KönigsbergTekst

Z serii: Stalowe szczury #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Königsberg
Königsberg
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 80,33  64,26 
Königsberg
Königsberg
Audiobook
Czyta Filip Kosior
42,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

N zbudował cudowną broń STOP może odmienić losy wojny STOP potrzebne wsparcie STOP

Oczywiście, nikt nie miał wątpliwości, że „N” to zarówno „Niemiec”, jak i „nieprzyjaciel”. Borykającej się z trudnościami narastających konfliktów wewnętrznych Rosji taka cudowna broń – skuteczniejsza niż budowane jeszcze do niedawna pokraczne czołgi i pancerne pociągi – była bardzo, ale to bardzo potrzebna.

Gdy pozostali agenci z Königsberga najpierw donieśli, a potem potwierdzili, że Stiopan Awdiejewicz nie żyje, podjęto decyzję o cofnięciu z dalekiej placówki najlepiej zakonspirowanego uśpionego agenta, na jakiego mogło liczyć jeszcze imperium rosyjskie.

Który stał teraz oparty o barierkę i patrzył w zadumie na nieruchomą taflę wody.

Jermakow alias Gablenz. Człowiek, o którym wywiad nie umiał powiedzieć – albo bezpiecznie przekazać, co na jedno wychodziło – dokładnie nic, co mogłoby się Wielikowowi przydać. Jego misję zawarto w jednym krótkim zdaniu, które przekazał mu w przyfrontowym szpitalu opatrujący nogę felczer: „Jedź do Königsberga, znajdź Wunderwaffe”.

Oczywiście, skorzystał ze wszystkich dostępnych kontaktów i pociągnął za wszystkie sznurki, byle tylko się tu dostać. Zresztą wiele robić nie musiał: kilka umiejętnie zredagowanych listów do Kellera i okazało się, że to tamten namawia przyjaciela, by odwiedzić go w rodzinnym mieście. Akurat potem przyszedł awans, odznaczenie i zasłużony po akcji na froncie urlop...

Zacisnął oczy i wpił palce w zimną barierkę, czując nagły przypływ paniki. Nie. Nie obejrzy się, nie spojrzy w prawo... Nie wytrzymał, zerknął spod oka. Uliczka była pusta, to tylko nocny tramwaj huczał i dudnił, przejeżdżając gdzieś dalej. Fiodor Grigoriewicz wsłuchał się w ciszę, czekając, czy wiatr nie przyniesie echa wrzasków i terkotu karabinów, ale tylko jakiś zbłąkany pies zaszczekał w oddali.

Westchnął, potrząsnął głową. Odetchnął głęboko świeżym, wiosennym powietrzem, popatrzył ze smutkiem na unoszące się w zatoczce śmieci.

– Ruhe in Frieden, mein Kamerad – mruknął pod nosem.

Był już kilkadziesiąt kroków dalej, gdy dotarło do niego, w jakim języku to powiedział.

Rozdział III

Dzień dobry, Herr Fahnenjunker!

Zamiatający peron dozorca uchylił czapki, więc Keller też odruchowo zasalutował, odwzajemniając uśmiech. Czekające w podcieniu dworca dwie dziewczyny nachyliły się do siebie, jedna szepnęła coś drugiej na ucho; zachichotały, patrząc na niego ukradkiem.

Wiedział, że wygląda doskonale w świeżo wypranym i odprasowanym mundurze. Był pewien, że nawet jeśli gdzieś po drodze na jego butach osiadł jakiś pyłek kurzu, to zdmuchnie go z idealnie nawoskowanej i wypastowanej powierzchni najlżejszy zefirek. Nie wątpił też, że balwierz wykonał dziś dobrą robotę, goląc go tak dokładnie, jak on sam nigdy nie dałby rady. Było to wszystko warte wstania jeszcze przed siódmą, po to, żeby zjawić się tu, na peronie, przed dziesiątą.

Bo dziś po raz kolejny przyjeżdżała Ona.

Wyjął z kieszeni zegarek w kopercie, otworzył i popatrzył z wyraźną dezaprobatą na tarczę. Wskazówki zdawały się ani drgnąć, mimo że ostatnio sprawdzał godzinę... no, jakiś czas temu. Potrząsnął czasomierzem, przyłożył do ucha: chodził. Wychylił się i popatrzył na zegar na budynku dworca – i to punktualnie.

– Przyjedzie, niech się pan fanenjunker nie martwi. Oboje przyjadą: i pociąg, i ona.

Gerhard westchnął ciężko i odsunął się, gdy cieć, nieustannie robiący miotłą z witek brzozowych, podszedł bliżej, żeby wymieść nieistniejące brudki z jego kąta. Ze strony Fahnenjunkra nie był to wyraz irytacji, a raczej... no właśnie, sam nie wiedział do końca czego.

– Skąd pan wie, że czekam na kogoś? – zagadnął, nie chcąc wyjść na gbura.

– Stoi pan fanenjunker na dworcu i patrzy na zegar. – Dozorca zdjął czapkę i otarł czoło przedramieniem, sięgnął do kieszeni po cynową papierośnicę i wyciągnął do Kellera. Ten jednak podziękował ruchem ręki. – Zresztą przeważnie widuje się tu ludzi, którzy czekają; ci, co się doczekali, zazwyczaj odchodzą albo odjeżdżają.

Wyciągnął samorobnego papierosa, wsadził w usta i odpalił zapałką, potem zdmuchnął ogienek i położył na wpół zwęglony patyczek na parapecie okna. Widząc zdziwiony wzrok Kellera, wzruszył ramionami i wyjaśnił:

– Wyrzucę na ziemię, to będę musiał potem i tak podnieść. Chyba że podejdzie pan ze mną o tam, na ławeczkę? Wyrzuci się do kosza, przysiądę i ja, i pan. Nogi już mi, z pana fanenjunkra przeproszeniem, w tyłek wrosły.

– Ale pociąg... – Gerhard znów chciał sięgnąć po zegarek, jednak powstrzymał się.

– Przyjedzie, zawsze przyjeżdżają. Szybciej przyjedzie, jak pan usiądzie.

Przeszli do stojących w cieniu rozłożystego kasztana drewnianych ławeczek; po drodze kilkukrotnie przystawali, bo stary nie umiał chyba iść, jednocześnie nie zamiatając. Dozorca usiadł pierwszy, szeroko się rozparłszy, przodem do torów i peronu; zreflektował się i poderwał, chciał zasalutować.

– Herr Fahnenjunker! Pan wybaczy, ja...

– Ależ doprawdy. – Keller siadł obok, zrobił ręką uspokajający gest. – Spokojnie, panie...

– Wichter. Starszy kapral Wichter, panie fanenjunker. – Dozorca znów usiadł i założył rękę na oparcie. Musiało to być jego miejsce chyba od zawsze, bo idealnie wpisał się w wytarty na połysk ślad. – Jak ja panu zazdroszczę. Ech, znów być młodym, czekać na dziewczynę...

– A może czekam na kolegę?

Dozorca uśmiechnął się.

– Na kolegę czekał pan fanenjunker ostatnio, a teraz przyjeżdża kobieta. Tak, tak, też znałem kiedyś jedną piękność z Pillau...

Keller aż się wyprostował, popatrzył na dozorcę wielkimi oczami. Ten pokazał na zegar.

– Teraz przyjeżdża tylko ten z Pillau, więc musi stamtąd być.

– Może skądś po drodze? Pociąg przecież zatrzymuje się na kilku stacjach – nie ustępował Gerhard.

– Neuhäuser, Fischhausen, Kaspershöfen, Peyse, Powayen, Lindenau, Seerappen, Metgethen – wyliczył z kamiennym spokojem cieć, po kolei zaginając najpierw palce prawej, potem wszystkie lewej ręki. Wszystkie, bo miał je tylko trzy. – Ale pan fanenjunker czeka tu na piękność, a nie na wiejską dziewuszkę.

– Gdyż...?

– Gdyż dla żadnej innej nie niósłby pan fanenjunker naręcza kwiatów.

– Ach... – Keller popatrzył, lekko zmieszany, na ściskaną w ręku wiązankę. – Rzeczywiście. Wyszedłem na durnia.

– Bynajmniej, Herr Fahnenjunker. Po prostu pozwolił pan, że tak powiem, poprowadzić się tam, gdzie chciałem... W sobie tylko wiadomym celu.

– A jaki to cel zatem, panie kapralu?

– Pan fanenjunker liczył na to, że będzie w tym jakaś tajemnica, sekret mojej rzekomej wiedzy. – Dozorca rozłożył przepraszająco ręce. – A ja chciałem tylko skrócić mu czas oczekiwania.

– No właśnie... – Keller sięgnął po zegarek, ale w tej samej chwili rozległ się gwizd nadjeżdżającego pociągu. Podskoczył jak oparzony, rzucił przez ramię kilka słów pożegnania i szybkim krokiem ruszył ku platformie peronu.

Lokomotywa strzelała na boki kłębami białej pary i pluła burym dymem, powoli wtaczając się na tor dojazdowy.

Gdy tylko skład stanął, z trzaskiem zaczęły otwierać się drzwiczki do wagonów; podróżnych nie było może tak wielu, ale większość stanowili przybywający na czwartkowy targ przekupnie. Ludzie wyciągali z przedziałów torby i toboły wyładowane towarami na sprzedaż, wypakowywali klatki pełne rzucających się, trzepoczących skrzydłami i gubiących wszędzie pierze gęsi i kur; nawoływali się i kręcili po peronie, onieśmieleni wielkością i splendorem miasta, wprowadzając o wiele więcej zamieszania i rozgardiaszu, niż można by się spodziewać.

Dla Kellera byli tylko postaciami, zaledwie masą głów i migających twarzy, a cała ta barwna scenka rodzajowa nie interesowała go w najmniejszym stopniu. Dla niego liczyła się dziś wyłącznie...

– Erika! – Uniósł rękę i pomachał na powitanie.

Tak, to była ona. Wszędzie poznałby te kruczoczarne pukle, ściągnięte w warkocz i skręcone w lśniący, pyszny kok. Odwróciła się, a gdy ich spojrzenia się spotkały, poczuł, że żywiej zabiło mu serce.

Boże, zakochałem się jak byle sztubak, pomyślał w głębi duszy, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Stali tak przez chwilę naprzeciwko siebie, w końcu to on ruszył ku niej.

– Fräulein Erika. – Strzelił obcasami, wręczając jej bukiet. – Königsberg wita najgoręcej, jak tylko potrafi.

Wysmukłe, drobne palce przelotnie musnęły jego dłoń, gdy odebrała kwiaty; miał wrażenie, jakby ktoś przepuścił mu przez rękę prąd, w głowie zawirowało. Dziewczyna zanurzyła twarz w czerwone tulipany, wciągnęła głęboko zapach i podniosła firany czarnych rzęs, a Keller poczuł, jak tonie w tych ogromnych, orzechowych oczach.

– Dzień dobry, panie Gerhardzie. Który z dwóch przemiłych prezentów zawdzięczam komu?

– Dwóch?

– Kwiaty to jeden. Pana obecność drugi.

Uśmiechnął się, podnosząc z ziemi walizę i podając ramię czarnowłosej. Ruszyli niespiesznym krokiem wzdłuż peronu.

– W zasadzie są trzy: pogoda jest na koszt miasta – zaczął, gdy skręcili pomiędzy budynek dworca a mieszkania dla maszynistów, kierując się w kierunku Ostendorfstrasse. – Ja zostałem przysłany tutaj przez profesora, aby upewnić się, że bezpiecznie pani dojechała.

Rzuciła mu obrażone spojrzenie, wydęła policzki.

– Phi! A już myślałam, że przyszedł pan mnie przywitać z własnej woli.

– ...ale byłbym tutaj i tak, żeby sprawić jej przyjemność. Tak przynajmniej mam czelność sądzić. A kwiaty są ode mnie i tylko ode mnie.

 

Raz jeszcze powąchała bukiet, spojrzała na Kellera z ukosa i uśmiechnęła kącikiem ust.

– No dobrze, niech będzie. Zdołał się pan wytłumaczyć, panie fanenjunker.

– Myślałem, że byliśmy po imieniu. – Keller przychylił się do niej, ale ona odwróciła głowę, pokazała palcem.

– O, jakie piękne petunie ktoś ma na oknie! Zawsze chciałam mieć mieszkanie na piętrze i co rano wystawiać doniczki na parapet.

– Śliczne, to prawda – zgodził się Gerhard. – Z tego, co mi wiadomo, to jedna część pani marzenia już zrealizowana.

– O, do tego jeszcze długa droga. Zanim wysprzątam rzeczy po ciotce, wyremontuję... Nie wiem, jak sobie sama z tym dam radę.

– Kto powiedział, że sama?

Erika patrzyła prosto przed siebie, ale zaplotła mu wokół ramienia też drugą rękę.

– A pan fanenjunker jest władny to zmienić?

– Kto wie...


Siedzieli we dwoje w jednej z kafejek przy Neuer Markt, sącząc chłodną kawę. Kelner o wypomadowanych włosach podchodził do ich stolika już kilkukrotnie, ale Gerhard za każdym razem grzecznie dziękował mu za troskę i zapewniał, że zawołają go, jak tylko coś będzie jeszcze potrzebne. W końcu Erika nachyliła się do swego towarzysza, pociągnęła za rękaw.

– Chodźmy już może, bo w tym tempie nigdy nie dotrzemy do tej całej Friedrichstrasse. Muszę się jeszcze rozpakować, wywietrzyć, posprzątać... A jutro do pracy będę stąd miała o wiele dalej.

– Profesor z pewnością wykaże się zrozumieniem – zasugerował Keller, ale wiedział aż nadto dobrze, że to tylko słowa. Podniósł palec do góry, gdy kelner po raz kolejny przechodził w pobliżu, zapłacił, zostawiając suty napiwek. Westchnął ciężko. – Chodźmy zatem, Fräulein Scharfe. Słowo panienki jest dla mnie rozkazem.

Dzień trafił się naprawdę przepiękny. Ciepłe, ostre czerwcowe słońce zalewało fasady budynków kaskadami światła. Ludzie, przyzwyczajeni przez długą i nieustępliwą zimę, a następnie dżdżystą wiosnę do futer i grubych płaszczy, teraz z niedowierzaniem zdejmowali kapelusze i rozchełstywali koszule. Co odważniejsi ściągali nawet marynarki, przerzucając je na jednym palcu przez ramię i całymi sobą dając do zrozumienia, że chłód im niestraszny. Siedzący na ławeczkach pod domami staruszkowie pukali się na to w czoło i komentowali tę lekkomyślność, ale potem kiwali ze zrozumieniem głowami: wiek ma swoje prawa, co poniektórych grzeje jeszcze młodość. Ptaki świergotały w gniazdach pod okapami domów, obwieszczając wszem wobec, że nareszcie nadchodzi pełne, ciepłe lato.

– To chyba tutaj. – Erika wskazała jeden z domów, porównując na wszelki wypadek adres z trzymaną w ręku karteczką. – Dziękuję, panie fanenjunker...

Chciała odebrać Kellerowi bagaż, ale gdy ujęła trzymaną przez niego walizkę, ten zamiast ją oddać, pociągnął dziewczynę na siebie. Panna Scharfe zachwiała się, poleciała na Gerharda, a on objął ją wpół.

– Obawiam się, panno Scharfe, że tak łatwo się ode mnie Fräulein nie uwolni. – Nachylił się do niej, ale ona wykręciła mu się tylko jak fryga, skoczyła na kamienne schodki.

– To w takim razie proszę na górę: ścigamy się! Zaraz zobaczymy, jaki z pana żołnierz!

Popędził za nią, wpadł do ciemnej sieni i załomotał butami po drewnianych schodach, płosząc baraszkujące na półpiętrze koty.

Gdy dowlókł się, ciężko sapiąc, na drugie piętro, Erika mocowała się jeszcze z wejściem. Przekręciła raz i drugi solidny, żelazny klucz, w zamku coś zgrzytnęło i trzasnęło, ale gdy nacisnęła klamkę, drzwi ani drgnęły.

– Aaaa! – zapiszczała, podskakując ze złości w miejscu. – Nienawidzę! Już żałuję, że tu przyjechałam...

Keller odstawił pioruńsko ciężką walizę – co ciekawe, dopiero teraz zwrócił na to uwagę – i delikatnie, ale stanowczo odebrał jej pęk kluczy. Popatrzył, przymierzył do zamka. Przekręcił w obydwie strony, nacisnął na klamkę. Nic.

– To trzeba, moja droga panienko, rozumem... – Uśmiechnął się, po czym z całej siły uderzył w drzwi barkiem. Coś chrupnęło w futrynie, a skrzydło otwarło się na całą szerokość, dosłownie wlatując do wewnątrz.

– Ech, ci mężczyźni. – Panna Scharfe pokręciła głową i wniosła walizę do środka. Spojrzała na podnoszącego się z ziemi Gerharda. – Nieporadni jak dzieci, wszystko trzeba robić samemu... A poprosić o pomoc, to od razu się cali utytłają, utyrmolą. I jeszcze coś zepsują na dodatek.

Keller otrzepał spodnie i bluzę z kurzu, z godnością podniósł czapkę. Podszedł do drzwi, poruszał nimi. Zawiasy były nieco oporne, ale nie aż tak! Przesunął rygiel zasuwy w jedną i drugą stronę, ale zamek też chodził normalnie.

– Do odważnych świat należy. – Wyszczerzył się i zanim Erika zdążyła zareagować, z impetem zamknął drzwi.

– No i co pan najlepszego narobił! Teraz jesteśmy tu uwięzieni.

– To chyba nic złego... – Keller spojrzał na nią zawadiacko. Erika spłoniła się, ale szybko odzyskała rezon i popatrzyła mu hardo w oczy.

– Proszę mi tu nie mędrkować, tylko otworzyć drzwi. Natychmiast!

Gerhard wydął pogardliwie policzki, złapał za klamkę.

– To żaden... – nacisnął i pociągnął. Pociągnął mocniej. – Problem... O, do diaska...

– Powiedziałam, teraz to pana odpowiedzialność – rzuciła Erika, wnosząc walizę głębiej w czeluści mieszkania.

Keller próbował z drzwiami i tak, i siak, szczękał zamkiem, dociskał klamkę... W końcu zauważył przybity gwoździami kuty uchwyt, złapał i pociągnął. Skrzydło niechętnie, ale ustąpiło.

– Wygląda na to, że taki urok tego zamka – zawyrokował. – Wcześniej tak nie było?

– Może i było, nie pamiętam! – odkrzyknęła z pokoju obok Erika. – Ostatni raz widziałam cioteczkę... No, ostatni raz to przy zamykaniu trumny, ale nie byłam tutaj... Oho-ho! Z dziesięć lat!

– Ani razu? – zdziwił się.

Dziewczyna wyszła na korytarz tylko po to, żeby zanurkować do kolejnego pomieszczenia. Po chwili dał się słyszeć odgłos odsłanianych kotar, a po nich donośne kichnięcie: ilość zalegającego wszędzie kurzu zatrważała.

– Cioteczka była... specyficzna. Jak widać zresztą. – Przeszła z pokoju do pokoju, trąc zaczerwieniony nos. – I jakoś się nie składało, wolałam bliżej Instytutu przemieszkiwać. No a jako że Gretchen wybrała mężczyznę ponad przyjaciółkę, to cóż... Wolałam wrócić do domu.

Nie chcąc wyjść na obiboka, Keller otworzył na całą szerokość podwójne drzwi do salonu, ruszył w zielonkawy półmrok, chcąc też odsłonić kotary. Na dobry początek wpadł na stolik, z którego posypały się ustawione w stosach książki, potem nadepnął na (chyba) poduszkę, a w końcu potknął się o ciężki jak nieszczęście podnóżek i prawie wyłożył jak długi.

Sycząc z bólu w stłuczonej kostce, dobrnął w końcu do okna, pociągnął za zwisający spod sufitu sznur. Ciężkie, pluszowe zasłony pojechały na boki, zalewając słonecznym światłem zagracony ponad wszelkie pojęcie pokój.

– Bynajmniej, nie dziwię się wcale! – zawołał do niej. – Na szczęście jakoś się ułożyło i jesteś znów tutaj. Profesor będzie przeszczęśliwy, nareszcie mając pod ręką swoją ukochaną asystentkę.

– A ty, Gerhardzie? – Stanęła w drzwiach.

– Ja... – zaczął Keller, czując nagły ucisk w żołądku. Po raz pierwszy od miesięcy mówili do siebie na „ty”... Erika tylko machnęła ręką.

– Chodź, pomożesz mi odkręcić wodę. Nie mam pojęcia, jak się to robi, a krany nie działają.


Kilka godzin później siedzieli w kuchni i świętowali, popijając pierwszą ugotowaną herbatę i przegryzając znalezione w jakiejś dawno zapomnianej puszeczce, lekko zwietrzałe herbatniki maślane. Keller pozbył się bluzy, jego włosy jakby przyprószyła siwizna, a do niedawna śnieżnobiała, idealnie wyprasowana koszula była teraz pomięta, umorusana, pokryta kurzem i strzępkami pajęczyn.

Zdołali doprowadzić do stanu użytkowego kuchnię, toaletę i jeden malutki pokoik. Na więcej nie starczyło sił.

– To jakiś koszmar, czysty koszmar – pokręciła głową Erika. – Zawsze czułam, że spadki po krewnych to jakieś straszliwe oszustwo.

– Nie jest tak źle. Jeszcze kilka dni wytężonej pracy i da się tu nawet wejść bez przeszkód, jakiś miesiąc i można będzie zaprosić gości...

Popatrzyli na siebie i parsknęli śmiechem. Keller dopił herbatę, uśmiechnął się trochę smutno.

– Mógłbym i chętnie zostałbym tu z panią chociażby do nocy, Fräulein Scharfe... Ale obowiązki mnie wzywają, profesor na pewno już się niepokoi. I to bynajmniej nie o mnie.

Erika zrobiła nadąsaną minę.

– Skoro ma mnie pan już dosyć, fanenjunkrze Keller, to nie będę pana próbowała zatrzymać. Niech pan wie, że ani trochę nie będzie mi smutno, jak zostawi mnie pan tu zupełnie samą w tym ogromnym, pustym mieszkaniu. I nawet gdy będę leżeć nocą sama w łóżku...

Urwała nagle, jak gdyby pomiędzy nimi coś przeskoczyło – niemal dostrzegalna, wyczuwalna iskra ładunku elektrycznego. Mocujący się z guzikami bluzy Keller zamarł w pół ruchu, czując, jak nagle łomocze mu w uszach krew.

– Pójdę już, Eriko – wykrztusił, chwytając pas z oparcia krzesła.

Nie odezwała się ani słowem, kiedy schodzili na dół. On też nie wiedział, co powiedzieć, bo pomimo całego dnia pracy, pomimo stacji, peronu i pociągu, pomimo lekko duszącego zapachu kotów na klatce, cały czas wydawało mu się, że łowi w powietrzu delikatny zapach jej perfum. Czuł tylko jej smukłą dłoń pod ramieniem i miał wrażenie, że sam nie dotyka stopami ziemi.

– Do widzenia, Herr Fahnenjunker. – Erika odwróciła się do Kellera, gdy stanęli w sieni na dole. – Dziękuję raz jeszcze za pomoc, i do zobaczenia.

– Eriko, ja...

Wspięła się na palce i ucałowała go delikatnie w policzek. Potem po prostu obróciła się na pięcie i niespiesznym, lekkim krokiem, jak gdyby nigdy nic, weszła na górę.

Jej kroki na trzeszczących, drewnianych schodach stawały się coraz cichsze, aż wreszcie zanikły; w końcu szczęknął zamek, jęknęły otwierane i zamykane drzwi, stuknęła zasuwa.

A on cały czas stał na samym dole i czuł, że ślad jej ust płonie żywym ogniem.


Z drogi przez miasto nie pamiętał nic.

Nogi zdawały się nieść go same, bruk ulic dosłownie przesuwał się pod nim, domy i gmachy przelatywały obok, jak podczas jazdy motocyklem. Wszyscy ludzie uśmiechali się do niego, więc i on uśmiechał się do nich. Kłaniał się przekupkom, gestem ręki pozdrawiał śmiejących się do niego z drugiej strony ulicy handlarzy, wystawiał twarz ku promieniom słońca, które grzało tak pięknie, tak cudownie, wlewając w jego serce czystą, niczym niezmąconą radość.

Nadłożył drogi, by obejść fasadę zamku od południa, potem zrobił rundkę po Königsgarten, gdzie wrzucił do kapelusza rzępolącego na akordeonie weterana wszystkie drobne z kieszeni. Poszedł specjalnie małymi uliczkami, by popatrzeć na kolorowe afisze przy Theaterplatz, zahaczył o zawsze kolorowe kramy na Neumarkt... I wszędzie ludzie uśmiechali się do niego, a on uśmiechał się do nich.

Życie było piękne.

– Nie może pan tak wejść! – okrzyknął go woźny, gdy Keller był już w ogromnej sieni gmachu głównego Institut für Ingenieurmathematik. Zatrzymał się w pół kroku, popatrzył szczerze zdziwiony na wstającego zza blatu szatni staruszka.

– Przecież ja...

– Ale przecież jak pan fanenjunker wygląda! – załamał ręce tamten, podprowadził Kellera do wiszącego na ścianie obok lustra.

Faktycznie – wyglądał, jakby... No, jakby przez kilka godzin przesuwał meble i ścierał kurze w zapuszczonym mieszkaniu. O ile bluza i czapka były jeszcze od biedy czyste, o tyle na kolanach i udach miał ciemne plamy kurzu, a już twarz... Fanenjunker popatrzył z ukosa na woźnego, ten bez słowa wskazał mu łazieneczkę na tyłach swej kanciapy.

Obmyty i doprowadzony z grubsza do porządku Fahnenjunker Gerhard Keller wyłonił się kilka minut później z ciasnej, ciemnej i niskiej toalety. Skinął w podzięce woźnemu i już z nieco czystszą i spokojniejszą głową ruszył na górę po schodach.

W uszach jeszcze szumiała mu rozpalona krew i śpiewały chóry anielskie, więc raz i drugi pobłądził w cichych, ciemnych już o tej porze korytarzach. Przystawał, wracał się i rozglądał niepewnie na skrzyżowaniach, ale w końcu, po kilku próbach, zdołał dotrzeć do właściwego skrzydła. Stanął przed potężnymi, dwuskrzydłowymi drzwiami, zapukał i nacisnął klamkę.

 

– Dzień dobry... to jest dobry wieczór, profesorze! – zawołał od drzwi.

Faktycznie, za oknami zapadał już zmrok, powoli rozjarzały się lampy gazowe na nieodległym kampusie Physikalisches Institut. Kellerowi odpowiedziała tylko cisza. Zamknął za sobą drzwi i wszedł dalej, starając się nie stąpać nazbyt głośno po trzeszczących klepkach podłogi. Profesor nigdy nie zostawiłby laboratorium otwartego, a wszystkie klucze zawsze nosił przy sobie, więc musiał gdzieś tu być.

Minął przedsionek, zatrzymał się na chwilę przy stojącym z boku biurku asystentki. Teraz było ono ledwo widoczne spod nagromadzonych pudeł i stosów papierów; zakurzone krzesło stało odsunięte na bok, na skórzanym obiciu dało się dostrzec ślady ubłoconych butów. Osierocony czajnik i rozkompletowany serwis do herbaty wyglądały nieśmiało z zupełnie losowych miejsc w kredensie, a na fusach zalegających w filiżance postawionej na samiusieńkim rogu blatu zdążyła narosnąć, umrzeć i wyschnąć na wiór imponująca kolonia różnokolorowej pleśni.

Widać jednak było, że ktoś tu czasem sprząta, bo podłoga przynajmniej przy wejściu nosiła ślady nieśmiałego mycia. Zapewne pod nieobecność profesora to woźny musiał otwierać pracownię kluczem zapasowym, ryzykując nie tylko posadę, ale i zdrowie; mimo tego w rogach zdążyła się już nazbierać warstwa kurzu. Gdyby taka sytuacja miała potrwać jeszcze jakiś czas, laboratorium matematyka zamieniłoby się powoli w ogród botaniczny.

Keller przeszedł kilka kroków dalej. Chciał zawołać ponownie, ale zauważył sączącą się spod drzwi smugę światła. Delikatnie uchylił skrzydło, zajrzał do jednego z gabinetów.

Profesor siedział zgarbiony, pochylając się nad stołem roboczym. Na blacie przed nim leżało kilkanaście otwartych zegarków, każdy z nich w specjalnie przygotowanej, oddzielnej przegródce opatrzonej numerem ewidencyjnym. Pióro w ręku naukowca zadrgało ledwo zauważalnie, stawiając szereg zrozumiałych tylko dla niego znaczków w skomplikowanej tabeli pomiarowej, a potem znów zamarło w bezruchu.

Keller aż wstrzymał oddech, tak przytłaczająca była panująca w gabinecie cisza; jedynym w niej dźwiękiem było miarowe, rytmiczne cykanie czasomierzy.

Cyk-cyk-cyk-cyk-cyk.

Tiktiktitktik.

Tik-tak, tik-tak...

– Witaj, Gerhardzie – odezwał się profesor Nemmersdorf. Mówił powoli, jakby zastanawiając się przed każdym słowem. Widać było, że cała jego uwaga skupiona jest na otwartych mechanizmach. – Panna Scharfe, jak wnoszę, w dobrym humorze.

Keller szybko odbił piłeczkę:

– Piękna pogoda była.

Nemmersdorf odłożył pióro, wyprostował się i popatrzył na swego młodego podopiecznego; tkwiąca w prawym oczodole lupa zegarmistrzowska powiększała źrenicę naukowca do jakichś przerażających, groteskowych rozmiarów. Gerhard odruchowo wyprężył się, niczym sztubak przed obliczem dyrektora szkoły.

Znał profesora praktycznie od dziecka. Przychodził do tego gabinetu jeszcze z ojcem, przedwcześnie zabranym z ziemskiego łez padołu przez epidemię grypy ósmego roku. Od tamtej pory nauczył się wiele sam, jeszcze więcej przekazał mu Nemmersdorf – w tym zamiłowanie do szermierki słownej i pasję do szachów.

Nierzadko toczyli swe dysputy całymi tygodniami – po kawałku, na raty. Każda rozmowa z jego mentorem przypominała grę w szachy, ale prowadzoną co drugi ruch, gdzie zdania przeskakiwały całe poziomy logicznego wnioskowania.

– Mam nadzieję, Gerhardzie, że nie poświęciłeś całego dnia tylko na własne przyjemności. Od jutra panna Scharfe będzie miała dość dużo pracy tutaj.

– Dokładnie dlatego wysprzątałem jej mieszkanie, żeby z kolei ona mogła jutro poświęcić się temu samemu w pracowni pana profesora.

– Sugerujesz, Gerhardzie, że zamiast ściągać ją tutaj z Pillau, powinienem był zatrudnić ciebie jako pomoc?

– Podaję tylko fakty, Herr Professor. Implikacje są odczuciem subiektywnym dla każdego odbiorcy.

Profesor uśmiechnął się zdawkowo, zamykając pudło ze swymi egzemplarzami laboratoryjnymi. Większość naukowców eksperymentowała na zwierzętach, ale on zawsze powtarzał, że maszyny są bardziej miarodajne.

– Załóżmy, że się wybroniłeś, Gerhardzie. Ale uważaj z odnoszeniem się do równie subiektywnych odczuć natury estetycznej jako wytłumaczenia dla swoich działań. Szczególnie gdy mowa o powierzonych twojej pieczy osobach tak cennych, jak panna Scharfe.

Keller nie skomentował, patrząc, jak Nemmersdorf składa i chowa dokumentację do jednej z setek przegródek na dokumenty.

Idealnie uporządkowany i pedantyczny w pracy, profesor zupełnie celowo i świadomie nie zwracał uwagi na rzeczy będące dla większości ludzi solą życia – jak chociażby sprzątanie czy mycie okien. Odkąd Erika odeszła, mentor Kellera konsekwentnie i uparcie odmawiał przyjęcia kogokolwiek chociażby na dłuższy staż, więc pozbawione tak zwanej kobiecej ręki laboratorium stało się nieco zaniedbane.

– Bez panny Scharfe faktycznie chyba nie miałbym wyboru, tylko nająć się u pana profesora – mruknął pod nosem. – Jak długo miał Herr Professor zamiar jeszcze wytrzymać?

– W polityce i nauce nie ma trzeciego trybu warunkowego, Gerhardzie. To, co się nie stało, nie stało się. Nie ma sensu rozpatrywać wariantów przeszłości, która nie zaistniała. Dokończymy partię?

– Naturalnie.

Przeszli do stolika z wyrysowaną szachownicą, Keller wyciągnął z szuflady zestaw figur z kości słoniowej.

– Która? – Popatrzył wyzywająco na Nemmersdorfa. Ten zastanowił się chwilę, potem uśmiechnął zjadliwie.

– Zatoczyliśmy koło, Gerhardzie. Ostatnia przed jej odjazdem.

Keller drgnął, ale nie dał po sobie nic poznać. Sięgnął pamięcią wstecz, starając się odtworzyć ustawienie figur w trakcie jednej z nielicznych niedokończonych partii, jakie rozegrali przez te lata, po czym zaczął rozstawiać figury. Profesor patrzył na to krytycznie, od czasu do czasu krzywiąc się z dezaprobatą i przesuwając pionki na właściwe pozycje.

– Ćwicz umysł, Gerhardzie. Jeden niewłaściwie ustawiony element i zaburzasz obraz całej sytuacji. Potem nic już nie pasuje tam, gdzie powinno, bo zakłócenia interferują ze sobą i wypaczają twoje postrzeganie rzeczywistości. Pierwszy błąd staje się jedynym i zarazem ostatnim... A teraz trzy ruchy wstecz.

Keller zawahał się; potrafił w zasadzie przypomnieć sobie, jak wyglądała sytuacja w partii, którą mieli teraz kontynuować, ale na tym się kończyło. Profesor westchnął, sam zaczął po kolei cofać figury.

– Do każdego z możliwych ustawień prowadzi tylko jeden łańcuch przyczynowo-skutkowy, Gerhardzie. Tak, owszem: możliwe jest osiągnięcie takiego samego wyniku poprzez wiele różnych działań...

Chcący już coś wtrącić Keller zagryzł wargę: Nemmersdorf zbijał jego argumenty, zanim on zdążył je w ogóle wysunąć.

– ...co nie zmienia faktu, że konkretną sytuację osiągasz nie poprzez nieskończoność różnych, a przez jeden bardzo konkretny ciąg ruchów. Wystarczy mieć jedną daną wejściową, żeby twój model nabrał cech prawdopodobieństwa; dwie, by móc odtworzyć go w przybliżeniu; trzy, aby stał się wierną kopią. Nie musisz zatem reprodukować całości ustawienia. Wystarczy tylko, że pamiętasz ruch początkowy i dwa punkty po drodze, aby odtworzyć całą sekwencję... Popatrz sam.

Keller pokiwał głową z ponurym podziwem: faktycznie, tak wyglądała ich szachownica, gdy wychodził od Nemmersdorfa tamtego ostatniego wieczora, zanim Erika złożyła u profesora wypowiedzenie. Z pewnością na jej decyzję wpłynęły też kwestie mieszkaniowe, ale on wiedział doskonale, że nie chodziło tylko o to.

– Sam pan profesor użył trzeciego okresu warunkowego. – Przesunął swego gońca i odezwał się, pozornie bez związku z całą sytuacją. Nemmersdorf drgnął, spojrzał na niego z ukosa i uniósł brew.

– Słucham?

– Mówił pan profesor, że nie ma sensu rozpatrywać wariantów przeszłości w trzecim trybie warunkowym; tymczasem sam na początku naszej rozmowy pytał, czy powinien był zatrudnić mnie zamiast panny Scharfe.

Profesor nie odpowiedział, patrząc z natężeniem na planszę, po czym wysunął jeden ze swoich pionków przed sypiącą się już linię, prosto na bicie królowej Kellera.

– Czasem zdobycz potrafi faktycznie być zdobyczą, Gerhardzie, ale kiedy indziej jest tylko przynętą na coś większego. To dobrze, że rozumujesz i analizujesz, bo to daje wiedzę na przyszłość; ale twoim problemem jest to, co gnębi wszystkich ludzi inteligentnych.

– To znaczy? – Keller zignorował wystawionego piona i przesunął swego konia w bok i do przodu, zasadzając się na jedną z wież Nemmersdorfa.