Stalowe Szczury. Fort 72

Tekst
Z serii: Stalowe szczury #5
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Stalowe Szczury. Fort 72
Stalowe Szczury. Fort 72
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 83,83  67,06 
Stalowe Szczury. Fort 72
Audio
Stalowe Szczury. Fort 72
Audiobook
Czyta Jakub Kamieński
47,90  34,01 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

W cyklu Stalowe szczury

Prolog. Hauptmann Ralph Kiefer Deutsches Heer

Rozdział 1. Major Jérémie van Laethem landmacht van de Belgische Defensie

Rozdział 2. Sergeant major Randall Hodges US Army

Rozdział 3. Capitain Iliyas Feys landmacht van de Belgische Defensie

Rozdział 4. Gefreiter Richard Husch

Rozdział 5. Gendarme Jacob Blindeman

Rozdział 6. Lance corporal Mark Pittmann

Rozdział 7. Pionier Felix Dannecker

Rozdział 8. Thierry Delmotte

Rozdział 9. Gendarme Jacques Lefevre

Rozdział 10. Matthias Schwann

Rozdział 11. Pearson

Rozdział 12. Feys

Rozdział 13. Spiegel

Rozdział 14. Freudenthal

Rozdział 14. Freudenthal

Rozdział 14. Freudenthal

Rozdział chyba 16

Rozdział następny

Rozdział kolejny

Rozdział któryś

Rozdział

Rozdział

Rozdział

Rozdzia

Rozdz

Roz

Ro

r

+

+

+

+

Rozdział 2988276457

+

Rozdział ostatni. Oberst Oskar Scheidel Deutsches Heer

Epilog

Michał Gołkowski

Karta redakcyjna

Okładka



Wer mit Ungeheuern kämpft, mag zusehn, dass er nicht dabei zum Ungeheuer wird. Und wenn du lange in einen Abgrund blickst, blickt der Abgrund auch in dich hinein.

Kiedy walczysz z potworami, musisz uważać, aby samemu nie stać się jednym z nich – bo kiedy nazbyt długo zaglądasz w otchłań, otchłań również zagląda w ciebie.

Fryderyk Nietzsche, Poza dobrem i złem, aforyzm 146

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog
Hauptmann Ralph Kiefer Deutsches Heer

Jesień 1918, gdzieś pośród pustkowia frontu zachodniego

Dwunasty szturmowy, naprzód!

Trel gwizdka sygnałowego wybił się ponad huk kanonady i dudnienie karabinów maszynowych. Dźwięk wwiercił się w uszy, smagnął przytępione, zobojętniałe zmysły niczym batem; ludzie zerwali się ze swoich miejsc i z wrzaskiem pobiegli przed siebie, ku sylwetce przysadzistego, rozległego fortu, ledwie widocznego w przedwieczornej szarówce i kłębach dymu.

Wokół nich szalał absolutny chaos.

Powietrze rozcinały gwiżdżące smugi pocisków, lecących wachlarzami serii.

Ziemia rwała się kielichami czarnych kwiatów tam, gdzie uderzały w nią miotane przez moździerze miny.

Poszarpane, skłębione pola zasieków z kolczastego drutu piętrzyły się splątanymi zwałami, przerzucanymi to w jedną, to w drugą stronę przez kolejne eksplozje.

Artyleria waliła praktycznie na oślep, kryjąc ogniem zarówno pozycje nieprzyjaciela, jak i własne.

– Tamtym wykrotem i potem do lewej! – krzyknął ile sił w płucach Hauptmann Ralph Kiefer.

Sam rzucił się na ziemię i zarył twarzą w błoto dosłownie ułamek sekundy przed tym, jak nadlatujący z gwizdem szrapnel błysnął i trzasnął nieopodal, zasypując okolicę deszczem śmiercionośnych odłamków. Grudy ziemi uderzyły go po plecach, zabębniły o nieregulaminowy stalowy hełm, który nosił już kolejny miesiąc zamiast właściwej dla rangi czapki z daszkiem.

Wypluł zgrzytający w zębach piach, przeczołgał się kawałek i zsunął w na poły zasypaną transzeję. Kątem oka widział już Schaeffera, jak zwykle pierwszego na miejscu, zaraz za nim jeszcze chwilę temu posuwał się Papke, potem Felix Kapp, gdzieś mignął mu też hełm Danneckera...

– Do przodu! Na co czekacie, Herr Hauptmann!? – ktoś krzyknął Kieferowi nad uchem.

Kapitan spojrzał tylko na podpułkownika, którego nazwiska nie zapamiętał podczas dosłownie pięciominutowej odprawy.

– Nie czekamy na nic! – odkrzyknął, rozglądając się i próbując policzyć swoich ludzi.

– Zatem kontynuujcie natarcie! To rozkaz!

Kiefer nie skomentował, bo i nie do tego mu było.

Co miał powiedzieć? Tutaj, teraz, w tych warunkach tłumaczyć jakiemuś idiocie z wywiadu wojskowego, czym jest szturm na fort przeciwnika? Próbować wyjaśnić mu, że jeśli jego i tak przetrzebiona półkompania nie zbierze się i nie uderzy wspólnie, to po prostu zginą wszyscy?

Głupiego robota. Zamiast tego Kiefer po prostu kiwnął i zasalutował do hełmu.

– Jawohl, Herr Oberstleutnant! Schaeffer, przodem! Reszta za nim gęsiego, nie wychylać się!

Zwiadowca bez słowa pobiegł przed siebie, kuląc się tam, gdzie mogło być go widać ze stanowisk ogniowych coraz wyraźniej rysującej się przed nimi potężnej fortecy.

Kiefer odczekał chwilę, machnął ręką na ludzi i sam ruszył za Schaefferem.

Karabiny trzeszczały kakofonią rwanych wystrzałów, granaty łomotały, detonując wszędzie wokoło. Huczała basem ciężka artyleria, lżejsze haubice polowe zasypywały okolicę deszczem stali i ognia, zostawiając w nawałnicy wyłącznie wąski korytarz, którym mieli przedostać się właśnie oni.

Coś brzęknęło głośno o hełm, w uszach zadźwięczało wysokim tonem.

Kiefer odruchowo wtulił głowę w ramiona, przejechał dłonią po żelaznej powierzchni: ufff, tylko wgniecenie, a nie dziura... Potwornie, przerażająco bał się, że kiedyś dostanie w głowę i zamiast umrzeć od razu, będzie obserwował, jak powoli wycieka mu mózg.

Nie zwalniając, przeczołgał się dalej, poderwał i przebiegł jeszcze kawałek, mając cały czas na granicy pola widzenia plecy Schaeffera. Wychylił się, dał ognia w kierunku stanowiska, z którego błyskał przed chwilą ogień karabinu. Schował się za nasypem, odetchnął głęboko.

– Dwunasty szturmowy, uwaga...! Do szturmu na fort, gotuj się...! Naprzód! Bij, zabij!!

Wypadł z okopu i pobiegł w kierunku zewnętrznego muru.

Fort siedem dwa był ogromny, po prostu potężny.

Podczas odprawy Kiefer zdążył rzucić okiem na plany, pobieżnie zerknął na siatkę korytarzy, łączących wysunięte kaponiery z kilkupiętrowym masywem głównej fortyfikacji. Zjechał palcami po liście znanego wyposażenia, kilka razy cmoknął z uznaniem przy co bardziej śmiercionośnych elementach.

 

Wiedział, na co idą.

Nie do końca, na co się piszą, bo nikt ich nie pytał przecież. Podobno początkowo zadanie mieli wykonywać ludzie z jedenastego szturmowego, o wiele lepiej znający się na sprawach inżynierii i wysadzeń – ale po prostu się spóźnili.

Dowództwo odcinka wezwało więc kapitana Kiefera, przedstawiło mu małomównego podpułkownika. Podpułkownik przywitał się, potem wyklarował zadanie.

– Macie zdobyć fort siedem dwa – powiedział po prostu.

Kieferowi nawet powieka nie drgnęła.

Zdobyć fort.

Uderzyć frontalnie na najeżoną karabinami maszynowymi, otoczoną pierścieniem zasieków, zamkniętą fortecę.

Wbiec pod ogniem na dziedziniec, dostać się do bramy.

Pod ciągłym ostrzałem z bocznych ambrazur wysadzić wrota.

Spenetrować kilkunastometrowej długości korytarz wejściowy, neutralizując po drodze opór zabarykadowanego nieprzyjaciela.

W końcu dokonać infiltracji struktur obiektu, likwidując siłę żywą indywidualną oraz zorganizowaną.

– Jawohl! – szczeknął po prostu Kiefer, dobitnie czując surrealizm sytuacji.

A teraz byli tutaj, dobiegali właśnie do bramy zewnętrznej.

Ukryty w bocznej kaponierze flankującej karabin maszynowy rzygnął w ich kierunku falą ołowiu, rwąc cegły i wybijając w betonie rzędy dziur. Kiefer po raz kolejny rzucił się na ziemię, słysząc tylko, jak ktoś trafiony wrzeszczy za nim przeraźliwie, zapewne czując już, że tym razem nie uda się wrócić do kwatery.

– Kryć! – krzyknął do ludzi, puszczając niemalże na oślep serię z pistoletu maszynowego.

Wcale nie „kryć się”, ale „kryć ogniem”.

Ludzie zaczęli strzelać w kierunku przygważdżającego ich kaemu, poleciały rwące się krótkimi eksplozjami granaty. Wszystko to miało dać im dość czasu, aby...

Tak, był tam. Dociążony zbiornikiem miotacza płomieni Freudenthal gramolił się już po nasypie zewnętrznego muru, co rusz przypadając do ziemi i rozglądając się dokoła. Z miejsca, w którym znajdował się obecnie, nie mógł jeszcze widzieć wystającej ze stożkowato wklęsłego załomu lufy karabinu, ale na pewno słyszał jego miarowy terkot.

Odczekał cierpliwie, aż maszyna śmierci umilkła na chwilę, gdy załoga zmieniała taśmę amunicyjną. Wyskoczył ze swojej kryjówki, wycelował miotacz w kierunku strzelnicy i wdusił spust.

Rura chlusnęła ryczącym płomieniem, który liznął ścianę ognistym jęzorem. Freudenthal od razu rzucił się naprzód, nie zważając na gryzący w oczy dym, przesadził dwoma susami rozlaną pod ambrazurą płonącą kałużę. Dopadł do kwadratowego otworu gniazda cekaemu i wsunął rurę miotacza płomieni do środka, zaraz obok lufy karabinu maszynowego.

Przez chwilę mignęła mu po drugiej stronie przerażona twarz celowniczego, który właśnie próbował wrócić na stanowisko po tym, jak odegnała go stamtąd fala żaru.

Żołnierz otworzył usta, krzyknął coś niezrozumiałego.

A potem Freudenthal zalał jego, stojących obok kolegów i całe wnętrze podziemnej kaponiery ryczącym inferno płynnego ognia.

Kiedy z ambrazury strzelił jęzor płomieni i dymu, odskoczył od razu w bok, przeturlał się i odpełzł w tył. Płomienie buchnęły, a potem schowały się; w otworze strzelniczym na chwilę pokazała się ręka i ramię, ktoś próbował przecisnąć się przez wąskie okienko, aby uciec przed szalejącym żywiołem... Ale ogień spowił go kolejną falą.

We wnętrzu podziemnej komory zaczęła rwać się amunicja, rykoszetujące pociski zadudniły o ściany i z jękliwym gwizdem zaczęły wystrzeliwać na zewnątrz. Kolejna eksplozja zatrzęsła dalszą częścią kaponiery, przetoczyła się pod ziemią z głuchym pomrukiem – to zapewne detonowały złożone w skrzynce granaty.

Kiefer na chwilę odwrócił wzrok od operatora miotacza płomieni, wracającego już kłusem ku oddziałowi, spojrzał na Kruegera i Langego, zakładających ładunki przy wrotach.

– Nie za dużo, bo...! – krzyknął, lecz nie dokończył.

Tam gdzie przed chwilą kuliły się dwie figurki żołnierzy, upychających kostki trinitrotoluenu pomiędzy pancerną bramę i framugę, wykwitł ogromny kłąb dymu. Grunt aż zadrżał, eksplozja obaliła biegnącego akurat Wegmanna, cisnęła nim w bok jak szmacianą lalką. Na wszystkie strony poleciały kawałki ceglanego muru, betonu i drewna, miękko mlasnęła o ziemię oderwana któremuś z pechowych inżynierów noga.

Jedno ze skrzydeł wrót wygięło się niczym pchnięte ogromną, niewidzialną pięścią, na chwilę zawisło na zamkach, a potem z jękiem rwącego się metalu wykręciło i opadło na ziemię.

Droga do wnętrza fortu siedem dwa stała otworem.

Żołnierze Kiefera wrzasnęli dziko, poderwali się ze swoich miejsc i zaczęli biec ku wyłamanej bramie.

Od razu poleciały granaty, ludzie rozbiegli się po wewnętrznym dziedzińcu, próbując jak najszybciej zejść z linii ognia karabinom, już teraz odzywającym się ze strzelnic flankujących.

Obrońcy w oliwkowych mundurach Belgów próbowali wycofywać się do wnętrza fortecy, jednak widać było, że nie zdążą – na przeszkodzie stały im półotwarte wrota, przy których kłębili się ludzie, nie pozwalając na domknięcie wierzei. Z kolei załoga w środku nie mogła pozwolić, żeby wejście stanęło zupełnie otworem.

Kiefer przycelował i puścił krótką serię, kładąc trupem jednego z przeciwników.

Kapitan widział, jak Dannecker wysforował się naprzód. Szturmowiec jeszcze w biegu przerzucił pistolet do lewej ręki i wyszarpnął saperkę z pokrowca. Błysk ognia wylotowego któregoś z pistoletów maszynowych zagrał odblaskiem na krawędzi zaostrzonej niczym brzytwa łopatki, ta zatoczyła łuk i wgryzła się w obojczyk Belga na tyle nierozsądnego, że dopuścił Danneckera do siebie na odległość ciosu.

– Do środka! Musicie dostać się do wnętrza fortu! – krzyknął Kieferowi nad samym uchem podpułkownik.

Kapitan spojrzał na niego. To chyba było oczywiste, prawda? W ten sposób zdobywało się umocnienia przeciwnika, że należało się do nich najpierw dostać.

Po raz kolejny nie powiedział jednak nic, nazbyt zajęty obserwowaniem przedpola... Wychylił się, znów puścił mierzoną serię, ścinając z nóg następnego Belga.

Schaeffer był już przy samym wejściu do fortu, dawał właśnie ognia na oślep w ciemną przestrzeń prowadzącego w podziemia korytarza.

Kapral Husch podbiegł ku niemu, wyrwał zawleczki i cisnął do środka dwa granaty – detonował tylko jeden, ale huk i tak aż zadudnił w ciasnym wnętrzu betonowego przejścia, zapewne rwąc na strzępy bębenki w uszach każdego nieszczęśnika, który akurat znajdował się w okolicy.

Reszta półkompanii też podciągała coraz bliżej, zasypując bramę wejściową ogniem i spychając obrońców głębiej.

– Flaga! – przypomniał sobie Kiefer. – Hesse, flaga na wejściu do fortu!

Hesse zawrócił w miejscu, pocwałował ciężko z powrotem. Rzeczywiście, przecież tak mówili podczas odprawy: jak tylko dacie radę przebić się do wnętrza, koniecznie zatknijcie na widocznym miejscu flagę!

Słowo „koniecznie” z jakiegoś powodu napawało Kiefera niepokojem. Coś się za nim skrywało, jakaś nie do końca wyartykułowana groźba. Złowieszcza zapowiedź czegoś, co wydarzy się, jeśli tego nie zrobić.

Patrzył chwilę, jak żołnierz wspina się z flagą na zewnętrzny wał fortu, w końcu zatyka drzewce pomiędzy dwoma kawałkami gruzu.

– Naprzód! – krzyknął głośno, dając też znak ręką. W tym huku znajdujący się dalej nie mogli go słyszeć. – Do środka, czyścimy po kolei pomieszczenia! Miotacz ognia, na szpicę!

Freudenthal doskonale znał swoją rolę i nie trzeba było mu o niczym przypominać. Podbiegł do półotwartego wejścia do fortu, wsunął rurę miotacza i bluznął płonącą mieszanką pod kątem na ścianę; czekający na to żołnierze przebiegli ku przeciwległej stronie korytarza, od razu padając tam na ziemię i dając ognia w ciągnące się głębiej przejście.

– Musicie dotrzeć aż na najniższy poziom! – Podpułkownik po raz kolejny szarpnął Kiefera za ramię.

Kapitan odwrócił się i już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale wtedy powietrze przeciął znajomy, narastający gwizd.

Popadali od razu na ziemię, ułamek sekundy później w ścianę fortu ugodził pocisk artyleryjski, gruchocząc mur i sypiąc na wszystkie strony gruzem.

Zaczęli się podnosić, Kiefer znowu nabrał tchu, aby w końcu wytłumaczyć temu tyłowemu idiocie, co ten może zrobić ze swoimi rozkazami... Natomiast kolejny gwizd i następna detonacja sprawiły, że tylko zakrył uszy i wtulił głowę w ramiona.

– Biją prosto w nas! – wrzasnął Schwann, pokazując ręką ku ich własnym pozycjom. – Ciężkie działa kolejowe!

Kiefer zmełł w ustach przekleństwo, szukając wzrokiem żołnierza, który miał zatknąć flagę na bramie fortu.

– Do stu piorunów... Hesse!

– Jawohl, Herr Hauptmann! – Żołnierz wyrósł niczym spod ziemi.

– Hesse, flaga!

– Jest, panie kapitanie! Centralnie nad wrotami...!

– Nie widzą! – znów wydarł się Schwann, strzelając ku jednej z ambrazur. – Debile walą prosto w nas, panie kapitanie!

Podpułkownik o dziwo nie powiedział nic, tylko jako pierwszy puścił się kłusem ku otwartemu półkolu wejścia do podziemnego fortu.

Kiefer, niewiele myśląc, poszedł w jego ślady: w tej chwili zostanie na otwartej przestrzeni równałoby się przecież samobójstwu.

Biegł, a wszędzie wokół rwały się pociski. Ziemia skakała i tańczyła, po lewej i prawej błyskały eksplozje, dźwięk naciskał na skronie ze wszystkich stron, boleśnie szarpał przeponą i wibrował w płucach.

Coś rzuciło nim w bok, ale od razu poderwał się, na czworaka zaczął pełznąć ku zbawiennej ciemności, potem zdołał się podnieść, zataczając się, wpadł do sklepionego półkoliście korytarza...

...z jednego piekła prosto w inne piekło.

Ludzie krzyczeli i wrzeszczeli, huczały ogłuszająco karabiny, trzeszczały suchymi wystrzałami pistolety. Rąbnął głucho granat, odłamki zaklekotały o sufit i ściany, zaraz potem fuknął pomarańczem miotacz płomieni, zamieniając kolejne pomieszczenie w krematorium.

– Mają tam karabin maszynowy...! – końcówka krzyku utonęła w długiej, donośnej serii miarowego staccato wystrzałów.

Rykoszetujące od ścian kule zaświstały nad głowami, ktoś padł na ziemię niczym marionetka odcięta od sznurków.

Kiefer skoczył w bok, do pierwszego z brzegu pomieszczenia.

W uszach miał tylko wysoki, jednostajny pisk, świat zdawał się płynąć i falować przed oczami.

Widział w zwolnionym tempie, jak po podłodze tarzają się sczepieni szeregowiec Hartstein i jacyś dwaj Belgowie... Jeden z nich oderwał się na chwilę od walki, wzniósł rękę, w której ściskał toporek inżynieryjny – a wtedy Kiefer, również poruszający się dwa razy wolniej, niż powinien, wyciągnął przed siebie pistolet maszynowy i ostatnimi trzema nabojami strzelił mu w plecy.

Hartstein kopnął drugiego kolanem, próbując sięgnąć długim bagnetem klatki piersiowej – ale przeciwnik był szybszy, zdążył wbić mu prosto w grdykę zaciśnięty w ręce nóż.

Szturmowiec kaszlnął krwią, jego oczy wyszły z orbit. Chwycił się obiema dłońmi za szyję, próbując zatamować krwotok.

Belg podniósł się, dysząc ciężko i patrząc na dławiącego się przeciwnika. Obrócił się – a wtedy Kiefer rąbnął go prosto w twarz ciężką maczugą o graniastej głowicy.

Trzasnęła pękająca kość.

Belg stał tak chwilę, po czole ściekała mu wąska strużka krwi, a potem przewrócił się na plecy.

Kapitan popatrzył beznamiętnie na topiącego się we własnej krwi Hartsteina. Wypiął magazynek pistoletu maszynowego, wsunął na jego miejsce pełny, zarepetował... Podniósł lufę i wycelował w konającego, ale potem opuścił.

Lubił Hartsteina, ale on i tak zaraz umrze, a przecież amunicja może się przydać.

– Wybaczcie, szeregowy – mruknął, wychodząc z pomieszczenia.

Wyjrzał na korytarz. Walka przeniosła się dalej, jego szturmowcy dociskali Belgów coraz mocniej, spychali w dalsze partie fortu. Pod sklepieniem ścielił się gęstym całunem czarny dym z miotacza płomieni, wystrzały i detonacje granatów niosły się donośnym echem.

Huknęło i zadudniło, ziemia zatrzęsła się, ze sklepienia osypał pył.

Artyleria biła coraz mocniej, wstrzeliwując się w fort. Co chwila przetaczało się ponad nimi i wokół nich głuche, basowe mruknięcie, ściany zdawały się aż falować, jęczeć pod naporem uginającej się ziemi. Kanonada w korytarzach walczyła o prymat ze szkwałem ognia na zewnątrz, zlewając się w jedno.

 

Kiefer zerknął ku wciąż uchylonym wrotom, przez które wbiegali ostatni ludzie z jego kompanii. Tam, za nimi, wciąż widać było szarawą poświatę przedwieczoru... Ale tam też rwały się szrapnele i pociski burzące, spadające teraz na fort niczym gęsty grad.

Westchnął, poprawił chwyt na pistolecie maszynowym i pobiegł korytarzem.

Natarcie rozdzieliło się na szereg toczących się równolegle bezładnych walk i potyczek.

Ludzie znikali w drzwiach tylko po to, żeby po chwili wyłonić się z zupełnie innego przejścia.

Zaglądali do pomieszczeń, szukali ukrywających się po kątach wrogów.

Natykali się na zasadzki i barykady.

Strzelali, walczyli, zabijali i ginęli.

Kolejny pocisk huknął w przykrywającą strop warstwę ziemi. Wiszące na suficie lampy aż się zakołysały, światło zamigotało i przygasło na chwilę; któraś z żarówek strzeliła z głośnym trzaskiem, zasypując korytarz kawałkami szkła.

Kiefer przebiegł wzdłuż ściany, pokazał gestem podążającym za nim Nickelowi i von Bruchowi: wy dwaj, w tamtą stronę! Sam spojrzał na resztę ludzi i wyskoczył zza rogu, od razu dając ognia ponad głowami swoich żołnierzy.

Belgowie ustawili w poprzek korytarza zaimprowizowaną barykadę. Zrzucone na stertę skrzynie i deski, krzesła i poprzewracane stoły, wszystko to przykryte od zewnętrznej strony obitymi blachą pancernymi drzwiami. Ponad tak zmontowaną przegrodą wychylały się głowy w oliwkowych hełmach, ale pomiędzy nimi widać też było inne, zielone kaski o charakterystycznych płytkich rondach...

– Amerykanie! – zaśmiał się Kiefer. – Kameraden, mamy historyczną szansę pokonać dwóch przeciwników naraz! Naprzód, pokażmy tym żółtodziobom, jak walczą Niemcy. Für unser Kaiser, für Vaterland!

– Gott strafe Amerika! – zakrzyknęli żołnierze, wyskakując z ukrycia i rzucając się na pozycje wroga.

Wpadli pomiędzy obrońców, zadając na lewo i prawo razy z dziką, obłąkaną wręcz furią. Zaostrzone łopatki saperskie cięły i rąbały, ostrza bagnetów zagłębiały się w ciało, maczugi i buławy gruchotały kości... Pistolety maszynowe pluły szybkostrzelną śmiercią.

Tamci walczyli dzielnie, ale od początku znać było, że nie mają większych szans.

Zresztą w tym właśnie specjalizowali się Kiefer i jego ludzie: byli szturmowcami. Ich zadaniem było wykorzystać impet natarcia.

Tyle tylko, że nie mieli pojęcia o zdobywaniu takich miejsc.

Ziemia po raz kolejny jęknęła, gdy jeszcze jeden pocisk ugodził prosto w strop fortu. Tym razem po ścianie przebiegła podłużna szczelina, która w połowie długości rozszczepiła się na dwa zygzakowate pęknięcia; kawałek betonu odłupał się od monolitu, prasnął o posadzkę i rozleciał na setki mniejszych odłamków.

Ktoś rzucił granatem. Ciągnąca za sobą pióropusz dymu bomba uderzyła o ścianę, odbiła się i spadła za plecami broniących się; przez chwilę nie działo się nic.

Przestrzeń korytarza nagle rozdęła się, a potem zacisnęła, uderzając po uszach niczym dwie mokre dłonie.

Świat znów wypełniła dzwoniąca cisza.

Nagle wszystko wokół przybrało wygląd filmu – obrazy poruszały się, ale nie było żadnego dźwięku. Karabiny bezgłośnie pluły ogniem, ludzie otwierali usta w idealnym milczeniu. Stal zdawała się przesuwać o milimetry od stali, nie dotykając przy tym jej powierzchni.

Dannecker otworzył kilka razy usta, machnął ręką i pobiegł jako pierwszy w ślad za uciekającymi wrogami, w biegu przeładowując pistolet.

Kapitan Kiefer odtoczył się na bok, potrząsnął głową raz i drugi. Przełknął ślinę, potem spróbował zatkać nos i dmuchnąć delikatnie. Pomogło, coś przeskoczyło w uszach, a część dźwięków wróciła.

– Tam jest zejście na niższy poziom! – krzyknął Hesse, pokazując w bok. – Dajcie granaty!

Wtoczyli się w kilku przez wąskie przejście.

Na skraju ziejącej w podłodze dziury klęczał już Stangl, ładujący serię za serią ze swego zdobycznego karabinu maszynowego; łuski brzęczały i toczyły się po betonowych schodach, sączący się z nagrzanej lufy dym gryzł w oczy.

– Granatyyyy! – zawołał Stangl, odsuwając się na bok, aby zmienić talerz w erkaemie.

Hesse z miejsca wyciągnął z ładownicy dwie bomby kuliste, w odstępie może dwóch sekund wyszarpnął zawleczki i kolejno puścił ładunki po schodach w dół.

Żelazne sfery potoczyły się niżej i niżej, a potem po kolei detonowały.

Echo znów uderzyło w uszy dudniącą ścianą dźwięku, Kiefer po raz kolejny stracił słuch.

Stangl chciał już jako pierwszy rzucić się na dół, ale kapitan przytrzymał go, szarpnął: nie! Bycie dowódcą było dla niego o wiele bardziej kwestią obowiązku i konieczności niż przywileju.

– Za mną! – krzyknął nieswoim głosem, a potem jak burza na poły zbiegł, na poły spadł po schodach, prując z pistoletu maszynowego.

W korytarzu na dole leżały ciała, dym wisiał w powietrzu gęstą zasłoną.

Błysnął i huknął strzał, więc Kiefer od razu przypadł do ściany, aby jego sylwetki nie było widać z pozycji wroga. Większość lamp popękała, rozproszone światło sączyło się tylko z bocznych pomieszczeń, więznąc w szaroburym tumanie wznieconego przez granaty kurzu.

Znowu błysnął strzał, ale w odpowiedzi z góry zagdakał karabin maszynowy Stangla, krzesząc iskry o betonowe ściany i posadzkę. Szturmowcy już zbiegali na dół, zajmowali kolejne pozycje ogniowe.

Kapitan poderwał się, przebiegł do sąsiedniego pomieszczenia. Zauważył ruch, odruchowo strzelił – kryjący się za stojącym na szynach wagonikiem przeciwnik w niebieskim mundurze rozrzucił ręce i wypuścił karabin, a potem opadł w przód, zwisł z żelaznej burty.

Kiefer wyjrzał przez uchylone drzwi i błyskawicznie odskoczył, kiedy kula brzęknęła o metal może pół metra od jego głowy.

– Za dużo ich tutaj! – Odwrócił się do ludzi, machnął ręką w tył. – Zawracamy! Wracamy do głównych sił!

Stangl wysunął się naprzód, prując długą serią z kaemu i krzycząc coś, co tonęło w huku wystrzałów. Reszta pod osłoną jego ognia zaczęła wspinać się z powrotem na górę; skoro Herr Hauptmann mówi, że się wycofują, to oni nie próbowali się nawet zastanawiać. Poza tym teraz odrzuceni w tył wrogowie zastanowią się dwa razy, nim podejdą pod schody.

Kiefer pociągnął w końcu Stangla za pas, wiedząc, że ten może tak stać tutaj i tylko zmieniać talerze, dopóki nie wypruje całej amunicji. Niemalże siłą zaciągnął kaemistę na schody, popychając przed sobą, zaczął się wspinać.

W końcu, sapiąc i parskając ze zmęczenia, wygramolili się z przejścia.

– Dołączyć do reszty! – wyrzucił z siebie Kiefer.

Pobiegli, kierując się na odgłosy strzałów i krzyki towarzyszy.

Kapitan odczekał, aż ostatni ruszy, gdzie powinien, raz jeszcze omiótł spojrzeniem klatkę schodową na dół. Trzy poziomy, mówili na odprawie. Kilkanaście potern prowadzących do wysuniętych kaponier, zdolnych do obrony kołowej.

Ten fort to istny labirynt, i trzeba będzie zdobywać go konsekwentnie, kawałek po kawałku.

Wyszedł na główny korytarz. Odruchowo zerknął w lewo, ku uchylonym wrotom.

Posadzka znów zatańczyła pod stopami, następny wielkokalibrowy pocisk rozerwał się gdzieś nad nimi. Beton zajęczał, zatrzeszczał niepokojąco; kolejne pęknięcia przebiegły po już nadwerężonej konstrukcji, ze sklepienia posypały się kawałki tynku.

Nagle Hauptmann Ralph Kiefer potwornie zatęsknił do otwartej przestrzeni. Do bezkresu nieba nad głową, do ciepłych promieni słońca, delikatnie muskających twarz.

Do żony i dwóch synów, których zostawił w domu.

Do dotyku zimnej, soczystej trawy, kłującej w bose stopy.

Już był gotów skręcić tam, ku uchylonej bramie wejścia, a dla niego wyjścia z fortu siedem dwa, ale potem obejrzał się w drugą stronę. Ku ludziom, wciąż walczącym na śmierć i życie w ciasnych korytarzach.

Ku temu idiocie podpułkownikowi, przez którego wszyscy się tu znaleźli.

– Za cesarza i za ojczyznę – mruknął, wpinając do pistoletu maszynowego ostatni magazynek.

Gwizd nadlatującego pocisku z działa kolejowego był aż nadto słyszalny nawet wewnątrz fortu.

Czterystudwudziestomilimetrowy, ważący dobrą tonę, spiczasto zakończony walec uderzył w nasyp ziemny, skrywający pod sobą główną konstrukcję korytarza. Z łatwością przebił płytko ułożony ceglasty murek, wbił się na kilkadziesiąt stóp w grunt i dopiero tam eksplodował z potworną siłą.

Detonacja zatrzęsła całym fortem.

Ludzie polecieli z nóg.

Lampy zamigotały i zgasły.

Beton posypał się z sufitu.

Gdzieś trzasnęła rura, chlustając kaskadą spienionej wody.

Kiefer ruszył biegiem, kiedy sekcja korytarza w połowie długości pomiędzy nim a wyjściem wgięła się jak skorupka naciśniętego palcem jajka, a potem z głuchym jękiem pękającego betonu zaczęła się walić.

Ogromne kawały sklepienia leciały z hukiem na ziemię, wbijając się w posadzkę, tony ziemi i kamieni sypały się całą mocą, zrywając kolejne fragmenty osłabionej konstrukcji.

Był pewien, że zdąży.

Już widział skrzyżowanie, którego przecinające się pod kątem dziewięćdziesięciu stopni sufity musiały mieć większą siłę nośną niż prosty odcinek korytarza!

Pędził ile sił, waląc schodzonymi, podkutymi butami o podłogę.

Zabrakło mu dosłownie metra, może dwóch.

Sklepienie nad nim wybrzuszyło się, posypało kaskadą ziemi i odłamków betonu.

Kiefer krzyknął, zasłaniając głowę rękoma, rzucił się przed siebie szczupakiem... A potem pochłonął go łomot walącego się sufitu, ciemność ziemi i twardych, postrzępionych odłamków pokruszonego betonu.