Königsberg

Tekst
Z serii: Stalowe szczury #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Königsberg
Königsberg
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 80,33  64,26 
Königsberg
Audio
Königsberg
Audiobook
Czyta Filip Kosior
42,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział VI

Horst zapukał do pracowni zegarmistrza. Odczekał chwilę, zastukał jeszcze raz.

– Zamknięte już! – rozległo się ze środka.

– To ja, Horst. Wpuść mnie, jest sprawa.

Szczęknęła zasuwka, drzwi uchyliły się. Młody Wernbauer zmrużył swoje oczy krótkowidza, poznał kolegę.

– Ach, to wy, towarzyszu... Wchodźcie, mistrz już poszedł.

Wnętrze zakładu było ciemne i ciasne, ledwo mieścili się w środku we dwóch. Wernbauer przesunął się za kontuar, wyjrzał za okno i zasunął kotarę.

– I co? – zagadnął Horst. Młody czeladnik skrzywił się, pokręcił głową.

– Nie za dużo, towarzyszu. Udało mi się odcyfrować część zapisków, ale jakoś od połowy coś się zmienia w szyfrze i nie potrafię tego w ogóle ugryźć. Im dalej, tym bardziej skomplikowane, ostatnie wpisy są robione każdy innym kodem.

– Pokaż.

Horst przejrzał podane mu kartki. Skrzywił się, widząc, jak tekst stopniowo ustępuje miejsca nieczytelnym ciągom liter i cyfr. Wpatrzył się w urwane zdanie odszyfrowanego zapisu.

– Co to, tutaj? – Pokazał palcem. Wernbauer nachylił się nad kartką, przysunął do ćmiącej przy stoliku żaróweczki.

– Trudno powiedzieć. „Wielik ów dar Boży” albo „wielkie w darze Bożym”. – Szyfrant wzruszył ramionami.

Horst zamyślił się. Na spisanej przez Iwana liście przybywających do Königsberga oficerów było raptem kilku, który zwrócili jego uwagę.

– „Dar Boży”... Czyli Bożydar, a po grecku Teodor. A to jest napisane razem, więc ma być „Wielików”. Jeśli przeczytać to bez znaków specjalnych, to wyjdzie nam...

– Wielikow – pokiwał Wernbauer. – Myślicie, towarzyszu, że jeśli przełożyć to na niemiecki, to wyjdzie...


– Panowie pozwolą, że przedstawię: pan podporucznik Grossmann, znawca dobrej zwierzyny i bohater frontowy.

Teodor strzelił obcasami, ale pokręcił jednocześnie głową z rozbawioną dezaprobatą.

– Ależ proszę nie zaprzeczać! Herr Leutnant: moi dobrzy znajomi, powiem wręcz, przyjaciele!

Kiedy Traut dokonał prezentacji, stojący półkolem, ubrani w absurdalne stroje myśliwi też po kolei przedstawili się Grossmannowi. Ten w zasadzie puszczał ich nazwiska i bombastyczne tytuły mimo uszu. Interesował go tutaj jeden człowiek, a nie był nim nawet sam gospodarz.

– Arthur Heilenstein – przedstawił się średniej budowy szpakowaty brunet. – Więc to o panu tyle słyszałem.

Grossmann uniósł brwi, jednocześnie konotując sobie w myślach, że Traut musi być potworną paplą.

– Doprawdy? – Uśmiechnął się. – Nie wiem, co można by o mnie takiego powiedzieć.

Heilenstein machnął ręką.

– Proszę, bez fałszywej skromności. Nawet do mnie, również przyjezdnego, zdążyły dotrzeć słuchy o męstwie pana podporucznika. Ta akcja, o której pisały gazety...

– Nie mówmy o tym – uciął Grossmann.

Jego rozmówca na chwilę się speszył, ale zaraz odzyskał rezon.

– Oczywiście, jak tylko pan chce. Cóż zatem sprowadza pana tutaj?

Grossmann popatrzył na mężczyznę uważnie, powiedział:

– Dokładnie to, co pana.

Heilenstein drgnął. Właśnie takiej reakcji Teodor się po nim spodziewał: zaskoczenia, niedowierzania, odrobiny nerwów. Jak to u człowieka, który nie mówi wszystkiego.

Podporucznik zwrócił na niego uwagę kilkanaście dni wcześniej, na jednym z szeregu niezliczonych przyjęć królewieckiego establishmentu przemysłowego. Arthur Heilenstein kręcił się od jednej grupki do drugiej, zagadywał, wyraźnie zarzucał przynętę i... czekał. Nawet pobieżne rozpytanie pośród coraz to szerszego kręgu znajomych potwierdziło odczucia Grossmanna: przybyły aż spod śląskiego Troppau przemysłowiec czegoś szukał.

A wkrótce okazało się, że ma być także na polowaniu organizowanym przez Trauta dla całej śmietanki lokalnej zbrojeniówki. Okazji po prostu nie można było przegapić, więc Teodor czym prędzej przypomniał się niedawno poznanemu wyznawcy świętego Huberta, zaopatrzył w strój oraz flintę i zdecydował poświęcić cały dzień na sprawdzenie tego tropu.

Heilenstein zawahał się, ale potem uśmiechnął. Będzie kłamać, bezbłędne odczytał mimikę Grossmann.

– Też szuka pan kontaktów biznesowych? – Przemysłowiec pokręcił głową. – Coś gęsto się tutaj zaczyna robić w takim razie, może obydwaj źle trafiliśmy.

– Nie sądzę.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. W końcu Heilenstein odpuścił jako pierwszy, poprawił kapelusik.

– Jest pan podporucznik niepokojąco tajemniczy. Cóż, zatem darz bór!

– Darz bór... – powtórzył jak echo Grossmann, ładując nabój do sztucera. Heilenstein odszedł kawałek, obejrzał się: Teodor wciąż uporczywie wpatrywał mu się w plecy.

Ruszyli w las, skradając się każdy jak umiał najlepiej. Większość z uczestników hałasowała tak, że chyba tylko głuchy, śpiący niedźwiedź by ich nie usłyszał. Było jednak też kilku zawodowców, którzy szybko odsadzili większą część grupy, wysforowując się naprzód w poszukiwaniu jak najlepszej zdobyczy.

Grossmann trzymał się za nimi. Dokładniej: trzymał się Heilensteina.

Wydawało się mocno wątpliwe, żeby tamten nie miał w Königsbergu nic konkretnego do zrobienia. Równie mało prawdopodobne było, żeby szukał tutaj, tak daleko od domu, możliwości dobicia z kimkolwiek targu. Tym bardziej że z większością liczących się graczy już się spotkał... Czego zatem mógł chcieć?

Podporucznik był przekonany, że może znać odpowiedź.

Heilenstein z każdym krokiem, niezauważenie, ale konsekwentnie, odchodził w bok, prąc w gęsty, ciemny starodrzew. Kiedy w końcu idący przez las bezszelestnie niczym duch przemysłowiec zniknął w gęstwinie zarośli, Grossmann odetchnął głęboko. Teraz zaczynało się prawdziwe polowanie.

Wiedział, że musi się wystawić. Tłamsząc instynkt samozachowawczy, wyprostował się na cały swój wzrost i niedbale zarzucił karabin na ramię. Jeśli Heilenstein zniknął o, tam, to zapewne przekradnie się w bok, aby mieć go na oku z tamtych krzaków... I nawet tamto zwalone, omszałe drzewo nadawałoby się idealnie, aby położyć na nim karabin.

Ruszył szybkim krokiem przez pokryty plamami światła las, niemalże czując, jak jeżą mu się włosy na karku. Wyobrażał sobie, jak leżący w wysokiej trawie przeciwnik wprowadza nabój do komory sztucera, składa się do strzału, poprawia, spasowuje muszkę i szczerbinkę na jego sylwetce. Oddech, drugi, trzeci. Palec wskazujący zaczyna delikatnie ściągać spust... i...

Błysk ognia mignął i zgasł, a liście zafalowały, szarpnięte gwałtownym podmuchem. Grossmann rzucił się na ziemię dosłownie o ułamek sekundy za późno.


Arthur Heilenstein pędził przez las, jakby go sam diabeł gonił. Zgubił już gdzieś po drodze kapelusik z piórkiem, a teraz walczył sam ze sobą, żeby nie rzucić w krzaki dymiącego sztucera.

Do jasnej cholery! Akurat teraz, kiedy był już tak blisko, musiał się napatoczyć ten tajniak! Łażący za nim krok w krok idiota, goguś pod srebrzonymi naramiennikami, wciskający się na wszystkie przyjęcia zbrojeniówki debil!

Wypadł na przecinkę, rozejrzał w lewo i prawo, popędził najkrótszą drogą w kierunku polany przed domkiem myśliwskim Trauta.

Spanikował! Najzwyczajniej w świecie spanikował, dał plamę, zrobił coś zupełnie idiotycznego. Strzelił do człowieka!


Przypuszczał, że prędzej czy później jego niezdrowe zainteresowanie pewnym bardzo specyficznym obszarem zbrojeniówki sprowokuje reakcję niemieckiego wywiadu... Ale aż tak bezczelną?

I że on zareaguje tak głupio?!

Wyleciał spomiędzy zarośli, doskoczył do samochodu i zatrzasnął za sobą drzwi.

– Odpalaj! – zakrzyknął na drzemiącego z przodu kierowcę, który teraz podskoczył na fotelu. – Odpalaj i jedziemy do miasta, ale to już!

Pozostali szoferzy patrzyli ze zdziwieniem, jak ich kolega po fachu w pośpiechu kręci korbą, uruchamiając silnik, a potem skrzypiąc resorami wozu, wykręca na nierównej łące i pędzi w kierunku drogi na Königsberg.


Potężny rogacz z łbem podpartym na pniaku patrzył nieruchomymi, szklanymi oczyma prosto w migawkę aparatu. Szczycący się tytułem króla polowania Edmund Hoecke stał nad nim w dumnej pozie zwycięzcy, prezentując potomnym trofeum i broń, która położyła tak wspaniały okaz. Ustawieni rządkiem z tyłu mniej szczęśliwi koledzy starali się robić dobrą minę do złej gry.

– I uwaga... już! – Fotograf błysnął magnezją, kłąb dymu wzniósł się w niebo.

Traut zerknął na zegarek kieszonkowy: od zakończenia polowania minęło już dobre pół godziny. Popatrzył pytająco na Beckmanna.

– No dobrze, ale... gdzie panowie Heilenstein i Grossmann? Przecież nie będzie ich na fotografii!

Myśliwi zaszemrali, spoglądając jeden na drugiego. Rzeczywiście, wyglądało na to, że obaj goście po prostu zniknęli – od sygnału rozpoczynającego polowanie nikt ich nie widział.

– Heilenstein odjechał – w końcu powiedział któryś, po tym, jak usłużny szofer szepnął mu coś na ucho.

– A co z Grossmannem?

Ciemny las szumiał tajemniczo i wyniośle.

 

Ciemnobordowy automobil przemknął uliczką, hucząc po bruku kołami i wznosząc za sobą tuman kurzu. Jakiś dziadek pogroził pięścią piratowi drogowemu, stojące w bramie dwie jejmoście w kwiecie wieku przeżegnały się zabobonnie: statki parowe na kanale były tu może codziennością, ale żeby człowiek miał się poruszać z aż taką prędkością? Obraza boża...

– Ciekawe, dokąd tak pędzi? – zastanowiła się Erika, siedząca tyłem do ściany, a więc mająca przez wypucowaną witrynę kawiarni doskonały widok na całą Steindammrechtestrasse.

Keller odwrócił się od szyby, uśmiechnął i wzruszył ramionami.

– Może spieszy się do swojej ukochanej – wyraził przypuszczenie. – Albo wiezie niezwykłej wagi depeszę do rąk samego generała von Pappritza, który uzbrojony w nowo pozyskaną wiedzę poprowadzi nasze regimenty...

Dziewczyna parsknęła dźwięcznym śmiechem, pokręciła głową.

– Generał von Pappritz? Pan fanenjunker raczy żartować.

– Chyba tak – zgodził się Gerhard.

Dzień był przepiękny, życie było przepiękne. Profesor musiał udać się w jakiejś niecierpiącej zwłoki sprawie do swojego kolegi na drugi koniec miasta, więc zostawił ich w pracowni z listą zadań do wykonania. A jako że nic nie pomaga w dobrej pracy umysłu tak, jak świeże powietrze i ruch, to zdecydowali, że muszą się do zleconych im prac odpowiednio przygotować i pokrzepić – najlepiej dobrą, powoli paloną kawą od Weisskopfa na rogu.

Siedzieli tak we dwoje, sączyli aromatyczny napar i dłubali srebrzonymi widelczykami w deserach na talerzykach, rozmawiali zupełnie o niczym. Coraz częściej, coraz bardziej wymownie patrząc sobie w oczy. Na zewnątrz płynęło życie, przejeżdżały zaprzęgi konne i przechodzili ludzie, przekupnie zachwalali swoje towary, czasami przemaszerował jakiś regiment kadetów w świeżo wyprasowanych mundurkach – a oni po prostu trwali, zawieszeni w bąblu własnego szczęścia.

– Będziemy musieli zaraz iść – zadecydowała w końcu panna Scharfe. – Pan profesor przywykł do tego, że otaczają go ludzie mniej pracowici od niego. O ile jednak może jakoś przeżyć, że nie zrobiliśmy nic, to wpadnie we wściekłość, jeśli odkryje, że nawet nie mieliśmy zamiaru.

Fanenjunker westchnął, sięgnął po portfel.

– Niestety, masz rację. Że też muszę dzielić się tobą z tyloma innymi ludźmi...

– A co, chciałbyś mieć mnie tylko dla siebie?

Spojrzała na niego zadziornie, a Kellera aż coś ścisnęło za gardło. Miał tak straszną ochotę teraz, właśnie w tej chwili powiedzieć jej wszystko, co czuł i co myślał! Dziewczyna jakby zobaczyła to w jego oczach, bo dodała szybko:

– Pan profesor nie byłby zadowolony, że podbierasz mu tanią siłę roboczą. Zresztą nie jestem w twoim życiu jedyna.

Keller zamrugał, autentycznie zdziwiony.

– Jest przecież ten twój kolega... Grossmann. Ściągnąłeś go do miasta, podobnie jak mnie, a teraz zostawiłeś na pastwę losu. Nieładnie, panie fanenjunker, tak porzucić przyjaciela. Gdzie pański honor?

– Teodor jest dorosły. – Gerhard machnął ręką. – Bywał na froncie, widział takie rzeczy, że... Da sobie radę.

Zapłacił, dopili kawę. Erika wzięła go pod rękę, wyszli razem z kawiarni na nagrzany słońcem miejski bruk.

– Mhm... – Kiwnęła w zadumie. – Ale mimo wszystko uważam, że powinieneś go trochę... dopieścić. A co, jeśli jest ranny i właśnie się gdzieś wykrwawia? A ty trwonisz tu czas ze mną? Ja mogę poczekać.

– Na dopieszczenie? – nie mógł sobie odpuścić tej uwagi.

Spojrzała na niego z ukosa spod gęstych rzęs. I uśmiechnęła samym kącikiem ust.


– Panie konsulu, interesant do pana.

Mannfried von Hohenfürst podskoczył w swoim fotelu, wymamrotał coś nieskładnego i machnął dłonią w geście, który z założenia miał być przyzwoleniem.

Śniło mu się właśnie, że jechał na swoim bicyklu z górki w ogrodzie stryja i nie mógł się zatrzymać. Dwukołowa machina pędziła coraz szybciej, a on nie miał zupełnie kontroli nad tym, co się dzieje, więc w końcu przechylał się na bok i spadał, spadał, spadał... I w tym właśnie momencie weszła panna Arner, budząc go.

Siorbnął z filiżanki zimnej herbaty, przetarł oczy. Miał tylko nadzieję, że nie było po nim widać, jak bardzo nie potrafi zebrać myśli do kupy.

– Witam, panie... – Zaczął wstawać, ale drzwi dosłownie odskoczyły na boki, gdy do jego gabinetu wpadł lekko szpakowaty brunet w myśliwskim ubraniu.

– Azyl! Azyl, proszę o azyl...! – wysapał przybyły, po czym złapał się rękoma kamiennego blatu, jak gdyby ten był ostatnią deską jeszcze utrzymującą go na wzburzonym oceanie po katastrofie transatlantyku.

Konsul von Hohenfürst zerknął ponad ramieniem mężczyzny na stojącą w wejściu asystentkę, ale ta tylko rozłożyła ręce: najwyraźniej sama nie wiedziała wiele więcej. On też nie do końca radził sobie z odbiorem rzeczywistości, więc postanowił, że zagra na czas.

– Zacznijmy od początku, jeśli pan pozwoli, panie...?

– Heilenstein...! Arthur Heilenstein...

– ...panie Heilenstein. Napije się pan herbaty, kawy czy może czegoś mocniejszego?

Gość kiwnął, nie mogąc wydusić z siebie nawet pół słowa więcej. Mannfried pokazał gestem pannie Arner, żeby przyniosła coś adekwatnego do poziomu wzburzenia jego gościa, po czym usiadł i popatrzył uważnie na cokolwiek niecodziennie ubranego przybysza.

– Zatem, panie Heilenstein, pragnie pan, abyśmy udzielili panu azylu. Czy jest pan obywatelem państwa trzeciego, nieznajdującego się z Monarchią w stanie wojny, a pańskie działania przeszłe ani obecne nie stanowią dla ładu cesarsko-królewskiego bezpośredniego zagrożenia?

– Jestem... – wysapał tamten – obywatelem... Austro-Węgier...

Konsul rozłożył ręce gestem bezradności.

– A więc niestety nie możemy udzielić panu azylu. Bardzo mi przykro. Czy mogę panu pomóc w czymś innym?

Heilenstein wytrzeszczył oczy, chciał coś powiedzieć, ale zamiast tego zakrztusił się i rozkasłał, aż spąsowiał. Von Hohenfürst poczekał spokojnie, aż jego gość się uspokoi, podziękował skinieniem głowy asystentce, która wniosła i zostawiła srebrną tacę. Nalał do dwóch szklanek po odrobinie trunku z karafki, ujął jedną w rękę i upił niewielki łyk.

– Rozumie pan, nie możemy udzielić azylu naszemu własnemu obywatelowi – wyjaśnił. – To jest, o ile faktycznie jest pan obywatelem Austro-Węgier. Ma pan przy sobie dokumenty, prawda?

Jego gość pokręcił głową, ale poklepał się odruchowo po wewnętrznych kieszeniach myśliwskiej bluzy.

– Tak właśnie myślałem, mało kto bierze paszport na polowanie...

– Urodziłem się w Bennisch, mieszkam w Troppau – wycharczał Heilenstein. – Mam tam zakład metalurgiczny, sprawdźcie! Moje dokumenty są w hotelu „Deutsches Haus”, pod numerem dwadzieścia osiem...!

Konsul westchnął, zapisał adres w notatniku.

– Panie Heilenstein, proszę się uspokoić. Jeśli ma pan powody do obaw, a widzę, że tak, to naturalnie nasz konsulat może zapewnić panu tymczasowe schronienie. Oczywiście zweryfikujemy pańską tożsamość, a do tego czasu... Tak, panno Arner?

Asystentka wsunęła głowę przez uchylone drzwi.

– Panie konsulu, jeszcze jeden petent do pana.

– Dobrze, zaraz! Widzi pani przecież, że rozmawiam... Więc, panie Heilenstein, pomożemy panu. Ale proszę mi powiedzieć, co takiego się stało?

– Zabiłem człowieka.

Hohenfürst wciągnął gwałtownie powietrze, wychylił duszkiem resztkę trunku. Sprawa była poważniejsza, niż mu się początkowo zdawało.

– Panie Heilenstein – zaczął ostrożnie – rozumie pan zapewne, że natura sprawy, o której pan mówi, jest nie tylko delikatna, ale też, najogólniej rzecz ujmując, gardłowa...

– Szpiega... albo agenta! – wyrzucił z siebie Heilenstein.

Konsul bez słowa dolał sobie z karafki, wypił. Robiło się naprawdę ciekawie. Zastanowił się chwilę, po czym rzucił ofertę:

– Udzielimy panu azylu, nie wydamy lokalnym władzom. Ale musi mi pan powiedzieć, co dokładnie się stało!

– Byliśmy... na polowaniu. – Heilenstein sięgnął po szklankę, ale nie był w stanie utrzymać jej w palcach. – On rozpytywał, wiem, że też się interesował... Szukał. Interesowała go broń.

– „Też”?

– Tak. I szedł za mną, więc ja...

– Panno Arner, mówiłem, że potem! – zakrzyknął konsul, widząc ruszającą się klamkę u drzwi. – Nie rozumie pani, że... O, przepraszam najmocniej.

– To ja przepraszam pana konsula.

Heilenstein wzdrygnął się, słysząc ten głos. Bał się odwrócić na krześle, bo wiedział, że w drzwiach stoi Grossmann.

– Przepraszam, że tak bez zapowiedzi. – Oficer uśmiechnął się. – Czy mogę zająć panu konsulowi trochę jego cennego czasu?

– Panie podporuczniku, jak pan zapewne widzi, mam w tej chwili interesanta. Proszę poczekać...

– Panie konsulu, dosłownie chwilę.

Heilenstein siedział jak słup soli. Von Hohenfürst powiedział coś przepraszającego i wyszedł do Grossmanna, nie skrywając niezadowolenia. Arthur został sam, ze szklanką w ręku i kłębiącym się huraganem myśli w głowie. Gdy kroki obydwu mężczyzn oddaliły się, a potem szczęknęły za nimi drzwi do sąsiedniego gabinetu, Arthur po prostu poderwał się i wybiegł z pomieszczenia. Przeleciał obok zdumionej sekretarki i wypadł na zewnątrz, zbiegł po schodach i wyskoczył przez furtkę.

Stojący na piętrze Grossmann uchylił firankę, patrząc na wsiadającego do samochodu przemysłowca.

– Chyba przeszkodziłem panu konsulowi w spotkaniu.

Von Hohenfürst wyjrzał na ulicę, sapnął.

– Co...? Ale przecież dopiero co sam do mnie wpadł! I to jeszcze mówiąc, że... – Zreflektował się, umilkł. Przypomniał sobie, jak twarz Heilensteina drgnęła, gdy usłyszał głos podporucznika. – Co się panu stało w kark?

Grossmann dotknął opatrunku, schowanego pod kołnierzykiem munduru.

– Zaciąłem się przy goleniu, błahostka. Przepraszam raz jeszcze, że wpadłem tak bez zapowiedzi. Co też pan konsul musi sobie teraz o mnie myśleć!

– Nie, nie, w porządku, ja... – Von Hohenfürst nagle poczuł się jak w czasach szkolnych, gdy kilku kolegów zmawiało się, żeby zrobić mu niewybredny żart. – O czym chciał pan ze mną mówić?

– Nie mam czelności zawracać panu teraz głowy, panie konsulu. Raz jeszcze proszę pokornie o wybaczenie!

– Nie, nie ma o czym mówić...

Grossmann strzelił obcasami, skłonił się i wyszedł, zostawiając von Hohenfürsta samego w południowej bawialni. Jego kroki zadudniły na schodach, potem skrzypnęły drzwi wyjściowe. Po chwili widać go było, jak zmierza pomiędzy dwoma pięknie utrzymanymi klombami do furtki, skręca na ulicy w lewo i znika za rogiem sąsiedniej kamienicy.

Von Hohenfürst pokręcił głową, uderzył ręką o rękę. O co w tym wszystkim chodziło...?

– Panno Arner! – wrzasnął tak, że aż zadzwoniły szyby. Asystentka nieśmiało uchyliła drzwi. – Panno Arner, proszę mi sprawdzić, kto urządzał dziś polowanie! I to na jednej nodze!

– Polowanie? Na jednej...?

Spojrzał na nierozgarniętą sekretarkę takim wzrokiem, że ta umilkła w jednej chwili i zniknęła jak zdmuchnięta.

Coś było na rzeczy. Grossmann, ten cały Heilenstein... Przypomniał sobie przyjęcie, na którym po raz pierwszy spotkał się z podporucznikiem. Kto ich sobie przedstawił? Chyba nikt, jakoś tak samo wyszło, że zaczęli rozmawiać. I teraz ten człowiek wpada tutaj chwilę po tym, jak spanikowany przemysłowiec, przybyły do Königsberga też nie wiadomo po co, chce się przyznać do morderstwa...

Konsul Mannfried von Hohenfürst przeszedł żwawym krokiem do swojego gabinetu, wyciągnął z szuflady teczkę i zaczął wypisywać adresy, na które wyśle depesze z zapytaniami.

Dojdzie do sedna tej sprawy. Nie od razu, nie dziś, ale dojdzie.


Grossmann wrócił na swoją kwaterę, po drodze zamienił kilka słów ze strażnikiem w wartowni i zajrzał do sekretariatu, gdzie czekały na niego dokumenty kwaterunkowe do podpisu. W końcu wdrapał się na piętro, zamknął za sobą drzwi – i niemal osunął na podłogę.

Zwichnięta kostka odezwała się bólem jeszcze wtedy, gdy biegł przez las, próbując nadrobić cenne minuty, gdy leżał bez świadomości po – prawie – celnym strzale Heilensteina. Cały kark pulsował i palił bólem, bo kula boleśnie musnęła ścięgna, zrywając wąski i długi płat skóry po lewej stronie szyi.

 

Rozpiął koszulę i syknął, odklejając od rany opatrunek. Paskudnie to wyglądało, ale i tak miał dużo szczęścia – trochę w bok i tamten byłby mu przestrzelił tętnicę. Strój myśliwski nadawał się chyba tylko do wyrzucenia, całe lewe ramię i fragment pod szyją zalane krwią... Całe szczęście, że nie pojechał tylko z jednym kompletem ubrania – w sakwach motocykla miał nie tylko mundur, ale też cywilne ubranie i wyjałowione kompresy. Ot tak, na wszelki wypadek.

I ten „wszelki wypadek” nastąpił.

Gdy doszedł do siebie po postrzale, nie miał nawet czasu pomyśleć o bólu – po prostu zerwał się i pobiegł, mając nadzieję, że dogoni idiotę Heilensteina, nim ten zrobi coś naprawdę katastrofalnego w skutkach. Na całe szczęście gdy Teodor dopadł do swego pojazdu, ślad jadącego automobilem Heilensteina był jeszcze świeży. Potem była tylko chwila nerwowej szamotaniny ze zmianą ubrania, gdy niedoszły zamachowiec już wpadł do konsulatu... Kilka głębszych oddechów dla uspokojenia się, maska spokoju na twarz – i skok głową naprzód w nieznaną sytuację.

Zrządzeniem opatrzności Heilenstein nie zdążył powiedzieć dyplomacie nic istotnego. Gdyby stało się inaczej... No cóż, Teodor brał pod uwagę i taką ewentualność, a pistolet ciążył w kaburze podczas rozmowy. Skończyło się na nerwach. Oraz, oczywiście, postrzale w szyję i chyba ponownie zwichniętej kostce.

Mogło być gorzej.

Z niemałym strachem ściągnął but i obmacał nogę, ale kontuzja się nie odnowiła. Chociaż tyle dobrego... Przemył ranę, zmienił opatrunek. W końcu obejrzał dokładnie, czy przesączająca się przez opatrunek krew nie poplamiła kołnierzyka koszuli. To była jego ostatnia.

Musiał być gotowy na wieczór. Postrzał swoją drogą, a obowiązki nie będą czekać... Jeszcze teraz pozostawała kwestia wyjaśnienia i zdecydowania – co dalej z Heilensteinem?

Zagryzł zęby i naciągnął but z powrotem. Zapiął koszulę, poprawił włosy przed lustrem i próbując nie zważać na pulsującą bólem kostkę, żwawym krokiem wyszedł z kwatery.


Miss Jennifer Zoransky otworzyła oczy w swoim ogromnym łóżku na najwyższym piętrze „Hotel de Prusse”. Wyciągnęła ręce wysoko nad głową, przeciągając się niczym wyspana kotka, po czym zachichotała i skopała kołdrę na podłogę. Poleżała chwilę bez ruchu na skołtunionym prześcieradle, czując, jak parne gorąco snu ulatnia się z jej ciała i głowy.

Zerknęła na stojący na szafce zegarek: dochodziła już czwarta. Czwarta po południu, żeby nie było wątpliwości! Jej matka zawsze powtarzała, że długi sen to przywilej i obowiązek damy, która musi wyglądać adekwatnie do swej pozycji w społeczeństwie.

Jennifer zsunęła nogi na podłogę, odgarnęła z czoła niesforny kosmyk rudych włosów. Zdecydowanym ruchem wstała i podeszła do okna, rozsunęła ciężkie kotary, wpuszczając do pokoju kaskadę światła. Piękne, czerwcowe słońce płynęło wysoko ponad dachami Königsberga. Złapała za klamki i otworzyła oba skrzydła na pełną szerokość, pozwalając, żeby otulił ją gwar i aromat miasta.

Stała tak chwilę, wdychając powietrze pełną piersią. Dopiero potem uświadomiła sobie, że gapią się na nią chyba wszyscy kominiarze, dekarze i gołębiarze miasta, a ona ma na sobie wyłącznie bransoletki i łańcuszek na kostce. Zaśmiała się na głos, odwróciła na pięcie i pozwoliła ciału polecieć bezwładnie w przód, niczym kłodzie drewna.

Wyćwiczone mięśnie rąk zamortyzowały i przyjęły upadek, tak że jej kształtny nosek zatrzymał się dosłownie dwa cale ponad włoskami grubego, puszystego dywanu. Podskoczyła, przechodząc z rozczapierzonych palców na kostki dłoni, a potem zaczęła ćwiczyć: miarowo, szybko, na wdech-wydech, utrzymując idealnie wyrzeźbione ciało w linii prostej i licząc w myślach. Piętnaście, szesnaście, siedemnaście... Dwadzieścia, dość!

Przekręciła się na brzuch, wsunęła stópki pod łóżko i zaatakowała serię brzuszków, szybkich i gwałtownych. Potem chwila przerwy w leżeniu na wznak, żeby nie ściągnąć mięśni podbrzusza... I jeszcze raz. I rozciąganie, potem pajacyki, wymachy nogami, znów chwila przerwy. Kilkadziesiąt sekund forsownego biegu w miejscu z kolanami wysoko, następnie skłony, aż czoło dotknie do kolan, kilka pozycji rozluźniających i rozciągających, które pokazał jej mentor, i... dość.

Otarła z czoła pot, zamknęła okno. Zerknęła w diariusz, próbując rozczytać własne gryzmoły: ach, znów ten podporucznik. Grossmann, tak? No cóż, przynajmniej był przystojny i zabawny, w odróżnieniu od większości spotykanych przez nią aktywów.

Wskoczyła do wanny, błyskawicznie umyła się i dokładnie ogoliła w ledwo ciepłej wodzie. Popatrzyła na własne odbicie w lustrze, złożyła usta do buziaczka i przycisnęła do zimnej tafli, zostawiając wyraźny ślad. A co, niech pokojówki mają o czym plotkować!

Zapięła pas, naciągnęła pończochy i wsunęła nogi w butki na obcasie: o tak, teraz zaczynała czuć, że żyje. Wbiła się jeszcze w specjalnie sprowadzoną z Paryża brassierkę, sapiąc i fukając przy tym jak rozzłoszczona kotka. Co za idiotyzm, żeby kobiety miały przykrywać swoje ciało czymkolwiek poza dobrze skrojoną suknią! Następnie naciągnęła kreację przygotowaną już na ten wieczór.

Odsunęła skobelek, uchyliła drzwi do sąsiedniego pokoju i zawołała:

– Edwin!

Rosły Murzyn wsunął się do pokoju, stanął z rękoma założonymi na piersiach i zamruczał basem:

– Panienka wzywała.

– Edwinie, pomóż mi się pozapinać. – Odwróciła się do niego tyłem. – Potem zejdziesz na dół, zamówisz jakąś lekką kolację. Coś z owocami morza.

– To nie Francja, panienko. Tutaj z owoców morza mają tylko rybę albo rybę. Jest jeszcze zapewne ryba.

– Och... – Przewróciła oczami. – To coś lokalnego w takim razie, ale nie za dużo.

– Ptaki zagryzane na śmierć zębami – mruknął Murzyn, z zaskakującą wprawą sznurując wiązanie sukni palcami niczym sękate konary.

Odwróciła się, zaintrygowana.

– Co takiego?

– Miejscowi łapią ptaki w sidła ze sznurków. Te czarne, lądowe, i białe, znad wody – wyjaśnił Edwin. – Nie ukręcają im łbów, ale miażdżą czaszkę bocznymi zębami. O tak.

Zademonstrował, ilustrując dodatkowo sugestywnym dźwiękiem. Jennifer zdawała się, wbrew jego wysiłkom, zachwycona.

– Ależ to najczystsze barbarzyństwo! – Klasnęła w dłonie. – Czy podają to w hotelowej restauracji? Muszę, muszę tego spróbować!

Murzyn dowiązał ostatni węzeł i odstąpił pod ścianę, znów zakładając ręce na piersiach.

– Wątpię, panienko. Niech zabierze na nie panienkę ten niemiecki oficer.

– Licz się ze słowami, Edwinie! – Miss Zoransky błysnęła złym okiem. – Nie twoja sprawa, z kim będę spędzać czas... Albo i nawet sypiać, jeśli taką mam na to ochotę!

Twarz pokojowca nie wyrażała nic, niczym czarny, wiekowy pień baobabu.

– Służyłem pani ojcu, a mój ojciec służył jego ojcu. I tak bez końca wstecz, póki pamięci – zadudnił Edwin. – Była krew, dużo krwi, po obu stronach. Były czasy dobre i czasy złe. Teraz służę panience, a po mnie będzie jej służyć mój syn. Wszystko, co panienki dotyczy, dotyczy też mnie.

Rysy Jennifer zmiękły jak wosk. Przez chwilę była tą samą pyzatą dziewczynką o marchewkowych włosach, którą Edwin trzymał na kolanach przed ich domem, daleko, za oceanem... Położyła mu dłoń na przedramieniu, oparła się czołem o jego bark.

– Przepraszam cię, Edwinie. Czasami sama nie wiem, co mówię...

Murzyn uniósł dłoń, dotknął jej włosów ostrożnie, jak gdyby bojąc się, że samym dotykiem może ją skrzywdzić. Trwali tak przez chwilę, a potem on delikatnie odsunął ją od siebie, uśmiechnął się.

– Panienka jest już teraz dorosła. Panienka pewne dorosłe rzeczy robić może... A inne znów musi.

– Masz rację. – Pokiwała, siąknęła noskiem i otarła nie wiadomo kiedy zawisłą na rzęsach łzę. – Pewnie rzeczy zrobić muszę, bo liczą na mnie inni. Po to tu jesteśmy, prawda?

– Tak, panienko Jennifer. Właśnie po to.


Keller stał na dworcu, po raz kolejny czekając na pociąg.

Zaczynało mu już chyba wchodzić w krew, że jako pełnomocnik i rzecznik profesora Nemmersdorfa przyjmował i żegnał wszystkich, którzy do Königsberga przybywali albo z niego wyjeżdżali. Większość gości odwiedzających profesora była Gerhardowi głęboko obojętna – ale myśl o spotkaniu z właśnie tym jednym wywoływała u niego przyjemne mrowienie kory mózgowej.

Rozpoznał naukowca od razu, gdy tylko ten wysiadł z wagonu: okrągłe okularki, nieduży, zadbany wąs i fala zaczesanych ku górze włosów.

– Panie doktorze! – Uniósł rękę i ruszył w kierunku stojącego bezradnie z walizami mężczyzny, którego już flankowało kilku tragarzy i nagabywaczy. Okrzyknięty z wyraźną ulgą podziękował szczególnie namolnemu dostawcy usług wszelakich i wyszedł Gerhardowi naprzeciw.

– Och, to zapewne pan fanenjunker Keller! Wiele o panu słyszałem.

Uścisk dłoni Scherbiusa nie był szczególnie mocny, ale zdecydowany i pewny siebie – podobnie jak jego obliczenia i rewolucyjne wynalazki. Silniki asymetryczne, poduszki elektryczne, ceramiczne nagrzewnice i turbiny wodne były nieledwie wierzchołkiem góry lodowej możliwości tego wybitnego, niespełna czterdziestoletniego naukowca. Gerhard strzelił obcasami i uśmiechnął się absolutnie szczerze.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?