Königsberg

Tekst
Z serii: Stalowe szczury #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Königsberg
Königsberg
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 80,33  64,26 
Königsberg
Audio
Königsberg
Audiobook
Czyta Filip Kosior
42,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział V

Gabinet profesora Nemmersdorfa odmienił się nie do poznania.

Gdy Gerhard zapukał i wszedł do środka, poczuł, jak z kroku na krok ulatuje z niego zwyczajowa śmiałość i odwaga. Wcześniej pracownia przypominała legowisko, w którym ścieżki komunikacyjne powstawały z czystej konieczności, a słowa takie jak „porządek”, „ułożenie” czy „katalog” były bytami abstrakcyjnymi.

W ogóle kwestie utrzymania porządku sprowadzały się w rozumieniu profesora do bardzo ogólnie zakreślonych kierunków, wytyczanych przez niedbałe machnięcie ręką, na zasadzie: gdzieś tam. Słowem, była to pracownia taka, jaką mógł wyobrazić sobie każdy mężczyzna: miejsce do pracy, środowisko twórcze pradawnego chaosu, z którego dopiero miał się wyłonić cud Stworzenia.

Teraz Keller odniósł wrażenie, że wchodzi do świątyni.

– Dzień dobry, panie fanenjunker. Mogę zaproponować panu herbatę?

Zamrugał, patrząc na przepływającą po świeżo wypastowanej podłodze Erikę. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że stoi przed nią z otwartymi ustami. Zamknął je. Popatrzył jeszcze trochę, jak dziewczyna wiruje niczym w tańcu, ustawiając na półkach segregatory z dokumentami i pozornie bez wysiłku przenosząc pudła pełne książek.

– Ale pomóc toby pan mógł. Albo chociaż drzwi zamknąć... Przywitać się przynajmniej! – fuknęła na niego, odstawiając skrzynię na parapet. Zreflektował się, wymamrotał jakieś przywitanie i bez pytania złapał za kolejne pudło, podczas gdy ona poszła nastawić czajnik.

– Widzę, Gerhardzie, że już zdążyłeś podpaść naszej Fräulein Scharfe – odezwał się profesor od drzwi swego gabinetu. – Dobrze cię widzieć. Potraktuję twoją tu obecność jako długo wyczekiwaną odsiecz.

– Jak pan profesor czuje się oblężony, to w dowolnej chwili może najeźdźców zwolnić! – wtrąciła Erika z kuchni.

– Widzisz sam. – Nemmersdorf pokiwał głową. – Strach się odezwać, Gerhardzie... Ale najwyraźniej brak prawa do wyrażenia swej opinii jest ceną ładu i porządku. Cenzura wkroczyła w nasze życie.

– Na razie w życie pana profesora...

– „Na razie”, Gerhardzie?

Keller uśmiechnął się kwaśno, pokiwał głową. Nemmersdorf jak zwykle zdołał go podejść, tym razem symulując beztroską, przypadkową rozmowę.

– Mata nie było – rzucił, by zmienić temat, gdy gospodarz zaprosił go gestem na swe pokoje.

– Nie? – zdziwił się uczony. – Wyjaśnij, proszę.

– Nie udowadnia się tez negatywnych, Herr Professor. Nie było.

– Jesteś pewien, że sprawdziłeś wszystkie kombinacje? Na pewno był możliwy w czterech ruchach.

– Mat możliwy jest zawsze, profesorze.

Nemmersdorf rozparł się wygodnie w fotelu, założył ręce pod brodą. Keller nie mógł nie zauważyć na jego przedramieniu trzech zegarków... identycznych zegarków.

– Mów dalej, Gerhardzie.

– To wszystko. Jeśli mam udowodnić, że do czegoś dojdzie, to z całą pewnością to zrobię. Jeżeli jednak mam symulować ruchy własnego przeciwnika, to dążąc do realizacji konkretnego założenia docelowego, tracę wiarygodność.

– Zawsze?

Keller zastanowił się chwilę.

– Na pewno w fazie otwarcia i początkowych kilku ruchach, gdzie jeszcze nie ograniczają nas pola bicia już wystawionych figur. Jeśli wyjdziemy z błędnych przesłanek, otrzymany skażony rezultat.

Nemmersdorf pokiwał z aprobatą.

– Jaki z tego wniosek?

– To już nie nauka, profesorze... To manipulacja.

– A zatem sugerujesz, Gerhardzie, że przeprowadzając eksperyment, wpływamy na jego wynik?

– Sugeruję, że zadający pytanie wpływa na odpowiedź. Nic więcej.

Weszła Erika, odłożyła tacę z imbryczkiem i dwiema szklankami, uśmiechnęła się ciepło do Kellera, stawiając przed nim spodeczek.

– Cukier dla pana fanenjunkra już dodany. No, chyba że zmienił pan upodobania?

– Ja... nie, nie. W żadnym względzie.

– Dokładnie o tym sam chyba mówiłeś, Gerhardzie? – zagaił Nemmersdorf, gdy za panną Scharfe zamknęły się drzwi. – Zadana informacja wprowadzona, która predefiniuje wynik równania?

Keller na chwilę zamilkł, popatrzył na profesora badawczo.

Naukowiec zawsze działał i pracował w rytmie sinusoidy, na zmianę popadając w okresy bezczynnej apatii i niemal niszczycielskiej hiperaktywności. Późna wiosna upłynęła mu pod znakiem narzekania i obalania tez kolegów po fachu, ale gdy Gerhardowi przypadkiem wyrwało się w rozmowie, że Erika wraca do miasta, profesor zareagował niemal euforycznie i kazał mu za wszelką cenę sprowadzić ją z powrotem na posadę do Instytutu.

Gerhard specjalnie po to pojechał do Pillau, bo wiedział, że ona nie odbierze listu.

Dotarł na miejsce, po adresie znalazł dom, a potem po prostu zapukał do drzwi – powodując zapewne mały skandal towarzyski, bo wyglądało to tak, jakby absztyfikant zjawił się na progu panienki nie tylko bez zaproszenia, ale nawet zapowiedzi. Po wstępnej awanturze, dwóch trzaśnięciach drzwiami i mediacji starszej pani Scharfe udało mu się w końcu porozmawiać z Eriką.

Ta, dowiedziawszy się, że Nemmersdorf oferuje jej poprzednią posadę, rzuciła sumę tak absurdalną, że nawet jej rodzona matka poczerwieniała ze wstydu.

Gerhard zadzwonił do Instytutu z lokalnego urzędu pocztowego i zreferował rozmowę. Nemmersdorf od razu przystał na wynagrodzenie, stawiając tylko jeden warunek: panna Scharfe podejmie pracę w ciągu dwóch tygodni.

Keller rozejrzał się teraz po jego gabinecie: minęło raptem kilka dni, a miejsce lśniło czystością. Idealnie uporządkowane stosiki dokumentów, zapisane równiutkim, drobnym pismem Nemmersdorfa tablice, ulubiony fotel profesora i nieodłączny stolik ustawione tak, jak lubił, nieco bokiem do zachodniego okna... Wszystko doskonale ułożone. Gotowe.

– Pan profesor pracuje nad czymś nowym – oświeciło go. Profesor uniósł brew, uśmiechnął samym kącikiem ust.

– Nieustannie nad czymś pracuję. Czy „nowym”, to kwestia dyskusyjna, Gerhardzie: wszystkie równania i wyliczenia mają już określony z góry wynik, my możemy tylko do nich dotrzeć. Nic nie jest „nowe”, o ile nie pochodzi spoza układu... A jak tam twój przyjaciel?

– Słucham? – Przeskok z tematu na temat był duży, nawet jak na Nemmersdorfa, więc Keller musiał zastanowić się dobrą chwilę, zanim zrozumiał, do kogo odnosi się profesor. – Ach, Teodor?

– Cóż, chyba tylko o nim tak się wyrażałeś. Podobno już zdążył narobić w mieście niezłego galimatiasu.

– Tak?

– Nawet do mnie doszły wieści, że to prawdziwy amant. Ponoć na pierwszym przyjęciu już tańczył i flirtował z jakąś gwiazdą zza oceanu... Powinieneś pilnować panny Scharfe, Gerhardzie.

– Erika nie jest moją własnością, Herr Professor – odpowiedział Keller może nieco ostrzej, niż tego chciał. Nemmersdorf nie zareagował; tylko jego skupione spojrzenie pozwalało domyślać się, że jak zwykle analizuje rzeczywistość. Keller poruszył się w fotelu, odchrząknął. – Proszę wybaczyć, źle to zabrzmiało.

– Nie wszystko w życiu udaje się tak, jak byśmy sobie życzyli. Przygotowałeś mi próbki, o które cię prosiłem?

– Oczywiście. – Keller sięgnął do teczki, wyjął plik papierów i położył na stoliku obok. – Tak jak pan profesor sobie życzył. Zakładam, że może wystąpić pewna powtarzalność, chociażby z racji wykształcenia i środowiska...

Gdy dwa dni wcześniej do Kellera przybiegł zaaferowany kancelista, prosząc go natychmiast do pilnego telefonu, to przed oczami stanęło mu bez mała widmo przełamania frontu na wschodzie albo desantu z morza... Tymczasem gdy przyłożył do ucha lejek głośniczka, z aparatu odezwał się rozgorączkowany głos profesora, proszącego – żądającego wręcz! – by dostarczył mu on zapisane różnymi rodzajami szyfrów jedno i to samo zdanie. Zdanie miał wymyślić on, zaś sposób jego zaszyfrowania dwadzieścia nieznających się nawzajem osób.

Nemmersdorf przejrzał pobieżnie kartki, zatrzymał się nad jedną i drugą, już teraz konotując coś w myślach.

– Powtarzalność, Gerhardzie, jest właśnie podstawą znalezienia reguły. Mając odpowiednio dużą grupę przypadków do przebadania, jesteśmy w stanie wyodrębnić charakterystyczne dla niej zasady i wzorce. Jeśli jest ona reprezentatywna dla całości zbioru, to wchodzimy na poziom uniwersalny. Wtedy badamy nie efekt pewnego procesu, a same jego prawa... zbliżając się o krok do pracowni Wielkiego Architekta.

– Czyli rozumiem, że będzie pan profesor potrzebować więcej materiału badawczego. Znajomi już i tak uważają mnie za dziwaka...

– Obchodzi cię zdanie znajomych, Gerhardzie? Albo w ogóle czyjekolwiek poza własnym?

– Zawsze przecież... – zaczął Keller, ale Nemmersdorf przerwał mu ruchem ręki.

– Bez białych kłamstw, Gerhardzie. Tutaj zawsze rozmawiamy wyłącznie otwarcie, jak w nauce przystoi.

– Nie – skwitował krótko Keller.

Nemmersdorf uśmiechnął się, odchylił na oparciu fotela.

– Doskonale. Ach, jeszcze jedno: wybierasz się na przyjęcie u Koechlinga dziś wieczorem?

– Słucham? – Fahnenjunker po raz kolejny tego dnia spojrzał na Nemmersdorfa, jakby tamten był przybyszem z innej planety. Uczony lekceważąco machnął dłonią.

– Nieważne. Zatem wróćmy do naszych ciągów liczbowych...


– Widział twoją twarz? – Mężczyzna z cerą pooraną bliznami po ospie nachylił się nad siedzącym w krześle kolegą. Byłby go złapał za ramię i potrząsnął, gdyby nie to, że cyrulik właśnie kończył zaszywać paskudną, poszarpaną ranę po kuli. – Widział?!

 

Ranny syknął, spojrzał na konowała z dezaprobatą. Wziął szklankę ze stołu i upił łyk wódki, potrząsnął grzywą płowych włosów.

– Nie widział.

Dziobaty machnął w powietrzu rękami, odszedł dwa kroki, po czym zakręcił się na pięcie i znów doskoczył do krzesła, wsparł rękami o podłokietniki.

– Na pewno? Horst, pomyślże! Jesteś pewien?

– Mówię ci, że nie widział.

– Nu, towarzysze, ja was proszę, na wszelkie świętości zaklinam. – Cyrulik spojrzał na obydwu błagalnie. – My tutaj o grubość palca jesteśmy od tętnicy ramienia! Mnie jeszcze kilka minut potrzeba, zaszyję, bandaż założę, a potem przesłuchujcie się do woli, a?

Nerwowo przechadzający po pokoju mężczyzna podsunął się bokiem do okna, uchylił zasłonę i ukradkiem wyjrzał na ulicę.

– Awramie Jakowlewiczu, długo jeszcze? – warknął opatrywany.

– Aj waj, aj waj... Światło słabe, może gdyby odsłonić...

– Żadnego odsłaniania! – Dziobaty wzniósł ręce nad głową. – Przecież tutaj może się roić od gehajmpolicajów! Wystarczy zdradzić się najmniejszym ruchem i od razu... trach!

Ranny blondyn wyrwał cyrulikowi bandaż z ręki, na szybko okręcił zalaną gencjaną ranę, zębami rozerwał końcówkę na dwoje i zawiązał. Popatrzył na pejsatego, ten pokiwał głową na boki: ujdzie.

– Geheimpolizei ma inne rzeczy do roboty niż sterczenie w slumsach i czekanie, aż łaskawie wyjrzysz na ulicę – rzucił blondyn, podnosząc z ziemi zmiętą i pokrwawioną koszulę. Rozłożył, krytycznie obejrzał przestrzelony rękaw. – Daj to któremuś z naszych, niech odpruje i wszyje świeży. Poza tym, gdyby za mną szli, to właśnie by...

Ktoś załomotał do drzwi. Zamarli wszyscy trzej, przerażeni. Postrzelony sięgnął na szafkę, wziął do ręki rewolwer i odwiódł kurek.

– ...pukali. Kto tam?

– To ja, Iwan. Otwórzcie.

Cyrulik trzęsącymi się rękami odsunął zasuwkę, uchylił drzwi. Stojący w progu zwalisty brodacz popchnął je, bezceremonialnie władował się do środka i zatrzasnął zamek za sobą.

– Nu, co wy tak... – zaczął, ale urwał, widząc ramię Horsta. – O, bliadź.

Ranny pokiwał głową, wciągnął na grzbiet świeżą koszulę i powiedział:

– Mniej więcej tak to można ująć, towarzyszu. Okazuje się, że nie tylko ja wybrałem się dziś nocą po zaległe zamówienia od towarzysza Gablenza... To jest Jermakowa.

– Kontrwywiad? – zapytał rzeczowo Iwan.

– Raczej nie, bo działał sam. Niewykluczone, że to ten nasz agent, którego miał ściągnąć Jermakow... Albo podstawiony na jego miejsce tajniak, to też możliwe. Afanasij, udało ci się coś z tego wyciągnąć?

– Znalazłeś? – ożywił się brodacz. Dziobaty popatrzył na leżący na stoliku notes, machnął tylko ręką.

– To bzdury! Jakieś brednie bez składu, losowe słowa. Bełkot czysty, bez grama sensu. Pomyśleć, że prawie się dałeś za to zastrzelić.

– Szyfr – mruknął Horst. – Trzeba to rozgryźć jak najszybciej, bo przecież od dwóch miesięcy kręcimy się w kółko. A co do tego agenta, to był w mundurze oficera. Lepszy ptaszek, z mojej własnej broni prawie mnie załatwił.

– Straciłeś pistolet?! – Afanasijowi najwyraźniej znów puszczały nerwy.

– Tak, straciłem pistolet! – Horst poderwał się, huknął pięścią w stół, aż podskoczyły szklanki. – Co wy jesteście, baby albo dzieci?! Jeszcze mi brakuje, żeby któryś tu zaraz zemdlał lub się popłakał!

Powiódł po nich wzrokiem, potem przeciągnął dłońmi po włosach, zagarniając płową grzywę do tyłu.

– Dobrze – powiedział już nieco spokojniej. – Działamy jak poprzednio, bez gwałtownych ruchów. Iwan, sprawdź mi wszystkich nowych, którzy przyjechali do miasta przez... powiedzmy, że miesiąc. Tylko podoficerowie i oficerowie, resztę zignoruj. Afanasij, daj ten notes młodemu Wernbauerowi, on trzymał się z Jermakowem blisko i nadawał meldunki, może zrozumie, o co w tym chodzi. Ach, i znalazłem tam jeszcze coś...

Sięgnął do kieszeni i wyjął skórzaną bransoletkę, na której w równym rytmie cykały dwa identyczne zegarki.


Lato właśnie się zaczynało, sezon towarzyski osiągał swój najwyższy punkt. Krótkie i ciepłe noce przepełniały śmiechy, po wodach Pregoły niosły się dźwięki muzyki, mającej pozwolić chociaż na chwilę zapomnieć o trwającej już trzeci rok wojnie.

Wieczorny raut u radcy miejskiego Markusa Koechlinga zdążył rozkręcić się już w najlepsze, zanim Grossmann dotarł na miejsce. Wpraszanie się na przyjęcia i bale szło mu coraz łatwiej, w miarę jak poznawał nowych ludzi i stopniowo wgryzał się w śmietankę królewieckiej société. Orientował się już, kto jest kim, teraz pozostawało odpowiednio porozstawiać figury na szachownicy miasta i wpleść własne ruchy w jego wielką grę.

Przecisnął się pomiędzy stojącymi na ganku ludźmi, machnął niedbale lokajowi zaproszeniem i wszedł w labirynt kręcących się par, ludzkich pleców i stolików z przystawkami.

– O, zjawił się pan jednak! – przywitał go z uśmiechem i kieliszkiem sam gospodarz. – A już myślałem, że obowiązki nie pozwolą.

– Nie śmiałbym zmarnować takiego zaproszenia. – Grossmann strzelił obcasami i skłonił głowę. – U nas na zachodzie mawiają, że odrzucenie pierwszej propozycji to zakończenie znajomości, zanim się zaczęła.

– Ha, trafne! Niemniej mam nadzieję, że sprowadziło pana tutaj nie tylko poczucie obowiązku...

– Nie tylko, bynajmniej. – Teodor uśmiechnął się znacząco, oglądając za mijającą ich właśnie kobietą w koronkowej sukni.

– Ależ, niech pan podporucznik smakuje noc powoli! – roześmiał się Koechling.

– Na froncie człowiek zmuszony jest pościć, panie radco. Königsberg natomiast, jak widzę, to prawdziwa uczta.

– Zatem proszę używać do woli, Herr Leutnant. Na tych kilka godzin mój dom jest pana domem.

Grossmann skinął głową w geście podziękowania, ruszył dalej w tłum.

Nie mógł pozbyć się wrażenia, że miasto praktycznie co nocy bawiło się tak, jakby jutro miało nie nadejść: był tu nieledwie dwa tygodnie, a zapewne gdyby chciał, każdy wieczór mógłby spędzić na innym przyjęciu lub balu.

Przemysłowcy, szlachta, wyżsi rangą oficerowie, bogaci mieszczanie, właściciele ziemscy – wszyscy oni, niczym w czytanej ongiś opowieści grozy, starali się dźwiękami muzyki i strzelającymi korkami od szampana zagłuszyć dudnienie dział i stukot kół wagonów, wiozących coraz to nowe regimenty na frontową rzeź. Każdy, kto miał szczęście nie być akurat w pierwszej linii okopów, czerpał z życia pełną garścią, wiedząc, że jutro do jego drzwi może zastukać listonosz z wezwaniem do mobilizacji.

– O, widzę, że i pan podporucznik zaszczycił nas swoją obecnością! – w geście powitania kieliszek uniósł kapitan Hoerwig, z którym poznali się jeszcze u grafa von Hantzscha. Grossmann zasalutował, strzelił obcasami.

– Herr Hauptmann! Przyjemność i zaszczyt jest w całości po mojej stronie.

– No, no, po co od razu tak oficjalnie. Moi państwo, przedstawiam wam nowego gościa w naszym pięknym Königsbergu, prawdziwego bohatera frontu zachodniego: pana podporucznika Grossmanna.

Zgromadzeni w kręgu zamruczeli aprobująco, kilka osób uśmiechnęło się do Teodora, kiwnęło na przywitanie. On zwracał się do wszystkich też ze swym najbardziej czarującym uśmiechem na twarzy: każda zawarta teraz znajomość mogła okazać się nieoceniona w późniejszym czasie.

– To pana pokazywali w gazetach, prawda? – Brzuchacz o wypomadowanych włosach dmuchnął dymem w jego stronę.

– Owszem, podobno kilka dzienników zamieściło zdjęcia.

– Zupełnie pan niepodobny do siebie. – Brzuchacz zdawał się perorować na pokaz przed uczepioną jego ramienia blondynką o zbyt mocno umalowanych ustach. – Mówię państwu, ten cały wizerunek fotograficzny to tylko chwilowa moda, która zapewne przeminie, ani się obejrzymy. Wystarczy przypomnieć sobie to zamieszanie wokół lokomotyw bezogniowych, które rzekomo miały wyprzeć węgiel. I co? I co? I nic, moi państwo!

– Pan podporucznik zapewne walczył na froncie, prawda? – zagadnęła Grossmanna wyraźnie próbująca ukryć swój prawdziwy wiek dama o obfitym biuście. Miał już na końcu języka ciętą ripostę, ale przełknął gorzką pigułkę i zamiast powiedzieć to, co myśli, przytaknął tylko:

– Tak jest, madame. Podobnie jak wszyscy żołnierze, spłacam dług zaciągnięty wobec naszej Ojczyzny-żywicielki.

– Tak bardzo chciałabym zobaczyć front. – Kobieta najwyraźniej nie wiedziała, kiedy przestać. Wnosząc po tym, jak jej sąsiad wymownie spojrzał na trzymany przez nią kieliszek, nie mógł to być jej pierwszy szampan tego wieczora. Ani piąty. – To musi być niezmiernie ekscytujące: tylu młodych ludzi, z dala od domu, poza nawiasem prawa i moralności, marzących na jawie i we śnie tylko o jednej jedynej rzeczy...

– Buty – rzucił z przeciwnej strony typ z fajką.

– Och... słucham? – Dama wyraźnie zaczerwieniła się, a jej wachlarz zatrzepotał spazmatycznie. – Doprawdy, nie jestem pewna, co pan ma na myśli...

– Buty – powtórzył tamten. – Ludzie w okopach frontowych marzą o butach. Nowych czy starych, to nieważne. Porządnie uszytych butach. Dobrze nawoskowanych. A przede wszystkim suchych butach. Nie tak, panie podporuczniku?

– Trafnie pan to ujął, panie...

Typ przepchnął się między ludźmi, podszedł do Grossmanna i bezceremonialnie jako pierwszy wyciągnął rękę.

– Traut. Henning Traut. Wyroby skórzane, ładownice, kabury, pasy, ale przede wszystkim buty. Jakość za rozsądną cenę.

Teodor uścisnął podaną dłoń. Korzystając z wygodnego pretekstu, odłączył się od dziwnego towarzystwa i oddryfował nieco na bok, stając za plecami nadmiernie egzaltowanej damy z biustem i jednocześnie mając na widoku większą część sali.

– Jest pan zatem przemysłowcem, panie Traut?

– Była Dziewiąta Armia, Dwudziestu Piąty Rezerwowy. Gdybyśmy wtedy, jeszcze w czternastym roku, mieli porządne buty, to dziś bylibyśmy pod Moskwą. A tak... zresztą, co ja będę panu opowiadał. – Machnął fajką. – Jak się wylizałem z ran, wróciłem do swojej manufakturki i postanowiłem sobie, że przynajmniej tyle jeszcze zrobię dla kolegów z oddziału. I tak potem samo się potoczyło.

Grossmann schował uśmiech w kieliszku wina. Patrząc po złotej dewizce zegarka i bursztynowych spinkach do mankietów, Traut nie był raczej człowiekiem, który miałby zadowalać się jedynie tym, co życie da mu samo i z tak zwanej pańskiej łaski. Ale na głos powiedział:

– Tylko zamówienia dla wojska czy indywidualnie też? Chętnie sprawiłbym sobie nowe buty, szczerze mówiąc.

– Wyłącznie wojsko, panie podporuczniku. Nie da się obsługiwać i jednego, i drugiego tak, żeby obu nie pokpić. Natomiast chętnie podaruję panu parkę...

– Dziękuję, ale prezent to zbyt wiele. Wolę, żeby dostał je ten, komu będą naprawdę potrzebne. Dużo jest tutaj w ogóle przemysłu produkującego dla wojska?

– Pyta mnie pan prywatnie czy zawodowo?

– Zawodowo, bo interesuje mnie to jako oficera; prywatnie, bo sam lubię broń i interesuję się jej rozwojem. Natomiast tutejsi głównodowodzący wydają mi się... hm, konserwatywni.

– Co pan nie powie! – prychnął Traut. – Nie wyobraża pan sobie, jaka była dyskusja na temat wdrożenia w końcu krótszych trzewików. A kiedy koledzy po fachu zaczęli usuwać zdobione mankiety przy bluzach mundurowych... Oho-ho! „Zamach na dumę i godność żołnierza”, wyobraża sobie pan podporucznik? Jakby nikt nie pamiętał już, że przecież w czternastym roku byliśmy ubrani jak banda cyrkowców, a Ruscy do nas strzelali jak do kaczek.

– Dlatego właśnie wolę zapytać kogoś, kto się na tym zna.

– Hm, hm. – Traut odchrząknął, wyraźnie połechtany. – Wie pan, jest tu kilka ciekawych zakładów, w mieście i okolicach...

– Z wielką chęcią zwiedzę pańską manufakturę. Mówię zupełnie poważnie: zawsze mnie zastanawiało, w jaki sposób to dokładnie powstaje. I jeśli znajdzie pan dla mnie pasującą parę, to z wielką przyjemnością kupię ją po takiej cenie, jaką płaci za nią armia.

Przedsiębiorca żachnął się niemal z teatralną przesadą.

– Absolutnie nie wchodzi to w rachubę! Buty dla bohatera frontu, panie podporuczniku? Przecież to zaszczyt sam w sobie!

– Dobrze. Zatem zezwoli pan, że w ramach rekompensaty pozwolę sobie wskazać kolejnym razem, że to właśnie pańskiego wyrobu buty nie zawiodły mnie w trudnej chwili...

Traut błysnął okiem, ale zdołał stłumić emocje, potrząsnął głową przecząco.

– Nie śmiałbym o to prosić, panie podporuczniku.

 

– Nalegam. A skoro już tak dobrze się pan orientuje w lokalnym towarzystwie, niech mi pan jeszcze powie: kto tutaj lubi polować?

Przemysłowiec odstąpił o krok, zmierzył Grossmanna zdziwionym wzrokiem.

– No nie chce mi pan podporucznik chyba powiedzieć, że on też... – Sapnął, rozciągnął twarz w uśmiechu.

– Nałogowo. Widzę, panie Traut, że znajdziemy niejeden wspólny temat. Proszę dać mi znać, kiedy moglibyśmy obejrzeć pana zakład. Zapiszę tylko panu, jak się ze mną skontaktować.

Wyciągnął pióro, na szybko skreślił kilka słów. Traut chuchnął na inkaust, schował kartonik do wewnętrznej kieszeni marynarki.

– No, panie Grossmann! Pokażę panu, co naprawdę jest do zobaczenia w Königsbergu!

– Dziękuję. Chociaż powiem panu, że częściowo sam już widzę...

Zostawił Trauta, który zapewne zachodził w głowę: jak to ludzie mogą się tak przypadkiem spotkać w tłumie i dogadać? Prawda była taka, że wytwórca butów międlił w zębach fajkę o główce rzeźbionej w poroża z wpisanymi krzyżami, najbardziej chyba typowymi symbolami świętego Huberta, patrona myśliwych właśnie. Co do samych polowań natomiast, Grossmann zauważył po prostu szansę, którą należało wykorzystać. Nie interesowały go one w najmniejszym stopniu – no, chyba że szło o naprawdę szlachetną zwierzynę, taką jak...

– Miss Zoransky.

– Ależ to pan Oberleutnant Grossmann! – Karmazyn warg, biel uśmiechu, pożoga włosów i dwie gwiazdy błyszczących oczu w głębokiej czerni makijażu. – Widzę, że to miasto nie istnieje bez pana.

Musnął ustami podaną dłoń, skłonił się szarmancko.

– Enchanté, po raz kolejny. Nie wiem jednak, czym zasłużyłem sobie w pani oczach na awans?

– Och, czyżbym coś pokręciła? Pan wybaczy, te wszystkie stopnie, epolety, pagony, krzyże z przeróżnych metali...

– Leutnant, za pani pozwoleniem, na przyszłość. Nie zdążyłem jeszcze nacieszyć się stopniem, szkoda byłoby go od razu zmieniać.

Panna Jennifer spojrzała na niego spod zasłon rzęs, ledwie dotykając ustami musującego w wysokim kieliszku płynu.

– Doprawdy?

– Nie – przyznał z rozbrajającą szczerością.

– A zatem nawet i rycerz bez skazy da się skusić odrobiną blichtru! – Przytuliła się do ramienia Grossmanna tak, że aż poczuł jej ciepło przez sukno munduru. – Cieszę się, że znalazłam w panu bratnią duszę.

– Tak szybko wnioskuje pani o ludziach, Miss Jennifer?

– Powiem panu, że... – zaczęła, ale urwała. – Że gorąco tutaj. Przespacerujmy się.

– Naturalnie.

Przeszli przez salon, zostawili po lewej odpoczywających muzyków i strojącego właśnie fortepian solistę, a potem podwójne drzwi wyprowadziły ich na ogrody. Było tu nie tylko zdecydowanie chłodniej, ale i ciemniej – jedynie okna i kilka zewnętrznych lamp rzucały długie cienie, kładące się ciemnymi pasmami na przystrzyżonej równo trawie i powycinanych w fantazyjne kształty żywopłotach. Miss Jennifer naciągnęła na szyję przerzuconego wcześniej przez ramię lisa, wyjęła z torebki nieodłączną fifkę z wąskim, długim papierosem.

– No proszę, a jednak prawdziwy dżentelmen – mruknęła, gdy Grossmann błyskawicznie pstryknął zapalniczką.

– Spodziewała się pani kogoś innego? Gbura i prostaka?

Spojrzała na niego rozbawiona, wydmuchnęła strużkę dymu prosto w twarz.

– Nie, ale jest pan... inny. Inny niż wszyscy tutaj.

– Jesteśmy w Prusach, a ja urodziłem się w Magdeburgu. To chyba sporo tłumaczy.

– Nie. – Pokręciła głową. – Byłam w Berlinie, niech pan nie zapomina. Napatrzyłam się na tamtejszych. Śpiewałam dla Hindenburga i von Ludendorffa na linii Zygfryda, widziałam i poznałam ich wszystkich. A pan jest... tak bardzo, wręcz uroczo nie-niemiecki. W tym dobrym słowa znaczeniu, podporuczniku, więc proszę się nie obrażać.

– Czyli jednak szybko wnioskuje pani o ludziach. Szczególnie jak na kogoś, kto większą część życia spędził za granicą.

– Widzi pan? Dokładnie o tym mówię, podporuczniku. Większość tutejszych nie pojęłaby znaczenia słowa „uszczypliwość”, nawet gdyby wyskoczyło ze słownika i wydrapało im oczy. Nie mówiąc już o drobnym sarkazmie czy kalamburze... Poza tym dla mnie jest to raczej przewaga niż wada; patrzę na to wszystko z boku, moja percepcja nie jest niczym skażona.

– Sugeruje pani, że my, Niemcy, jesteśmy czymś skażeni?

Stanęła, odwróciła się do niego gwałtownie, tknęła palcem w pierś.

– Proszę nie próbować mnie tu paternizować, podporuczniku Grossmann. Jestem Niemką tak samo jak pan i wypraszam sobie takie aluzje. Pan trzyma swoją gardę wysoko, zasłaniając się honorem oficera i dumą narodową, ale od czasu do czasu wygląda spod tej maski... ktoś inny. I tego kogoś chciałabym poznać.

Stali tak chwilę, a potem ona położyła mu dłoń na piersi, delikatnie przesunęła w dół i wbiła palce w materiał munduru. Spojrzała prosto w oczy, zalotnie przekrzywiając głowę... Nachylił się, chcąc ją pocałować, ale ona tylko wywinęła się jak fryga i śmiejąc, umknęła w bok. Wskoczyła zwinnym ruchem na schody i wpadła pomiędzy ludzi, zniknęła w zalanych światłem salach bankietowych.

Grossmann pokręcił głową, patrząc jej w ślad. Kto powiedział, że poważnego, surowego zadania nie można było okrasić odrobiną słodkiego lukru?