Königsberg

Tekst
Z serii: Stalowe szczury #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Königsberg
Königsberg
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 80,33  64,26 
Königsberg
Audio
Königsberg
Audiobook
Czyta Filip Kosior
42,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jesteś mądry po fakcie, Gerhardzie. Twój mózg znajduje dobre, wręcz błyskotliwe rozwiązania i odpowiedzi, ale jest już przeważnie za późno. Co z tego, że teraz udowadniasz mi braki logiczne w wypowiedzi, skoro wtedy nie uzyskałeś odpowiedzi na zadane pytanie?

Pion przesunął się o kolejne pole do przodu, goniec przemieścił niebezpiecznie blisko wieży, chronionej jednak przez wrogiego skoczka.

– A czy nie jest tak, że wytykając mi błędy przeszłości, próbuje pan profesor dezawuować mój obecny sukces?

– Dlaczego miałbym to robić, Gerhardzie?

– „Dlaczego”, panie profesorze... – dama przejechała przez całą długość szachownicy, zsuwając z planszy gońca – czy może „po co”? Szach.

– Mat w czterech posunięciach. Znów przegrałeś, Gerhardzie – skwitował Nemmersdorf, odsuwając planszę.

– Ale...

– Twoim zadaniem domowym jest przewidzenie, w jaki sposób do tego doprowadzę. Czekam na ciebie jutro po służbie, przyjrzymy się kilku interesującym wielomianom.

Keller westchnął ciężko i pokręcił głową, ale skinął tylko profesorowi i zebrał się do wyjścia.

Nemmersdorf potrafił być chimeryczny, jego maniery pozostawiały wiele do życzenia, a zachowania najłatwiej było sklasyfikować jako całkowicie nieprzewidywalne: w jednej chwili zapraszał kogoś na kawę, by w następnym momencie stracić zainteresowanie gościem, bo jego umysł zdążyło zaabsorbować coś zupełnie innego. Zapewne jednak taki był już przywilej geniusza; przebywanie w jego towarzystwie Gerhard nieustannie poczytywał sobie za zaszczyt.

– Dobranoc, panie profesorze! – odezwał się od drzwi. Odpowiedziała mu cisza, w którą powoli, ale nieubłaganie wgryzało się cykanie dziesiątków zegarów.

Rozdział IV

Dzień dobry, chciałbym oddać koszulę do zwężenia.

Krawiec podniósł wzrok znad maszyny, popatrzył na Grossmanna znad drucianej oprawki okularów.

– Pan podporucznik jest pewien? To piękna robota, widać, że materiał doskonały... Ja mogę nie mieć igieł i nici na tyle dobrych. O, pan popatrzy: francuska sygnatura!

– Nalegam. – Teodor uśmiechnął się. – Mamy krawca w jednostce, ale jest zawalony zamówieniami, a ja potrzebuję koszuli na bal. Jestem tu na urlopie, rozumie pan...

Rzemieślnik rozłożył koszulę, popatrzył na materiał, poskrobał nici paznokciem. Widać było, że w jego duszy zmagały się profesjonalna uczciwość i świadomość konieczności zarobienia na chleb.

– Hm, hm.

– Chętnie zapłacę, ile potrzeba. Nawet na te nici i igłę do maszyny.

– Ba, żeby to było takie proste! – skrzywił się krawiec. – Trzeci rok wojny, panie podporuczniku, wszystko rekwirują na potrzeby armii przecież. Ja już zaczynam spruwać nici ze starego płótna, żeby guziki przyszywać. No nic, spróbuję... Pan podporucznik z daleka przyjechał? Pewnie z frontu prosto?

Grossmann nagle poczuł, jak jego nogi odrywają się od ziemi, a cały malusieńki pokoik zaczyna drgać i trząść się, podskakując i rzucając się do wtóru ryku motorów i ogłuszającego huku toczącego się metalu. Schoelss po raz kolejny wrzasnął przeraźliwie, potem zniknął za krawędzią machiny tylko po to, żeby wyłonić się kilka metrów za nią, wprasowany w rozmiękłe błoto, niczym szmaciana lalka...

– Arras – wykrztusił, przełknął ślinę.

Na szczęście rzemieślnik zajął się koszulą, więc nie zwrócił uwagi, że Teodor otarł z czoła lodowaty pot.

– No proszę, to naprawdę kawał drogi... Podobno straszne rzeczy się tam dzieją, na zachodnim froncie?

Grossmann uśmiechnął się wymuszenie.

– Proszę nie wierzyć we wszystko, co piszą w gazetach. A pan?

– Oblężenie Ossowitz, panie podporuczniku. Ech, wtedy jeszcze myśleliśmy, że to szybko pójdzie z tą wojną. Puściliśmy gaz, Ruskie nawet masek nie mieli, więc marli jak muchy... Siedem mil, a my słyszeliśmy ich wrzaski. I potem ten obłąkany szturm, gdy my poszliśmy jak po swoje, a tamci wstali z grobów. Zakrwawieni, wykasłujący własne płuca, po prostu wyszli na nas z bagnetami. Uwierzy pan?

– Uwierzę.

– Ja wtedy postrzał dostałem, gangrena się wdała. Bogu dzięki, że w nogę: wycięli mi kawałek uda, ale ręce sprawne zostały. No, zrobię panu, zrobię tę koszulę, przecież wojna wojną, a pracować trzeba...

– Proszę, oto zadatek. – Grossmann położył na blacie aż nadto wystarczającą sumę. – Niech mi pan jeszcze powie, bo chciałem też w pasku dziurki wybić: ten kaletnik obok to na urlopie?

– Pan Gablenz? Na wiecznym, świeć Panie nad jego duszą... Paskudna sprawa.

– Zmarł?

– Ha, żeby tylko tak... Zaszlachtowali go, bandyci. Coraz więcej tych szumowin, za kilka groszy zabiją człowieka.

– Słucham? – Grossmann popatrzył na krawca, ale tamten tylko pokiwał głową.

– Ano, tak było, tak było... Mówili co innego, żeby paniki nie wzbudzać. Rozumie pan, że niby w mieście przestępczości nie ma, spokojne zaplecze dla walczących na froncie. A ja przecież go znałem, biedaka. W życiu alkoholu do ust nie brał, nie spóźniał się, ułożony i porządny był, jak należy. To mnie zdarzało się u siebie światło gasić wedle tego, jak on zamykał.

– Hm, szkoda człowieka, faktycznie. Pewnie nie zna pan żadnych z jego znajomych po fachu?

– Oj, kilku kaletników się zna, polecę kogoś. Ale czy jego znajomych... To typ odludka był, rozumie pan podporucznik: siedział tylko u siebie na górze, mało kto do niego w ogóle zaglądał. Raptem paru stałych klientów miał.

– Trudno. Zapisze mi pan adresy jego innych kolegów po fachu?

Podczas gdy krawiec kaligrafował na skrawku papieru nazwiska i nazwy ulic, Grossmann rozglądał się po zakładziku. Wąska, niska kliteczka o ścianach zasłoniętych skończonymi i na wpół zszytymi marynarkami i płaszczami, ponad ramieniem właściciela widział wejście do równie ciasnej pracowni, przysłonięte kotarą schodki na górę. Sąsiedni zakład musiał mieć bliźniaczy układ pomieszczeń, więc również mieszkanko Gablenza mieściło się na piętrze.

– Dziękuję. – Uśmiechnął się, skinął głową. – Na kiedy się pan wyrobi?

– Ech. Niechże przyjdzie pan podporucznik jutro po południu, będzie już gotowa i wyprasowana. Kołnierzyk od razu przeszyję, widać, że już nić się zaczęła siepać.

Pożegnał się, wyszedł na ulicę. Tam wyciągnął i zapalił papierosa, przeszedł na drugą stronę, oparł się o ścianę i popatrzył w zadumie na kamienicę. Faktycznie, okna nad zamkniętym zakładem były ciemne i szare, szyby zmatowiały od kurzu, więc istniała szansa, że nikt się tam nie zasiedlił.

Warto było spróbować.

Do wieczora nie było już daleko, więc ruszył niespiesznym krokiem ku głównej ulicy. Tam złapał tramwaj, który podzwaniając wesoło, powiózł go przez Sackheimer, a następnie Bülowstrasse w kierunku wschodniej granicy miasta. Wysiadł na wysokości intendentury i poszedł coraz bardziej znajomymi uliczkami ku koszarom.

Dni w Königsbergu mijały mu szybko, aż nazbyt szybko. Poświęcił się bez reszty pracy szkoleniowej, do której zgłosił się wkrótce po swym przyjeździe; o ile z początku dowództwo patrzyło krzywo na to, że jakiś świeżo upieczony oficer próbuje udowadniać im, że lepiej od wąsatych, brzuchatych pułkowników zna się na wojnie, to jednak nieustępliwość i żelazna konsekwencja Grossmanna wkrótce dały efekty. Teraz jego wykłady były oblegane przez młodych podoficerów, którzy z wypiekami na twarzy słuchali opowieści o przetaczających się po froncie zachodnim potwornościach i całymi sobą chłonęli schematyczne rysunki maszyn wroga.

– Nie bójcie się „tanku”! – powtarzał im jak mantrę. – Może wyglądać przerażająco, może być wielki i sprawiać groźne pozory, ale to tylko bezduszna maszyna! Maszyna, której najsłabszym ogniwem jest zawsze człowiek. Wyobraźcie sobie, co myślą zamknięci w tej żelaznej, ciasnej, nagrzanej puszce ludzie. Zrozumcie, czego by chcieli, a czego się obawiają. I zróbcie to, czego tamci boją się najbardziej.

Patrzył uważnie w ich twarze, starając się wychwycić najlżejsze nawet drgnienia mięśni, cokolwiek, co mogłoby zwiastować, że wiedzą na temat technologii, maszyn i badań więcej, niż powinni. Pozwalał zagadywać się, odpowiadał na pytania i niezauważenie prowadził swych rozmówców na interesujące dla siebie tory – ale na razie wszystko to ograniczało się do teoretycznych dywagacji.

Wielu miało swoje przedziwne teorie na temat tego, nad czym może pracować teraz armia, ale nikt nie potrafił poprzeć ich chociażby najmniejszym dowodem. A on czekał, czekał cierpliwie, ale czuł też, że czas przepływa mu między palcami, podczas gdy jego towarzysze na froncie...

Drgnął, gdy z wartowni wyłonił się strażnik w pikielhaubie; powstrzymał się siłą woli, by nie sięgnąć ręką do kabury. Na szczęście lata treningu pozwoliły mu utrzymać kamienną twarz, gdy tamten sprawdzał jego papiery.

– Pan podporucznik Grossmann... To pan opowiada te historie o czołgach? Mój syn jest zafascynowany tymi machinami.

Teodor zacisnął dłoń w pięść, spychając myśli Wielikowa na dno jaźni. Przywołał na twarz wyćwiczony uśmiech.

– Młody, inteligentny człowiek? Chętnie bym go poznał.

– Naprawdę? – Strażnik zsunął hełm na tył głowy, szczerze zaskoczony. – Ojej... Ale pan podporucznik pewnie zajęty mocno jest, a przecież mojego małego tu nie wprowadzę.

– No, musimy utrzymać pewną dyscyplinę. – Grossmann puścił oko.

– Ano, ano... I co ja tutaj...

– Do której dziś macie wartę, Herr Obergefreiter?

– Jeszcze dwie godziny, panie podporuczniku. Panie podporuczniku, ja tutaj, niedaleko, na Kaplitzerstrasse, więc gdyby chciało się panu...

– Nie ma o czym mówić. Tylko załatwcie mi potem powrót, żebym nie musiał pod bramą spać.

 

Żołnierz rozpromienił się cały.

– Herr Leutnant! Kwiatami i czerwonym dywanem będą pana tutaj witać, już ja wszystko...

– Wolałbym po cichu i wyrozumiale. Będę za dwie godziny.

Zostawił w stróżówce uśmiechniętego od ucha do ucha kaprala, przeszedł szybkim krokiem przez dziedziniec ku swemu budynkowi. Jednorazowo się udało, ale na przyszłość będzie potrzebował kwaterunku na mieście, żeby nie być przywiązanym do systemu przepustek, ewidencji wejść i wyjść, a przede wszystkim przypadkowych oczu.

Zamknął drzwi i z miejsca położył się na łóżku, chcąc złapać chociaż tę odrobinkę snu przed intensywnie zapowiadającą się nocą.


– Bernhard, Kageneck, Andres! Naprzód!

– Panie sierżancie, nie damy rady! Nie damy...

Ostatnie słowa Kagenecka zginęły w huku detonacji, w której echo po chwili wdarło się jednostajne, suche dudnienie karabinu maszynowego. Z nieba spadła na nich przemieszana z kamieniami ziemia, mokra i ciężka od przelanej w ostatnich dniach krwi.

– Naprzód! – ryknął, wyskakując jako pierwszy z prowizorycznego okopu. Grunt pod nogami drżał i pływał, jak gdyby gdzieś w pobliżu toczył się gigantyczny skład pociągu towarowego; w uszy wdzierała się kakofonia jęków, pisków i zgrzytów. Gryzący w oczy, białobłękitny opar spalin niósł się ogromną chmurą, w której od czasu do czasu błyskały płomienie wylotowe działa i karabinów.

Przeskoczył do pobliskiego leja po detonacji, wtulił się w ziemię, gdy nad głową zagwizdały mu pociski, po czym od razu poderwał i przebiegł dalej, chcąc dopaść do ułomka ceglanego muru, który wciąż jakimś cudem stał wśród tego pustkowia błota i śmierci. Po jego lewej stronie klęczał na ziemi Schoenert, patrzący z przerażeniem na tkwiący mu w brzuchu fragment belki.

– Panie sierżancie, chyba mnie trafili – wyszeptał żołnierz, a potem seria z karabinu maszynowego szarpnęła nim w tył, orząc w piersiach krwawe jamy. Ciało osiadło i przechyliło się, opierając na tylnym końcu drewnianej krokwi na podobieństwo średniowiecznych grafik, ilustrujących okrucieństwa władców barbarzyńskich krajów. Ta kraina jednak nie miała władcy, a okrucieństwo nie było zamierzone: przez ostatnie miesiące stało się po prostu integralną częścią ich życia.

Miał zamiar przypaść do ściany i przyczaić się, ale kątem oka zarejestrował lecący w kierunku linii przeciwnika granat trzonkowy. Rzucony zapewne przez któregoś z jego własnych ludzi „tłuczek” już minął najwyższy punkt lotu i teraz spadał, ciągnąc za sobą strużkę dymu, prosto ku niemu...

Grossmann zaklął paskudnie i przesadził murek na chwilę przed tym, jak ładunek odbił się od ścianki, stoczył po gruzie i eksplodował, zalewając go falą dzwoniącej ciszy.


Teodor szarpnął się, poderwał, ale znów opadł na poduszkę. Poleżał chwilę, czekając, aż uspokoi się łomoczące serce, odetchnął kilka razy głęboko.

Sen. To tylko sen.

Usiadł na brzegu łóżka, schował w dłoniach zlaną potem twarz. Wstał, umył ręce i ochlapał się trochę wodą. Spojrzał w lustro, chcąc przypomnieć sobie, kim naprawdę jest – ale z odbicia patrzyła na niego obca twarz. Zamknął oczy, policzył do dziesięciu, wyciągnął z kieszeni czasomierz. Popatrzył na tarczę zegarka, chcąc skoncentrować się na procesie, na wyznaczonym mu zadaniu.

Gdy wyszedł z koszar na dziedziniec bramny, kapral już czekał – rozpoznał Grossmanna, chociaż ludzie w cywilu byli zupełnie niepodobni do swoich mundurowych alter ego. Teodor uśmiechnął się, zasalutował żartobliwie do czapki cyklistówki.

– No, pan podporucznik to jak w zegarku, widzę...! – ucieszył się kapral. – Klaus, chodź no tutaj!

Młody wartownik wyjrzał ze stróżówki, kiwnął głową.

– To jest pan podporucznik Grossmann. Wpuścicie pana podporucznika, jak będzie wracał. Zrozumiano? Tylko bez służbistości mi tam żadnych!

– Się wie, Herr Obergefreiter. Bezwarunkowo.

– No, widzi pan podporucznik? To ja proszę tędy, poprowadzę na skróty, żeby czasu pana podporucznika nie marnować.

Przeszli obok Wagenhausu, potem boczną furtką wśliznęli się na teren cmentarza. Kapral przez większość czasu zagadywał, żeby jego starszy rangą gość nie czuł się nieswojo; Grossmann raczej milczał, zapamiętując drogę.

– No bo wie pan podporucznik, jak to jest. Każdy próbuje jakoś przeżyć. – Jego przewodnik rozłożył ręce. Teodor na szybko odtworzył z pamięci kilka ostatnich zdań rozmowy, ale zawczasu profilaktycznie kiwnął głową. – No i co ja poradzę, że żołd nie za wysoki? Służba nieszczególnie trudna, a przynajmniej się w domu nie siedzi po próżnicy. Przecież i sorty dają nowe, i wyżywienie jest, rodzinę się odciąży.

– Tak, łatwo nie jest... kapralu.

– Lotze jestem, panie podporuczniku. Jürgen Lotze, jakby pan podporucznik szukał kiedyś.

– Więc mówiliście, kapralu Lotze, że zajmujecie się poza tym – handlem, tak?

– No, „handel” to dużo powiedziane... Ale sprzedaje się to i owo, zna się ludzi. O, to już tutaj, na trzecim piętrze. Ja przodem pójdę, bo ciemno.

Grossmann otaksował wzrokiem stojącą w wąskiej uliczce kamienicę. Zaułek z jednej strony wychodził na szpital, z drugiej na cmentarz. Niezbyt pokrzepiające miejsce do życia, ale faktycznie, co poniektórzy nie mieli wyboru. Weszli do środka, wspięli na górę po stromych i wąskich schodach.

– Hildie, kochanie, wróciłem! Mamy gościa! – zawołał już od drzwi kapral, jak gdyby uprzedzając wszelkie pytania małżonki.

Pani Jürgenowa Lotze faktycznie zdawała się nieszczególnie ucieszona z niezapowiedzianych odwiedzin, więc kapral zgarnął swoją nielichą dolę subtelnych przymówek i wbijanych półgłosem szpilek, ale potem przekonała się do Grossmanna – szczególnie gdy ten wziął na kolano ich najmłodszego, pięcioletniego synka i zaczął opowiadać zgromadzonej wokół niego dziatwie o Wojnie.

Czwórka młodych Lotze słuchała z rozdziawionymi ustami, przy czym widać było, że najstarszy, dwunastoletni syn kaprala rzeczywiście jest oblatany w temacie: chwalił się, że czyta wszystkie artykuły w gazetach, że nawet zapisał się na kółko matematyczne w szkole, bo sam też będzie kiedyś konstruował czołgi. Kapralowa zrobiła herbatę, pojawiły się nawet ciastka, ale gdy doszło do grzecznościowej propozycji kolacji, Teodor równie kurtuazyjnie odmówił.

– Zabrałem już państwu zbyt wiele cennego czasu. Młodzież zapewne ma jutro szkołę, a mąż też musi wstać, by pomóc pani w obejściu. Dziękuję, ale muszę zrezygnować. Kapralu Lotze, jeśli będzie pan kiedyś czegoś potrzebować...

– Ależ gdzieżbym śmiał, panie podporuczniku! – Lotze poderwał się, aby podać gościowi bluzę i czapkę z wieszaka. – To gdyby pan podporucznik kiedykolwiek, czegokolwiek...

– Dobranoc.

Zszedł na wpół po omacku po schodach, popchnął skrzypiące drzwi na dwór. Było już późno, w zasadzie zupełnie ciemno. Idealnie.

Skręcił w lewo, ku koszarom, ale potem zamiast przejść przez cmentarz krótszą drogą, odbił w bok, na południe. Przesadził niewysoki parkan, obciągnął bluzę i spokojnym, niespiesznym krokiem ruszył przez miasto.

Zanim dotarł do Wagnerstrasse, minęła dziesiąta. Przespacerował się obok zakładu krawca, popatrzył w mżące światłem okna po prawej i sąsiadujące z nimi martwe, szare prostokąty szyb w mieszkaniu Gablenza.

Chciał sięgnąć po papierosa, ale zrezygnował: nie było sensu zdradzać swojej obecności żarzącym się punkcikiem i zapachem dymu.

Ciemna, wąska brama wyprowadziła go na zaśmiecone podwórko; od tej strony zakład Gablenza chroniły solidne, zamykane od środka okiennice, których sforsowanie nie wchodziło w rachubę – nie bez narzędzi i ryzykowania niepotrzebnego hałasu. Za to rosnąca przy samym domu stara grusza wyglądała obiecująco.

Teodor wspiął się sprawnymi ruchami na drzewo, dzięki czemu znalazł się na wysokości parapetu na piętrze. Dokładnie widział, jak w oknach po lewej przesuwa się ciemniejsza sylwetka krawca; gdyby tamtemu przyszło do głowy wyjrzeć teraz przez okno, to Grossmann mógłby zasłaniać się wyłącznie ciekawością co do losów swej drogocennej, francuskiej koszuli.

Wymacał butem wykruszoną cegłę w murze, robiąc podkutym czubkiem, jeszcze pogłębił niszę, po czym złapał się za parapet prawą ręką. No, jeśli to się nie uda, to... Jednym płynnym ruchem wybił się z drzewa, przenosząc jednocześnie ciężar ciała na prawą nogę, podciągnął na rękach i zarzucił kolano na parapet.

Przez krótką chwilę trwał tak w stanie kruchej równowagi – gdyby powiał najlżejszy chociaż wiatr, jak nic spadłby na sam dół – ale potem zebrał się w sobie, podciągnął jeszcze kawałek i złapał lewą ręką za krawędź uchylonego lufcika. Ufff...

Powoli, nie wykonując żadnych zbędnych ruchów, wwindował się w górę, przechylił przez krawędź wąskiego okienka i spuścił głową w dół po drugiej stronie. Robili takie numery w latach jego młodości nie raz i nie dwa, ale teraz – teraz lata chyba były już nie te, bo cały oblał się potem.

Stanął na parapecie, ciężko dysząc, i wspinając się na palce, odpiął firankę, którą następnie przerwał na pół i okręcił buty, żeby nie stukały po drewnianej posadzce. Odsapnąwszy kilka chwil, ruszył na eksplorację mieszkania.

„Mieszkania”. Raczej klitki – na lokum Gablenza alias Jermakowa składały się jeden pokoik, maciupcia kuchenka i sypialnia. Grossmann, a w zasadzie Wielikow, nie przyszedł tu jednak podziwiać architektury, więc rozpatrzywszy się w planie sytuacyjnym, wziął się do powolnego, acz metodycznego przeszukania.

Regał, szuflady, łóżko, klosze żyrandola... Istnieje ograniczona liczba miejsc, w jakich ludzie próbują chować cenne przedmioty; znając pewien schemat myślenia i działania człowieka, można je prędzej czy później znaleźć.

No właśnie – to „później” trochę Grossmanna irytowało. Wszędzie było pełno kurzu, bo mieszkanko stało zamknięte już od paru miesięcy, więc i on wkrótce pożałował, że nie zabrał rękawiczek. Poza tym wszystko w lokum Gablenza było wręcz drażniąco zwyczajne. Nic nie świadczyło o tym, że jego lokator mógłby zajmować się czymkolwiek poza działalnością rzemieślniczą.

– O proszę – mruknął Grossmann, patrząc w bladym świetle księżyca na jedną ze stojących na półce książek. Wszystkie były sczytane mniej więcej w tym samym stopniu, a ta jedna wręcz zajeżdżona: przegięty grzbiet, wytarte okładki, sfilcowane rogi. Zupełnie tak, jakby czytano ją co najmniej raz dziennie.

Pstryknął zapalniczką i przy jej pełgającym blasku przekartkował tomik, zatrzymując się przy stronach z pozaginanymi rogami i patrząc na ślady ołówka na marginesie. Ktoś popełnił nieostrożność, zostawiając ślad, gdy liczył na konkretnych stronach linijki i litery. A więc tomik wierszy był tak naprawdę książeczką szyfrów do odczytywania tajnej korespondencji...

Obrócił głowę, nasłuchując. Coś zmąciło niemal idealną ciszę mieszkanka. Nie był to odgłos z zewnątrz ani zza ściany, lecz dobiegający z dołu, z pracowni; Teodor sięgnął po pistolet, ale potem zmienił zdanie, wyciągnął z kieszeni rozkładany nóż. Podsunął się bliżej ku prowadzącym na parter schodom, odsunął wiszący w przejściu koc.

Cisza. Tylko odgłos uderzeń jego własnego serca, w uszach wyłącznie szum krwi. Oddech, który nagle brzmiał niczym sto miechów kowalskich; zielone i czerwone plamy latające przed oczami, mózg podsuwający usłużnie doznania i wizje, których spodziewa się świadomość. Grossmann przełknął ślinę, ostrożnie zrobił krok niżej... jeszcze jeden... kolejny... znów zamarł w bezruchu.

Na dole ktoś był.

Nie chodziło nawet o odgłosy, a raczej ODCZUCIE czyjejś obecności. Ktokolwiek krył się w ciemnościach na dole, musiał teraz też stanąć i nasłuchiwać. Snajperzy na froncie nazywali to „grą w kamienie” – gdy dwóch strzelców wyborowych spotykało się przypadkiem na polu bitwy, potrafili leżeć naprzeciwko siebie nieruchomo przez całe godziny, usiłując wypatrzeć wroga... Aż jeden z nich w końcu nie wytrzymywał i musiał się poruszyć. On teraz też czuł, że płuca domagają się powietrza, ale musiał kontrolować się do granicy wytrzymałości, bo jeden głośniejszy oddech...

A potem pod jego nogą skrzypnęła deska.

Rzucił się naprzód po schodach, wpadł do pomieszczenia i od razu potoczył po podłodze, przewracając stolik i rozsypując narzędzia. Huknął strzał – strzał! – i drugi, podporucznik skoczył wprost na źródło dźwięku, kopnięciem pod kolano przewrócił ledwo widocznego w ciemności przeciwnika. Tamten nie pozostał dłużny.

 

Uderzył Grossmanna w splot słoneczny i od razu poprawił drugim ciosem od góry w ucho. Ale Teodor zasłonił się przedramieniem, wyprowadził kontrę od dołu, potem złapał przedramię napastnika, chcąc wykręcić mu rękę, ten jednak wywinął się bokiem.


Kolejny wykwit ognia, błysk i huk: kula musiała trafić w szybę, bo z brzękiem posypało się szkło. Nieznany przeciwnik spróbował uderzyć Grossmana pistoletem (czyżby już pustym?!), ale ten uprzedził ruch, podbił przedramię wroga i wyłuskał mu broń z ręki, potem jednym płynnym ruchem podciął napastnika i popchnął na rozstawione stelaże.

– Stój, bo strzelam! – huknął.

Jego wróg poderwał się z podłogi, cisnął w niego płatem skóry i skoczył ku oknu. Teodor ściągnął spust, pistolet bluznął ogniem i ołowiem, ale tamten już wpadł w otwarte okno, przeturlał przez parapet i zniknął w ciemnościach.

– Donnerwetter – zaklął Grossmann, rzucając się śladem intruza. Wypadł na podwórko, popędził przez bramę, rozejrzał... Sylwetka właśnie znikała za rogiem. – Szlag by to trafił!

Rozejrzał się szybko: lada chwila będzie tu patrol, krawiec na pewno też już ledwo żyje ze strachu, tylko patrzeć, jak wszędzie pozapalają się światła. Miał już ruszyć w stronę przeciwną niż ta, którędy uciekł jego nocny adwersarz, ale zatrzymał się, pochylił i dotknął ciemniejszej plamy na bruku: krew. Czyli jego refleks nie jest taki aż zły, tamten był ranny.

Poderwał się i pobiegł, słysząc zbliżające się gwizdki żandarmów.


Krawiec spojrzał na Grossmanna ciężkimi, podkrążonymi oczami.

– O, już pan podporucznik? A ja jeszcze mam do wszycia guzik jeden.

– Ciężka noc? – zapytał z głupia frant Grossmann, czując jednocześnie, jak potwornie rwie go naciągnięte ścięgno w nodze. Zbliżający się bal nie miał być potańcówką jego życia.

– Włamanie nocą było, uwierzy pan? W takiej okolicy spokojnej.

– Nie? Do pana, tutaj?

– Gdzie tam. – Krawiec machnął ręką i odgryzł nitkę wytartymi w trójkątną szczerbę zębami. – Do mieszkania po Gablenzu, świeć Panie nad jego duszą. Dłuższy czas już musieli planować, okazało się, że po kawałku podpiłowywali listwę i zdołali wytrych wsunąć, żeby haczyki podważyć. Ot, do czego to doszło...

– Coś poważnego?

– Nie, tylko rumoru narobili, i tyle. Podobno nic nie zginęło, nie wiem, pobili się o zdobycz albo nawet i bez zdobyczy. Proszę, pańska koszula.

Grossmann odebrał, przymierzył: faktycznie, pasowało jak ulał, stary rzemieślnik miał dobre oko do wymiarów. Oczywiście podporucznik starał się rozbierać tak, żeby tamten nie zauważył fioletowych sińców. Podziękował, pożegnał się, wyszedł na ulicę. Korciło go, żeby zajrzeć w bramę, ale co miał tam znaleźć? Okno pewnie zabito deskami i tyle, nie zobaczy nic.

Aż dziwne, że krawiec niczego nie usłyszał. Strzelali przecież za ścianą, nie mógł nie usłyszeć... Więc co, zataił prawdę? Przed Grossmannem to może jeszcze, choć po jaką cholerę, ale przed policją? Bzdura, przecież nie miałby powodu, żeby to robić. A może powiedział, jak było, i dostał uprzejmą radę, żeby zmienił zeznania? Jak to sam mówił: „że niby spokojne miasto”? Bo przecież jego wersja o śmierci samego Gablenza też nie do końca pasowała do tego, co głosiły źródła oficjalne.

Teodor skrzywił się, utykając na lewą nogę. Będzie potrzebował dużo wódki, żeby o tym zapomnieć.