Königsberg

Tekst
Z serii: Stalowe szczury #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Königsberg
Königsberg
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 80,33  64,26 
Königsberg
Audio
Königsberg
Audiobook
Czyta Filip Kosior
42,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział I

Rok 1917, Prusy Wschodnie

Zgrzytając i piszcząc hamulcami, sycząc i plując kłębami pary, pociąg wtoczył się na dworzec główny Königsberga. Po raz ostatni przeraźliwie jęknęły stalowe koła, skład szarpnął i zamarł w bezruchu. Tragarze podskoczyli ku wagonom, zaczęli otwierać drzwi i pomagać wysiadającym z przedziałów pasażerom pierwszej klasy.

Fahnenjunker Gerhard Keller przeciągnął się na peronie, złapał jeszcze ostatniego macha i wydmuchnął dym, który od razu uniósł delikatny zefirek. Ziewnął rozdzierająco. Rozleniwił się tak, siedząc na ławeczce w promieniach ciepłego, jarzącego się kojącą żółcią słońca i czekając na spóźniony jak zwykle ekspres z Berlina.

Wstał, zdusił cygaretkę w popielniczce i poprawił mundur, rozglądając się jednocześnie po tłumku wysypujących się z pociągu podróżnych. Kobiety w szerokich kapeluszach i bardziej praktycznych podróżnych czapeczkach, dżentelmeni o wypomadowanych wąsach, modnisie w surdutach, w spodniach o wąskich, przykrótkich nogawkach... Żołnierze w pikielhaubach, kilku żandarmów.

– Teodor! – zawołał, podnosząc rękę. – Hej, hej! Tutaj!

Stojący na peronie oficer drgnął, obejrzał się – a potem zauważył go, rozciągnął twarz w szczerym uśmiechu radości. Gestem podziękował już zabierającemu się do jego bagażu tragarzowi, złapał walizę i szybkim, sprężystym krokiem ruszył ku Kellerowi.

– Teodor... Herr Leutnant! – Keller zasalutował i strzelił obcasami tak, że aż obejrzało się na niego kilka dam.

– Herr Fahnenjunker... Gerhardzie. – Podporucznik Teodor Grossmann rozłożył szeroko ręce, objął dawno niewidzianego przyjaciela w kordialnym uścisku. – Uff...! Uważaj, żebra jeszcze bolą, a tobie siły nie brakuje.

Keller odsunął się o krok, otaksował Grossmanna uważnie i niedowierzająco pokręcił głową.

– Mój dobry Boże! Ponad rok, odkąd się widzieliśmy, a ty nic a nic się nie zmieniłeś!

– Wszyscy się zestarzeliśmy, Gerhardzie. Przybywa nam lat, blizn i przebytych mil.

– Front? – skrzywił się Keller. – Widzę, że i ty nareszcie dorobiłeś się swego Krzyża...

– Arras. – Grossmann kiwnął, jak gdyby ta odpowiedź wszystko wyjaśniała. – Wybacz, nie chcę o tym mówić.

– Rozumiem. Chodź, weźmiemy taksówkę i pokażę ci miasto!

– Zacznijmy może od koszar, jeśli pozwolisz. Jestem trochę zmęczony po podróży, nie spałem zbyt dobrze w pociągu.

– Naturalnie.

Wsiedli do wąskiego, niskiego automobilu, Keller podał kierowcy adres i ruszyli. Samochód podskakiwał i turkotał na kocich łbach, hamując i wymijając przebiegających przez ulice pieszych i kluczących bez jakiegokolwiek poszanowania zasad rowerzystów. Grossmann wychylił się przez okno, spojrzał w górę, na mijaną właśnie ścianę Zamku Królewskiego, zieleniącą się pysznym bluszczem.

– Pięknie tutaj u was. Chyba wreszcie raz w życiu wysłali mnie w jakieś rozsądne miejsce, co?

– Lepszego przydziału byś nie dostał, zapewniam cię!

Grossmann popatrzył na niego uważnie, cmoknął z dezaprobatą i pokręcił głową.

– Gerhard... Nie miałeś chyba z tym nic wspólnego, prawda?

– Absolutnie, nic a nic! – szelmowsko uśmiechnął się Keller. – Ale przyznasz sam, że chciałeś tu trafić?

– No wiesz, po tym, co napisałeś mi o tutejszych kobietach...

– Ty stary draniu! – roześmiał się Fahnenjunker, objął przyjaciela ramieniem, potrząsnął. – Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że tu jesteś.

– Ja też, Gerhardzie. Ja też.

Zajechali pod Defensionskaserne Kronprinz. Keller sięgnął do kieszeni po pieniądze, żeby rozliczyć się z taksówkarzem, ale Grossmann uprzedził go, podał kierowcy kilka monet.

– Dziękuję, reszty nie trzeba.

– Rozrzutny się zrobiłeś – mruknął Gerhard, gdy wysiedli i ruszyli ku budce wartownika. – Aż tak bardzo odkułeś się na awansach?

Teodor wzruszył ramionami.

– Jestem na urlopie, nie mam pojęcia, kiedy znów mnie wezwą na front. Kiedy mam te marne grosze wydać, jeśli nie teraz?

– Oj, nie zabraknie ci okazji, zobaczysz! – Keller parsknął śmiechem, wyciągnął przepustkę i podał wachmanowi; ten pobieżnie zerknął na dokumenty, zasalutował i ponownie wbił wzrok w pustkę.

Przeszli przez wewnętrzny dziedziniec koszar, potem ich kroki zadudniły po parkiecie korytarza budynku kancelaryjnego. Gerhard zastukał do drzwi sekretariatu, nacisnął klamkę.

– Ach, pan Fahnenjunker Keller. – Kancelista podniósł głowę. – Jak mogę panu pomóc w ten piękny dzień?

– Kapralu, jest tu ze mną podporucznik Grossmann, który dostał do nas przydział tyłowy na czas urlopu. Przydałoby się wydzielić jakąś kwaterę...

– Königsberg wita miłych gości, panie podporuczniku. Coś się znajdzie, oczywiście; mogę prosić o dokumenty?

Grossmann wręczył papiery urzędnikowi. Czekając, aż ten przestudiuje wszystkie wpisy i pieczęcie, oparł się o drewniany parapet i wyjrzał za okno. Kompania żołnierzy w pikielhaubach i pełnym regulaminowym oporządzeniu maszerowała przez plac defiladowy, nieco dalej kolejny oddział ćwiczył składanie się do salw w dwuszeregu: przedni rząd klęczący na jednym kolanie, tylny gotów dać ognia ponad głowami towarzyszy broni. Prychnął, pokręcił głową.

– Niedorzeczność...

– Oj, pan generał von Pappritz nie zgodziłby się z panem podporucznikiem – rzucił znad swych papierów kancelista.

– Słucham?

– Widzi pan, przywiązujemy tutaj w Königsbergu dość dużą wagę do kwestii dyscypliny. Słynny pruski dryl, rozumie pan podporucznik. Maszerowanie w nogę, zwroty wykonywane zwartą formacją i takie tam inne podręcznikowe manewry.

Grossmann popatrzył na skrobiącego coś w księgach kaprala. Otwierał już usta, żeby coś powiedzieć, ale wychwycił spojrzenie Kellera i uśmiechnął się wyrozumiale: faktycznie, lepiej mieć w kancelarii gadatliwego sprzymierzeńca niż niepotrzebnego wroga. Westchnął tylko, pokręcił głową.

– Chciałbym ich zobaczyć, jak utrzymują ten szyk, kiedy pełznie na nich brytyjski Panzer.

– Musi pan wiedzieć, że nasz generał nie wierzy w czołgi, Herr Leutnant. Nie wierzy też w żarty i w posiadanie własnego zdania. Przez innych, rzecz jasna. – Kancelista przycisnął dokument suszką kołyskową i podał go Teodorowi. – Proszę, oto pański przydział kwaterunkowy.

– Dziękuję. Oznaczenia znajdę na budynkach?

– Zaprowadzę cię – zaoferował się Keller. – Dziękujemy, kapralu Scheyenbach.

Urzędnik kiwnął głową, puścił porozumiewawczo oko.

– Zawsze do usług, Herr Fahnenjunker!

Przeszli przez podwórzec, kierując się do północnego skrzydła budynku koszarowego. Zaciekawiony Grossmann rozglądał się dokoła, taksując wzrokiem dwupiętrowe budynki z czerwonej cegły i równiusieńko przystrzyżone rabatki na klombach. Przyglądał się też mijanym żołnierzom.

– Masz tu chyba dość dobre, hm... układy, nieprawdaż? – zwrócił się do Kellera, gdy wspinali się na piętro kazarmy numer sześć. – Moja przypadkowa alokacja na wcale nie krótki urlop, a teraz stosunki z tym kapralem, które też trudno uznać za służbowe.

– Arthur Scheyenbach to porządny młody człowiek... a że nasi rodzice znali się przed wojną, cóż poczniesz? Tutaj się urodziłem, to moje miasto. Staram się żyć dobrze ze wszystkimi, nikomu nie wadzić. – Keller rozłożył ręce.

– Pochwały godna postawa życiowa.

Stanęli przed drzwiami kwatery opatrzonej numerem sześć osiem, Keller przekręcił w klucz w zamku. Lokum nie było szczególnie duże – „przytulne” cisnęło się samo na usta – ale czyste i schludne: stół i dwa krzesła, pojedyncze łóżko, nieduża szafa, jakimś cudem zabłąkana kozetka, w rogu umywalnik z emaliowanymi naczyniami. Wystarczy.

– Rozpatrz się w tym wszystkim, zamelduj u dowodzącego garnizonem – poradził Keller. – Odpocznij trochę przede wszystkim, odetchnij świeżym powietrzem. Wpadnę po ciebie – no, jakoś tak koło szóstej.

– Planujesz coś szczególnego?

Gerhard wyszczerzył się w uśmiechu.

– Wypadałoby uczcić twój przyjazd, więc muszę pokazać ci miasto. Ze wszystkimi jego... atrakcjami. Zobaczysz, że mamy tu tego niemało.

– Dziękuję. – Leutnant Teodor Grossmann uścisnął rękę kolegi, poklepał go po plecach, po czym, gdy tamten odszedł, zamknął drzwi i szczęknął zasuwką.


Jessauł Fiodor Grigoriewicz Wielikow szczęknął zasuwką, odwrócił się tyłem do drzwi i odetchnął głęboko, z ulgą. Podszedł do okna, popatrzył już z innej perspektywy, niemalże innymi oczami na wewnętrzny dziedziniec. Zobaczył jeszcze, jak Keller zbiega po schodkach, a potem rusza swoją drogą. Zakonotował w myślach rozkład budynków, jednocześnie rozpinając niewygodne, cisnące haftki pod szyją. Prawie dwa lata w tym mundurze, a jeszcze się do tego nie przyzwyczaił!

Odpiął Krzyż Żelazny, chciał odrzucić na stół, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie i ostrożnie, nawet z pewną czcią, odłożył zaszczytne odznaczenie. W końcu pamiętał, ilu żołnierzy z jego oddziału zginęło w tej akcji, gdy...

Nie! Potrząsnął głową, ścisnął skronie rękoma. Nie jego oddziału! To nie był JEGO oddział, to nie był ON!

Spojrzał na swoje odbicie w lustrze, przeciągnął dłońmi po mundurze. Tylko ręce i twarz należały do niego. Reszta... reszta była naciągniętą maską, która ostatnio zaczynała przylegać tak szczelnie, że sam zaczynał się w tym gubić.

Zamknął oczy, odetchnął głęboko raz i drugi. Przeżegnał się szeroko, od prawej do lewej, po prawosławnemu.

 

Miał tu misję do wykonania.


– Zobacz, jak to wygląda. Tylko zobacz.

Grossmann pokiwał głową, spoglądając na panoramę nocnego Królewca. Nie mógł się nie zgodzić: miasto było naprawdę ujmująco piękne.

Stali we dwóch z Kellerem na Kottelbrücke, jednym z siedmiu osławionych mostów Königsberga, spoglądając wzdłuż rzeki w kierunku portu. Dokładnie po ich prawej stronie stała bryła ratusza na Knipawie, który dopiero co minęli w swym tournée po piwiarniach i przybytkach miasta.

Nieco za mostem wznosiła się wysmukła, zupełnie ciemna o tej porze katedra, zdająca się z wyniosłym milczeniem spoglądać na bawiący się już od kilku godzin Königsberg. Jeszcze dalej, pomiędzy budynkami, wprawne oko wypatrzyłoby nową synagogę, jakby nieco drwiąco popatrującą z przeciwległego brzegu rzeki na przybytek młodszych braci w wierze.

Ulica po lewej stronie oficerów prześlizgiwała się obok pięknego budynku giełdy o delikatnej architekturze i dosłownie wbijała się w fasadę zabudowań otaczających położony nieco dalej plac Jarmarczny, po którym nawet o tej porze kręcili się ludzie. Sam szpital Świętego Jerzego generował spory ruch, jako że nieustannie spływali do niego lżej i ciężej ranni oficerowie, przenoszeni tutaj na urlopy rekonwalescencyjne z bliższych frontu lazaretów i sanatoriów.

Pobrzękując dzwonkiem na spóźnionych przechodniów i turkocząc kołami na łączeniach szyn, po Zielonym Moście przed Kellerem i Grossmannem przetoczył się tramwaj – mżące blaskiem żarówek, przysadziste, prostokątne pudełko z cienkiej blachy.

– Nadal nie mogę się przyzwyczaić, że nie ma przed nimi koni – mruknął Teodor. Gerhard popatrzył na przyjaciela, zdziwiony, ale nie powiedział nic; tramwaje elektryczne były przecież w miastach Cesarstwa na porządku dziennym.

Pojazd wjechał pomiędzy zabudowania Knipawy i zniknął; wysoki, dźwięczny trel sygnału niósł się jeszcze jakiś czas po ulicach, odbijając echem od zdobionych fasad. Nad rzeką znów zapanowała ciemność, tylko na odległym moście Kolejowym migotały czerwone punkciki lampek, ostrzegające idące po Pregole spóźnione łodzie.

Dalej widać było światła nabrzeża towarowego, zwanego też holenderskim, oraz stoczni po lewej stronie; na dobrze widocznym zakręcie rzeki jarzyły się jupitery przy kejach magazynów wojskowych, do których nawet teraz zawijały niskie, przysadziste barki transportowe.

Potem Pregoła toczyła swój leniwy, zielonkawy nurt, rozlewając się coraz szerzej i szerzej, aż wreszcie przechodziła niemal niezauważalnie w szeroki, spokojny akwen Frisches Haff, po którym za dnia przesuwały się ciężkie, krępe łodzie rybaków i wąskie, wysmukłe czółna płynących w swoich sprawach miejscowych. Wystarczyło tylko przepłynąć kanałem przy Pillau i było się na otwartych, bezkresnych wodach Bałtyku – a tam człowiek niemal czuł, że może wyruszyć, dokądkolwiek tylko dusza zamarzy.

– Pięknie tutaj – szepnął Keller bardziej do siebie niż do stojącego obok podporucznika. Grossmann kiwnął głową, chłonąc całym sobą widok i atmosferę stolicy Prus Wschodnich.

Dzwon na katedrze uderzył raz, krótko i jakby nieśmiało pośród mroków nocy, obwieszczając tym, co jeszcze nie spali, że dziś właśnie zamieniło się w jutro.

– Możemy już iść? – odezwała się rozkapryszonym tonem brunetka w karmazynowej sukni.

Dwie dziewczyny – chociaż żaden z towarzyszy nie miał cienia złudzeń, że mają do czynienia z kobietami w pełnym tego słowa znaczeniu – opierały się o zdobiony, żeliwny filar przy wejściu na most, bynajmniej nie kryjąc swego znudzenia tak marszrutą, jak i nastrojem wycieczki. Posągowej urody blondynka ziewnęła demonstracyjnie i pstryknęła niedopałkiem, posyłając żarzący się punkcik łukiem za barierkę.

– No właśnie, chodźmy wreszcie... Zimno tutaj. – Schowała ręce w miniaturową mufkę, wtuliła głowę w ramiona. Faktycznie, choć formalnie zaczynało się lato, noce potrafiły jeszcze zaskoczyć chłodem. – Jeszcze trochę, chłopcy, i zupełnie przemarznę. A wtedy nie zagrzeję się aż do rana...

Grossmann szturchnął Kellera w bok, uśmiechnął się i pokazał ruchem głowy. Mruknął:

– Nasze znajome się niecierpliwią. Może naprawdę powinniśmy iść?

– Poczekają. – Gerhard machnął ręką. – Kobiet mam tu pełno, a ciebie szmat czasu nie widziałem.

– Nie wypada tak ich trzymać. Mogą odebrać to jako afront.

Keller uśmiechnął się, klepnął przyjaciela w ramię.

– Niestrudzony z ciebie rycerz, co? Nie martw się, szeleszcząca i brzęcząca nadzieja pozwoliłaby im tak stać do samego świtu. Ogrzejemy je potem jak należy...

– Gerhardzie, naprawdę, nie przystoi tak mówić.

– Ech wy, oficerowie prosto z frontu! Ktoś mógłby pomyśleć, że będziecie zachowywać się jak psy spuszczone z uwięzi, a tymczasem zawsze potrzebujecie czasu, żeby wywietrzały wam z głowy propagandowe slogany. Chodźże, zrobimy ci płukankę spirytusową na mózg... Moje piękne panie, już do was ruszamy!

Keller stuknął pięścią w barierkę i odwrócił się. Kobiety ożywiły się od razu, zachichotały jak na zawołanie, gdy ruszył ku nim, kordialnie rozkładając ręce i udając, że chce objąć obie naraz. Grossmann patrzył z uśmiechem, jak niezbyt przekonująco warczący i porykujący na podobieństwo niedźwiedzia towarzysz ugania się to za jedną, to za drugą. One zresztą też niezbyt się wysilały, aby mu umknąć, skacząc to tu, to tam po śliskim bruku i stukając obcasami o żelazne płyty pokrycia mostu.

– Dobry wieczór, obywatele! – lekko schrypnięty, zgrzytliwy głos wciął się w śmiechy i nawoływania. – Proszę o dokumenty, godzina policyjna obowiązuje... O, przepraszam panów oficerów najmocniej!

Grossmann miał już się odezwać, ale uprzedził go Keller, który w jednej chwili zmienił się na twarzy, jakby jego wesołość i szarmanckość były tylko cienką, kruchą powłoką.

– Co to za ton? Jak śmiecie zwracać się tak do niemieckiego oficera!

– Przepraszam, nie zauważyłem... – Stary żandarm skulił się instynktownie, jak gdyby w oczekiwaniu na cios, ale Teodor zastąpił Gerhardowi drogę, przytrzymał kolegę za ramię.

– Kontrolujcie się, panie Fahnenjunker. Co pomyślą sobie nasze damy...?

– Hm, masz rację. – Keller zreflektował się, obejrzał na kobiety, które ucichły nagle, spłoszone.

– Idźcie przodem, ja się tu rozmówię i was dogonię. – Grossmann pokazał szyld na nieodległym budynku. – Tak jak mówiłeś, tam na piętrze? Zostaw tylko dla mnie jakiś soczysty kąsek.

Keller rozpromienił się, uśmiechnął szelmowsko. Prawie dało się dostrzec, jak w jednej chwili zimna agresja wyparowuje z niego, jakby nigdy jej nie było.

– Chodźmy, moje panie! – Podszedł do kobiet, objął obydwie w pasie i poprowadził po moście. – Niech mój przyjaciel wdraża się do życia tutaj, w Königsbergu, a ja tymczasem rozgrzeję was trochę, żeby on nie musiał się tak bardzo starać...!

Odeszli, chichocząc i stukając obcasami. Grossmann wyjął cygaretkę, wyciągnął otwartą papierośnicę w kierunku żandarma.

– Dziękuję pokornie panu podporucznikowi. – Policjant uchylił czapki, pospiesznie pstryknął zapalniczką, podał ogień najpierw wojskowemu, dopiero potem odpalił sam. – Herr Leutnant wybaczy, ale noc, ciemno... A moje oczy już nie te.

Grossmann pokręcił głową, wyjął z kieszeni i podał złożone na czworo dokumenty. Zaciągnął się i wydmuchnął obłoczek dymu ku nocnemu niebu.

– Nie ma o czym mówić. Każdy ma swoją pracę, a tutaj, na tyłach, wasza jest bez mała ważniejsza od naszej.

Żandarm przejrzał papiery pod światło, oddał i zasalutował.

– Oj, nie wie nawet pan podporucznik, jak rzadko się to słyszy. Wojna wyciąga z ludzi samo najgorsze.

– To prawda. Dużo kłopotów?

– Zdarza się. Wie pan podporucznik, najgorsi są... – Żandarm wyraźnie chciał coś powiedzieć, ale chyba się zreflektował.

– Najgorsi są podpici oficerowie na urlopach? – Teodor pokiwał głową ze zrozumieniem. – I to jeszcze tacy jak my, z Krzyżem Żelaznym pod szyją. Niestety, muszę się z panem zgodzić.

– Ależ, Herr Leutnant...

– Proszę przyjąć przeprosiny w imieniu przyjaciela i moim. Miał pan absolutną rację, wylegitymowując mnie w tym miejscu i o tej porze... Dlaczego jednak pozwolił pan odejść mojemu koledze i tym dwóm damom? Skąd pan wie, że nie było pośród nich szpiega?

– Pan podporucznik raczy żartować...

– To karygodne zaniedbanie, kwalifikujące się do przedstawienia pana do raportu karnego. Teraz ja zmuszony jestem poprosić o pańską legitymację i dokumenty.

Było ciemno, ale i tak dało się zauważyć, że żandarm zbladł.

– Ja...

– Pańskie dokumenty, Herr Gendarm.

Policjant trzęsącymi się dłońmi odpiął kieszeń i podał papiery Grossmannowi, który tymczasem wyciągnął nieduży notatnik i ogryzek ołówka.

– A więc panie... Gerhardzie Dorfmeister... – Teodor podniósł wzrok znad swojego kapownika. – Tak się składa, że jest pan imiennikiem mojego nieco nazbyt porywczego przyjaciela, Fahnenjunkra Kellera. Myślę, że potraktujemy to jako okoliczność łagodzącą, tym bardziej że mój ojciec, świeć Panie nad jego duszą, też był policjantem. I zdaje się, że byłby akurat teraz w pana wieku. My, mundurowi, musimy trzymać się razem, co?

– Tak jest, panie podporuczniku. Dziękuję, panie podporuczniku. – Żandarm sapnął z ulgą, chowając odebrane dokumenty niczym najcenniejszy skarb.

– Dopilnuję, żeby Fahnenjunker Keller też złożył stosowne wyjaśnienia, również co do tożsamości tych dwóch... – Teodor zawahał się, puścił porozumiewawcze oko. – Powiedzmy, że dam. A na przyszłość proszę nikomu nie przepuszczać.

– Tak jest, Herr Leutnant! – Policjant zasalutował, strzelił obcasami schodzonych butów i odmaszerował dalej tropić szpiegów i sabotażystów w uliczkach śpiącej Knipawy.

Jessauł Fiodor Wielikow spojrzał za odchodzącym i przymknął na chwilę oczy, aby twarz spotkanego żandarma na dobre zapadła mu w pamięć. Nieledwie dwanaście godzin, a pobyt już zaczynał dawać pewne efekty... Potem odetchnął głęboko zimnym, lekko wilgotnym powietrzem i spojrzał na Königsberg – ale już oczami Leutnanta Teodora Grossmanna.

Wnętrze klubu dosłownie uderzyło go ścianą wilgotnego gorąca, gęstego powietrza przesyconego siwawym dymem, hałasu pomieszanych rozmów, śmiechu i muzyki, zapachu wina, piwa i wódki. Uśmiechnął się, gdy obok niego przepłynęła ubrana w niewiele więcej niż strusie pióra i brokatowy gorset tancerka kabaretu, która obdarzyła go spojrzeniem tak powłóczystym, że mógłby owinąć je sobie wokół szyi jak najsolidniejszy, konopny sznur...

– O, widzę nową twarz, zawsze rozpoznaję nowe twarze. – Zażywna, postawna jejmość, zapewne matrona przybytku, podniosła się do niego z sofy w rogu. – Pan podporucznik pozwoli, mamy tu wszystko, czego tylko dusza zapragnie, a w oczach widzę, że pan dawno...

– Hola, hola! – W głębi sali poderwał się Keller. – Frau Bialetzki, to mój towarzysz broni... Co ja mówię: przyjaciel! Już ja się nim zajmę, niechże go pani tam nie czaruje!

– Ależ gdzieżbym śmiała...

Grossmann skłonił się, ucałował koniuszki palców podanej mu upierścienionej dłoni.

– Teodor Grossmann, do pani usług... Enchanté, madame, jak to mawiają Francuzi.

– Mój Boże, prawdziwy dżentelmen! – Kobieta kokieteryjnie przysłoniła usta wachlarzem, zatrzepotała umalowanymi rzęsami. – Nie do wiary, że w tych czasach upadku obyczajów i moralności ktoś jeszcze wie, jak traktować kobietę.

– Oho-ho, on już wie aż nadto dobrze, niech się pani o to nie martwi. – Keller wyszczerzył się, ciągnąc Grossmanna za sobą.

Blondynka i brunetka już rozłożyły się na miękkiej, karmazynowej sofie i sączyły teraz szampana z wysokich kieliszków; patrząc na ich skąpy ubiór, ciężko było się dziwić, że narzekały na nocny chłód. Keller podał przyjacielowi kieliszek.

– To co, staruszku? Wypijmy wreszcie porządnie za twój powrót do normalnego świata!

Grossmann podniósł kryształ, popatrzył na musujący, lekko bursztynowy płyn. Takiego koloru była zimna, pozbawiona cukru herbata, którą dostawali w okopach...

– Za zwycięstwo. – Wychylił duszkiem. Poczuł, jak trunek drażni przełyk i od razu wgryza się w ścianki żołądka; zerknął na Kellera, który ledwo zauważalnie skinął głową. Czyli jego przyjaciel nadal zaprawiał szampana spirytusem...

Gerhard też opróżnił swój kieliszek jednym haustem, objął i przyciągnął do siebie kobiety.

– Noc jeszcze młoda, moje drogie, a ja muszę uczcić to, że znów mam przy sobie przyjaciela! Jesteście obydwie tak śliczne, że nie potrafiłbym się zdecydować, którą zjeść najpierw, ale... Ale to jego noc, jego urlop! Nuże, zaciągnąć mi go na parkiet!

 

Uszczypnął brunetkę, klepnął blondynkę w tyłek i posłał obydwie ku Grossmannowi, a sam opadł z powrotem na miękkie oparcie kanapy.

Teodorowi wydało się, że jego przyjaciel nagle spoważniał, odprowadzając ich jakby nieco melancholijnym wzrokiem. Prowadzony pod ramiona ku grającej orkiestrze i płynącym w oparach dymu sylwetkom rzucił jeszcze pytające spojrzenie: coś się stało? Ale Gerhard machnął tylko ręką: później.


– Co to za jedna?

Lekko zaczerwienione, zmęczone oczy Kellera w pierwszej chwili zdawały się nie wyrażać nic.

– Która, blondynka czy brunetka?

– Nie żartuj, Gerhardzie. Mogłem cię nie widzieć prawie rok, ale znam dobrze. Kim ona jest?

Nad kanałami Königsberga podnosiła się lepka, szarawa mgiełka przedświtu. Tuman wpływał długimi pasmami w brukowane ulice i wspinał się na fasady domów, zostawiając na kwadratowych szybkach pasma rosy. Niebo na wschodzie rozświetlał już pierwszy, wąski pasek różu, mającego wkrótce rozbłysnąć pełną krasą wiosennej jutrzenki; ptaki budziły się w gniazdach pod okapami wiekowych domów, a ich jeszcze nieśmiałe trele niosły się po pustych ulicach, którymi okazjonalnie tylko przemykała dwukółka mleczarza. Mijali właśnie piekarnię na rogu Kalthofische i Stiftstrasse, więc obydwaj odruchowo przełknęli ślinę, gdy owionął ich zapach ciepłego, świeżego chleba.

Keller westchnął ciężko.

– Gerhardzie, ponawiam pytanie. Co to za kobieta?

– Ech... aż tak bardzo to widać?

– Bawiłeś się tego wieczora, jakby cię sam diabeł opętał. Goniłeś co rusz do szynkwasu, narzucając takie tempo, jakbyś to ty wrócił właśnie z frontu i chciał zapomnieć o tym, co widziałeś.

– To jeszcze nic niezwykłego – wyszczerzył się Keller, błyskając zawadiacko oczami.

– Co nie zmienia faktu, że najpierw ledwo pozwalałeś mi się odezwać do tych dwóch gracji, a potem nagle posmutniałeś. Sam pchnąłeś je w moje ramiona... I dopiero kilka głębszych pozwoliło ci zapomnieć i wrócić do dawnej formy, a ja zostałem z jedną... towarzyszką na wieczór. Między nami mówiąc, wcale nie tą ładniejszą. Wnoszę zatem, że jest jakaś kobieta, która zalazła ci za skórę. Chodzi o tę samą wyniosłą piękność, która nagle pojawiła się w twoich listach, a potem równie gwałtownie z nich zniknęła?

– Zawsze miałeś dobre oko – mruknął Gerhard, udając, że jest bardzo zajęty studiowaniem detali architektonicznych mijanego frontonu. – No ale nawet jeśli, to co? Co z tego, hę?

Grossmann wzruszył ramionami.

– Nic. Ale twoja alteracja pozwala myśleć, że może jednak coś.

– Jest jedna taka. – Keller zaciągnął się ostatni raz papierosem, wrzucił niedopałek w ciemną bramę. – Ale to temat na dłuższą opowieść. Nie na dziś, nie na tę noc.

– „Dziś” zostało już za nami, Gerhardzie. Właśnie wkraczamy w jutro.

Wyszli spomiędzy zabudowań na otwartą przestrzeń otaczających koszary pól Herzogs-Acker, z rzadka tylko porośniętych młodymi brzózkami i pokrywającymi się drobnym liściem krzewami bzu. Zabłąkana sarna uniosła głowę znad skubanej trawki, po czym zerwała się w skok i zniknęła im z oczu.

– Naprawdę pięknie tu u was... – powtórzył o wiele wcześniejszą myśl Teodor, chcąc ściągnąć na weselsze tory myśli przyjaciela. Ten pokiwał głową, uśmiechnął się kwaśno.

– Pięknie, to fakt. Ale musisz uważać, Teodor.

Wielikow, skryty pod przebraniem munduru Grossmanna, drgnął, zmusił ciało do lekceważącego uniesienia brwi.

– To znaczy?

– Tutaj wszystko wydaje się oczywiste i możliwe do objęcia wzrokiem. – Keller wskazał ruchem ręki przestrzeń wokół koszar. – Widzisz piękną, smukłą łanię pośrodku otwartego pola, myślisz sobie: łatwa zdobycz. Ale pod spodem drzemią takie rzeczy, że... Czasem lepiej nie zagłębiać się w to zbytnio i po prostu iść dalej.

Faktycznie – z ich perspektywy, z perspektywy całego miasta, pejzaż wyglądał niewinnie, wręcz sielankowo, gdy tak szli drogą w szpalerze drzew ku wzniesionej z czerwonej cegły bramie do koszar.

Ale pod cienką warstwą idealnie przystrzyżonej trawy i nasypanej ziemi kryły się tam poterny biegnące do składów pełnych amunicji i podziemne ujęcia wody, piętrowe koszary dla wojska i półokrągło sklepione pokoje sztabowe; w trzewiach porozrzucanych koncentrycznie fortów drzemały cielska stalowych armat fortecznych i wąskie żądła karabinów maszynowych, skrytych za kurtynami pancernych płyt.

Okolica zdawała się idealnie cicha i niemal wymarła. Gdzieś tam paliło się tylko mdłe światło i bulgotała na małej kuchence kawa dla strażników, których baczne oczy obserwowały dwie postacie, podchodzące o tak nietypowej porze do jednostki.

– Śpij dobrze i wypocznij, Teodorze. – Keller zatrzymał się i wyciągnął rękę na pożegnanie.

– Jak to, a ty?

– Ja idę do siebie, do domu. Przecież mówiłem ci: ja tutejszy jestem, mieszkam na przedmieściu, w domu po rodzicach. Spacer przed snem dobrze mi zrobi, przewietrzę się.

– Zgłupiałeś? Pół nocy włóczyliśmy się po mieście, ja już nóg nie czuję!

– Mittelhufen nie jest daleko – z uśmiechem skłamał Keller.

Grossmann popatrzył na przyjaciela z powątpiewaniem, ale ten tylko podszedł bliżej, uścisnął mu rękę, potem objął go i poklepał po plecach.

– Cholernie się cieszę, że przyjechałeś, Teodorze. To będzie piękne lato.

Porucznik odsunął się, raz jeszcze popatrzył na tak dawno niewidzianego towarzysza broni. Uśmiechnął się, zasalutował i strzelił obcasami, a potem wykonał przepisowy w tył zwrot i pomaszerował w kierunku powoli budzącego się Królewca.