Komornik. Junior egzekutorTekst

Z serii: Komornik
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Komornik

O czym jest Komornik w kilku słowach

premiera 16 marca


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Komornik

Zrujnowany, osmalony kościół stał pośród ogromnego pustkowia gruzów niczym wrak Arki Noego wyrzucony na brzeg przez ostatnią falę Potopu: niegdyś wielki, niosący nadzieję i ratunek w czasach próby, teraz nikomu już niepotrzebny i zapomniany.

Powoli wyjrzałem zza podziurawionego, zmiętego jak aluminiowa puszka wraku autobusu szkolnego. Otaksowałem wzrokiem okolicę: cicho, pusto, ani jednego dźwięku. Zero dynamiki, jak okiem sięgnąć widać tylko terminalny bezruch zawieszonego w formalinie świata. Nieruchome słońce wisiało jak zawsze, o cal ponad horyzontem, powietrze ledwo dostrzegalnie falowało przy nagrzewających się od nie wiadomo jak dawna wrakach samochodów osobowych.

Zsunąłem się z powrotem w wykrot, który już dłuższą chwilę był moim roboczym schronieniem. Wyciągnąłem z pochwy przy pasie gladius, sprawdziłem, czy klinga jest dobrze naostrzona: jak brzytwa, zresztą inaczej być nie mogło. Przewiązałem jeszcze raz sandały, poprawiłem cholernie niewygodną przepaskę biodrową pod wełnianą tuniką z krótkim rękawem.

Byłem w stu procentach gotowy pod względem przygotowania fizycznego i sprzętowego.

Tylko że zupełnie nie miałem pomysłu, jak się do tego zabrać.

Jeszcze raz wysunąłem głowę zza cielska maszyny, pokrytego wszechobecnym, szarym kurzem. Kościół stał, gdzie stał, nic się nie zmieniło w pejzażu. Czarne cienie nadal kładły się długimi pasmami po apokaliptycznym pejzażu, słońce ani drgnęło. Niebo było tak samo jak zawsze idealnie czyste i martwe, niczym przesolona woda.

– A, w dupie z tym… – mruknąłem, wstając i otrzepując kolana. Zrobi się to dokładnie tak, jak wchodziło się kiedyś do frajerów: na rympał.

Zgrzytając podkutymi sandałami o cegły, zszedłem z hałdy gruzu i pomiętej stali, która zapewne była kiedyś jakimś supersamem albo innym urzędem gminy. Wyminąłem szerokim łukiem ustawione w okrąg, krzywo wbite w ziemię stalowe rury. Z każdej z nich, niczym wykałaczki w drinku, zwieszał się bury łachman zasuszonych resztek ciała. A może raczej należałoby to porównać do koreczków na imprezie? Chleb, ser i oliwka na uciętej zapałce.

Tylko że tutaj zamiast jedzenia ktoś nanizał na rury całe rodziny: po dwie, po trzy, miejscami pięć osób. Dorośli na zmianę z dziećmi, każdy odwrócony w inną stronę. Musieli się przyłożyć, żeby zrobić taką instalację, wymagało to przecież sporo czasu i wysiłku.

Kiedyś to wszystko lepiej było robione, pomyślałem. Teraz na łapu-capu, na chybcika, bez przemyślenia i planu. Minimalny nakład środków, ciągłe oszczędności i cięcia na budżecie. Do dupy to wszystko zmierza.

– Zalecałbym więcej szacunku, Ezekielu Siódmy, jeśli już koniecznie musisz komentować rzeczywistość. Nieostrożne myśli potrafią ściągnąć niespodziewane kłopoty.

Zatrzymałem się w pół kroku, zacisnąłem oczy. Szlag… musiał mnie akurat obserwować.

– Przepraszam. Ta nieostrożność już się nie powtórzy – rzuciłem półgłosem w przestrzeń, rozluźniając mięśnie. Nie spuszczałem wzroku z kościoła, ale kątem oka obserwowałem przycupniętego na przewróconym spychaczu Anioła Śmierci.

– Musisz nauczyć się kontrolować, Ezekielu Siódmy. Twoja pozycja nie pozwala na pochopne ani lekkomyślne traktowanie wykonywanych obowiązków.

Owionął mnie zapach mirry i kadzidła, gdy istota znalazła się zaraz za mną.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?