KantTekst

Z serii: Komornik #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kant
Kant
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,83  55,86 
Kant
Kant
Audiobook
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Spis miar, wag i terminów trudnych

Książki Michała Gołkowskiego wydane nakładem naszego wydawnictwa

Karta redakcyjna

Okładka


Impeach God

Now

If we unite

We’ll take’em down

We’ll use our strength

We’ll use our skill

We will revolt

And we will kill

– Dethklok

Komu dziękuję? Ech, więc może nie po kolei:

Kaczmarskiemu, Gintrowskiemu i Łapińskiemu –

gdziekolwiek teraz są, bo przynajmniej część z nich musiała mieć rację co do kwestii życia pozagrobowego. Zbigniewowi Herbertowi – bo bez niego nie byłoby nic z tego, co jest.

Za teksty piosenek – Magikowi wraz z Paktofoniką,

zespołom Honor i Anno Domini, chociaż to połączenie

dla wytrawnych koneserów, a pewnie żadne z tych trzech nie ucieszyłoby się ani z tego, gdzie się pojawili, ani z sąsiedztwa.

Za łacinę – niezrównanej Natalii Zasadzińskiej.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rozdział I

Sfinks odchrząknął, zerknął na mnie z ukosa.

– Pozwolisz, że się dosiądę, Emisariuszu?

Wzruszyłem ramionami, nawet na niego nie patrząc. Melekesz podszedł kawałek bliżej do krawędzi urwiska. Przysiadł na zadzie i zaczął udawać, że tak naprawdę to patrzy na coś, co akurat zaciekawiło go w krajobrazie.

Oczywiście wszystko to było zwykłą ściemą. Pretekstem, żeby ukręcić na tym własny interes. Zwykłą fasadą, dekoracją z tektury i paździerza, mającą omamić maluczkich i głupiutkich.

Takich jak ja.

Przecież nic go nie mogło w tym krajobrazie ciekawić, bo też nic tam nie było. Przed nami leżały ruiny dawnej, historycznej stolicy nieistniejącego już kraju. Nie to, że od razu „morze ruin”, ale z pewnością spora sadzawka albo nieduże jezioro. Pozbawione dachów, z wypalonymi oczodołami okien, pudełka kamienic opierały się jedno o drugie poszczerbionymi ścianami. Wydawało się, że starczy puknąć w jedno, a wszystkie inne posypią się w proch jak domino.

Dalej ciągnęły się wzgórza ogołocone zupełnie z porastających je niegdyś drzew, straszące nagimi zboczami. Tu i ówdzie upstrzyły je ruiny domków jednorodzinnych, jak zaschnięte strupy po ospie na skórze chorego, którego organizm jednak nie wytrzymał dobrodziejstw terapii.

I w końcu nierówna, postrzępiona linia szczytów gór, widocznych jak na dłoni w krystalicznie czystym, pozbawionym chociażby grama smogu powietrzu. Kiedyś na taki widok zlecieliby się fotografowie z połowy Europy. Teraz nikogo to nie obchodziło, a mnie już najmniej.

A jednak panorama w dziwny sposób uspokajała. Jak pejzaż cmentarza, pełen niby jednostajnych, a mimo to indywidualnie różnych krzyży. Idealne miejsce, żeby usiąść, przymknąć oczy i zapomnieć o wszystkim.

Na krótką chwilę po prostu przestać być.

– Emisariuszu... – zaczął tetramorf.

Tak, i to pęknięcie uskoku tektonicznego w samym środku łańcucha górskiego. Jakby ktoś siekierą rąbnął w makietę z papier mâché – schodzący ostro w dół, widoczny nawet stąd klin. Podobno pękło równo przez środek jednej z gór, centralnie przepoławiając stojący na jej szczycie krzyż, a potem szczelina poszła dalej na północ i zachód. Pochłonęła po drodze kilkanaście mniejszych oraz większych miast, aż dotarła do małej ojczyzny jednego z naszych byłych rodaków, co ponoć był Wielki i lubił ciastka.

Jak dla mnie, to mogłoby się w tę przepaść wszystko zwalić. Raz a dobrze, i byłby spokój.

Sfinks odchrząknął ponownie.

– Emisariuszu Ezekielu, czy mógłbym...

– Nie, nie mógłbyś – warknąłem.

Nie miałem ochoty na nikogo z nich patrzeć, a tym bardziej z nimi gadać. Z naprawdę wielu rozczarowań mojego życia to wdarło się przebojem do ścisłej czołówki.

– Dziecko jest głodne – wyrzucił w końcu z siebie Melekesz. – Trzeba je nakarmić. Dziewczyna sobie nie radzi, więc...

Odwróciłem do niego głowę. Powoli. Jak wieżę czołgu z armatą osiemdziesiąt osiem milimetrów. Wyobraziłem sobie, że strzelam mu w ten durny, brodaty pysk, a on rozlatuje się na tysiąc sto kawałków.

Pomogło, przynajmniej na chwilę.

– Więc co? Mam ją w tym wyręczyć? Może poproś swojego cycatego kolegę. Na pewno będzie zachwycony, że ktoś docenia jego transgenderyczne zapędy.

Sfinks zamarł w bezruchu, potem rysy jego twarzy ściągnęły się wyrazem z trudem powstrzymywanego gniewu.

Spojrzałem na niego wyzywająco. Miałem szczerą nadzieję, że rzuci się na mnie i odgryzie mi głowę... ale on tylko machnął pazurzastą łapą, odwrócił się i odszedł z godnością.

– Już nie „Matka” i „Jej Syn”?! – wrzasnąłem mu w ślad. – Nagle to tylko dziewczyna i dziecko, co?! Córka! Córka, ty zakłamany mutancie! Miej chociaż odwagę to powiedzieć!

Nawet się nie obejrzał. Tylko bijący po bokach ogon zdradzał skrywane poirytowanie.

Zostałem sam. W zasadzie tego właśnie chciałem... ale nastrój obojętności na świat gdzieś uleciał. Najlepszy sposób, żeby kogoś do czegoś zmusić? Pokazać mu, że już wcale nie trzeba.

Ze złością rzuciłem ze skarpy kamieniem. Wstałem, sapiąc pod nosem, ruszyłem w kierunku jaskini.

Noworodek wrzeszczał, jakby go ze skóry obdzierali – wysoki, świdrujący, jednostajny krzyk, z przerwami tylko na zaczerpnięcie oddechu. Aż mi coś w lewym uchu przeskakiwało za każdym razem, gdy zaczynał.

Maryam patrzyła na swoją córeczkę z uwielbieniem i przerażeniem naraz. Gdy wszedłem do groty, podniosła na mnie wzrok: wielkie białka przekrwionych oczu i malutkie, ledwo dostrzegalne kropki źrenic. Była blada jak śmierć, zlana zimnym potem.

– Ja nie wiem. – Uśmiechnęła się maniakalnie. – Nie wiem, co zrobić. Ona jest piękna, Ezekielu. Ale nie wiem, co mam zrobić. Mame by wiedziała. Gdyby mame tu była, to...

– Ćśśś.

Wziąłem od niej dziecko: ostrożnie, powoli, trochę niezgrabnie. Małe, kruche, wiotkie, ledwo trzymające się tego świata ciałko. Aż trudno uwierzyć, że z czegoś takiego wyrastają takie paskudy jak ja.

Dziewczyna wyciągnęła ręce, jak gdyby bojąc się, że upuszczę jej kruchy skarb. Niepotrzebnie. Takich rzeczy jak trzymanie niemowlaka nie zapomina się nigdy.

– Ćśś, mała – powtórzyłem, mimo woli nachylając się nad maciupcią, czerwoną twarzyczką. – No już, cicho. Nie płacz, cholera, bo mi zaraz łeb pęknie... A-a-a, kotki dwa...

Odruchowo zacząłem kołysać ramionami, przechadzając się miękkim krokiem w tę i we w tę. Niemowlak pokwilił jeszcze chwilę, kwęknął i zaskamlał, a potem się uspokoił.

Zrobiło mi się... dziwnie.

– Lubi cię. – Maryam pokiwała z desperacką nadzieją.

Szok poporodowy. Depresja poporodowa. Fochy poporodowe. Bezsenność poporodowa. Kłótnie poporodowe... Przerabiałem to wszystko już wcześniej. Kobieta wymagała co najmniej tyle uwagi i troski, co dziecko – tylko że o ile dziecko dopiero się uczyło świata, to ona powinna już go trochę znać i ogarniać. Może miał rację ten polityk, że matka głupieje i cofa się w rozwoju?

 

– Musisz go... to jest ją nakarmić – powiedziałem, patrząc na Maryam poważnie.

– Ale ja nie wiem jak. Nie mam czym.

– Piersią, głupia. – Pokazałem wymownie.

Spłoniła się. Przy jej cerze, obecnie bladowoskowej, efekt wyszedł przynajmniej upiorny.

– Ja... – Nagle znów miała te swoje naście lat i była tylko smarkulą. – Przecież ja nie...

– Owszem, możesz. Powiem więcej: musisz. Po prostu przystaw ją do sutka, natura zrobi swoje.

Podałem jej dziecko. Ona już chciała ściągnąć tunikę z ramienia, potem spojrzała na mnie, potrząsnęła głową.

– Ale nie patrz!

– Dziewczyno. Jeszcze przed chwilą odbierałem twój poród, więc naprawdę, widziałem... Zresztą nieważne. Już się odwracam.

Postałem tak chwilę tyłem do niej. Azrael tkwił cały czas w tym samym miejscu: skulony w kucki, wciśnięty w kąt przy drzwiach, wpatrzony w Maryam zupełnie cielęcym wzrokiem. Niczym część wyposażenia.

Ciekawe, że on jej nie przeszkadzał, a ja tak? Tak to bywa, że obcego typa się dziecko nie wstydzi, a rodzonego...

– ...stop – szepnąłem sam do siebie, czując, jak po plecach przebiega mi dreszcz.

Nie byłem gotowy na tę myśl. Miałem ją gdzieś na obrzeżach podświadomości już od dłuższego czasu, ale nadal nie chciałem się do niej przyznać.

Złapałem Azraela za fraki, bezceremonialnie podniosłem na nogi i pociągnąłem za sobą na dwór. Jeśli mnie nie wolno, to niech i on sobie nie pozwala.

Tak, byłem zazdrosny. Macie z tym problem? Hę? No, tak też myślałem.

Trzy kamienne głowy spojrzały na mnie naraz.

– Emisariuszu, musimy porozmawiać.

– Owszem.

Wyciągnąłem przed siebie rękę. Trzy sfinksy z ciekawością nachyliły się nad otwartą dłonią, przy czym gotów jestem przysiąc, że przynajmniej jeden już, już otwierał pysk, chcąc zlizać jęzorem cokolwiek na niej podaję.

Niedoczekanie wasze.

– Nic tam nie ma, Ezekielu – skonstatował Melekesz. – Twoja dłoń jest pusta.

Przytaknąłem:

– Owszem. Jest pusta, a wy macie na niej złożyć swoje dary.

Tetramorfy wymieniły spojrzenia, wyraźnie skonsternowane.

– My nic nie... – zaczął ten z cyckami, ale umilkł, gdy Melekesz trącił go łokciem w bok.

– Teraz to już nieistotne, Emisariuszu. Proroctwo wypełniło się, a my...

– Takiego wała – przerwałem. – Leźliśmy tu jak głupi, ale ja wykonałem swoją część umowy. Ty miałeś ogarnąć miejscówkę. Skrewiłeś. Miałeś ogarnąć trzech mędrców...

– Wypraszam sobie! – zapiał falsetem babochłop. – Nie życzę sobie, żebyś tak nonszalancko traktował sprawę mojej płci! Dlaczego akurat „mędrców”, a nie „mędrczynie” albo „wiedźmy”?

– ...skrewiłeś. Niezależnie od poziomu ich IQ, trzej mędrcy przynoszą dary, zgadza się? No więc czekam.

Melekesz patrzył na mnie spokojnie i bez emocji. Wzrokiem istoty, która wie, że za plecami ma już tylko ścianę faktów.

– Tak też czułem. – Uśmiechnąłem się nieszczerze. – Czyli nawet to nie odbędzie się tak, jak powinno. Słucham zatem, o czym chcecie rozmawiać? Ach, tak: proroctwo! No więc, jak już zapewne się zorientowaliście, urodziła się nam dziewczynka. Tak, dziewczynka!

Popatrzyłem piorunującym wzrokiem na sfinksa-sufrażystę, ale tym razem nie odważył się nic powiedzieć. Nabrałem tchu, nieco uspokoiłem emocje i ciągnąłem dalej:

– Przynajmniej jej płeć nie podlega dyskusji. Czy kobieta może być Mesjaszem?

– No więc... – zaczął Kin-alil-Addon, ale dostał kolejną sójkę w bok. Melekesz pokiwał łbem.

– Teoretycznie tak, Emisariuszu.

Tym razem to ja się dość poważnie zdziwiłem. Aż na chwilę mi się głupio zrobiło: to ja tu pomstuję, jadę w nich jak w łyse kobyły, a wszystko jest – okej?

– Ale...? – zagadnąłem, czując, że to jeszcze nie cała prawda.

Melekesz z Lakisz westchnął, popatrzył gdzieś w dal.

– Ale praktycznie Nim nie jest. To zwykłe dziecko, Ezekielu. I zupełnie zwykła matka. Przykro mi.

A mnie nie było przykro. Nie byłem też rozczarowany. Nie czułem nic, szczerze mówiąc.

Już wcześniej zorientowałem się, że – jakże miałoby być inaczej! – kometa zniknęła. Po prostu, ot tak: zniknęła. Wisiała na niebie, a potem jej nie było. Jakby siedzący na rusztowaniu ponad sceną technik podciągnął wyciętą z papieru dekorację na sznurku poza widok publiki.

Ulotnił się gdzieś nastrój podniosłego oczekiwania i gorączkowej paniki towarzyszący nadejściu rzeczy rzekomo wielkich. Jak w wigilię Bożego Narodzenia: wszyscy ekscytują się, jakby naprawdę miał wydarzyć się cud, nerwowo uśmiechają i poszeptują po kątach... A potem jest zupa grzybowa i wujek Józek ze sztuczną brodą. Mistyka niezauważenie ustępująca miejsca żenuncji.

– Aha. – Pokiwałem głową. – No tak, to faktycznie super. I co dalej? Najebali nas, rozchodzimy się?

Dwa sfinksy popatrzyły na Melekesza. Znałem takie spojrzenia: decyzja już zapadła, tylko ktoś musiał mieć odwagę to powiedzieć.

– Tak.

– No i klancyk.

Odwróciłem się po prostu i ruszyłem w kierunku jaskini. Zero emocji, zero złości. Czysta pragmatyka: skoro tak, to tak.

– Emisariuszu! – zawołał za mną Melekesz. – Emisariuszu, najwyraźniej czas jeszcze nie nastał! To ważne wydarzenie, bezwarunkowo, ale jeszcze nie ta pora! Czekaliśmy na Jego nadejście całe eony, więc teraz...

Uniosłem tylko rękę: dość.

– Panie Ezekielu, co się stało? – zagadnął mnie schodzący właśnie od głównej drogi na górę Teodlef.

Przystanąłem, popatrzyłem w jego woskową, cokolwiek pozbawioną mimiki twarz chodzącego trupa. Pokręciłem głową.

– Nic się nie stało. Kontynuujemy zgodnie z roboczym planem.

– To znaczy...?

– To znaczy, że ci trzej pajace umywają ręce i zostawiają nas samym sobie. Zabieramy stąd dziewczynę i wynosimy się jak najdalej. Tylko patrzeć, jak zaroi się tutaj od Wysłanników.

Skinął oszczędnie.

– Tam się uspokoiło, chociaż część ludzi nadal śpiewa pieśni – zaraportował o sytuacji na wzgórzu.

– Udało ci się?

Poklepał wymownym gestem sakwę wypchaną naszabrowanymi zapasami. Być może i źle rozpoczęliśmy naszą znajomość – zabiłem mu ojca, a potem jego samego zabił mój eks-Anioł – ale zaczynałem tego typka nawet lubić.

Uchyliłem drzwi, zajrzałem do Maryam: spała z dzieckiem w objęciach. Dobrze, niech odzyska trochę sił, bo przed nami długa droga... no właśnie, dokąd?

Spojrzałem jeszcze na nią w spektrum purpury. Było dokładnie tak, jak się obawiałem.

Zwyczajna dziewczyna i zwyczajne dziecko.


Sfinksy po prostu sobie poszły. Bez pożegnania, bez słowa: ani be, ani me, ani pocałuj mnie w dupę. Nic.

My też zebraliśmy się, jak tylko Maryam mogła utrzymać się na nogach. Azrael, muszę mu to oddać, zachowywał się naprawdę na poziomie. Pomagał dziewczynie równie ochoczo, co nieporadnie, podtrzymywał, nieustannie dopytywał się, czy nie jest jej słabo.

Uważał się dla niej i dziecka za – kogo? dobrego wujaszka? ojca chrzestnego? Nieformalnego... A zresztą, wolałem chyba nie wiedzieć.

– Ona potrzebuje mojej pomocy, Ezekielu. – Anioł spojrzał na mnie z naganą. – Jej funkcje życiowe są poważnie upośledzone po wysiłku, a gospodarka hormonalna daleka od normy. Mógłbyś sobie darować tę uwagę, doprawdy.

Zatkało mnie. Nie dałem po sobie nic poznać, zrobiłem tylko minę wyrażającą oburzone zdziwienie.

– Azi, ale o czym ty w ogóle mówisz?

– „Czyż jestem stróżem brata mego?” – rzucił sentencjonalnie. – Słowa, które nieprzerwanie brzmią w naszych uszach, Ezekielu. Za każdym razem, gdy człowiek próbuje coś ukryć.

Postanowiłem nie ciągnąć tematu ani nie strofować Anioła – mimo że ewidentnie czytał mi w myślach.

Azi mocno się zmienił. To znaczy nadal był tym samym nieprzystosowanym do rzeczywistości pajacem, ale zdarzało mu się powiedzieć coś albo spojrzeć na mnie w taki sposób, że miałem wrażenie, więcej: byłem pewien, że to ten sam Azrael, który prześladował mnie i nawiedzał w najmniej odpowiednich momentach mojej komorniczej kariery.

Ten sam, ale też inny. Już nie bezduszny i ślepy automat, a byt bardziej świadomy samego siebie. Może i będący tylko odpryskiem swej dawnej istoty i potęgi, ale taki odprysk potrafiłby pewnie niejeden świat spowić całunem wiecznego ognia. No bo pomyślcie sami: ile to jest, jak się weźmie jeden promil od nieskończoności?

No właśnie, chyba całkiem sporo.


– Tam będziemy bezpieczni. – Teodlef pokazał siniejącym palcem na jakąś niczym niewyróżniającą się ruinę pośród krajobrazu ogólnego spustoszenia.

Nie dyskutowałem, nie protestowałem. Skoro tak mówił, to pewnie tak było.

Czułem się trochę jak maszyna na jałowym biegu. Jak piła tarczowa, z której nagle ktoś zdjął całe obciążenie. Niby nagle lekko i przyjemnie, a jednak tylko patrzeć, jak zatrą się łożyska i przepali silnik.

Nie miałem celu w życiu.

Maryam potknęła się, zachwiała. Doskoczyli do niej obydwaj, ale to ja byłem pierwszy: złapałem za łokieć, przytrzymałem, asekurując drugą ręką zawinięte w chustę dziecko.

– Nic mi nie jest. Dam radę – rzuciła z bladym uśmiechem.

Wysunęła mi się delikatnie i ruszyła dalej, patrząc bardziej na córkę niż pod własne nogi. A ja zostałem tam, wielkimi ze zdumienia oczami wpatrując się w jej plecy.

Bo nagle wszystko stało się znów proste i oczywiste. Wiedziałem, co stanowi oś mojej egzystencji i w którą stronę biegną poszczególne wektory.

Nie pozwolę jej skrzywdzić.


Rozdział II

Ogienek ćmił się i dymił wątłym językiem pomarańczu. Jedyny punkt światła i ciepła pośród szarego bezmiaru ruin martwego, zrównanego z ziemią miasta.

Nie byłem nawet pewien, które to z nich – tyle miejscowości poszło pod nóż od razu Po... Chociaż bliskość gór i w szczególny sposób paskudne pozostałości architektury same z siebie nasuwały mi pewne podejrzenia. Nie miało to jednak żadnego znaczenia.

Nic już nie miało znaczenia w naprawdę szerokiej perspektywie rzeczy.

– Musimy wrócić do zamku.

Uniosłem wzrok, popatrzyłem na pana Teodlefa bez wyrazu.

– Bo?

– Bo tam się nią zajmiemy. Dziecko będzie miało opiekę, spokojny kąt. Nie pozwolimy jej skrzywdzić.

Wydąłem powątpiewająco wargi.

– Panie Teodlefie, przerabialiśmy już...

– Tylko głupiec nie przyznaje się do błędów. Nie miałem racji. Zasługują na normalne życie.

Maryam i jej na razie bezimienna córeczka spały snem sprawiedliwych, przykryte każdym skrawkiem pledu i koca, jaki tylko znaleźliśmy po drodze. Dziewczyna odzyskała już trochę sił, ja też, na ile mogłem, wspomagałem ją magią leczniczą. Nie za bardzo, żeby nie zostawić przypadkiem tropu dla Wysłanników, ale każda odrobina energii była teraz dla niej na wagę złota.

Pogrzebałem w żarze patykiem. Snop iskier uniósł się, zatańczył i zgasł na osmalonym suficie zrujnowanego mieszkania.

– I skąd taka zmiana?

Teodlef westchnął, chociaż dopiero po chwili sobie uświadomiłem, że ta reakcja była właśnie westchnieniem. Po prostu nabrał powietrza i wypuścił z sykiem; tężejące tkanki nie miały już właściwej sprężystości.

– Uświadomiłem sobie tam, walcząc z tym...

– Danaielem – podsunąłem.

– ...że dzieli mnie od niego tylko krok. Rozumie pan? Cel uświęcający środki, jedyna słuszna ideologia. To było wielkie marzenie ojca, żeby kiedyś odbudować świat. Dźwignąć z popiołów, nie patrząc na koszt i ofiary.

 

– Ale nie do końca pańskie?

Potrząsnął głową.

– Chyba nie. Straciliśmy wielu ludzi, tam, podczas szturmu... I jeszcze teraz. W zasadzie wszystkich najlepszych wojowników. Ojciec był historykiem, dla niego bitwy i oblężenia to nawet nie statystyka, a wręcz pojęcie binarne: ten wygrał, tamten przegrał. Bez liczenia kosztów, patrząc tylko na długofalową korzyść w perspektywie historycznej.

– „Mieszko Pierwszy budowniczym państwa polskiego”? Twierdzenia o tym, że tworząc potęgę cesarstwa, władca rzekomo przyczyniał się do jego upadku pięćdziesiąt lat później?

– Mniej więcej. Łatwo ocenia się wydarzenia w retrospektywie, wiedząc już, jak się wszystko skończyło. A ja zawsze byłem raczej humanistą. Patrzyłem na historię z punktu widzenia jeśli nie jednostki, to w każdym razie społeczności. I mnie jest ciężko samemu sobie wytłumaczyć, że tak postrzegany rachunek zysków i strat wypadnie na naszą korzyść.

– Każda śmierć to tragedia?

– Nieodwracalna.

– Więc poddaje się pan.

Spojrzał na mnie cokolwiek smutno.

– Powiedzmy, że przekuwam miecze na lemiesze. Trzeba zaleczyć rany, odbudować potencjał. Popracować u podstaw. Po pewnym czasie będziemy gotowi, żeby...

– Tak – przytaknąłem, odwracając się ku ogniowi.

Co innego miał powiedzieć? I co miałem powiedzieć ja?

Przegraliśmy przecież obydwaj! On wiedział, że nigdy nie odbuduje niczego, bo zostało mu za mało ludzi. Ja wiedziałem, że nawet gdyby ich miał, to Góra i tak wykończy nas wszystkich kawałek po kawałku. Jedyne, co mogliśmy teraz zrobić, to zapewnić Maryam i jej córeczce w miarę normalne bytowanie... aż do samego nieuniknionego końca.

On da im wikt i opierunek, a ja bezpieczeństwo.

– Kto przegrywa i ucieka, żyje, aby walczyć dalej – odezwał się nagle Azrael.

Anioł siedział po drugiej stronie ogniska, obejmując podciągnięte pod brodę kolana chudymi rękoma. Byłem przekonany, że śpi, ale teraz otworzył oczy. Źrenice błyszczały odblaskami tańczących płomieni, światło ślizgało się po twarzy, rzucając chybotliwe cienie.

– Azi, co ty znów pieprzysz? Doceniam, że wczułeś się w rolę, ale to już koniec akcji. – Westchnąłem z dezaprobatą. – Obroniliśmy się jakoś, wywinęliśmy psim swędem. Teraz trzeba się schować i siedzieć cicho.

Pokręcił powoli głową, popatrzył prosto na mnie.

– Ocaleliśmy nie po to, aby żyć, Ezekielu.

Zadrżałem. Jego oczy były dwiema studniami prowadzącymi w pustkę.

– Dopóki krew obraca w piersi ciemną gwiazdę, musimy iść naprzód. – Azrael mówił bez pośpiechu, dobierając słowa. Jak gdyby przypominając sobie czytany kiedyś, dawno temu wiersz. – Być odważni. Mamy mało czasu, aby dać świadectwo.

Teodlef spojrzał na mnie pytająco, ja tylko potrząsnąłem głową: załatwię to.

– Azi, odpuść – powiedziałem pojednawczo, podnosząc się. – To nie czas i nie miejsce. Musimy...

– Musimy iść dalej i walczyć! – z pasją warknął Anioł.

Bezceremonialnie podniosłem go z podłogi, wyciągnąłem na dwór.

– Posłuchaj mnie! – syknąłem, przypierając go do muru. – Posłuchaj uważnie! To koniec, rozumiesz? Koniec! Dla ciebie, dla mnie, dla świata! Ja jestem nikim, ty... Ty nawet nie wiem, kim ani czym. Owszem, mamy jedno nowe dziecko: super! Wynik na tę chwilę, pobieżnie licząc, to jeden do siedmiu miliardów.

Patrzył na mnie z lekko drwiącym uśmieszkiem. Słyszał, ale nie słuchał.

– Więc nie pieprz teraz o bohaterstwie, bo... aaałaaa...

Wziął moją dłoń i ścisnął tak, że z bólu aż wspiąłem się na palce. Przytknął do ust, odsunął na bok i puścił.

– Nie obchodzi mnie reszta świata, Ezekielu. Możesz zasłaniać się statystyką, ale obaj wiemy, że to tylko pustosłowie. Interesuje mnie teraz na tym świecie tylko jedna istota: ja sam. I nie poddam się bez walki.

Dotyk jego warg palił jak żywy ogień.

– A co z Maryam? Co z jej córeczką?

Uśmiechnął się niemalże ciepło, ale w jego oczach błysnął smutek.

– Oddałbym za nie swoje życie, Ezekielu. I oddam, jeśli zajdzie taka potrzeba. A czy ty zrobiłbyś to samo? Na podstawie twojej ukochanej statystyki prognozowałbym, że chyba jednak nie.

– Spierdalaj. – Pokręciłem głową, odsuwając się o krok. – Naprawdę, Azi: spierdalaj. To, że masz czelność zadawać mi takie pytanie...

Patrzył bez cienia skruchy, za to z zimną, wyrachowaną pogardą. Pełen dystansu zarówno do mnie, jak i do samego siebie. W zupełności świadomy i dojrzały.

– Nie świadczy o niczym. Każdy z nas ma swoją niechlubną przeszłość, Ezekielu. Wstydzę się jej, owszem, ale nie jestem w stanie zmienić. Za to nie pozwolę, żeby moja przyszłość miała być podobnie haniebna.

– Azi, posłuchaj sam siebie! Przyszłości nie ma, nie rozumiesz tego? Ani ja, ani ty nic na to nie poradzimy! Przegraliśmy!

– Od tej pory moje istnienie to już nie „tak było”, a wyłącznie „tak chciałem”. I zapewniam cię, Ezekielu, że MOJA nadzieja umrze dopiero razem ze mną.

Odwrócił się i odszedł, po drodze demonstracyjnie zahaczając o mnie barkiem.

Patrzyłem, jak znika pomiędzy ruinami. Przybrudzona dżalabija mignęła mi jeszcze gdzieś za rogiem, a potem straciłem go z oczu.

W domku najpierw zakwiliło, a potem zaczęło płakać dziecko.

Westchnąłem ciężko, splunąłem ze złością w sypki piach. Niech sobie idzie w diabły, zasraniec. Nie potrzebuję go.

Nie wiedziałem jeszcze tylko, jak wyjaśnię to Maryam.


Szliśmy już trzeci marszodzień w wyjątkowo irytującym, bo selektywnym milczeniu.

– Panie Teodlefie, kiedy się zatrzymamy? Muszę nakarmić Aurorę.

Teodlef zerknął na mnie z ukosa, odchrząknął. Czuł, że jest częścią rozgrywki personalnej, ale nieszczególnie miał ochotę wybierać jej stronę – więc siłą rzeczy trafiał do obozu dla mnie wrogiego.

Faktu, że dziecko dostało imię, a mnie nawet o tym nie poinformowano, nie skomentuję.

– Jeszcze kawałek, tutaj nie ma gdzie. Tam, ze szczytu wzgórza, będzie na pewno coś widać. Ezekielu, jak sądzisz?

Wzruszyłem ramionami, chcąc coś powiedzieć, ale Maryam już skinęła łaskawie głową.

– Dziękuję. Cieszę się, że mogę na pana liczyć.

Zagryzłem tylko zęby. Przypuszczam, że właśnie tak musiał czuć się dwa tysiące lat temu święty Józef, który dostał chyba najbardziej nieistotną rolę drugoplanową w dziejach: pomóż nieletniej matce nie swojego dziecka, uratuj przed siepaczami złego króla. Potem ona urodzi, a ty... ty się bujaj na szczaw.

Musiałem jednak dziewczynie oddać – dorastała w oczach. Nie wiem, czy była to kwestia właśnie hormonów, czy może doświadczeń życiowych, które zbierała w zastraszającym tempie. Znalazłem ją jako smarkulę, a teraz zaczynała zachowywać się jak może i młoda, ale już zdecydowanie kobieta.

Czytaj: rozgrywała facetów przeciwko sobie.

Zatrzymałem się i rozejrzałem, czy aby nie mignie mi gdzieś na szczytach wzgórz biała szata Azraela. Nic z tego. Wokół tylko pustka i martwe drzewa.

Tak, zakładałem, że Anioł może za nami iść. Taki sobie tajemniczy stróż-mściciel, zjawiający się w potrzebie i odchodzący w nieznane, gdy zrobi już swoje. Byłoby to w jego niedawno przyjętym stylu: udowodnić wszystkim, jaki jest poważny i zajebisty.

Azraela jednak nie było.

Dogoniłem stojących już na szczycie pagórka Maryam i Teodlefa. Tylko zerknąłem na otwierający się widok. Od razu kopnąłem dziedzica zamku pod kolano, posyłając na ziemię, wyrwałem dziewczynie niemowlaka i szarpnąłem ją w tył, zbijając z nóg. Potem sam rymsnąłem na glebę jak długi, trzymając dziecko w bezpiecznej klatce ramion.

W dolinie kłębili się Wysłannicy.

– Cicho! – Położyłem palec na ustach, uciszając Maryam, już, już gotową zacząć biadolić i krzyczeć, że odebrałem jej młode. Powoli, ostrożnie podałem jej kwilącą Aurorę, pokazałem gestem, żeby odczołgała się w tył. – Ci-cho!

Teodlef przekręcił się, podpełzł do mnie i spojrzał przepraszająco: nie zareagował dość szybko.

– Amatorszczyzna – warknąłem, kręcąc głową.

Prawda była taka, że z tej odległości nie mógł ich rozpoznać jako agentów Góry – ot, kilkanaście figurek kręcących się pomiędzy pustymi zabudowaniami osady. Nie miał powodów, żeby zachować się tak jak ja.

I właśnie to odróżniało wciąż żywych od potencjalnie zabitych.

Bo widziałem aż nadto wyraźnie purpurową aurę ich maga, stojącego nieco z boku w asyście trzech zbrojnych. Nie mogłem nie zauważyć, że kilka postaci jest większych od pozostałych, więc byli to pewnie Ofiarnicy. W końcu nie dało się nie wyczuć aury Serafina – na razie bezczynnego.

– Co oni robią? – szeptem zapytał mnie Teodlef.

Potrząsnąłem głową: nie wiem. Prawda była taka, że domyślałem się, ale i tak chciałem to zobaczyć na własne oczy.

Dowódca oddziału podszedł do maga, podał mu glinianą tabliczkę. Ten zliczył coś, pukając w poszczególne pozycje rylcem. Popatrzył na dekuriona, który kiwnął potwierdzająco. Ruszyli obydwaj przez placyk, przechodząc wzdłuż rzędu ułożonych równo, jedno przy drugim, ciał. W końcu stanęli przy ostatnim trupie, mag raz jeszcze skonsultował się z tabliczką wykazu: zgadza się.

Zawołali jednego z Nawróconych, podsunęli mu pod nos rylec i tabliczkę, a on niewprawnym ruchem postawił na mokrej glinie kilka kresek. Potem podpisał się dekurion, na końcu mag. Krótko, oszczędnie, minimalistycznie. Kwitując w dokumentach politykę faktów dokonanych.

Trzech, zawsze trzech. Jak na pospiesznie zwoływanych sądach doraźnych w czasach ostatniej wojny światowej. Aż chciało się szepnąć: „Sagłasien, wyrok zatwierdzam”.

– Wymordowali ich wszystkich – sapnął Teodlef, dopiero zaczynający rozumieć sens sceny. – I teraz tylko wpisują ilu... To tak wolno?

Przełknąłem ślinę, czując podchodzącą do gardła gulę.

– Nie, nie wolno. Ale najwyraźniej można. Cholera, niedobrze, niedobrze...

– Ani drgnij, Zek – rozległo się nagle.

Zamarłem. Autentycznie, naprawdę zamarłem w bezruchu. Chyba nawet serce mi stanęło. Powoli obróciłem głowę.

Nade mną stał Kenaniasz, a jarzący się purpurą czubek jego pilum niemalże skrobał mnie po policzku. Za nim widziałem przerażoną Maryam, która wcisnęła się w załom betonowej ruiny, tuląc do piersi dziecko.

– Ani, kurwa, drgnij – wycedził przez zęby mój ekskolega po fachu.

Przekręciłem się na plecy, podniosłem ręce nad głowę.

– Kenek, człowieku, spokojnie. Tylko bez gwałtownych ruchów, proszę cię.

– Zek... Zek! Czyś ty się z głupim na rozum zamienił?! Kurwa! – Kenaniasz zrobił ruch, jakby już teraz, w tej chwili chciał mnie dźgnąć w krtań. Potem odsunął się o pół kroku i nieco opuścił broń, ale ani na chwilę nie stracił czujności.

Był dobry ze swoją włócznią, wiedzieliśmy o tym obaj. Znaliśmy się dość długo, raczej jednak mijając się w przelocie podczas takich czy innych robót. Pomimo to, a może właśnie dlatego, udało nam się zachować dość dobre, koleżeńskie stosunki. Rzadkość w tym fachu.