Czy fizyka i matematyka to nauki humanistyczne?Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

MICHAŁ HELLER STANISŁAW KRAJEWSKI

Czy fizyka

i matematyka

to nauki

humanistyczne?


Spis treści

Karta redakcyjna

Michał Heller, Stanisław Krajewski. Przedmowa do dwugłosu

Michał Heller. CZY FIZYKA JEST NAUKĄ HUMANISTYCZNĄ?

Wprowadzenie. Trzecia kultura?

Część I. Fizyka i piękno

Rozdział 1. Czy fizyka jest nauką humanistyczną?

Rozdział 2. Podboje matematyki: od rzutu kamieniem do kwantowej próżni

Rozdział 3. Matematyka – romantyczny język nauki

Rozdział 4. Postmodernizm i współczesna fizyka

Rozdział 5. Piękno jako kryterium prawdy

Rozdział 6. Dynamika twórczości

Część II. Między fizyką a filozofią

Rozdział 7. Filozofia fizyki u schyłku dwudziestego wieku

Rozdział 8. Metafizyka i język

Rozdział 9. Logiczność świata według Ladrière’a

Rozdział 10. Źródła kryzysu

Część III. Przez konflikty ku transcendencji

Rozdział 11. Początki konfliktu i współistnienia

Rozdział 12. Naukowy obraz świata a zadanie teologa

Rozdział 13. Stworzenie świata według współczesnej kosmologii

Rozdział 14. O wyprowadzaniu filozoficznych i teologicznych wniosków z kosmologii

Rozdział 15. Chrześcijański pozytywizm

Rozdział 16. Wyobraźnia w nauce i doświadczeniu religijnym, czyli mały traktat o machaniu rękami i molach jedzących literaturę

Rozdział 17. Nauka a transcendencja

Stanisław Krajewski. CZY MATEMATYKA JEST NAUKĄ HUMANISTYCZNĄ?

Wstęp

Rozdział 1. Emergencja w matematyce?

Rozdział 2. Atrakcyjność twierdzenia Gödla

Rozdział 3. Racjonalizm a matematyka

Rozdział 4. Jak wzmacniać test Turinga?

Rozdział 5. Teza Churcha pomiędzy matematyką a empirią

Rozdział 6. Neopitagoreizm współczesny: uwagi o żywotności pitagoreizmu

Rozdział 7. Matematyzm

Rozdział 8. Uwagi o matematyce i teologii

Rozdział 9. Czy matematyka jest nauką humanistyczną?

Literatura cytowana

Przypisy

Polecamy

Katalog wydawnictwa Copernicus Center Press

Projekt okładki: MARIUSZ BANACHOWICZ

Projekt typograficzny: MIROSŁAW KRZYSZKOWSKI

Skład: MELES-DESIGN

© Michał Heller, Stanisław Krajewski & Copernicus Center Press, 2014

ISBN 978-83-7886-079-2

Copernicus Center Press Sp. z o.o. dziękuje Panu Prof. nadzw. dr hab. inż. Tadeuszowi Pomiankowi, Rektorowi Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie za udostępnienie materiałów redakcyjnych niezbędnych do wydania niniejszej publikacji

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel./fax (+48 12) 430 63 00

e-mail: marketing@ccpress.pl Księgarnia internetowa: http://en.ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Przedmowa do dwugłosu

Wśród fizyków krąży powiedzenie, przypisywane Rutherfordowi, że wszystkie nauki dzielą się na fizykę i zbieranie znaczków. Czy jest to przejaw megalomanii fizyków, czy tylko nieco żartobliwe wyrażenie przekonania, że fizyka jest nauką podstawową? Nawet w tej łagodniejszej wersji daje wyraźnie znać o sobie dobre samopoczucie fizyków. W takim razie co z matematyką? Oczywiście fizycy doceniają matematykę, bez niej ich praca byłaby niemożliwa. Matematyka jest nie tylko językiem fizyki; jest także jej „tworzywem”. Strukturę wszechświata bada się przez rozplątywanie struktur matematycznych. Ale matematyka „sama w sobie”, wyabstrahowana od fizyki, nie mówi niczego o świecie, jest dyscypliną czysto formalną i dlatego nie pojawiła się w dychotomii Rutherforda.

Ludzki umysł to bardzo złożony instrument. Potrafi myśleć ściśle, ale jego myślenie jest zanurzone w świecie emocji, skomplikowanych doświadczeń siebie i otaczającego świata. To wszystko jest tak ściśle ze sobą połączone, że na co dzień posługujemy się mieszaniną odczuć, instynktownych reakcji i fragmentów ścisłego myślenia. Gdy z jakichkolwiek powodów przychodzi nam dokonać bardziej zdyscyplinowanej dedukcji, odczuwamy to jako wyczerpującą pracę, szybko się męczymy i niemal spontanicznie przechodzimy na tryb niekontrolowanej, lub tylko z grubsza kontrolowanej, aktywności umysłowej. Tu leży źródło niechęci wielu ludzi do matematyki.

Matematyka jest nauką szczególną – pokoleniom uczonych, ogromnym wspólnym wysiłkiem, udało się stworzyć system wiedzy, w którym ścisłość została doprowadzona do szczytu. Najmniejsze luki w ścisłości są niestrudzenie tropione i wypełniane drobiazgowymi analizami. Nie znaczy to jednak, że wyjaśnione zostały podstawy matematyki. Zresztą im bardziej rozwijają się badania, tym mniej wydaje się jasne, co takie wyjaśnienie miałoby oznaczać.

Świat fizyczny jest niemiłosiernie logiczny i dlatego fizyka dopiero wtedy zaczęła odnosić sukcesy, gdy nauczyła się badać świat przy pomocy narzędzi matematycznych. Nie jest jednak pewne, czy obecnie rozwijane teorie matematyczne są najlepszymi możliwymi narzędziami potrzebnymi fizyce lub innym naukom, które chcą formułować prawa, a nie tylko „zbierać znaczki”.

Przeprowadźmy następujący eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że nasz umysł potrafi bez trudu, spontanicznie wykonywać wszystkie operacje logiczne i stosować je do wszelkich przejawów życia, także tego, co nazywamy życiem wewnętrznym. Nie tylko kontrolowalibyśmy wówczas wynikania z przyjętych przez nas przesłanek, ale widzielibyśmy również jasno, jak rozumują nasi rozmówcy i w czym różnią się ich i nasze wyjściowe przesłanki. W takim świecie matematyka byłaby najłatwiejszą i najbardziej poszukiwaną nauką a kandydatów na wydziały humanistyczne należałoby poszukiwać wśród lubiących ryzykowne wyzwania.

Czy taki utopijny świat byłby nudny i monotonny, czy – przeciwnie – pełen nieoczekiwanych (choć ściśle wplecionych w siatkę wynikań) wydarzeń, urzekający pięknem harmonii, bogaty łamaniami symetrii, zaskakującymi dynamicznymi sytuacjami i rozmaitymi fraktalnymi strukturami? Tak czy inaczej, dobrze, że nasz świat taki nie jest. Dzięki temu, że nasza zdolność ścisłego myślenia jest zanurzona w strumieniu różnorodnych doznań i że te doznania w znacznym stopniu kształtują naszą osobowość, dostępne są dla nas zupełnie nowe wymiary rzeczywistości. A to, że wypracowywanie obszarów, w których niepodzielnie panuje ścisłość, jest połączone z trudem i samozaparciem, dodaje tej ludzkiej przygodzie posmaku niezwykłości, a niekiedy nawet cichego bohaterstwa.

Zarówno wśród „zwykłych” ludzi, jak i wśród osób zajmujących się pracą naukową dominuje przeciwstawianie nauk ścisłych, czyli przede wszystkim matematyki i fizyki, naukom humanistycznym. Czasem czyni się to wywyższając ścisłość nauk ścisłych, czasem wskazując na ich ograniczenia, niemożność uchwycenia prawdziwej, żywej złożoności, której nie mogą uchwycić struktury formalne. Tymczasem to przeciwstawienie nie jest absolutne: u źródeł podstawowych pojęć matematyki i fizyki są doświadczenia potoczne, odniesienia do człowieczej perspektywy postrzegania świata, próby jego spontanicznego modelowania, sądy wartościujące – jednym słowem takie zachowania, które można znaleźć również u podstaw nauk humanistycznych.

 

Stawiając w tym książkowym dwugłosie pytanie, czy fizyka i matematyka to nauki humanistyczne, nie zamierzamy tego pytania rozstrzygać do końca – odpowiedź na nie zależy od zbyt wielu osobistych i kulturowych preferencji – ale chcemy dać wyraz przekonaniu, że obydwie te dziedziny – nauki ścisłe i humanistyka – są organicznymi częściami tej samej, ogólnoludzkiej kultury. Bez którejkolwiek z nich nasza kultura byłaby płaska i zubożona. Żeby widzieć trójwymiarowo trzeba mieć dwoje oczu.

styczeń 2014

Michał Heller Stanisław Krajewski

Michał Heller

CZY FIZYKA JEST NAUKĄ HUMANISTYCZNĄ?

Wprowadzenie

Trzecia kultura?

W 1996 r. ukazał się polski przekład książki pt. Trzecia kultura, zredagowanej przez Johna Brockmana [1996]. Książka ta zasługuje na uwagę nie tyle ze względu na jej szczególną wartość, ile raczej ze względu na jej symptomatyczność. Jest ona zestawem artykułów lub wypowiedzi znanych uczonych i zarazem popularyzatorów swoich osiągnięć (nagranych przez redaktora). Takich zbiorów ukazuje się ostatnio dosyć dużo i nie na tym polega wyjątkowość książki Brockmana. Znaczący jest wybór prezentowanych autorów i wspólny mianownik, do jakiego Brockman usiłuje ich sprowadzić. Edycyjny zamiar redaktora (i zarazem wydawcy angielskiego oryginału) nie pozostawia najmniejszych wątpliwości. On sam go bardzo jasno precyzuje we wstępie do książki.

Sam tytuł, Trzecia kultura, nawiązuje oczywiście do słynnej książki Ch.P. Snowa Dwie kultury (pierwsze wydanie w 1956 r.), w której autor ten poddaje wnikliwej analizie fakt istnienia rozłamu pomiędzy kulturą naukową (w sensie angielskiego science) a kulturą humanistyczną. Rozłam ten, zdaniem Snowa, jest tak silny, że mamy już do czynienia nie z jedną, lecz dwiema kulturami. W uzupełnieniu do kolejnego wydania Dwu kultur z 1963 r. Snow – bardziej optymistycznie – przewidywał powstanie trzeciej kultury.

Jej wyłonienie – oddajmy głos Brockmanowi – stać by się miało niejako pomostem wiszącym nad przepaścią rozdzielającą humanistów od świata nauki. W trzeciej kulturze Snowa humaniści mieliby stać się rzecznikami nauk ścisłych i przyrodniczych[1].

Zdaniem Brockmana, proroctwo Snowa spełniło się, ale zupełnie nie tak, jak on przewidywał.

Humaniści nadal nie potrafią porozumieć się z fizykami czy matematykami. Szczęśliwie przedstawiciele nauk ścisłych zaczęli porozumiewać się bezpośrednio z szeroką publicznością. Tradycyjnie ukształtowane przez humanistów media funkcjonowały dotychczas jakby pionowo – profesorowie z wyżyn kierowali swe słowa ku nizinom, a dziennikarze nieśmiało zadawali im pytania. Dziś uczeni tworzący trzecią kulturę starają się unikać pośredników i przedstawiać najbardziej skomplikowane idee w sposób jasny i klarowny, dostępny dla każdego inteligentnego czytelnika.

Powstała więc „trzecia kultura”, ale nie stanowi ona pomostu pomiędzy poprzednimi, „zastanymi” kulturami, lecz wyrasta tylko z jednej z nich i eliminuje drugą.

Trzecia kultura to uczeni, myśliciele i badacze świata empirycznego, którzy dzięki swym pracom i pisarstwu przejmują rolę tradycyjnej elity intelektualnej w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania od zawsze nurtujące ludzkość: czym jest życie, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy.

Dotychczas – twierdzi Brockman – kultura humanistyczna ignorowała kulturę naukową. Twórczość takich uczonych, jak Einstein, Bohr, Heisenberg, Eddington, Jeans była lekceważona przez tę pochodzącą z własnej nominacji elitę intelektualną, a wartość oraz znaczenie wyrażanych przez nich poglądów nie były nawet klasyfikowane jako „prawdziwa” aktywność intelektualna, gdyż nauki ścisłe nie były przedmiotem, którym zajmowałyby się ówczesne czołowe pisma, kształtujące opinię publiczną.

Dziś ma miejsce proces odwrotny – trzecia kultura stopniowo eliminuje tradycyjną kulturę humanistyczną.

W przeciwieństwie do dawnych dysput intelektualnych, drogi dochodzenia do prawdy w trzeciej kulturze nie są jałowymi dyskusjami akademickimi – prędzej czy później będą miały wpływ na każdego z nas.

Pomińmy pewne naiwności popełnione przez Brockmana; należą do nich, między innymi: próba opracowania imiennego zestawu przedstawicieli trzeciej kultury (dowolna, wybiórcza, ograniczona do autorów anglojęzycznych), traktowanie tzw. hipotezy Gai jako hipotezy naukowej, twierdzenie, że „moc trzeciej kultury leży w tolerancji dla sprzecznych poglądów i przyjmowaniu wszelkich nowości, dopóki nie okażą się »nieprawdziwe«”; i zapytajmy: czy rzeczywiście trzecia kultura istnieje? Zjawisko, o jakim pisze Brockman, w ostatnich latach niewątpliwie przybiera na sile, chociaż można dyskutować, czy zasługuje ono aż na miano „trzeciej kultury”. Rzeczywiście, wielu fizyków, astronomów, biologów, kosmologów i matematyków coraz częściej chwyta za pióra (lub zasiada do swoich komputerów), by nie tylko spopularyzować odkrycia swoje lub swoich kolegów, lecz także zastanowić się nad szerszym – światopoglądowym lub filozoficznym – znaczeniem naukowych osiągnięć. I prawdą jest, że wiele tego rodzaju książek stało się światowymi bestsellerami. Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to zjawisko zaskakująco nowe. Wielcy uczeni często byli dobrymi filozofami i bardzo często pisali książki i artykuły przeznaczone dla szerszej publiczności. Istnieje także zjawisko „zapominania historii”: każde pokolenie ma skłonność do traktowania tego, co się dzieje na jego oczach, jako zupełną nowość, zapominając, że jest to, być może, tylko wariacja na znany temat. Wystarczy przekartkować pisma kulturalne i tygodniowe dodatki do codziennych gazet z lat dwudziestych, by się przekonać, że w tamtych czasach dyskusje i filozoficzne dywagacje na temat teorii względności i teorii kwantów były w znacznie większym stopniu „sensacjami dla humanistów” niż dziś teoria chaosu czy superstrun.

Dziś zastanawiać może co innego: o ile w pierwszej połowie XX w. odkrycia naukowe rzucały światło tylko na niektóre zagadnienia filozoficzne (teoria względności na problem przestrzeni i czasu, mechanika kwantowa na problem przyczynowości), o tyle z dzisiejszych osiągnięć naukowych (z których, kto wie, czy nie największym jest metoda, przy pomocy której do tych osiągnięć się dochodzi) wyłania się pewien całościowy obraz świata, lub nawet silniej – pewna nowa filozofia przyrody. Brockman pisze o tym we wstępie do swojej książki, ale – znowu – w sposób naiwny i skrajnie uproszczony tę nową filozofię przyrody charakteryzuje. To prawda, że nowa „filozofia przyrody” (pozostańmy przy tej nieco kontrowersyjnej nazwie, ale dla bezpieczeństwa ujmijmy ją w cudzysłów) najczęściej bywa propagowana w książkach i artykułach popularnych. Obecna moda naukowa nie zezwala na snucie filozoficznych refleksji w pracach ściśle badawczych (tylko najwięksi, i to z rzadka, mogą sobie na to pozwolić). I dlatego prace o charakterze popularnym często stają się niejako trybuną do wygłaszania poglądów ogólniejszej natury. Niemniej jednak prawie zawsze właściwe (tzn. dogłębne) zrozumienie filozoficznych rozważań, zawartych w popularnych książkach pisanych przez uczonych, wymaga dokładnych analiz opartych na rzetelnej znajomości odnośnych teorii naukowych. A to nie może mieć miejsca w literaturze popularnonaukowej, która – zdaniem Brockmana – tworzy trzecią kulturę. Coraz częściej, w celu przeprowadzenia takich analiz, uczeni spotykają się z filozofami na rozmaitych zjazdach lub sympozjach. Ich wynikiem bywają ważne publikacje, niekiedy o bardzo specjalistycznym charakterze (choć na przykład fizycy w oficjalnych sprawozdaniach nie zaliczają ich do swojego naukowego dorobku)[2]. Jeżeli istotnie rodzi się jakaś nowa filozofia, ma to miejsce – jak zwykle – wśród intelektualnych elit, a nie w publikacjach na użytek ogółu. Takie publikacje odgrywają oczywiście ważną rolę, ale przede wszystkim popularyzacyjną.

Być może „trzecia kultura” rzeczywiście powstaje, ale wygląda ona zupełnie inaczej niż to sobie Brockman wyobraża. I czy trzeba wprowadzać aż nową nazwę, która nadaje się wprawdzie na tytuł książki, pragnącej zwrócić na siebie uwagę czytelniczego rynku, ale pogłębia tylko i tak już niemałe zamieszanie, panujące w terminologii używanej przez teoretyków kultury? Czy nie lepiej po prostu „na spokojnie” zastanawiać się nad filozoficznymi i ogólnokulturalnymi implikacjami współczesnych nauk?

Lektura Trzeciej kultury Johna Brockmana niewątpliwie wpłynęła stymulująco na moje przemyślenia. Oprócz uproszczeń, o których już wspomniałem, Brockman okazał się niezwykle stronniczy: kulturę humanistyczną praktycznie uznał za bezwartościową, filozofię zredukował do refleksji snutych przez uczonych na marginesach swoich prac badawczych, ale najgorzej obszedł się z trzecią dziedziną, która w sprawach, jakich jego książka dotyczy, ma także coś do powiedzenia – z teologią. Wprawdzie we wstępie do książki o teologii nie wspomniał ani słowem, ale dokonał takiego wyboru materiału, że Czytelnik zakończy lekturę z przekonaniem, że jedyna rozsądna interpretacja osiągnięć współczesnej nauki to interpretacja radykalnie agnostyczna, jeśli nie wprost ateistyczna. Takie przekonanie jest z gruntu fałszywe: można wskazać cały szereg wybitnych uczonych, którzy w swoich popularyzatorskich pracach wypowiadają całkowicie przeciwne poglądy. Co więcej, jeden z uczonych, występujących w książce Brockmana, a mianowicie Paul Davies [1996], jest autorem bardzo poczytnej książki, zatytułowanej Plan Stwórcy, którą śmiało można uznać za jedno z najlepszych wprowadzeń do współczesnej „teologii naturalnej”.

Sprawa „trzeciej kultury” (nie kłóćmy się o nazwy) jest tak ważna, że warto jej poświęcić nieco więcej krytycznej uwagi. Widzę tu trzy – zresztą wyżej już zasygnalizowane – problemy: 1) problem relacji pomiędzy naukami ścisłymi a humanistycznymi (za reprezentantkę tych pierwszych uznaję tu głównie fizykę), 2) problem relacji pomiędzy naukami a filozofią, 3) problem relacji pomiędzy naukami a teologią. Tym trzem problemom poświęcam trzy kolejne części niniejszej księgi. Ponieważ i filozofię, i teologię tradycyjnie zalicza się do nauk humanistycznych, całość zdecydowałem się zatytułować nieco prowokującym pytaniem „Czy fizyka jest nauką humanistyczną?” Jest to również tytułowe pytanie pierwszego rozdziału, ale tam należy je rozumieć bardziej dosłownie.

Księga niniejsza jest kontynuacją moich poszukiwań, których zapisem są dwie poprzednie księgi: Nowa fizyka i nowa teologia oraz Moralność myślenia. Pojawia się tu pewien nowy wątek – piękno jako kryterium prawdy (to także tytuł jednego z rozdziałów). O ile w Moralności myślenia wyeksponowany był etyczny aspekt poznania i uprawiania nauki (a więc aspekt dotyczący dobra), o tyle w tej księdze coraz wyraźniej do głosu dochodzi estetyczna strona ludzkich wysiłków poznawczych. Gdy mowa o dobru i pięknie, to nie można nie wspomnieć o prawdzie, ale prawdą nauka i jej filozofia karmiły się od zawsze. Myślę, że istnieje bardzo niewiele filozoficznych doktryn, które by tak potężnie oddziałały na ludzką kulturę jak Platońska nauka o Wielkiej Triadzie – Dobru, Prawdzie i Pięknie. Historia filozofii jest oczywiście również pełna sprzeciwów przeciwko tej doktrynie Platona, a w szczególności przeciwko jej znaczeniu dla nauk. Jednakże – jak sądzę – nieuniknioność Triady polega na tym, że nie należy jej szukać wśród tematów, jakimi zajmują się teorie naukowe, lecz u ich podstaw i (milczących) założeń. Dobra, Prawdy i Piękna nie ma wśród wyników nauki, lecz są one wszędzie, w tym, czym nauka jest.

CZĘŚĆ I

Fizyka i piękno

Czy fizyka jest nauką humanistyczną? Tak, jeśli nie jest uprawiana przez rzemieślników, lecz przez artystów. Wówczas wytwór ich pracy może być dziełem sztuki najwyższego lotu. Nawet jeżeli w ten sposób rozumianej fizyki nie da się wtłoczyć do pojęcia „nauki humanistyczne” w znaczeniu, w jakim ono powszechnie funkcjonuje, to należy pojęcie to poszerzyć, tak by fizyka i inne nauki ścisłe znalazły w nim swoje miejsce.

 

Wytwory rzemiosła tym różnią się od dzieł sztuki, że wystarczą do codziennego użytku, a spełniwszy swoje przeznaczenie – giną. Dzieła sztuki trwają przez wieki. Piękno w nauce łączy się z niezwykłą jej skutecznością. Można zaryzykować twierdzenie, że największym odkryciem nauki jest odkrycie matematyczno-empirycznej metody badania świata. Zastosowanie tej metody do analizy zjawiska swobodnego spadania kamienia stworzyło nowożytną fizykę; w ciągu trzech stuleci metoda wyostrzyła się do tego stopnia, że dziś penetruje świat cząstek elementarnych i kwantowej próżni. Ciąg sukcesów naukowej metody: od rzutu kamieniem do kwantowej próżni, skłania do filozoficznej refleksji.

Romantyzm był swoistym protestem przeciwko zmechanizowaniu świata przez nowożytną fizykę. Dzisiejszy rozłam między „humanistami” i „uczonymi” można odczytać jako wyraz protestu „humanistów” przeciwko inwazji zmatematyzowanych nauk we wszystkie dziedziny życia. Rzecz jednak w tym, że współczesna nauka sama daleko odeszła od mechanicznego obrazu świata i spełniła – choć oczywiście na swój sposób – przynajmniej dwa postulaty romantyków: stworzyła całościowy obraz świata i urzeczywistniła marzenie o uniwersalnym języku; stała się nim matematyka. We współczesnej fizyce jest wiele romantyzmu, ale by go odkryć, trzeba najpierw nauczyć się matematyki – romantycznego języka nauki.

Przepaść pomiędzy naukami ścisłymi i humanistycznymi pogłębiają próby niekompetentnego dialogu. Przykładem tego niebezpiecznego zjawiska jest casus „postmodernizm i współczesna fizyka”: wypowiedzi wielu autorów postmodernistycznych na tematy związane z fizyką i matematyką, choć pozornie brzmią bardzo uczenie, są całkowicie pozbawione sensu. Dwaj fizycy, Alan Sokal i Jean Bricmont [2004], w swojej głośnej książce Modne bzdury, bezlitośnie demaskują ten proceder. W trosce o dobro współczesnej kultury trzeba było to zrobić.

„Spór” fizyki z naukami humanistycznymi wytwarza u wielu przekonanie, że fizyka jest nauką „suchą” i pozbawioną walorów estetycznych. Te ostatnie są domeną humanistyki. Jest to przekonacie mylne. Co więcej, można mówić o pięknie jako kryterium prawdy w fizyce. I nie idzie tylko o psychologiczne przeżycie piękna przez fizyka, zachwycającego się matematyczną strukturą jakiejś fizycznej teorii. Takim cechom piękna jak strukturalna prostota czy swoista nieuchronność w odniesieniu do fizycznych teorii można próbować nadać obiektywny sens. W każdym razie fizycy są niezwykle zgodni co do tego, które teorie fizyczne należy uznać za piękne.

Teorie fizyczne nie tylko są piękne, ale mogą się również przyczynić do zrozumienia procesu tworzenia piękna. Proces ten ma wiele cech, które fizyka przypisuje układom dynamicznym. Można więc mówić o dynamice twórczości niemal w dosłownym, fizycznym sensie tego określenia.