy, która – jak niewiele innych – zaważyła na nowożytnym sposobie myślenia o nauce. David Hume w swoim Enquiry Concerning Human Understanding położył niewątpliwie podwaliny pod pozytywistyczną interpretację nauki, która przez prawie dwa stulecia stała się obowiązującą doktryną w tak zwanym świecie zachodnim. Wprawdzie dziś interpretacja ta straciła dominującą pozycję i trudno się zgodzić z ogólną filozofią Hume’a, ale wiele myśli wyrażonych w Enquiry... godnych jest utrwalenia. Do nich należy myśl zawarta w zdaniu przytoczonym na wstępie.

„Ciemność jest cierpieniem umysłu” – ten przekład powiedzenia Hume’a dość dobrze oddaje zwięzłą elegancję angielskiego oryginału, ale czyni to kosztem utraty kilku odcieni znaczeniowych. Bo „obscurity” to nie tylko ciemność, brak światła, lecz również ciemnota, oznaczająca brak światła, które winno oświecać ludzką myśl. Od tego samego łacińskiego źródłosłowu co angielskie „obscurity” pochodzi nasz wyraz „obskurantyzm”, ale w tym kontekście byłby on za mocny. Hume’owi bowiem nie chodziło tylko o „zatwardziałą głupotę”, lecz także o zwykły brak zainteresowania wiedzą.

Tak rozumiana ciemność jest cierpieniem umysłu. Tym bardziej niebezpiecznym, im bardziej nieuświadomionym. Podobnie jak nieuświadomiona choroba jest bardziej niebezpieczna od uświadomionej, bo nie zwraca uwagi na konieczność sięgnięcia po lekarstwo.

Jeżeli brak wiedzy jest cierpieniem, to wiedza powinna być przyjemnością. I tak jest rzeczywiście. Tych, co wiedzą, nie trzeba o tym przekonywać, bo wiedzą; a tych, co żyją w nieustannej ciemności, i tak nic nie przekona. Hume pisze, że gdyby nawet z uprawiania nauki nie było żadnych praktycznych korzyści, i tak warto by ją uprawiać, ponieważ zaspokaja „niewinną ciekawość” (innocent curiosity). Jego zdaniem, nie powinno się tego nie doceniać, bo uprawianie nauki należy do tych „niewielu bezpiecznych i niewinnych przyjemności, jakie zostały dane ludzkiemu rodzajowi”. Dziś nauki – z jej morderczymi zastosowaniami – nie uznalibyśmy za bezpieczną i niewinną rozrywkę. Tym bardziej więc należy kontrolować przyjemności związane ze zdobywaniem wiedzy i z tym, że się wie. Tu z całą ostrością pojawia się problem dobra i zła.

Wierzę, że istnieje dobro obiektywne; że istnieje – jak to ujmowali średniowieczni – ordo naturalis (porządek przyrody) i ordo moralis (porządek moralny). Porządek przyrody to system praw przyrody, które rządzą światem. Możemy wykorzystywać je do swoich celów, ale nie możemy nie być im posłuszni. Porządek moralny jest nie mniej rzeczywisty od poprzedniego, ale możemy porządek ten naruszać, ponieważ dysponujemy wolnością działania. Jednakże każde jego naruszenie domaga się zadośćuczynienia, to znaczy przywrócenia porządku. W naszej obecnej ludzkiej kondycji porządek moralny jest nam dany w sposób narzucający się, ale niewyraźnie. Często jego rozeznanie jest zabarwione subiektywnym punktem widzenia i od osobistego wyrobienia zależy, w jakim stopniu zdołamy przebić się przez niewyraźność widzenia i rozeznać kształty dobra i zła. Dlatego do dobra trzeba systematycznie dążyć i uczyć się je rozpoznawać.

Sokrates utrzymywał, że czynienie dobra i mądrość to dwa oblicza tego samego, ponieważ nieczynienie dobra jest głupotą. Niestety, w naszej obecnej ludzkiej kondycji stosunki między dobrem i mądrością są znacznie bardziej skomplikowane. Wspomniałem już, że dobro rozpoznajemy niewyraźnie i nie identyfikując go poprawnie, wcale nie musimy postępować głupio, możemy się po prostu mylić. Niewykluczone, że to przytępienie wzroku w ocenie dobra jest ceną, jaką płacimy za wolność woli: gdybyśmy byli w stanie dostrzegać DOBRO w całym jego ontologicznym blasku, nasza wola nie byłaby zdolna ani o milimetr zboczyć z drogi prowadzącej ku niemu.

A więc wiedza, zdobywanie mądrości oraz rozpoznawanie dobra i dążenie do dobra, choć nie identyczne, są ze sobą powiązane i wzajemnie uwarunkowane. Wiedza jest dobrem; zdobywając ją, stajemy się lepsi. Zdobywając wiedzę z nastawieniem ku dobru, zdobywamy ją lepiej. Ale jest to sytuacja wyidealizowana, gdy wszystko jest tak, jak powinno być. Jednak nie zawsze tak jest. Ludzka wolność działania może i w tej dziedzinie spowodować wielkie dewastacje. Wiedzę można nawet przeciwstawić dobru i użyć jej w złym celu.

Dlatego zdobywając wiedzę, czyli ucząc się, lub tworząc wiedzę, czyli uprawiając jakąś gałąź nauki, trzeba – być może bardziej niż w wielu innych dziedzinach życia – zwracać uwagę na sprawy dobra i zła.

Każda działalność człowieka sprawia, że staje się on lepszy lub gorszy. Pozostawanie przez jakiś czas w tym samym miejscu jest w gruncie rzeczy cofaniem się. Choćby z tego powodu, że czas upływa, a niewykorzystany czas oznacza bezpowrotnie utraconą wartość. Zdobywanie lub tworzenie wiedzy jest szczególnie wrażliwe na potencjalny przyrost wartości. Nie tylko dlatego, że wiedzy nigdy nie gromadzi się wyłącznie dla siebie (zawsze będzie ona jakoś promieniować na innych), ale także dlatego, że wiedza oświeca tego, kto ją nabywa. Ignorancja jest ciemnością, ale ciemność nie jest bytem, jest tylko brakiem światła. Teoria iluminacji, wewnętrznego oświecenia, jest dobrze zakorzeniona w historii filozofii i sięga do Platona i świętego Augustyna. Biskup z Hippony, idąc za Platonem, uważał, że prawdziwą wiedzę uzyskuje się przez kontakt ze światem idei. Własną pracą i studiowaniem można najwyżej przygotować drogę do właściwego aktu poznania, który dokonuje się dopiero wtedy, gdy człowiek daje się przeniknąć Bożemu Światłu. Nie musimy być wyznawcami filozofii świętego Augustyna, by zgodzić się z tym, że akt poznania jest rzeczywiście podobny do dojrzenia światła. To może być wątłe światełko kaganka, gdy z trudem dopracowuję się zrozumienia jakiegoś szczegółu. To może być blask prawie oślepiający, gdy na końcu długiego ciągu dowodowego jakaś prawda porazi mnie swoją oczywistością.

Przestawanie ze światłem wzbogaca i ulepsza, ale może także stać się niebezpieczne. Upadek z wysokiego rusztowania jest groźniejszy od zwykłego potknięcia. Źle kierując studium lub pracą naukową, można wyrządzić wiele krzywd sobie i innym. Nie są to tylko teoretyczne rozważania, lecz mają one konsekwencje – piękne lub bolesne – w ludzkim życiu. I są to zwykle konsekwencje długotrwałe, a jeśli są złe, to trudne do odwrócenia.

Ale przestawanie ze światłem przede wszystkim wzbogaca i daje posmak pięknej – choć często trudnej – przygody. Jak w każdej przygodzie, także i w tej jest dużo ryzyka i żeby wiele dała, trzeba sobą roztropnie kierować.

Zapiski, które składają się na tę niewielką książeczkę, były sporządzane przy różnych okazjach i publikowane w rozmaitych miejscach. Łączy je jedno: chęć podzielenia się własnymi doświadczeniami w przeżywaniu wielkiej przygody, jaką jest uprawianie nauki. Chociaż wiedziałem, że będą je czytać różni nieznani mi ludzie, były one adresowane przede wszystkim do moich współpracowników i uczniów. Celowo nie użyłem słowa „studentów”. Student to ktoś, kto siedzi na wykładzie, słucha lub nie i potem przychodzi po zaliczenie lub na egzamin. Uczeń natomiast to ktoś, kto staje przede mną ze swoimi problemami, z kim dzielę się własną pracą i doświadczeniem; ktoś, kto przysparza kłopotów, ale i dużo radości. I od którego mistrz (jeżeli „uczeń”, to „mistrz”, a nie „wykładowca”) uczy się nie mniej niż z książek. Właśnie tego, co zamieściłem w tych notatkach, nauczyłem się od moich uczniów. Teraz im to oddaję, trochę bardziej przemyślane i uporządkowane.

 

Jeżeli ignorancja jest ciemnością umysłu, to wiedza jest jego światłem, a studiowanie i uprawianie nauki, choć wymagają nakładu sił i przezwyciężenia wielu słabości, są zanurzeniem się w świetle.

1 września 2008 roku



.


etodyka pracy to zbiór technicznych recept, jak dobrze pracować. Ale praca naukowa jest pracą szczególnego rodzaju. W pracy naukowej zbiór technik pozostanie bezsilny, jeżeli nie przeniknie do głębszych warstw psychiki. Techniki muszą spleść się z włóknami stanowiącymi osnowę osobowości, muszą przemienić się w styl bycia. Dopiero wtedy mogą wydać owoce. Owoce, a nie zwykły produkt. Produkt jest wynikiem mechanicznej obróbki i pozostaje na zawsze kawałkiem martwej materii; owoc odłącza się od żywej tkanki i od początku zawiera się w nim zapowiedź dalszego rodzenia. Wszystko to sprawia, że metodyka pracy naukowej musi być równocześnie jej etyką.

Twórczość (a praca naukowa jest twórczością par excellence) bywa niebezpieczna. Gdy stanie się nieokiełznanym żywiołem, może przedwcześnie pochłonąć wszystkie siły życiowe. Wówczas dzieło przeczute, zaledwie zarysowane, zwiędnie, zanim się narodzi, bo zbyt szybko wyczerpały się soki, którymi miało odżywiać się przez długie lata. Pozostanie wrak świadczący o klęsce.

Ale bywa i inne niebezpieczeństwo, równie groźne, tyle że może pozostać na zawsze nieujawnione. To twórczość, której nie dało się szans. Wielkie plany, duże możliwości utopione w bezładzie codziennych czynności. Twórczość, która nie wytrzymała konkurencji z chodzeniem, rozmawianiem, jedzeniem, czytaniem i tysiącem innych ważnych spraw do załatwienia.

Aby uniknąć tych (i wielu innych) niebezpieczeństw, etyka pracy naukowej winna szukać sprzymierzeńca w technikach jej wykonywania. Etyka bez technik się spali, techniki bez etyki pozostaną jałowe.

Oczywiście to jasne, że od początku wszystko jest związane z problemem ambicji. Czy bardziej idzie o to, by udowodnić sobie, czy innym? Z pewnością ci „inni” stanowią ważny element w rozgrywce. Zbyt zajęci sobą i swoimi sprawami nie wiedzą – nawet nie mogą wiedzieć – ile wysiłków podejmuje się na ich konto, ile kropel potu wyciska się z powodu jednego ich słowa rzuconego mimochodem. Takie słowa zwykle znaczą więcej niż oficjalne uznanie. Zresztą i Nagrodę Nobla ceni się nie tyle ze względu na czek, jaki otrzymuje laureat, ile raczej ze względu na to bezosobowe tło ludzi, którzy nigdy tej nagrody nie otrzymają.

Ambicje mają swoją stronę dobrą i złą: dobrą – bo dostarczają silnej motywacji do pracy; złą – bo mogą być (i nader często bywają) niszczącą siłą. To one zwykle zaciemniają ocenę i zniekształcają twórcze możliwości tego, kto nie potrafił zdobyć się na obiektywność. Obiektywność sprowadza się do właściwej oceny samego siebie. Chłodno i bezstronnie: z odwagą uznania swoich niedostatków, z pokorą dojrzenia swoich uzdolnień i talentów. Tylko wtedy, gdy również słabe strony zostaną wliczone do rachunku, będzie można mierzyć nieco powyżej swoich możliwości i osiągnąć sukces.

Obiektywność w stosunku do siebie jest niezwykle trudną sztuką i tylko nieliczni potrafią ją praktykować. Owszem, czasem ludzie przekonani o swojej wielkości także osiągają wyniki, ale są one od samego początku jakby zaniżone przez brak obiektywności ich autora. Zresztą wraz z prawdziwymi wynikami patrzy się na siebie z coraz większym dystansem, coraz lepiej zna się swoje ograniczenia.

Obiektywność w stosunku do siebie jest tak trudną sztuką, ponieważ wymaga umieszczenia siebie w dwu różnych układach odniesienia: trzeba tkwić w sobie, by dobrze rozeznawać swoje wyposażenie, i trzeba wyjść poza siebie, by spojrzeć na siebie z boku i dokonać właściwej oceny. Jak wiadomo, potrzeba było geniuszu Einsteina, by obserwacje wykonywane w różnych układach odniesienia powiązać w spójną teorię.

Bycie geniuszem nie jest warunkiem koniecznym twórczej pracy naukowej. Po świecie chodzą zastępy zapoznanych geniuszy, a nauka zawdzięcza wiele osiągnięć swoim średnio zdolnym, ale solidnym pracownikom. Wystarczą więc dobre zdolności, ale nie można ich tylko mieć – trzeba je rozwijać. Jednakże mrówcza praca, której jedynym celem jest zarabianie na codzienny chleb lub trochę więcej komfortu, to jednak za mało. Potrzebna jest pasja naukowa.

Co to jest pasja naukowa? Jak każdą pasję, trudno ją zdefiniować. Spróbuję jednak wymienić przynajmniej niektóre jej elementy:

1. Zainteresowanie przedmiotem, więcej nawet, niejako utożsamianie się z nim. Trzeba o nim myśleć: „mój przedmiot”.

2. Znajdowanie przyjemności w badaniu swojego przedmiotu. Źródłem pewnej szczególnej radości może być ciekawość, jaką przedmiot budzi, lub sam proces badawczy – zmaganie się z oporem zagadnienia. Nie należy jednak wymagać od siebie nieustannego stanu ekstazy. Wystarczą chwile radości przeżywane z rzadka, od czasu do czasu. Dadzą one wystarczającą energię do przetrwania tych długich okresów, w których dominującym czynnikiem jest zwalczanie trudności i odczucie zmęczenia.

Zresztą przyjemność z pracy naukowej niekoniecznie polega na intensywnym przeżywaniu. Wystarczy, że jest gdzieś w tle, że drzemie w półświadomości, której główny wysiłek jest skierowany na problem, jaki w tej chwili trzeba rozwiązać.

3. Odwaga bycia trochę innym niż wszyscy ludzie w otoczeniu. Choćby z tej racji, że dużo czasu trzeba poświęcić nauce. Ale także z powodu pewnej psychicznej odmienności, wynikającej ze specyficznych zainteresowań (i braku innych zainteresowań!) związanych z uprawianiem nauki i z całą jej otoczką. Odwaga bycia innym w oczywisty sposób wiąże się ze wspomnianą umiejętnością rezygnacji z wielu przyjemności i nawyków towarzyskich pielęgnowanych w naszym otoczeniu. Ale postawa ta nie powinna mieć w sobie niczego z cierpiętnictwa: pozbawiam się tylu przyjemności, bo jestem inny (to ostatnie z lekkim odcieniem poczucia wyższości). Człowiek autentycznie uprawiający naukę nie traci niczego w porównaniu z innymi; przeżycia, do jakich otwiera sobie drogę, są związane – jak ośmielam się sądzić – z przyjemnościami znacznie przewyższającymi swoim natężeniem „średnią w populacji”. Zresztą z czasem przychodzi – nasilające się z upływem lat – rozsmakowanie się w naukowych zmaganiach i wtedy każdą chwilkę, jaką czasem musi się poświęcić konwencjonalnym przyjemnościom, uważa się (już bez żadnego poczucia wyższości) za stratę czasu.

4. Motywacja pracy naukowej, gdyż nie ma prawdziwej pasji bez jej należytego umotywowania. Namiętność do pracy (jak każda namiętność) szybko się wypali, jeżeli nie będzie zakorzeniona w głębszych warstwach osobowości.

Kariera życiowa jako motyw pracy naukowej to jednak za mało. Postawienie wyłącznie na karierę wręcz kłóci się z naukowym powołaniem. Kandydat na uczonego musi być gotowy do spędzenia nieograniczonej wprost liczby godzin za biurkiem lub w laboratorium pomimo braku uznania ze strony otoczenia i często wbrew rozmaitym administracyjnym zobowiązaniom, których przestrzeganie jest nieuniknione, jeżeli chce się piąć po kolejnych szczeblach akademickiej drabiny. A więc jakie są motywy podjęcia pracy naukowej? Bywają różne:

– dla przyjemności, for fun – jak mówią anglofoni, a my czasem w takich okolicznościach wspominamy o „przygodzie z nauką”;

– służenie ludzkiej (albo narodowej) kulturze;

– dążenie do poznania prawdy

– lub Prawdy i wówczas mamy do czynienia z motywacją typu religijnego.

Najczęściej wszystkie te motywacje (i może jeszcze inne) występują razem i trudno je od siebie oddzielić. Chęć dociekania prawdy niemal zawsze drzemie gdzieś w głębszych warstwach psychiki uczonego; niekiedy nawet wbrew jego własnym deklaracjom lub w pełni uświadomionym sobie intencjom. Motywacje typu religijnego też nie bywają rzadkie, zwłaszcza jeśli do tej klasy zaliczyć postawy naukowców, którzy odrzucając religię, w nauce szukają elementu zastępczego.

5. Uczestniczenie w nauce jako instytucji. To, co napisałem wyżej o uciekaniu od „administracyjnych zobowiązań”, należy potraktować z pewną poprawką. Praca naukowa to nie tylko biurko i laboratorium, ale również pewna ich otoczka. Dziś nie sposób uprawiać nauki poza instytucją zwaną nauką. I w życiu tej instytucji trzeba brać udział. W przeciwnym razie zejdzie się na margines. I to nie tylko na margines uznania, ale prędzej czy później także na margines wartości osiąganych wyników. A więc trzeba być na swojej uczelni czy w swoim macierzystym instytucie; trzeba być w krajowej i międzynarodowej społeczności naukowców uprawiających daną dziedzinę (rady wydziału, konferencje, zjazdy, pisanie recenzji, rekomendacji itp.). Ale jednak bez przesady, tak żeby celebrowanie nauki nie zastąpiło jej uprawiania. Jest to niebezpieczeństwo, które narasta wraz z uznaniem i które bardzo zagraża w dojrzalszym wieku. Jeżeli ktoś może pozwolić sobie na czytanie publikacji naukowych tylko w samolocie, wiozącym go z jednej konferencji na drugą, to powinien zdać sobie sprawę, że na konferencjach, w których tak często bierze udział, wygłasza referaty już wyłącznie o tym, co w nauce robiło się dawniej, w czasach, kiedy jeszcze ją uprawiał.

6. Zażyłość z książkami i czasopismami. To się rozumie samo przez się. Nieustanny kontakt z literaturą zawodową jest przecież istotną częścią naukowej strategii. Ale idzie także o coś więcej. Dobrze znając jedynie publikacje z zakresu własnej specjalności, można być zaledwie niezłym rzemieślnikiem naukowym. Kandydat na uczonego musi siedzieć w literaturze naukowej w ogóle, a więc orientować się w nowościach sąsiednich specjalizacji, mieć kontakt z tym, co dzieje się w nauce rozumianej jako część ogólnoludzkiej kultury. By spełnić ten ostatni warunek, trzeba wyjść poza lektury ściśle naukowe i sięgać do książek oraz czasopism popularnonaukowych i półpopularnonaukowych (czyli takich, które informują naukowców o tym, co dzieje się poza ich – wąsko rozumianymi – specjalnościami). Tego wszystkiego nie da się osiągnąć bez pewnego (nie wahajmy się użyć tego słowa) ukochania książki. Praca uczonego skazuje go na samotność (choćby to była samotność w tłumie). Książka, nie niszcząc tej samotności, potrafi ją wypełnić.

7. Ślęczenie przy biurku. Punkt ten jest kwintesencją i niejako podsumowaniem wszystkich innych, o których pisałem wyżej, a także i tych elementów pracy naukowej, które w tym zestawie punktów pominąłem. Oczywiście biurko jest tu swoistą metaforą: może nim być ruchliwe laboratorium lub noga założona na nogę jako podstawka do pisania w trzęsącym się po nierównych torach pociągu (jak to ma miejsce w chwili, w której piszę te słowa). Tak czy inaczej, naukowiec z prawdziwego zdarzenia lwią część życia musi spędzić przy – różnie rozumianym – biurku. Jeśli ktoś nie potrafi się na to zdobyć, a pozuje na naukowca, jest tym, kogo zwykle określa się mianem hochsztaplera.

Ponieważ ślęczenie przy biurku jest tak ważnym elementem pracy naukowej, chcę omówić kilka cech, jakimi winno się ono odznaczać.

Przede wszystkim systematyczność w pracy. Są ludzie o różnych charakterach: jedni pracują od godziny do godziny, inni stosują metodę „długiego skoku”, po którym następuje okres zwolnienia tempa i koniecznej regeneracji sił. Ale tak czy inaczej rozumiana systematyczność musi być istotną częścią strategii. Chaos jest jednym z największych wrogów osiągania wyników. (Jeżeli kandydat na magistra lub doktora przedstawia mi projekt pracy, w którym strzałki, skreślenia, bohomazy przeważają nad czytelnym tekstem, to jest to prawie nieomylnym znakiem, że nie będzie z niego większej pociechy).

 
Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?