KönigsbergTekst

Z serii: Stalowe szczury #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Königsberg
Königsberg
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 80,33  64,26 
Königsberg
Königsberg
Audiobook
Czyta Filip Kosior
42,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział II

Mannfried von Hohenfürst – k.u.k. Auswärtige Dienst außerordentlicher Gesandte, czyli Nadzwyczajny Wysłannik Cesarsko-Królewskiej Służby Spraw Zagranicznych – zdjął płaszcz i kapelusz z wieszaka, otaksował wzrokiem biuro.

– To wszystko na dzisiaj, Fräulein Arner. Idę już, dobranoc.

Sekretarka podniosła wzrok znad przepisywanego listu i obdarzyła przełożonego lekko roztargnionym uśmiechem.

– Dobranoc, panie konsulu!

Von Hohenfürst zamknął za sobą drzwi i zszedł po schodkach, gdzie już czekał samochód. Kierowca skinął głową, otworzył drzwiczki automobilu.

– Na przyjęcie, panie konsulu?

– Tak – westchnął Mannfried, sadowiąc się w skrzypiącym skórą, ciemnym i miękkim wnętrzu maszyny. Ile dałby, żeby móc się teraz zdrzemnąć... Przez głowę przemknęła mu nawet myśl, żeby kazać Karlowi pojechać drogą dookoła, przez Steindamm, ale szybko zdusił tę chwilę słabości.

Samochód zawarczał i ruszył, podskakując i turkocąc na nierównym bruku Königsberga. Kołysanie i szum działały kojąco, świat lekko pływał z lewa na prawo, po obydwu stronach drogi przesuwały się światła stojących w równych odstępach lamp. Jednostajny rytm uspokajał, wciągał w siebie jakąś wijącą się na granicy słyszalności kołysanką...

Von Hohenfürst poderwał gwałtownie głowę. Czując, że zaraz zaśnie, przetarł twarz ręką i zmusił się do ziewnięcia. Oczy nie chciały złapać ostrości, obraz rozjeżdżał się i tańczył, powieki ciążyły w dół, nie chcąc się rozkleić. Uszczypnął się w wewnętrzną stronę dłoni, ale ból nie przyszedł tak mocny i wyraźny, jak miał na to nadzieję. Że też akurat teraz zaczęło go morzyć! Ech, będzie wreszcie musiał kiedyś, jakoś, gdzieś, odespać.

Nie chodziło bynajmniej o to, że konsul von Hohenfürst prowadził jakoś szczególnie hulaszczy tryb życia, a dzień był dla niego tylko okresem pomiędzy jedną a drugą libacją i potańcówką. Bynajmniej, jakkolwiek nie gardził zacnym trunkiem i miłą muzyką ani towarzystwem ładnych kobiet, a tych w mieście było naprawdę sporo.

Nie był też typem zaharowującego się na śmierć pracoholika, który postrzega wieczór jako logiczne przedłużenie roboczego poranka i popołudnia i wierzy, że pracując odpowiednio dużo i ciężko, w końcu dogoni własny cień i kiedyś pojedzie na zasłużone wakacje.

Nie – pan konsul od pewnego czasu po prostu nie mógł spać.

Zaczęło się jakoś od jego relokacji do Prus Wschodnich, na przełomie szesnastego i siedemnastego roku... a w zasadzie to dokładnie wtedy, gdy został w Berlinie wezwany przez swego zwierzchnika, Jego Ekscelencję ambasadora, który z bardzo poważną miną wręczył mu opieczętowaną kopertę. W środku znajdowały się dokumenty polecające założenie w Königsbergu ataszatu handlowego, mającego zarządzać sprawami rosnącej wymiany towarowej pomiędzy Cesarstwem Austro-Węgierskim a Królestwem Prus. Jednocześnie jednak drugą ręką ambasador podał mu inną, mniejszą kopertę, zawierającą zapisaną drobnym druczkiem instrukcję, opisującą prawdziwy cel jego misji.

W pierwszej chwili Mannfried poczuł się doceniony i wyróżniony. Wiedział, na co się pisze, zgłaszając wcześniej swój akces do spraw wymagających „szczególnego zaangażowania i oddania”, jak to ładnie ujmowało rozporządzenie; nie był więc zaskoczony, w każdym razie nie bardziej niż każdy, kto otrzymuje nie do końca jawne zadanie.

Po prostu... no właśnie. Nie stało się nic szczególnego, ale po prostu nie mógł od tamtej pory spokojnie zasnąć.

Gdyby w grę wchodziła regularna działalność wywiadowcza w jednym z państw ententy, to może nie poruszyłoby go to aż tak dogłębnie. Nie było w końcu tajemnicą – a w każdym razie wszyscy się tego domyślali – że skonfliktowane mocarstwa uciekać się będą do różnych, zarówno mniej, jak i bardziej jawnych środków celem uzyskania przewagi. Gazety niemal regularnie donosiły o procesach i egzekucjach szpiegów i sabotażystów, na łamach dzienników pojawiały się zmanipulowane zdjęcia okrucieństw, jakich rzekomo dopuszczały się armie przeciwnika podczas działań wojennych. Wzajemne oskarżenia o łamanie konwencji były na porządku dziennym.

Ale to wszystko stanowiło poniekąd przedłużenie i kontynuację powszechnie znanej polityki obu stron, dokładnie tak, jak ujął to Clausewitz. Do tego klasyczny szpieg działał na terytorium wroga. Jemu natomiast powierzono misję wywiadowczą na terytorium państwa, które w trwającej już ponad trzy lata wojnie było ich – bądź co bądź – sojusznikiem.

Misję, której cel i zasadność budziły jego poważne wątpliwości.

– Dojechaliśmy, panie konsulu.

Głos kierowcy doleciał jak przez mgłę. Von Hohenfürst z trudem otworzył półprzymknięte oczy, kiwnął głową i wymamrotał jakieś ogólnikowe słowa aprobaty; najbardziej nienawidził właśnie tego stanu półdrzemki, bo wydawało mu się wtedy, że myśli logicznie i po prostu ciągnie pewien wywód – a tymczasem wychodziło na to, że to złudzenie wywołane przez nadchodzący sen.

Wstrząsnął się, wciągnął haust i drugi chłodnego, rześkiego powietrza. Poprawił muchę pod szyją, a gdy tylko Karl otworzył drzwiczki, wysiadł energicznym, sprężystym ruchem.

W oczy uderzył go blask płonących światłem okien rezydencji, muzyka spłynęła z piętra falą jazgotliwego szumu, w którym dopiero po chwili odróżnił niższe i wyższe tony składające się na linię melodyczną.

Konsul Mannfried von Hohenfürst westchnął w skrytości ducha, po czym przywołał na twarz wyuczony przez lata pracy w dyplomacji uśmieszek; rozdając na lewo i prawo skinienia i pozdrowienia, wszedł na górę po wyłożonych czerwonym dywanem schodach.

Ściągnął z tacy przechodzącego obok lokaja kieliszek, opróżnił duszkiem i odstawił na pierwszy lepszy stolik. Po czym ruszył po prostu przed siebie, lawirując pomiędzy stojącymi w grupkach i przemieszczającymi się w zupełnie losowy sposób ludźmi. Damy w rozłożystych sukniach ciągnęły za sobą treny i równie ciężki jak one zapach wieczorowych perfum, dżentelmeni przerzucali się ulatującymi w obłoczkach dymu replikami, które zawisały wokół kryształowych żyrandoli zwiewną, szarawą mgiełką.

Wszyscy uśmiechnięci, pomyślał konsul, taksując twarze i notując w myślach konstelacje rozmówców.

Był na tej placówce od stosunkowo niedawna, więc zdążył poznać tylko kluczowych graczy lokalnej société; dopiero teraz powoli i mozolnie wgryzał się w zawiłości układów personalnych, zależności biznesowych i podległości służbowych, które składały się na oplatającą Königsberg pajęczynę wpływów oraz intryg. Gdzieś pod warstwą pozłoty i blichtru leżał tutaj zupełnie inny świat, w który musiał prędzej czy później wkroczyć... Byle tylko do tej pory zdążył wyrobić sobie przynajmniej pobieżne pojęcie o jego topografii.

Przywitał się z włoskim wysłannikiem handlowym, zamienił parę słów z dziekanem Albertiny, skomplementował kapelusz szacownej małżonki radcy Angelmaiera, który stojąc w cieniu wybranki serca, wyglądał jak przycupnięty pod rozłożystym muchomorem ogrodowy krasnal. Wypił jeszcze pół kieliszka, zapalił cygaretkę i dopiero wtedy poczuł, że zaczyna odbierać rzeczywistość mniej więcej tak, jak należało. Senność i otępienie nie ustąpiły definitywnie, ale cofnęły się gdzieś na tył głowy, przyczaiły w oczekiwaniu na dogodny moment do ataku.

Konsul podszedł bliżej podium dla orkiestry, popatrzył z zaciekawieniem na strojących instrumenty muzykantów o lśniących od brylantyny włosach. Białe marynarki kontrastowały wyraźnie ze śniadą skórą twarzy, ciemne dłonie o jaśniejszych paznokciach biegały z wprawą po klawiszach wypolerowanych na lustro trąbek; jeden z Mulatów podniósł głowę i uśmiechnął się do von Hohenfürsta, który mimowolnie się wzdrygnął, widząc jego nienaturalnie duże i białe zęby.

– Panie konsulu, jakże niewymownie się cieszę! – Przez tłum przecisnął się ku niemu graf Maximilian von Hantzsch, gospodarz przyjęcia. Niski, żwawy i chudy arystokrata był zupełnym przeciwieństwem wyobrażenia o pruskiej szlachcie, przeważnie rysowanej w karykaturach jako byki bądź odyńce; graf przypominał raczej igłę z nasadzonymi na czubek drucianymi binoklami. – Jakże bardzo, ale to bardzo się cieszę, że zechciał pan przyjąć zaproszenie i uświetnić wieczór swą obecnością!

– Ależ doprawdy, drobiazg. – Mannfried nieopatrznie podał rękę na powitanie. Po zwyczajowym męskim uścisku spróbował wyciągnąć dłoń z objęć grafa, ale ten potrząsał nią tak intensywnie, aż cały przy tym podskakiwał.

– Naprawdę, naprawdę to dla nas wielka przyjemność, że zaszczycił nas pan konsul odwiedzinami!

– No cóż... tak. – Von Hohenfürst w końcu wyswobodził dłoń, od razu złapał lampkę szampana i wystawił przed siebie, żeby zapobiec kolejnym atakom wylewności.

– Moja matka dobrodziejka, świeć Panie nad jej duszą, była spod Lilienfeld! Rozumie pan konsul?

– Tak – skłamał dyplomata, dla którego zapamiętywanie nazw własnych nigdy nie było najmocniejszą stroną.

– No więc, więc jesteśmy z panem konsulem prawie jak rodzina! – rozpromienił się von Hantzsch. – Gdy dowiedziałem się, że moja druga ojczyzna zdecydowała się otworzyć u nas, w Königsbergu, ambasadę...

– Ataszat handlowy – poprawił odruchowo Mannfried, ale graf nawet tego nie zauważył.

– ...to od razu pomyślałem sobie: Maximilian, mój drogi, szczęście się do ciebie uśmiechnęło na starość! Może wreszcie będzie gdzie się zatrzymać, gdy przyjdzie ci groby przodków odwiedzić, a może i znajdzie się miejsce, by swoje kości w ziemi złożyć! Ja już nie mówię zresztą, żeby do kogoś pojechać, panie konsulu, ale chociażby GDZIEŚ. Mamy, rozumie pan konsul, grobowiec rodzinny na wiedeńskim Zentralfriedhof, a ja...

Von Hohenfürst spojrzał badawczo na grafa, ten pokiwał głową.

 

– Rodzina, panie konsulu, to największy skarb, ale i najgorsza plaga. Gdy moja mateczka starowinka zamknęła oczy w dziewięćdziesiątym drugim, to jej przyrodni brat tak poprowadził sprawy spadkowe, że...

Mannfried uniósł tylko rękę.

– Proszę nie mówić ani słowa więcej, mein Herr Graf. Polecę, aby sprawdzono, jaki jest obecny stan prawny nieruchomości, i w miarę możliwości podjęto niezbędne kroki.

– Mój dobrodzieju! – Von Hantzsch wyszczerzył się tak szeroko, że gdyby nie uszy, to zapewne odpadłaby mu górna połowa czaszki. – Jak ja się panu konsulowi odwdzięczę?

Dyplomata upił łyk szampana, gratulując sobie w myślach dobrej intuicji do ludzi. Może nie będzie to aż tak znów haniebnie zmarnowany wieczór.

– Absolutnie nie ma o czym mówić – powiedział tak, aby jego gospodarz nie miał nawet cienia wątpliwości, że jest wręcz odwrotnie. – Niech mi pan graf opowie na razie o tej młodej damie, przez którą całe to zamieszanie.

Oczy grafa błysnęły zauważalnie, a Mannfried od razu poczynił w myślach kolejną notatkę: kobiety. Wartość starego von Hantzscha jako osobowego źródła informacji rosła dosłownie z minuty na minutę.

– Miss Jennifer – mlasnął arystokrata, celowo przeciągając i jak gdyby smakując zgłoski. Mannfried uniósł brew, zdziwiony obcym brzmieniem imienia.

– Amerykanka?

– Tylko z paszportu! – zaśmiał się graf. – Po ojcu i matce to rodowita Niemka z dziada pradziada, rodzina emigrowała do Stanów jeszcze po wojnie duńsko-pruskiej, ale nigdy nie utracili poczucia przynależności... Powiadam panu, prawdziwa duma dla Vaterlandu!

– Pan graf wybaczy, ale duma zakłada chyba pozostanie w swym kraju, a nie robienie kariery na obczyźnie.

– Ależ, ależ, niech się pan konsul nie unosi. – Von Hantzsch nachylił się poufale. – Powiadam panu, że ta dziewczyna to skarb, prawdziwy skarb. Urodzona artystka. Gdy zaczęła się wojna, obudził się w niej uśpiony patriotyzm. Wypowiedzi dla gazet, rozumie pan konsul, rozmowy na przyjęciach po tamtej stronie oceanu... No a teraz wróciła na ojczyzny łono, żeby w ten sposób wyrazić wsparcie dla naszych chłopców walczących na froncie!

– Pochwały godne, faktycznie – mruknął tylko Mannfried, mający już wyrobione zdanie na temat podobnych uśpionych tendencji, gwałtownie przebudzonych z powodów rzecz jasna altruistycznych. On określał je jednym, krótkim mianem: oportunizmu. Postanowił zmienić temat, żeby nie drażnić gospodarza: – A pan graf trafił na nią poprzez...?

– Najkrócej mówiąc, z polecenia znajomego. – Znów ten sam lubieżny błysk w oku. – Pomyślałem sobie, że stary, poczciwy Königsberg jest przecież nie mniej piękny od dowolnego innego miasta Cesarstwa, a i nam też należy się odrobina kulturalnej rozrywki.

– Bardzo to wspaniałomyślne z pana grafa strony. – Mannfried pokiwał głową, próbując jednocześnie chociaż w przybliżeniu skalkulować koszt ściągnięcia śpiewaczki wraz z całą jej świtą z Berlina, w którym ponoć wcześniej bawiła.

Z drugiej strony dla kogoś, kto mógł pozwolić sobie na podróż transoceaniczną w imię patriotyzmu – prawdziwego bądź też udawanego – pieniądze musiały mieć znaczenie drugorzędne, więc równie dobrze „Miss Jennifer” mogła potraktować tournée do Königsberga jako drobną wycieczkę.

Przygasły światła. Tłum zafalował, przesuwając się bliżej sceny. Ludzie wyciągali głowy i usilnie starali się zobaczyć, czy gwiazda wieczoru już stoi na estradzie.

– Zaczynają! – szepnął podekscytowany von Hantzsch, też posuwając się ku przodowi. Von Hohenfürst został tam, gdzie stał, sącząc szampana i spod oka obserwując przesuwających się ludzi.

Uderzyła perkusja, zaraz po niej odezwała się jedna trąbka, potem druga. Lampy rozbłysły rzęsistym światłem, otwarły się podwójne drzwi i do wtóru pierwszych taktów muzyki na salony wpłynęła Gwiazda.

Jak one to robią? – pomyślał Mannfried.

Kobieta w długiej wieczorowej sukni zdawała się dosłownie unosić ponad parkietem, niemal nie dotykając stopami ziemi. Tłum samoistnie rozstępował się przed nią, a ona nie zauważała nikogo ani niczego, patrząc wielkimi, błękitnymi oczami prosto przed siebie i sunąc ku orkiestrze. Wspięła się zwinnym, kocim ruchem na podest, błyskając jednocześnie obcasem buta i doskonale wyrzeźbioną łydką; stanęła przed publiką jak gdyby onieśmielona, z dłońmi splecionymi na podołku i wstydliwie spuszczonymi oczami skrytymi za firanami gęstych, czarnych rzęs. Muzyka spłynęła kaskadą w dół, cichnąc prawie do szeptu...

A potem Miss Jennifer podniosła wzrok, uśmiechnęła się i zaśpiewała.

Jej głos popłynął ponad głowami zebranych, odezwał rezonansem w kryształowych żyrandolach, owinął wokół marmurowych posągów na postumentach, dźwięcząc w wysokich kieliszkach i skrząc się iskierkami bąbelków musującego wina. Czterej Mulaci grali z przymkniętymi oczami, z odchylonymi do tyłu głowami, uśmiechnięci tajemniczo do sobie tylko znanych myśli; praktycznie od niechcenia wydobywali z instrumentów szepczące dźwięki, jak gdyby melodia była tylko mało istotnym tłem.

Von Hohenfürst w końcu poddał się nastrojowi chwili, pozwalając, żeby muzyka i głos zlały się w jego duszy w jedno. Nie rozumiał słów, ale nie były tu istotne: przed oczami stanął mu rodzinny dom, ciepłe popołudnia szczęśliwego dzieciństwa, przeświecające przez koronę rozłożystej lipy sierpniowe słońce...

– Marzenie – odezwał się ktoś półgłosem. Mannfried zamrugał, odwrócił głowę.

– Słucham? – Popatrzył na stojącego obok oficera.

– Marzenie – powtórzył tamten. – O takiej kobiecie marzyliśmy w okopach Pas-de-Calais. W zasadzie to marzyliśmy o jakiejkolwiek... Ale taka byłaby ideałem.

– Nie tylko w okopach chyba, jak zresztą widać. Przepraszam, ale nie przypominam sobie...

Mundurowy uśmiechnął się półgębkiem, odwrócił do konsula i skinął głową w geście przywitania.

– Leutnat Teodor Grossmann. Świeża relokacja urlopowa po froncie zachodnim.

– Mannfried von Hohenfürst, c.k. konsul handlowy w Königsbergu. Pańskie nazwisko wydaje mi się...

– Tak. Ale proszę, nie mówmy o tym. Jestem tu, żeby odpocząć.

– Naturalnie, panie podporuczniku. – Dyplomata odwrócił się ponownie do sceny, akurat by zobaczyć, jak Miss Jennifer powoli przykłada dłonie w rękawiczkach do ust, patrząc błyszczącymi oczami na swą publiczność niczym podlotek, któremu nieopatrznie wyrwało się wyznanie miłości. Muzykanci ucichli, instrumenty umilkły – a potem zerwał się huragan oklasków.

– Brawo! – Na scenę wskoczył graf von Hantzsch, głośno cmoknął śpiewaczkę w urękawicznioną dłoń. – Brawo! Przed państwem niezrównana Miss Jennifer Zoransky, nasza gwiazda zza oceanu i prawdziwa córka niemieckiej ziemi!

Artystka uśmiechnęła się tak, że kilka wiszących pod zdobionym stiukami sufitem żyrandoli aż przygasło, przychyliła do von Hantzscha – nawet bez obcasów byłaby od niego wyższa o kilka cali – i powiedziała coś, czego przez wiwaty i okrzyki nie dało się usłyszeć, ale po czym graf aż spąsowiał z zadowolenia i zaczął klaskać jeszcze intensywniej.

– Mówiłem panu, Herr Leutnant, że warto będzie przyjść – szepnął na ucho Teodorowi stający za nim Eugen Klaucke, dzięki któremu on i Keller zostali w ostatniej chwili dopisani do stosunkowo wąskiej i mocno arystokratycznej listy gości. – Przyzna pan chyba?

– Mhm... – mruknął Grossmann z aprobatą.

Klaucke był ich niegdysiejszym kolegą z regimentu, był też, podobnie jak Keller, rodowitym królewiecczaninem. W odróżnieniu jednak od rycerskiego i honorowego Kellera Klauckego znano jako szeroko pojętego kombinatora, który jeszcze na froncie trudnił się drobnym przemytem i sprzedażą papierosów na sztuki.

Naprawdę lukratywnym zajęciem okazał się dla niego dopiero handel zbieraną na ziemi niczyjej, jak sam to określał, „biżuterią” – chociaż natura znoszonych przez niego do ziemianki towarów musiała być raczej paskudna, bo torba okazjonalnie potrafiła przesiąknąć od dołu krwią, a kilku chłopców awanturowało się, że znaleźli w swoich posłaniach czyjeś srebrne i złote zęby.

Ale teraz wszystko to było przeszłością. Klaucke zaokrąglił się na twarzy i wyglądał nie do poznania w uszytym na miarę grafitowym smokingu z czarnymi wyłogami. Tylko charakterystyczny tik prawego oka i maniera lekkiego przeciągania końcówek słów pozwalały rozpoznać w nim tego samego szeregowca, przygarbionego i z głową wtuloną w ramiona, nieustannie przemykającego gdzieś po okopach. Tamten człowiek jakby zniknął, pozostało tylko jego oko i stukanie laseczki, która częściowo zastępowała mu zgruchotane przez australijską kulę kolano.

– A tamta, co to za jedna? Przy tym tłustym przemysłowcu? – Grossmann ledwo dostrzegalnym ruchem dłoni pokazał na posągowej urody brunetkę, wiszącą na ramieniu postawnego jegomościa w nieco przyciasnym fraku.

– E, pan podporucznik raczy żartować? – Klaucke popatrzył na niego niedowierzająco. – Przecież w porównaniu z Amerykanką to tej by chyba trzeba założyć na głowę...

– Tylko pytam, szeregowy.

– Caroline Oppermann, panie podporuczniku. Ale musi pan uważać, bo stary Oppermann jest zazdrosny jak jasna cholera, więc to śliska sprawa.

– A co, zastrzeli mnie? Nie tacy jak on próbowali – zaczepnie mruknął Grossmann.

– Oppermann? Chyba że z łuku, panie podporuczniku; przecież to handlarz drewnem. Ale kilka razy się zdarzyło, że patrzących zbyt długo na jego żonę pobili nieheblowanymi deskami nieznani sprawcy. Jeśli ma pan podporucznik chęć wybrać się na polowanie na prawdziwą zwierzynę, to proponowałbym zacząć od wycieczki po porządnym zoo...

– Rozumiem, szeregowy Klaucke, że wiecie, od kogo kupić bilety. Podobno macie tu, w Königsbergu, zacny Tiergarten?

– Jeśli będzie pan podporucznik czegoś potrzebował, to ja zawsze ten-teges – wyszczerzył się Klaucke, demonstrując imponującą kolekcję złotych zębów.

– Powiedzcie mi jeszcze tylko, kogo tutaj unikać? Kto mógłby nasłać ludzi nie z deskami, a bronią ze swego składu?

Klaucke pokazał ruchem ręki, żeby Grossmann poczekał; złapał ze stolika dwa kieliszki, podał jeden rozmówcy. Upili po łyku, odchodząc nieco na bok.

– Najwięcej tego towaru to pewnie u Kallweita będzie, ale to stary kawaler, więc nieistotny – zaczął półgłosem wymieniać Klaucke. – Przy armii kręci się jeszcze von Didschus, a jego synowie mają dobry gust do żon... Ale i do broni, ludzie powiadają, że Siebenthalera to właśnie najmłodszy von Didschus załatwił.

– Jakaś głośna sprawa? – machinalnie zapytał Teodor, zajęty obserwowaniem wycięcia sukni na plecach Amerykanki i kaskady spływających pomiędzy odsłonięte łopatki płomiennorudych włosów.

– No przecież, całe miasto o tym przy Wielkiejnocy gadało! – Klaucke tak wciągnął się w rolę przewodnika po towarzystwie, że nawet nie zauważył tego punktowego spadku uwagi swego interlokutora. – Siebenthalera znaleźli na schodach jego własnego domu, całego we krwi i z przestrzelonym płucem. Kula od pistoletu, i to wojskowego, a w rękę ktoś mu włożył czerwoną różę. Czerwoną różę, rozumie pan podporucznik? W kwietniu! Wszyscy wiedzieli, że miał chrapkę na młodą Reini von Didschusową, więc na pewno się pojedynkowali z Leopoldem i tamten go zastrzelił.

– Tak? – Grossmann słuchał jednym uchem. Miss Jennifer jak gdyby poczuła, że ktoś się jej przygląda, bo odwróciła się przez ramię i uśmiechnęła delikatnie, puszczając jednocześnie oko. Nagle zrobiło mu się gorąco.

– No przecież mówię panu podporucznikowi. Nie odzyskał przytomności, na drugi dzień zmarł z upływu krwi. A jeszcze lekarz z posterunkowym znaleźli na jego rękach ślady prochu, musiał się Siebenthaler z kimś strzelać. Na sto procent to von Didschusowi chłopcy go wykończyli.

– A powiedzcie mi jeszcze, szeregowy Klaucke...

Urwał, bo Amerykanka znów odwróciła się do niego, ale tym razem już zupełnie otwarcie. Obok niej stali konsul von Hohenfürst i graf von Hantzsch. Ten pierwszy dał spojrzeniem do zrozumienia, że Teodor powinien podejść. Grossmann, niewiele myśląc, wypił jednym haustem resztkę szampana, wcisnął kieliszek Klauckemu i ruszył zawadiackim krokiem ku grupce.

– Miss Zoransky, pani pozwoli, że przedstawię: podporucznik Teodor Grossmann, nasz bohater z frontu! – odezwał się konsul von Hohenfürst. – Panie podporuczniku: Fräulein Zoransky, nasza gwiazda; graf von Hantzsch, niezrównany gospodarz tego prześwietnego wieczoru.

Teodor skinął głową, strzelił obcasami, skłonił się i ucałował koniuszki palców podanej mu dłoni.

– Leutnant Grossmann, sługa uniżony. – Odwrócił się do mężczyzny. – Mein Herr Graf, dziękuję pokornie za zaproszenie; to wielki zaszczyt móc trafić na pańskie salony.

 

– Tak, tak, panie podporuczniku, witamy! Nie mogliśmy się obejść tego wieczora bez pańskiej obecności, taki splendor, cała przyjemność po mojej stronie! – Von Hantzsch zdawał się nie dotykać podłogi, unoszony na niesłabnącej fali własnego entuzjazmu. Można było powątpiewać, czy w ogóle zarejestrował nazwisko gościa i ma chociażby mgliste pojęcie, kim tamten jest. – Jako się rzekło, panie konsulu, to dla mnie doprawdy, doprawdy...

– Jest pan bohaterem... – głos Miss Jennifer otulił i stłumił urywane gdakanie grafa, jak jedwabny szal głuszy bzyczenie natrętnej muchy.

– Ekhm, pozwoliłem sobie nieopatrznie napomknąć naszej gwieździe... – Von Hohenfürst spojrzał na Grossmanna na poły przepraszająco.

– Doprawdy, Fräulein Zoransky, proszę nie przesadzać. Jestem tylko jednym z wielu żołnierzy walczących na froncie. – Teodor lekko skłonił głowę, czując jednocześnie gwałtowny ucisk w piersiach. – Bohaterką wieczora jest tu wyłącznie pani.

Miss Jennifer uśmiechnęła się, błyskając rzędem olśniewająco białych zębów. Sięgnęła leniwym ruchem do torebki kopertówki, wyciągnęła wsadzoną w lufkę cygaretkę i nie spuszczając wzroku z Teodora, zamknęła idealnie wykrojone, karminowe usta na ustniku.

Podporucznik pstryknął zapalniczką, podał usłużnie ogień; gdy przymknęła oczy i zaciągnęła się z lubością, a następnie powoli wypuściła spomiędzy półotwartych warg obłoczek gęstego dymu, rozmowy w ich bezpośrednim sąsiedztwie zauważalnie przycichły.

– Jest pan szarmanckim rycerzem, jak widzę. Ach, jak bardzo ja się stęskniłam za prawdziwymi mężczyznami!

– Czyżby za oceanem byli mniej prawdziwi, panno Zoransky? – Konsul von Hohenfürst uniósł brew.

– Za oceanem... Drogi panie konsulu, nie ma pan nawet pojęcia, jak dalece odeszła Ameryka od swych korzeni! Tutaj, w Starym Świecie, wszystko jest takie... genuine... Ojej, panowie wybaczą, ale brakuje mi czasem słów. Jak to powiedzieć...

– Autentyczne. – Grossmann pokiwał głową z powagą. – Nieudawane.

– Dziękuję panu! Widać od razu, że szczególnie tu, w Prusach Wschodnich, każdemu co na sercu leży, to na twarzy ma wypisane. Żadnej fałszywości, moi drodzy panowie; tylko kryształowo czyste intencje, kamienne twarze, żelazne spojrzenia i... nie tylko one...

Graf von Hantzsch chciał chyba coś powiedzieć, ale zakrztusił się upijanym akurat łykiem, poczerwieniał i parsknął sobie w rękaw, nie chcąc ryzykować uchybienia śpiewaczce i poplamienia jej sukni; von Hohenfürst skoczył ku niemu, złapał pod rękę i odprowadził gdzieś na bok, uśmiechając się przepraszająco.

– Zostaliśmy tylko we dwoje – skonstatowała Miss Jennifer, odgarniając z czoła kosmyk niesfornych, pobłyskujących roztopioną miedzią włosów.

– Widzę, że nie uważa pani reszty gości na przyjęciu za towarzystwo zdolne sprostać jej wymaganiom? – Teodor pokazał ruchem ręki na kłębiący się wokół nich tłum.

– Zawsze porównuje się pan do innych, podporuczniku?

– Nie porównuję się nigdy do nikogo.

– Jest pan typem aspołecznym?

– Samotnikiem z wyboru.

– Jak na samotnika, jest pan zaskakująco wyszkolony w niełatwej sztuce konwersacji... – Miss Jennifer wzięła go pod rękę i poprowadziła w kierunku parkietu, na którym już wirowało kilkanaście par. – Czy równie dobrze radzi pan sobie w tańcu?

– Jak na osobę, która nigdy nie była w ojczystym kraju, ma pani niemal podręcznikowy niemiecki akcent. Proszę mnie sprawdzić.

Jej oczy błysnęły drapieżnie.

– Nie omieszkam.

Skłonił się, gdy orkiestra zagrała pierwsze takty walca angielskiego; delikatnie ujął podaną mu dłoń w długiej rękawiczce, a potem zdecydowanym ruchem przyciągnął kobietę do siebie.

– Lubi pan prowadzić – szepnęła mu w ucho, gdy popłynęli wokół sali. – Tego się pan nauczył na froncie?

Nie odpowiedział; poczuła tylko, jak obejmuje ją jeszcze mocniej i chyba wysiłkiem woli powstrzymuje się, by nie ścisnąć jej ręki. Uśmiechnęła się rozkosznie, przymykając oczy.

Na swoje szczęście nie widziała wtedy wyrazu jego twarzy.


Nad Königsbergiem wisiała granatowa, gwiaździsta noc. Księżyc przeglądał się w tafli leniwie toczącej swe wody Pregoły, od czasu do czasu zerkając ciekawsko w okna śpiących mieszczan.

Teodor zwolnił kroku, stukając podkutymi butami o bruk, podszedł do oddzielającej ulicę od koryta rzeki barierki. Nie miał dostępu do dokładnych danych z raportu lekarza sądowego, ale wiedział, że topielca znaleziono właśnie tutaj, pomiędzy Armenhausem a magazynami soli.

N.N. – bo tak figurowało w dokumentach, które przesłano do zarządu cmentarza publicznego – był mężczyzną lat około czterdziestu, z niedużym wąsikiem, brunetem. Ubrany w brązowe spodnie i taką samą marynarkę, miał szarogranatowy płaszcz z futrzanym kołnierzem, koszulę w kolorze szarym oraz buty męskie.

Zgon nastąpił nocą z dwunastego na trzynastego marca, pomiędzy godziną dziesiątą wieczorem a drugą w nocy. O piątej piętnaście ciało wypatrzył pośród unoszącej się na wodzie kry jadący ulicą mleczarz, który powiadomił policję. Po wyłowieniu w kieszeni denata znaleziono składany kozik, trochę drobnych oraz otwartą paczkę papierosów i zapałki. W dokumentach jako najbardziej prawdopodobną przyczynę śmierci wpisano utonięcie w stanie pomroczności. Udziału osób trzecich nie stwierdzono.

Jako że po ciało nikt się nie zgłosił – a denat dokumentów przy sobie nie posiadał, więc dalsza identyfikacja była niemożliwa – szczątki miały zostać pogrzebane na cmentarzu komunalnym na koszt miasta; w ostatniej chwili jednak decyzję zmieniono, przekazując je pod zarząd Instytutu Medycznego.

Przysłano zatem półciężarówkę, która przewiozła lekko już woniejące resztki do gmachu laboratorium patologii, gdzie delikwenta sprawnie rozebrano, umyto, ogolono, a następnie pocięto na małe kawałeczki w ramach sesji poglądowej dla studentów czwartego roku. Rozczłonkowane ciało trafiło do aluminiowej skrzyni, a z niej wrzucono je do wielkiego gara z wrzątkiem. Kości wyłowiono i pozwiązywano drutem, tworząc w ten sposób kolejny przepiękny eksponat dla wydziału anatomii, zaś wywar zarzucono czerstwym chlebem i kaszą, które następnie ze smakiem spałaszowały pilnujące kampusu psy.

Był człowiek – nie ma człowieka.

Tak to wyglądało, a w zasadzie NIE wyglądało dla tych, którym prawdziwa tożsamość denata nie była obca – ci jednak nie wychylali się ze swoją wiedzą. Przyczyna po temu była prozaiczna: anonimowy topielec oficjalnie nazywał się Dado Gablenz i zajmował się prowadzeniem zakładu kaletniczego na Wagnerstrasse; nieoficjalnie natomiast nazywał się Stiopan Awdiejewicz Jermakow i zajmował się prowadzeniem działalności szpiegowskiej na rzecz obcego mocarstwa, z którym Królestwo Prus pozostawało w stanie wojny. Wojny długiej, zaciekłej i bezlitosnej, w dodatku ostatnimi czasy przebiegającej dla rzeczonego mocarstwa mocno niekorzystnie.

Jak udało się ustalić pewnym osobom, których tożsamość lepiej przemilczeć, tego feralnego wieczora Stiopan Awdiejewicz zamknął swój zakład około godziny dziewiętnastej, po czym udał się do jednego z miejsc, których jego towarzysze z wywiadu Jego Imperatorskiej Wysokości Cara używali jako punktów spotkań.

Tam spotkał się z mężczyzną, który otrzymał od niego zaszyfrowany meldunek do bezzwłocznego nadania, po czym nie dopijając piwa, opuścił lokal i ruszył w kierunku nieznanym. Wtedy to po raz ostatni ktokolwiek widział Stiopana Awdiejewicza wśród żywych – a w każdym razie tak można to literacko ująć.

Bo nie ulegało wątpliwości, że Stiopan Awdiejewicz z kimś jeszcze się potem spotkał. Z kimś, kto musiał go wciąż żywego, ale zamroczonego, do rzeki wepchnąć – lub już martwego wrzucić. Nie ulegało to wątpliwości – bo tajni agenci nie wpadają ot, tak sobie, po pijaku do rzeki. A już na pewno nie kilka godzin po nadaniu meldunku, który po odszyfrowaniu i odczytaniu poruszył cały Wydział Tajny Głównego Dowództwa Sztabu Generalnego w Petersburgu.