RewersTekst

Z serii: Komornik #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rewers
Rewers
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,83  55,86 
Rewers
Audio
Rewers
Audiobook
Czyta Grzegorz Pawlak
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

Rozdział XXIII

Rozdział XXIV

Rozdział XXV

Rozdział XXVI

Rozdział XXVII

Rozdział XXVIII

Rozdział XXIX

Rozdział XXX

Rozdział XXXI

Rozdział XXXII

Rozdział XXXIII

Spis miar, wag i terminów trudnych

Książki Michała Gołkowskiego

Karta redakcyjna

Okładka


Dziękuję Zbigniewowi Herbertowi,

Jackowi Kaczmarskiemu, Kazikowi Staszewskiemu, anonimowym trollom z internetów oraz wszystkim świadomym bądź nieświadomym twórcom pierwszej książki fantasy/postapo w dziejach, czyli Biblii.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rozdział I

To naprawdę nie powinno było się zdarzyć.

Stałem tak pośrodku gruzowiska, w jakie od nadejścia Apokalipsy zamieniła się znaczna część dawnych zakładów azotowych. Stałem i patrzyłem na utleniające się ciało zabitego właśnie przeze mnie Komornika.

Płatki sadzy powoli, jakby od niechcenia odrywały się od zwęglonej skóry i ulatywały ku górze, ciągnąc za sobą ślady wypalających się w powietrzu iskierek.

Pokazały się żółknące i brązowiejące w oczach kości, potem w chmurze popiołu zapadła się klatka piersiowa.

Najdłużej utrzymała się czaszka z wciąż widocznym znamieniem na czole, ale i ona w końcu popękała i rozsypała się w proch.

Przez długą, długą chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć – aż w końcu natchnienie przyniosło mi właściwe słowa.

– Twoja w mordę benizem rypana boża mać! – wrzasnąłem, kierując te słowa głównie do krwawiącego nieopodal byłego szefa handlarzy relikwiami. – Czy ty masz pojęcie, głupi sukinsynu, co się właśnie stało?! Co ja przez ciebie zrobiłem?!

– Nie, nie, błagam... – wyjęczał tylko Efraim, leżący tak, jak miotnął nim podmuch uderzenia kinetycznego. Wnosząc po wyrazie twarzy i rozbieganych oczach, był w szoku, może nawet miał wstrząśnienie mózgu.

Zresztą, zaraz: co mnie to obchodzi? Nie jestem sanitariuszem, tylko Komornikiem.

Mam nadzieję, że jeszcze jestem, w każdym razie.

Tak czy inaczej, podszedłem do debila, wciąż trzymającego w dłoni jednostrzałowy samopał, i profilaktycznie kopnąłem go w pysk. Poleciał znów na plecy, a ja schyliłem się, wyłuskałem mu z ręki broń i rzuciłem ze złością w cholerę, byle dalej.

– Ty zafajdany buraku!...

Przykucnąłem nad nim, już, już mając zamiar przystąpić do katowania na śmierć, ale wtedy uderzyła mnie myśl przerażająca w swej prostocie: dobra, a co dalej? Ulżę sobie, wykończę frajera... i znów wrócę do punktu wyjścia!

Albo i nie: po tym, co przypadkiem zrobiłem, nie wrócę do punktu wyjścia. Chyba już nigdy.

Popatrzyłem jeszcze raz na wirujące w powietrzu płatki sadzy i zadrżałem z autentycznego strachu.

Nie słyszałem nigdy o takim przypadku: jeden Komornik zabija drugiego. To znaczy słyszałem o całej masie, w tym kilkunastu doświadczyłem sam, kiedy jeszcze pozwalałem, żeby pomiatał mną ten palant Danaiel. Zabijania i bycia zabijanym było sporo, ale był to proces w sumie odwracalny.

Ale śmierć ostateczna? O, panie dzieju, grubo.

Rozejrzałem się w nagłym przypływie paniki: na całe szczęście nigdzie nie było Azraela, na niebie nie czerniły się kropki nadlatujących Wysłanników. Niemniej miałem przeczucie, że stanie sobie ot tak, na widoku, może nie być dobrym pomysłem.

– Chodź tu!... – Złapałem rannego za fraki i pociągnąłem po gruzie, nie zwracając uwagi na jego jęki i skamlenie. No bolała go noga, bolała. No i co z tego?

Już niedługo będzie to najmniejszy z jego problemów.

Zawlokłem krwawiącego niczym prosiak szefa handlarzy relikwiami głęboko pomiędzy przerdzewiałe zbiorniki, do jakiejś zapomnianej, zasnutej pajęczynami komórki. Tam bezceremonialnie związałem go znalezionymi kawałkami sznurków, linek i wszystkim, co jeszcze trafiło się pod rękę, a potem – no, jak myślicie, ha? Co potem?

Taak, jasne. Podwiesiłem go na haku, torturowałem, przesłuchiwałem, a w końcu zjadłem.

No bez jaj, serio.

Opatrzyłem go przecież! Weźmie się wykrwawi i nic mi nie powie. Byłbym go uleczył kilkoma szybkimi zaklęciami, ale byłem tak wypompowany, że ledwo sam trzymałem się na nogach. On i tak długo nie pociągnie, ale potrzebowałem wszelkiej informacji, jaką da się z niego wyciągnąć.

– Mów! – warknąłem w końcu, pochylając się nad jeńcem.

– Nic nie wiem... przysięgam, nic nie wiem... – zabełkotał Efraim.

Westchnąłem sobie ciężko. Od serca tak, z głębi mojej udręczonej duszy. Dlaczego, dlaczego ludzie w sytuacjach ekstremalnych zawsze muszą zaczynać od takiej wyświechtanej tandety?!

Zdecydowałem się odświeżyć mu pamięć, więc złapałem za świeżo założony opatrunek i ścisnąłem mocno.

– Jonasz. Gdzie on jest?!

Zawył z bólu i chyba popuścił, oczy aż mu uciekły pod czaszkę, ale na szczęście nie zemdlał. Odczekałem, aż przestanie skamleć, a potem powtórzyłem już spokojniej:

– Gdzie jest Jonasz? To przecież dla niego nieśliście te relikwie, tak? Więc gdzie jest?

– My... my tylko donosimy towar – zaszlochał. – Nie znam żadnego Jonasza!...

Popatrzyłem na niego z taką ilością prawdziwego współczucia, jaką byłem jeszcze w stanie wyskrobać z samego dna mojej zblazowanej duszy. Nachyliłem się i powiedziałem zupełnie spokojnie, konstatując stan rzeczy:

– Umrzesz i tak. I tak powiesz mi w końcu, gdzie jest Jonasz... Nie, proszę: nie zaprzeczaj. Ja i tak wiem, że ty wiesz. Więc powiesz, ale najpierw będzie ból. I to są fakty, tego nie zmienisz. Masz jednak wpływ na to, jak długo ten ból potrwa.

W jego oczach było widać, że się łamie. Poczekałem cierpliwie, aż w końcu Efraim siąknął nosem, zaczerpnął spazmatycznie tchu i odezwał się:

 

– Podobno jest teraz na wschodzie...

– Gdzie?

Przez chwilę chciał poprzestać na półprawdzie i zacząć kłamać, ale zobaczył w moich oczach, że ja już wiem. Zwiesił głowę i wyrzucił z siebie jednym tchem:

– Uciekł do Miasta Bohaterów, siedzi w Twierdzy. Tyle wiem. Nie widziałem się z nim od dawna.

– Jak go znaleźć?

– Nie wiem, nie wiem! My działaliśmy tylko tutaj, po jasnej stronie...

– Faedros – w przypływie nagłego olśnienia rzuciłem imieniem Starego, którego zostawiłem na pożarcie małpoludom w starym zoo pod Hermą. – Faedros był jednym z twoich dostawców.

– Tak, tak! – załkał handlarz, widząc, że moja ręka unosi się niepokojąco blisko jego rozharatanej łydki.

– Po co wam te relikwie?

– Nie wiem, naprawdę! Jonasz skupuje wszystko, jak leci. Szeal’tiel wiedział coś więcej, mówił, że jest jakiś plan... Ale ja nie wiem, nie wiem nic!

„Plan”. Aż mnie zmroziło na to słowo.

Okazjonalnie wśród ludności terytorium okupowanego pojawiały się takie mniej lub bardziej genialne idee, wysrywane i następnie rozsiewane przez ludzi przeświadczonych o tym, że wpadli na pomysł, którego na pewno nikt nie próbował jeszcze przed nimi. Związane one były przeważnie z rewolucyjnym, nowatorskim oraz genialnym sposobem na to, jak Górę oszukać/przeczekać/zniszczyć/wykiwać/zmusić do pracy na naszą korzyść. Niepotrzebne skreślić albo jeszcze coś swojego dopisać, o tu: ________________.

Nieszczególnie ruszał mnie sam fakt powstania Kolejnego Genialnego Planu – ale zdecydowanie niepokoiła obecność w nim Jonasza. Ten bydlak już nieraz udowodnił mi, że nie można lekceważyć ani jego, ani jakichkolwiek sprawek, gdzie chociażby przewija się jego po trzykroć przeklęte imię.

No i ten cholerny Szeal’tiel. Jeśli wlazłem między wódkę a zakąskę i przypadkiem stuknąłem wdrożonego w siatkę spiskowców agenta Góry, to...

To bzdura, upomniałem sam siebie. Góra nie ma agentów ani szpiegów, ma tylko siepaczy. Już kapusie z ośrodków eksterminacyjnych byli szczytową formą przebiegłości. Nie widziałem fizycznej możliwości, żeby zabity przeze mnie typ był agentem – pojedynczym, podwójnym czy jakimkolwiek innym.

No dobra, ale kim był w takim razie?!

– Co jeszcze wiesz? – Wzniosłem pięść nad raną Efraima, w zasadzie znając już odpowiedź.

– Nic, nic, przysięgam! My tylko zbieraliśmy towar, odbierał go Szeal’tiel i niósł dalej, do Jonasza! Jonasz jest w Cieniu, siedzi w Mieście Bohaterów!... Błagam, nie zabijaj mnie!

Popatrzyłem na niego, wzruszyłem ramionami.

– Okej.

Po prostu wstałem i wyszedłem z komórki.

Czułem na plecach jego niedowierzający wzrok, zapewne spodziewał się, że za chwilę się odwrócę, rzucę na niego, przegryzę gardło i wydłubię oczy... A ja po prostu zamknąłem za sobą drzwi i podparłem kawałem grubej, stalowej rury. Dla pewności wbiłem jeszcze pod nie kilka kawałków gruzu.

– Hej... nie! – ze środka doniósł się jego przerażony krzyk. – Nieee! Błagam, nie, wypuść mnie, ja nie chcę tak, nieee!...

Darł się wniebogłosy, tak że słyszałem go jeszcze kilkadziesiąt kroków dalej. Musiał dać radę jakoś wstać i podkuśtykać do drzwi, bo rozległo się głuche, metaliczne łomotanie. Potem chwila przerwy i znów odgłosy uderzeń czymś ciężkim i twardym – może jakimś kamieniem?

I bardzo dobrze, niech się rzuca i wysila. Zaraz mu znów zacznie krwawić noga, osłabnie z upływu krwi, pewnie zemdleje. Poleży, ocknie się, znów zrobi coś głupiego. I tak w kółko, aż do wyczerpania organizmu.

Wróciłem jeszcze na miejsce potyczki. Z pewnym żalem popatrzyłem na ciemną plamę, która została po zabitym przeze mnie Szeal’tielu – kolczuga była przepalona, z ubrania nie zostało nic, co dałoby się wykorzystać. No cóż, trudno.

Pozbierałem po jego kolegach wszystko, co tylko mogło mi się przydać w wyprawie na wschód. Dużo tego nie było, ale tam, dokąd idę, wszystko będzie na wagę złota.

Odwróciłem się plecami do wystającego zza widnokręgu dysku słońca i ruszyłem w kierunku ciemnego paska, zwiastującego granicę, za którą niepodzielnie panował Cień.


Rozdział II

Azrael siedział na gałęzi suchego drzewa i po prostu patrzył na mnie bez wyrazu.

– Nie upomniałeś się o należną wypłatę, Ezekielu – stwierdził.

Leżałem tak, jak się obudziłem, z rękoma za głową, i też patrzyłem na niego. Skoro mój brodaty nadzorca się zjawił, to Efraim musiał w końcu zdechnąć z upływu krwi w komórce, w której go zamknąłem. Szybko, raptem trzy marsze... Pewnie bardzo mocno się dobijał do drzwi.

Nie było sensu zaprzeczać.

– No nie. – Pokręciłem głową.

Anioł skrzywił się, zeskoczył ze swojej grzędy i przykucnął obok.

– W zasadzie nie powinienem ci go zaliczyć, Ezekielu. Śmierć nastąpiła z przyczyn zbliżonych do naturalnych.

Ciśnienie mi skoczyło. Aż się uniosłem na łokciu, gdy wrodzona swarliwość wzięła górę nad chłodną kalkulacją.

– „Zbliżonych do naturalnych”? Wykrwawił się po tym, jak go pochlastałem!

– Trudno to uznać za śmierć od miecza, Ezekielu. Dlaczego nie zabiłeś go od razu?

Oho, wchodziliśmy na niebezpieczny grunt.

– Względy strategiczne – powiedziałem wymijająco. – Azi, nie żartuj sobie! Większość ludzi po ciosie mieczem umiera właśnie dlatego, że się wykrwawiają. To nie dubeltówka, żeby miało dojść do szoku pourazowego.

Azrael cmoknął tymi swoimi wydatnymi wargami, pokręcił głową. Uniósł znaczącym gestem palec, pokazał w górę, ku martwemu niebu.

– Nie przeginaj pały, Zek. Wydaje ci się, że jesteś cwany i dowcipny, ale naprawdę nie przesadzaj. Tam, na Górze, zaczynają zadawać niewygodne pytania.

Struchlałem.

– O co? – zapytałem z głupia frant.

Azrael popatrzył gdzieś w bok, wzruszył ramionami.

– Na przykład o twoje wizyty u Stratilaty i pewne nie-do-końca udokumentowane przesunięcia stanów magazynowych. Jestem w stanie za ciebie poręczyć, Ezekielu Siódmy... Ale muszę wiedzieć, że bilans będzie dodatni dla nas obydwu.

Przełknąłem ślinę, czując jednocześnie gorycz w gardle i ulgę w sercu. Pieprzony, chciwy brudas.

– Przyczyny naturalne – zgodziłem się.

Anioł kiwnął głową, zadowolony. Pstryknął palcami, sięgnął i dotknął mnie w splot słoneczny, a ja poczułem, jak po całym ciele rozlewa się błogie ciepło uzdrawiającej energii.

– Dbaj o siebie bardziej, Zek. Jeśli zabicie jednego śmiertelnika kosztuje cię tyle sił, to wkrótce i ty możesz zejść z przyczyn naturalnych.

Nie wiem czemu, ale wyczytałem w tych słowach groźbę.

– Dobra, nie pierdol – posłużyłem się standardową odzywką. – Coś jeszcze?

– Nie.

Przez chwilę patrzyliśmy tak na siebie, ja i Anioł.

– No więc czego jeszcze chcesz?

Azrael uśmiechnął się nieszczerze.

– Niczego. Za to ty zrobiłeś się nerwowy, Komorniku Ezekielu Siódmy. Masz przyspieszone tętno i ciśnienie krwi, a reakcje skórne wskazują wyraźnie, że czymś się niepokoisz.

– Wcale nie – skłamałem, siłą woli zmuszając organizm do uspokojenia się.

Wyraz jego twarzy nie zmienił się nawet minimalnie, a potem Anioł po prostu zniknął. Zostałem może i sam, ale uczucie, że jestem obserwowany, nie ustąpiło.

Ten cholerny, świętoszkowaty kozojebca mnie szantażował! Otwarcie, bezczelnie i niedwuznacznie – i to jeszcze po tym, jak niedawno sam mu kulturalnie proponowałem spółkę i podział zysków. Że też nawet po Apokalipsie każdy próbuje człowieka oszukać!

Zwinąłem moje nieduże obozowisko, spakowałem rzeczy do sakwy. Rozgarnąłem jeszcze nogą popiół ogniska i zagrzałem ręce od szybko stygnących węgli.

Komu w drogę, temu czas.


Robiło się chłodno.

Już przed snem zauważyłem, że z ust zaczyna lecieć mi para. Temperatura spadała z mili na milę, na martwych drzewach osiadała kondensująca z powietrza wilgoć, tu i ówdzie w zagłębieniach terenu stały nawet niewielkie, zupełnie nieruchome kałuże. Z początku cieszyłem się na ich widok, potem spowszedniały, a następnie zupełnie mi obrzydły.

Maszerowałem już od kilku snów prosto w kierunku jednolitej, skłębionej masy chmur, wiszących ciężko ponad horyzontem na wschodzie. Powietrze niesione w górnych warstwach atmosfery schładzało się tutaj gwałtownie i zaczynało opadać, zasilając ten stały front burzowy... Tak na zdrowy rozsądek to powinien wiać od tej strony wiatr, ale z jakiegoś powodu nie wiał.

Zresztą ciężko wymagać logiki od świata, który po prostu stanął w miejscu.

W miarę jak teren zaczynał robić się coraz bardziej podmokły, zbliżałem się do starej drogi. Buty zamlaskały i zachlupotały w rozlewisku, zimna woda wsączyła się pomiędzy podeszwę a nogę, przesiąkając przez onuce i wełniane skarpety.

Zakląłem szpetnie: cholerne przydziałowe wyposażenie! Doskonale dopasowane do świata sprzed dwóch tysiącleci w zupełnie innej strefie klimatycznej, a teraz psiego gówna niewarte.

W końcu, brnąc już po kostki w lodowatej mazi, wygramoliłem się na nasyp i wszedłem na asfalt. Gwoździe w podeszwach zazgrzytały o niekoszerną nawierzchnię, zaskrzypiało szkło z wytłuczonych szyb samochodów, zamarłych w gigantycznym karambolu.

Przystanąłem na chwilę, obejrzałem się przez ramię: słońce ledwo, ledwo wyglądało już zza horyzontu, będąc teraz nieledwie szkarłatnym paskiem ponad linią widnokręgu.

– Pora, pora... Pora wrócić do cywilizacji – mruknąłem pod nosem, odpinając od pasa przytroczone manatki po handlarzach relikwii.

Narzuciłem na siebie grubą, wełnianą tunikę na podszewce z polaru, okutałem się w płaszcz i w końcu zmieniłem przemoczone, brudne sandały na nie aż tak koszerne, ale na pewno cieplejsze buty z obcasem (obcas! jak często nie zdajemy sobie sprawy z geniuszu tego prostego wynalazku). Wnosząc po specyficznej, śliskiej powierzchni skóry i nietypowym, wciąż wyczuwalnym zapachu, ktoś je musiał zaimpregnować smarem litowym.

Koszerność leciała na łeb na szyję – ale najmniej się teraz tym przejmowałem. Naciągnąłem na głowę kaptur i ruszyłem prosto przed siebie, w coraz gęstszą, wiszącą w powietrzu wilgotną mgiełkę.

Słońce zamieniło się najpierw w ledwie widoczny nad widnokręgiem paseczek, a potem zniknęło w ogóle.

Wkraczałem w Cień.

Stara szosa biegła przeważnie prosto, ale ja i tak kluczyłem i lawirowałem, wymijając stojące bezładnie pordzewiałe wraki i przeskakując ponad szczelinami, w których połyskiwało gęste, czarne błoto. Panował szary, ponury półmrok, rozświetlany wyłącznie mdłym blaskiem czerwieni, wciąż jeszcze przesączającym się przez tę szarą zasłonę od zachodu.

Mgła gęstniała, aż w końcu zaczął padać deszcz.

Zaczęło się od zwykłego, niewinnego kapuśniaczku, w który płynnie, wręcz niezauważalnie przeszła mgła. Potem krople robiły się coraz większe i cięższe, spadały coraz gęściej, aż w końcu okazało się, że idę w strugach lejącej się z nieba wody.

Deszcz bębnił i dudnił o dachy samochodów, szumiał na popękanym asfalcie, ciurkał i chlupotał w wyrzeźbionych przez spływającą wodę miniaturowych kanionach. Miejscami nawierzchnia poddała się, spłynęła razem z podściółką i osiadła, a wtedy musiałem przeskakiwać po wystających z wody kawałach betonu albo w inny sposób przedostawać się do wciąż całych fragmentów dawnej drogi szybkiego ruchu.

Bardzo, ale to bardzo uważałem, żeby przypadkiem nie wpaść w mętną, burą wodę.

Nie byłem przyzwyczajony do takiej ilości szumu w tle. Mój świat, świat Po był jednostajny, milczący i nijaki, pełen dzwoniącej w uszach ciszy. Tutaj wszystko płynęło i zmieniało się, deszcz głuszył odgłosy kroków, a mózg tworzył sobie przedziwne konstrukty sensoryczne, wypełniając otaczającą mnie rzeczywistość szeptami, szmerami i innymi przedziwnymi odgłosami.

Tak bardzo skoncentrowałem się na filtrowaniu wrażeń, że prawie nie zauważyłem szykującej się przede mną katastrofy.

Nagle, prawie że bez ostrzeżenia, fragment drogi osunął się w dół. Zamachałem rękami, próbując utrzymać równowagę, i szarpnąłem się w tył, żeby nie polecieć w nagle otwierającą się pod nogami ziejącą czeluść wyrwy.

 

Patrzyłem z fascynacją, jak kilkadziesiąt metrów kwadratowych asfaltowej nawierzchni wraz z podściółką odrywa się od całości drogi, a potem płynnie osiada na bok nie wiedzieć iloma tysiącami ton piachu, żwiru i asfaltu. Stojąca kawałek dalej ciężarówka majestatycznie przechyliła się, a potem z łoskotem przewróciła, łamiąc i krusząc ciężarem stalowego cielska nadwerężony asfalt.

Echo przetoczyło się po okolicy, a potem zamarło, zniknęło. Tylko deszcz nadal szumiał jednolitą melodią, kamyk po kamyku rozmywając pozostałości dawnego świata w nijakie błoto.

Ostrożnie pokonałem świeżo powstałą wyrwę, wgramoliłem na skarpę po drugiej stronie.

Bardzo, bardzo starałem się tymczasem nie zwracać uwagi na przemykające po granicy pola widzenia kształty. Szare, zgarbione, wychudłe i groteskowo nieproporcjonalne istoty zdawały się wyłaniać z nicości i z powrotem w nią zapadać, brodząc po pokrytej kręgami od deszczu burej wodzie.

Rumor walącego się fragmentu drogi musiał zwabić je w tę okolicę. Wcześniej tylko migały mi gdzieś w przelocie, a teraz wyraźnie zainteresowane obserwowały moją drogę... ja zaś ze wszystkich sił próbowałem nie dać po sobie poznać, jak bardzo się bałem.


Nie miałem pojęcia, czym były. Widziałem je po raz trzeci w życiu, a mimo to przerażały mnie tak samo, jak za pierwszym.

Jeden ze stworów wskoczył na asfalt przede mną. Stanął, wyprostował się i rozłożył szeroko chude, niczym z patyków złożone ramiona, po czym... zasyczał? Wydał z siebie dźwięk, niczym powietrze wydobywające się przez wąską rurkę. Woda ściekała z wychudzonego, człekopodobnego ciała, ciągnąc się w dół długimi warkoczami ni to sierści, ni to szmat.

Zatrzymałem się, sięgnąłem po gladius. Widziałem, jak w pociągłej, szarej twarzy zimno błyszczą się obce ślepia.

– Odpuść... – warknąłem częściowo do niego, częściowo do samego siebie.

Stwór stał tak długą, naprawdę długą chwilę, a potem dał susa w bok. Zafalowała woda, gdy istota znów schowała się w utkaną z wody ciemność, a potem wszystko znów wróciło do stanu wyjściowego – tylko deszcz, tylko bąble i kręgi na wodzie.

Rozejrzałem się – pozostałe istoty też zniknęły. Znów byłem sam.


Drogę było widać coraz słabiej i słabiej, jedynie poprzekrzywiane, rdzewiejące w strugach ani na chwilę nieustającego deszczu samochody znaczyły jeszcze linię, którą ongiś biegły pasy ruchu. Nie szedłem w konkretnym kierunku, bo kierunków już od dawna nie było. Tylko tak, żeby nie zgubić azymutu – od karoserii do karoserii, wypatrując w otaczającym półmroku kolejnych wraków, niczym boi wśród oceanu pustki.

Poczucie czasu rozmywało się. Nie wiedziałem, jak długo idę, nie byłem w stanie nawet mierzyć zwyczajowych kroków, brnąc nieustannie w lodowatej wodzie.

Kilka razy zakradałem się do kabin ciężarówek, wystających ponad powierzchnię trzęsawiska, żeby odpocząć. Na całe szczęście magia jeszcze działała, więc składałem zgrabiałe palce w znaki, a ciało szybko odzyskiwało utraconą ciepłotę. Gdy ubrania jako tako wyschły, mogłem pozwolić sobie na krótki, nerwowy sen...

Tato.

Obudziłem się gwałtownym skurczem, wzdrygnięciem całego ciała. Rozejrzałem wokoło błędnym wzrokiem, nie mogąc zrozumieć, gdzie jestem.

Szum deszczu działał na nerwy, odwykły od takiej ilości bodźców mózg nie radził sobie z przetwarzaniem doznań. Kołaczące dziko serce uspokoiło się po chwili, a ja znów zapadłem w niespokojną drzemkę...

– Tato, dlaczego jest jeszcze jasno?

Staliśmy we troje w oknie naszego salonu, patrząc na wciąż wiszące nad horyzontem słońce. Purpurowy dysk zdawał się drgać i falować w tańczącym powietrzu, ale wiedziałem, że to tylko złudzenie; słońce zwalniało już jakiś czas, a teraz po prostu stanęło.

Telewizja i gazety nie trąbiły o niczym innym od kilkunastu dni. Dni, a w zasadzie „dnia” – bo „dziś” trwało już zdecydowanie za długo.

Pogładziłem córeczkę po włoskach, próbując się uśmiechnąć.

– Nie wiem, kochanie – odpowiedziałem, zerkając jednocześnie na żonę. – Ale na pewno wszystko będzie dobrze.

– Chcę iść spać, tato. I jak rano się obudzę, to żebym mogła znów pójść do szkoły.

Szkoły, urzędy i inne instytucje publiczne nie działały od zeszłego czwartku, kiedy zadecydowano o wprowadzeniu „stanu wyjątkowego”. Na skrzyżowaniach stały radiowozy, podobno część co ważniejszych punktów kraju otoczyło ochroną wojsko.

Wszyscy gardłowali o zagrożeniu zamieszkami i przestrzegali przed możliwością wybuchu rozruchów – a tymczasem ulice były puste, niczym wymarłe.

Ludzie byli tak przerażeni, że bali się wychodzić z domów.

– Chodź, słoneczko, mama zaprowadzi cię do łóżeczka. – Żona wzięła małą za rękę.

– Ale słońce mi świeci w okno...

– Zasłoniliśmy je kocem, powinno być dobrze. – Pochyliłem się do córki, nadstawiając policzek. – Daj całusa, moja malutka, i leć spać. Wszystko będzie dobrze.

Zarzuciła mi na szyję małe, szczupłe łapki, przyciągnęła bliżej.

– Obiecujesz? – zapytała smutnym głosikiem, wyginając buzię w podkówkę.

– Obiecuję – szepnąłem jej na ucho. Poczułem, jak ciepłe usteczka na chwilę przywierają do mojego policzka, a potem...

Zamrugałem, patrząc w mrok, lejący się wszędzie wokół lodowatymi strugami. Po policzku ściekała mi kropla wody, która przesączyła się nie wiedzieć jak przez dach samochodu. Wokół nie było ani żywej duszy, tylko zdewastowany przez transcendentną miłość, powoli wymierający świat.

Nienawidziłem tych snów, nienawidziłem wspomnień. Nieważne, jak wiele krwi bym przelał albo jakich okrucieństw się dopuścił, przeszłość nie chciała odejść. Ciągnęła się za mną jak całun pogrzebowy za trupem, który wylazł z grobu i nie potrafi sobie znaleźć miejsca. Na zawsze zawieszony w pół drogi pomiędzy życiem a śmiercią.

Zawinąłem się szczelnie w nadal lekko wilgotny płaszcz i wyszedłem z kabiny, gotów kontynuować drogę do miejsca, które nie powinno istnieć.

Deszcz robił się coraz bardziej dotkliwy i ostry, jak gdyby z nieba sypały się igły, znaczące twarz i dłonie tysiącami miniaturowych ukłuć. Po lewej i prawej zaczęły wyłaniać się z szarości kontury jakiegoś bezimiennego miasteczka – domy z pozapadanymi od wody dachami, odchodzące od przesączonych wilgocią ścian płaty tynku, rozmyte uliczki i chodniki.

Zatrzymałem się na czymś, co musiało być kiedyś głównym placem. Przede mną, na przeciwległym końcu otwartej przestrzeni, wznosiła się do połowy zwalona wieża kościoła i doklejone do niej paskudne, bardziej podobne do bunkra pudełko świątyni.

Przed prowadzącymi do wejścia schodami stał krzyż – nierówny, sklecony z desek, rur i kątowników poskręcanych stalowym drutem, zwiniętych i sczepionych tak, byle trzymały się założonej formy. Konstrukcja przechyliła się, a jedno z ramion opadło, więc symbol wiary przypominał teraz zmęczonego, przyciśniętego brzemieniem wieku człowieka, sięgającego ręką, by podeprzeć się o ziemię.

Znałem ten krzyż aż nadto dobrze. Stawialiśmy go własnoręcznie we dwóch, ja i Ozjasz, jako przestrogę dla głupich na tyle, by zapędzić się tak daleko w kierunku Cienia. Dalej, za nim, było już terytorium wroga – i to Wroga pisanego dużą literą. Tam mogło wydarzyć się wszystko, tam niepodzielnie panował Rewers.

Westchnąłem ciężko. Wtedy jeszcze wydawało nam się, że to wszystko ma sens, że nie jest tak zupełnie pozbawione celu.

Eksplorowaliśmy pogranicze Cienia z prawdziwej ciekawości, chcąc poznać, zbadać, być może zrozumieć istotę i przyczynę zaistniałego impasu eschatologicznego... Ale po tej ostatniej ekspedycji zrozumieliśmy płonność naszych nadziei. Dlatego tutaj, na ostatnim skrawku w miarę bezpiecznego terytorium, wznieśliśmy krzyż.

Monument graniczny zmienił się, odkąd go ostatnio widziałem – mocno skorodował, w kilku miejscach drut odplątał się i zwisał teraz w dół krzywymi wstęgami. Na kilku z nich kołysały się w deszczu potrzaskane ludzkie czerepy, pośrodku konstrukcji zaś jeszcze trzymały się resztki szkieletu, przysznurowanego do niej drutem kolczastym. Tu i ówdzie pomiędzy rury i tregry wbito kości, a u podnóża piętrzyła się wystająca nawet ponad wodę piramidka z rozłupanych klatek żebrowych.

– Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie – mruknąłem sam do siebie, wspinając się ku wejściu do opuszczonej świątyni.

W środku było jeszcze ciemniej, wnętrze tchnęło lodowatą wilgocią. Po ścianach sączyła się woda, żłobiąca wąwozy w tynku i cegłach; podmyta posadzka osiadła tu i ówdzie, ustępując miejsca martwym bajorkom nieruchomej wody. Z ołtarza zostały tylko żałosne resztki, mury nosiły wciąż widoczne ślady osmaleń, jak po celowo podkładanym ogniu.

Ruszyłem wzdłuż ścian, przyglądając się oszpeconym freskom i przerobionym malowidłom. To nie była robota wandali ani akt bezmyślnej, dzikiej i pozbawionej sensu zemsty na niedosięgnionych Niebiosach.

Tę świątynię – do jakiegokolwiek wcześniej wyznania należała – celowo, metodycznie i z rozmysłem zbezczeszczono.

Patrzyłem na twarze świętych, zniekształcone teraz przez grymasy dzikiej chuci i zwierzęcej agresji. Na umalowane, niczym u ladacznic, lica kobiet; na krew ściekającą z rączek i ust Dziecięcia w żłóbku. Ktoś zadał sobie trud i zainwestował niemało czasu, żeby domalować stos z czaszek pod tronem przychodzącego na Sąd Ostateczny zbawiciela, jego samego zaś...

Odsunąłem się kilka kroków, patrząc na wydrapany w tynku, wciąż jeszcze widoczny, koślawy napis: „Bóg wszystkich nas nienawidzi”.

Zadrżałem, ale tylko po części z zimna. Coś takiego – coś takiego musiałoby ściągnąć tu Wysłanników! Mimo to nie było słychać trzepotu groteskowo małych skrzydełek Cherubinów, Szarańcza nie wlewała się czarną kaskadą chityny przez okna. Było tak samo cicho, szaro i pusto, tylko deszcz monotonnie szumiał o powoli zapadający się dach.

Byłem w krainie, po której nawet Aniołowie bali się stąpać.

Zaszyłem się w najgłębszym kącie dawnej zakrystii, zabarykadowałem drzwi. Uklęknąłem przy resztkach stołu i drżącą z wychłodzenia ręką sięgnąłem po gladius. Ostrze zalśniło odbiciem purpury, a ja zacisnąłem oczy: no, jeśli teraz się okaże, że nie odpali, to mam...

Klinga zatrzeszczała, zabuczała i prysnęła iskrami; powoli i niechętnie, ale nabiegła purpurą. W końcu przy jelcu zapłonęło kilka z początku nieśmiałych ogników, które potem rozlały się na całą długość ostrza. Widziałem, że już zaczyna syfonować, bo płomień skakał i drgał, jak źle ustawiony palnik acetylenowy.

Myślami skręciłem moc na minimum, zostawiając tylko niedużą, drgającą poświatę, okazjonalnie fukającą mocniejszym wyładowaniem. Ustawiłem miecz w stojaku na parasole, a sam usiadłem obok pod ścianą, żeby czuć ciepłą poświatę ognia na twarzy.

Nigdy nie zostawiaj ognia na noc bez dozoru, mówili. Miłuj bliźniego swego, powtarzali.

Przymknąłem oczy, opierając się o ścianę.

W dupie z tym wszystkim.