Złote miastoTekst

Z serii: Bramy ze złota #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zahred nie dziwił się ludziom. Byli twardzi jak stal, wytrzymali i odporni tak, że aż sam czasami nie mógł wyjść z podziwu. Ostatni tydzień jednak dał się wszystkim poważnie we znaki.

Wydawało mu się, że i tak dokonywali już rzeczy bez mała niemożliwej. Sama ta wyprawa, namówienie ich, by pozwolili zabrać się w nieznane. Popłynęli tak daleko w obce krainy, za jedyną gwarancję czegokolwiek mając wyłącznie jego słowo.

Wyruszyli jeszcze wiosną, a teraz już zbliżało się lato. On mógł spokojnie powiedzieć: udało się. Odnalazł drogę, o której istnieniu sam tylko słyszał.

I tak jak wcześniej płynęli pod prąd, teraz rzeka sama niosła ich na południe.

Rzeka, która – wreszcie mógł przyznać się do tego sam przed sobą – przeraziła go jak mało co innego na tym świecie.

Zrozumiał aż nadto dobrze, dlaczego mieszkańcy mijanego parę dni temu nadbrzeżnego grodu, przez nich samych nazywanego Samwatas, patrzyli na brodatych wojowników tak dziwnie, kiedy ci ruszali łodziami dalej z nurtem.

Nic nie zwiastowało oczekującej ich przeprawy... dopóki wcześniej spokojna woda nie zaczęła nagle przyspieszać, a oni nie wpadli w pierwsze bystrza.

Pierwsze dwie doby nie spali w ogóle, nie mając nawet gdzie dobić do brzegu. Musieli, po prostu musieli płynąć naprzód! Ludzie wyskakiwali ze snekkarów i brodzili po pas w wodzie, własnymi nogami wymacując duże kamienie, które mogłyby rozpruć poszycie statku. Łodzie płynęły przy świetle księżyca i pochodni, uwięzieni na nich wojownicy widzieli, jak wstaje słońce... A potem płynęli dalej.

Rzeka to przyspieszała, to zwalniała.

Wiła się i meandrowała, załamywała na kamieniach i znienacka rozdwajała tylko po to, aby falującymi warkoczami opłynąć niewielkie wysepki, na których gnieździły się niezliczone stada białych ptaków.

Skały i płycizny przeplatały się z kamienistymi bysterkami.

Wszędzie widać było wyrwane z korzeniami drzewa, które musiała zabrać powódź.

Gdyby dotarli tutaj miesiąc później, to nie zdołaliby przeprawić się przez płycizny. Nawet teraz, przy wodzie wciąż jeszcze wysokiej po wiosennych roztopach i deszczach, łodzie niemalże szorowały dnem po głazach, a oni nasłuchiwali z niepokojem, jak drewno trze o kamień.

Zdawało im się, że to było ciężkie... Aż do minionego dnia.

Teraz jednak byli tutaj.

– Udało nam się! – krzyknął Zahred, unosząc topór. Ludzie na chwilę oderwali się od pracy, patrząc na człowieka, którego przez ostatnie pół roku nauczyli się uznawać za swego wodza. – Tak jak wam obiecałem, przeprawiliśmy się przez skały! Nie połknęła nas rycząca rzeka, nie daliśmy się nienasyconemu żywiołowi! Teraz jeszcze tylko kawałek dzieli nas od ciepłych mórz południa, a tam... złote miasto!

– Złote miasto! – zawołali ludzie.

Teraz, kiedy pokonali coś, czego istnienia nawet wcześniej nie podejrzewali, powtarzana tylekroć opowieść nabierała realnych barw. Skoro Zahred nie okłamał ich dotąd, jeśli miał rację – to przecież nie mógł się mylić i w dalszej części!...

Prawda?

On sam uważnie wpatrywał się w ich twarze, szukając cienia zwątpienia, najmniejszych chociażby oznak wahania.

Tak jak można było przypuszczać, ogólnej radości nie podzielał Ingvar – zawsze sceptyczny, zawsze z boku, patrzący wilkiem na nowego przywódcę. Dowodząca trzecią łodzią Thyrni podeszła do niego, powiedziała coś półgłosem. Wojownik tylko się skrzywił i splunął na ziemię.

Tak, tych dwoje należało mieć na oku. Ingvar i Thyrni, krążący wokół siebie coraz bliżej; poza tym jeszcze Freisten, lubiący buntować się i kwestionować porządek dla samej zasady, być może też swarliwy Steinkel... Oni wszyscy mogli mieć i zapewne mieli wątpliwości nie tylko co do sensu, ale i celu całej wyprawy.

– Chodź, zagrzej się przy ogniu. – Poczuł dotknięcie dłoni na ramieniu.

No i oczywiście Mira. Mira, która była po prostu zbyt inteligentna, zbyt bystra i zbyt... zbyt jego, żeby nie wyczuć szytego grubymi nićmi potencjalnego oszustwa.

Objął dziewczynę, uśmiechnął się na tyle ciepło, na ile pozwalało wychłodzenie organizmu i przemoczone do cna ubrania.

– Chodźmy. Musimy mieć siłę, żeby dotrzeć do złotego grodu.

Kilku stojących bliżej ludzi usłyszało to, pokiwało głowami: prawda, prawda!

Słońce pokonało już większą część swojej drogi po nieboskłonie, ogniska trzaskały wesoło, obwieszone ociekającymi z wody ubraniami. Od strony rzeki wracali po połowie zadowoleni z siebie rybacy, niosący kije ciężkie od wielkich, tłustych ryb, które niemalże same pchały się w ręce.

Usiedli przy ogniu, wystawiając zgrabiałe dłonie do zbawiennego ciepła. Zmrok zapadał szybko, jeszcze przed chwilą błękitne niebo teraz robiło się już granatowe. Cienie wyciągały się po ziemi coraz dłuższymi, chłodnymi jęzorami. W końcu na północy zapaliły się pierwsze gwiazdy.

Wśród ludzi podnosił się gwar rozmów. Teraz, gdy nerwy puściły, każdy czuł przemożną potrzebę pogadania, wylania tego, co tłamsili w sobie przez tak długi czas.

– Ale jak to możliwe, żeby dwie rzeki wypływały w przeciwnych kierunkach z tego samego jeziora? – Torleif już któryś kolejny raz zadawał to samo pytanie, nadal nie mogąc pogodzić się ze stanem rzeczy. – Przecież płynęliśmy pod prąd, a potem przez to jezioro czy rozlewisko, a potem z prądem. To jak to? Skąd bierze się tam woda?

– Rozumiem, że zbezczeszczenie przez ciebie posągu nieznanego bóstwa albo sprofanowanie grobowca pozostaje poza rozważaniami? – wtrącił kąśliwie Ormgyr, wciąż zły po stracie hełmu.

– Oj, dajże już spokój! Ja poważnie pytam: skąd ta woda?

– Z deszczów – spokojnie pokiwał głową Stenvidr. – Albo z podziemnych źródeł.

– No to z tego czy z tego?

– Albo-albo. A może i-i. Woda wpływa, woda wypływa.

– Ale jeśli dwie rzeki wypływają z tego samego jeziora, to... to przecież w końcu ono musi wyschnąć! No musi! – Torleif nie ustępował. – A jeśli ta, tylko ta! jest tak potężna?

– Może wysycha. Albo wpada do niego jeszcze inna rzeka, trzecia. I z niej bierze się woda.

– Ha! Wiedziałem, że coś jest na rzeczy!... A skąd bierze się woda z tej trzeciej, ha?

– Z deszczów. Albo z podziemnych źródeł...

Do sporu dołączyło się jeszcze paru siedzących obok, w końcu wszyscy zamilkli: Torleif chyba po raz kolejny obraził się, przekonany, że towarzysze po prostu z niego kpią. Ktoś zanucił przeciągle, nosowo, parę głosów podchwyciło melodię. Pieśń z dalekich krajów północy poniosła się ponad bezkresem traw i wody.

Mira siedziała przy ogniu, wtulona w Zahreda i z głową wspartą na jego ramieniu. Patrzyła w ogień, płomienie tańczyły i strzelały, ulatując snopami iskier w ciemne niebo. Poruszyła się, nabrała tchu.

– Zahreeed?... – mruknęła.

Westchnął ciężko: spodziewał się tej rozmowy już dawno temu. Dziewczyna i tak wykazała się daleko posuniętą tolerancją i wstrzemięźliwością.

– No pytaj.

– Ale skąd wiesz...?

– Pytaj, mówię. Mimo że i tak wiem, co ci chodzi po głowie.

Przytuliła się do niego mocniej, odruchowo zniżając głos. Tutaj i tak nikt poza nimi nie znał języka, którym się porozumiewali, ale odruch był zbyt silny.

– Ten złoty gród, o którym mówisz. Byłeś tam kiedyś?

Parsknął rozbawiony, ucałował ją w czubek głowy. Pytanie było ciekawsze, niż się spodziewał... Ona była ciekawsza.

– Nie wiem – odpowiedział zgodnie z prawdą.

– Ale w takim razie... czy wiesz, dokąd płyniemy?

– Tak: na południe. Na południu będzie morze, a tam już zorientujemy się, dokąd dalej.

Przez chwilę milczała. Za to on niemalże słyszał, jak w jej głowie szumią płynące strumieniem myśli.

– Czyli w takim razie nie wiesz, dokąd zmierzamy – skwitowała.

Nie była ani zaskoczona, ani wystraszona. Jak gdyby gdzieś w duchu spodziewała się, że właśnie tak może być.

– Nie wiem – przyznał po raz kolejny.

– Więc nie ma żadnego złotego miasta.

Zahred nie odpowiedział od razu. Ogień tańczył refleksami w jego szarych oczach, na twarzy zdawał się igrać zagadkowy uśmieszek. W końcu wyszczerzył zęby, rozbawiony, i potrząsnął przecząco głową.

– Niekoniecznie.

– Ale... jak to? Skoro nie wiesz, dokąd zmierzamy, i tego złotego miasta nie ma, to...

– Zawsze jest jakieś złote miasto.

Ingvar podniósł się ze swojego miejsca, przykucnął przy ogniu i popróbował palcem piekących się na patykach ryb. Ściągnął kilka, przełamał na pół i podał najpierw jarlowi i jego kobiecie, potem po kolei najbliżej siedzącym. Asmund odebrał swoją, już chciał ugryźć... Jak gdyby zrezygnował, potrząsnął głową.

– Będziemy jeść, pić i spać na cmentarzu?

Siedzący przy ognisku popatrzyli na niego, on potoczył po nich wzrokiem.

– No co? Chyba wszyscy widzieliście groby. To miejsce to jeden wielki cmentarz.

Fakt: usypane z ziemi, ułożone z kamieni podłużne kopczyki wznosiły się jeden obok drugiego w kilku miejscach zatoczki. Z początku nie zwrócili nawet na nie uwagi.

Dopóki Torleif, ciekawski jak zawsze, nie zaczął jednego z nich rozbierać. Odkładał kamienie na bok, odkładał, odkładał... Aż spojrzała na niego szczerząca zęby, pożółkła od starości, omszała czaszka.

Obecność zmarłych nie była dla nich niczym nietypowym. W końcu byli wojownikami, śmierć towarzyszyła im bez mała codziennie.

Natomiast widzieć trupa to jedno, a rozbić się obozem na cmentarzu, w dodatku w nieznanej krainie, gdzie nie znali nawet właściwych zaklęć ani guseł ochronnych przed upiorami, to już zupełnie co innego.

 

Przenieśli spojrzenia na Zahreda, oczekując reakcji. Ten nawet na chwilę nie przestał miarowo, spokojnie żuć upieczonej ryby. Odgryzł kolejny kęs, wyciągnął z ust ość i niedbałym gestem wrzucił do ognia. Podniósł oczy, zmierzył Asmunda spokojnym wzrokiem.

– Możesz nocować w łodzi.

Tamten prychnął niezadowolony.

– Nawet nie wiemy, kto tutaj leży! A jeśli duchy tych ludzi ściągną na nas nieszczęście?

– A gdybyś wiedział, kim byli? – Zahred oderwał się od posiłku, wsparł łokciami o kolana i nachylił się ku dociekliwemu. – Gdyby leżeli tutaj twoi krewni? Ojciec, matka, brat? Albo ludzie, których ty sam, własnoręcznie zabiłeś, ale znałeś z imienia? Czy wtedy ich duchy byłyby inne?

Asmund już miał coś odpowiedzieć, ale siedzący przy nim Semming puknął go, potrząsnął głową: nie warto. Nikt, kto przez ostatnie pół roku sprowokował konflikt z nowym jarlem, nie wyszedł na tym dobrze.

Sam Zahred dojadł rybę, wyczyścił ości z najmniejszych nawet drobinek mięsa, potem dokładnie oblizał palce. Cisnął szkielet w ognisko, potem znów spojrzał na Asmunda.

Wojownik od początku był wobec niego nieufny, w dodatku powoływał się nad wyraz często na powszechnie znane całej reszcie przesądy, mity, opowieści o bogach i olbrzymach... Opowieści, których Zahred nie zdążył jeszcze poznać na tyle dobrze, żeby móc je podważyć.

– Umarli nie żyją. Trupy to tylko gnijące mięso i murszejące kości. Nie zaszkodzą ci ani nie pomogą w żaden sposób – powiedział jarl powoli, dobitnie. Zerknął na zawsze spokojnego, rozsądnego Stenvidra, ten kiwnął głową: prawda.

Jednak Asmund nie ustępował:

– Patrzą na nas z zaświatów! Wojownicy z Pałacu Poległych, reszta z ciemnych sal Helheimu!

– Nikt na ciebie nie patrzy, Asmund. To tylko groby ludzi, o których nikt już dawno nie pamięta.

– Bogowie patrzą na nas, jarlu. Czemu myślisz, że bogowie mogli odwrócić od ciebie swój wzrok? Albo że nie patrzą na nas? Na mnie? Na ciebie?

– Bogowie nawet nie wiedzą, że istniejesz.

Na chwilę zapadła cisza.

Czasami zdarzało się, że Zahred mówił coś podobnego – coś, co tak bardzo godziło w przyjęty przez wszystkich porządek świata! I nie chodziło nawet o to, co powiedział, ale raczej o sposób, w jaki to mówił. Nie próbował się kłócić, nie udowadniał nikomu, że to on ma rację. Po prostu stwierdzał oczywistość.

– Ciekawe, co ich zabiło? – odezwał się Torleif. – Może gdybyśmy wiedzieli...

– Rzeka – rzucił krótko Zahred.

– Ale tych grobów tutaj jest dużo! Starsze, nowsze, i część z nich...

– Rzeka – powtórzył. – Zginęli podczas przeprawy przez progi skalne. Utonęli, powypadali za burtę, dostali się pomiędzy łodzie a skały. Albo połamali ręce i nogi, a tutaj się wykończyli, kiedy ich towarzysze dobili do brzegu.

Spojrzeli po sobie: rzeczywiście! Nie brali wcześniej tego pod uwagę, a teraz, po takim wyjaśnieniu, nagle stało się to jasne. Zupełnie logiczne... Torleif ucieszył się, że nie naruszają pokoju poległych w jakiejś dawnej bitwie wojowników, potem jednak wyraźnie zmarkotniał.

– Czyli nie jesteśmy tutaj pierwsi. Ktoś przed nami musiał już tędy płynąć, pokonać tę drogę...

Zahred uśmiechnął się do własnych myśli.

– Tak. Na nasze szczęście tak zapewne było.

– A skąd niby jeszcze te groby, co? – pokazał ręką Hrodlav. – Oczywiście, że pływali. Pływali i ginęli, a my przepłynęliśmy żywi. Umarli śpią w grobach, natomiast bogowie patrzą na nas i są dumni.

Spojrzał na Zahreda znacząco, jak gdyby chciał powiedzieć: na tym skończymy. Ludzie pokiwali głowami, unieśli wzrok. Ponad nimi migotały gwiazdy – te same, a jednak nieco inne w tej nieznanej, obcej krainie.


Skoro tylko wstał świt, Vermurd wraz z kilkoma innymi wzięli łuki i wyruszyli na polowanie w nadziei, że nawet w tych stronach znajdzie się jakaś zwierzyna, którą da się ustrzelić, potem upiec, zjeść i nie umrzeć przez to w męczarniach.

Większość wojowników odpoczywała po przeprawie, opatrując rany, narzekając na stłuczenia i nakładając lecznicze maści na pozdzierane do żywego mięsa ręce.

Do tej pory wyprawiali się na łupieżcze rajdy ku wschodnim albo południowym wybrzeżom morza, ograniczając się do obozowania w ujściach wpadających do niego rzek... Nigdy nie próbowali wpływać tak głęboko w ląd i już teraz powtarzali jeden drugiemu: to będzie coś, o czym będą opowiadać swoim dzieciom i wnukom!

O ile przeżyją i zdołają wrócić – od razu przygadywali inni, korzystając z tego, że Zahred akurat ich nie słyszał.

Sam jarl, Stubjarn i paru znających się na ciesiołce przystąpili do oględzin uszkodzonych łodzi. Kadłuby były mocno porysowane, deski w kilku miejscach popękały, tu i ówdzie zaczęły przepuszczać wodę na łączeniach.

Potrzebowali co najmniej dwóch, trzech dni, żeby móc dokonać koniecznych napraw i spokojnie ruszyć dalej.

Rosnące w okolicy drzewa nie były może pierwszego sortu, ale w końcu lepsze marne niż żadne. Wybrali kilka, które mogły od biedy nadać się na dranice, ścięli i rozszczepili żelaznymi klinami.

Na jednym z ognisk już bulgotała zabrana w kociołku smoła, przygotowana do zasmarowania miejsca po załataniu, obok czekały rozłożone narzędzia i niezbędne materiały.

– Nie lepiej zrobić to porządnie? – bez przekonania zapytał Hrodlav, patrząc na szykującą się partaninę.

Stubjarn oderwał się od pracy, popatrzył na niego powątpiewająco.

– To znaczy?

– No... Drewno będzie mokre, nie?

– Suche nie rośnie. I?

– I mokrym to nie robota. Już lepiej chyba na gorącą smołę przyłożyć suchą szmatę i potem po wierzchu przesmarować jeszcze raz. Albo przepchać na gorąco pakułami...

– Za głęboko pękło – odezwał się Zahred, czekający, aż tamci przyszykują wszystko, żeby móc zabrać się do pracy. – Mogą nie utrzymać te, no... – urwał, nie mogąc znaleźć właściwego słowa we wciąż poznawanym języku.

Czekali z szacunkiem, nie odważając się wejść mu w słowo nawet z najlepszymi intencjami. W końcu machnął ręką.

– Nieważne. Zrobimy tak. No już, dawajcie to!

Mira i tak patrzyła na niego z niekłamanym podziwem. Spotkali tych ludzi razem, przebywali z nimi tyle samo... A mimo to Zahred porozumiewał się niemalże płynnie, w lot łapiąc słowa. Dla niej sama świadomość tego, że istnieje coś takiego jak język obcy – i to więcej niż jeden! – nadal była zaskoczeniem.

Odszukała wzrokiem Fridę, jedną z nielicznych w ich wyprawie kobiet. Ta od razu, jak gdyby tylko czekając na sygnał, uśmiechnęła się i podeszła.

– Dalej? – zapytała.

– Tak, poproszę bardzo o naukę mówienia! – wyrecytowała Mira.

Usiadły osobno, w pewnym oddaleniu od reszty.

Frida po kolei pokazywała na części ubrania, na elementy wyposażenia łodzi, narzędzia i utensylia; Mira marszczyła czoło, przygryzała usta i wygrzebywała z pamięci wciąż dziwnie brzmiące słowa. Czasami myliła się nieszkodliwie, ale zdarzało się, że źle postawiony akcent albo przestawione zgłoski wywoływały parsknięcie śmiechu czy to nauczycielki, czy też przysłuchujących się z zaciekawieniem lekcji wojowniczek.

Mira przyjmowała to chcąc nie chcąc. Tak, była tu nowa. Oboje byli nowi, ona i Zahred. Tylko że on zaraz na początku zabił jarla, więc nikt ceniący zdrowie i życie nie odważyłby się wyśmiewać z jego błędów. A ona, no cóż... musiała swoje przyjąć.

Najpierw miała mu za złe, że nie reagował, kiedy tamci z niej podrwiwali. Później zrozumiała: gdyby się wtrącał, to szacunek dla niej byłby tylko pochodną respektu, którym darzyli jego. A tymczasem Zahred pozwalał, aby sama swoje miejsce znalazła... albo nawet i wywalczyła.

Nie było to dla niej nic nowego, a metody miała opanowane niemalże do perfekcji.

Ostrzący do tej pory topór Gyddi patrzył na Mirę i Fridę już jakiś czas. Teraz schował wysłużoną osełkę do sakwy, wsunął broń za pas i podniósł się ze swego miejsca, przysiadł bliżej.

– No i jak? – zapytał, wyraźnie zwracając się bardziej do Miry.

– A jak twój nos? – przekornie zapytała Mira.

Wojownik odruchowo dotknął zgrubienia, które chyba nie zamierzało nigdy już zniknąć, wzruszył ramionami z szelmowskim uśmiechem.

– Lepiej niż twój język. Możesz mi go złamać jeszcze raz, a nigdy nie nauczysz się mówić tak, żeby nie było to zabawne.

Spojrzała na niego, zrobiła szybki pozorowany ruch pięścią. Odskoczył, ale roześmiał się jako pierwszy.

Niegdysiejszy incydent był, owszem, dość poważny, ale oboje już przeszli nad nim do porządku dziennego – nos Gyddiego zrósł się prawie równo. Poza Fridą to właśnie Gyddi najczęściej przesiadywał z kobietą jarla, nie odstępując jej praktycznie ani na krok.

– Byliście kiedyś tak daleko od domu? – zagadnęła Mira.

Frida pokręciła głową.

– Nigdy. Kiedy Zahred mówił, że zabierze nas na wyprawę, nie przypuszczałam, że miał na myśli coś takiego.

– Ja byłem raz w Holmgård – pochwalił się Gyddi. – Daleko na wschodzie. Mają tam piękne skóry i dużo, dużo miodu. I najwyższe drzewa, jakie widziałem w życiu. Ech, przydałoby się kilka takich modrzewi tutaj... Od razu by robota poszła!

Pokiwały głowami: Frida ze zrozumieniem, Mira raczej z grzeczności. Wciąż niewiele wiedziała o trudnej sztuce szkutnictwa i żeglowania, do tej pory znała przecież tylko wykonane z jednego pnia, prymitywne dłubanki.

– To miasto ze złota, do którego płyniemy... – zagaiła Frida, mówiąc powoli, żeby jej nieformalna podopieczna na pewno zrozumiała pytanie. – Ty tam byłaś z Zahredem? Jak tam jest?

Mira uśmiechnęła się z pewnym skrępowaniem. Kiedy przypłynęli do portu macierzystego morskich wojowników na północy, nie mogła napatrzyć się na wielkość domów, na bogactwo mieszkających w nich ludzi... Zahred zaś zdawał się tego wszystkiego nie zauważać.

Miejscowi może z pewnym ociąganiem, ale gotowi byli uznać go za swojego zwierzchnika; w końcu przejął władzę zgodnie z obyczajem, w uczciwej walce.

Jego zupełnie to nie interesowało, chociaż skrupulatnie ukrywał swoje prawdziwe motywy, przez większą część zimy rozsądzając spory i przyjmując kolejnych ludzi, przybywających złożyć przysięgę na wierność nowemu jarlowi.

Mira gotowa byłaby tam zostać. Nauczyć się języka, przyjąć obyczaje... siedzieć po jego lewej stronie w chacie zgromadzeń i odbierać pełne szacunku hołdy należne kobiecie wodza.

Nigdy nie widziała tak przestronnych domów, tak dostatnio ubranych kobiet! Tym bardziej że tam, po drugiej stronie morza, traktowano je pod każdym względem jak równe. Pozwalano im nawet walczyć!

Zahred zaś starannie skrywał pogardę. Parę razy, gdy byli sami, rzucił półgębkiem komentarz o „chlewach i kurnikach”. Ledwo dostrzegalnie krzywił się, patrząc na demonstrowane mu z dumą wyroby rzekomo najlepszych rzemieślników.

I wciąż mówił tylko o jednym: zebrać wojowników, wyszykować snekkary, wiosną ruszyć na południe. Tam, gdzie stoją prawdziwe miasta.

– Nie. Nie, nie byłam, on był tam... kiedyś. Sam. Zwiedził cały świat i zna wiele... miejsc, gdzie mieszkają ludzie?

– Miast? Osiedli? – podpowiedział Gyddi.

– Krain – kiwnęła głową Frida. – A w jaki sposób trafił na brzeg morza, gdzie zabił starego jarla? Nigdy o tym nie mówiliście.

– To... Nie wiem sama. Po prostu pojawił się u nas, w Rundis. Zobaczyłam go i...

Uśmiechnęła się, zerknęła na pracujących przy łodziach. Frida spojrzała w tym samym kierunku ze zrozumieniem – i tylko Gyddi nie podążył wzrokiem za nimi, wciąż wpatrzony w Mirę.


Vermurd wrócił z ludźmi późnym popołudniem, niosąc kilka zajęcy, parę kolorowo upierzonych bażantów, dwie kuropatwy i młodego jelonka. Wojownicy przywitali ich radosnymi okrzykami, od razu wzięli się do sprawiania zwierzyny... Vermurd podszedł do Zahreda, pokazał ruchem głowy, żeby odeszli na bok.

– Znaleźliśmy ślady – powiedział półgłosem. – Konie, co najmniej tuzin.

– Stado?

– Podkute.

– Czyli oddział.

– Na to by wyglądało. Musieli przejeżdżać niedawno, trawa jeszcze nie zdążyła się podnieść.

 

Zahred odruchowo się rozejrzał. Tutaj, w skalistej zatoczce nad brzegiem rzeki, nikt nie powinien ich wypatrzyć... Raczej. Mogło być widać co najwyżej niosący się ku górze dym z ognisk.

– Wystawić warty – polecił, gdy wrócili do reszty. – Nie wiadomo, kto tutaj mieszka.

– Miejscowi nie wyglądali na wielkich wojowników – bez szczególnego przekonania zauważył wiążący onuce Torleif, który jakimś cudem zawsze przypadkiem słyszał wszystko, co mówiono szeptem, a nierzadko pozostawał głuchy na wykrzykiwane rozkazy.

Rzeczywiście, kiedy zacumowali w Samwatas, wszyscy śmiali się z lokalnych kmiotków, którzy przywitali ich szykiem tarcz i nastawionymi włóczniami. Potężni, umięśnieni przybysze przewyższali każdego z nich o pół głowy.

Zahred podszedł do niego, stanął, zasłaniając słońce. Uniósł pytająco brew.

– Wielkich jak jarl Freylav? – zapytał.

Torleif zmieszał się wyraźnie, wymamrotał coś pod nosem.

– Nie oceniaj przeciwnika po wyglądzie. Im mniejszy grot strzały, tym głębiej wbija się w ciało.

– Ale musi go pchać długie drzewce! – Wojownik roześmiał się z ulgą, zadowolony, że udało mu się obrócić potencjalnie nieprzyjemną rozmowę w żart.

W końcu to właśnie Torleif pół roku temu jako pierwszy zaczął szydzić ze spotkanych na brzegu morza kmiotków, ubranych w ubłocone, porwane, szare łachmany. Do tej pory miał dziwne przekonanie, że Zahred doskonale wtedy zrozumiał i wciąż o tym pamięta.

– Odpłynęliśmy daleko od ostatniego grodu i nie wiemy, kim są tutejsi – wyjaśnił Zahred. – Ostrożność nigdy nie zawadzi, a te groby...

Spojrzeli obydwaj ku mogiłom. Torleif popatrzył na jarla, ten tylko kiwnął głową: owszem, też miał swoje wątpliwości. Podał ludziom na talerzu idealnie spójne wyjaśnienie, które oni przyjęli bez większego zastanowienia.

Prawda była jednak taka, że ciała ludzi zabitych przez rzekę przepadałyby w jej odmętach. A pochowani tutaj musieli w większości umierać na lądzie.

Umierać bądź ginąć.


Obozowisko na brzegu rzeki przybierało coraz bardziej zorganizowaną formę. Ludzie, zmęczeni tygodniami spania na łodziach, ochoczo mościli się na posłaniach w namiotach, zaczynali stawiać wokół ognisk prowizoryczne konstrukcje daszków. Kiedy nie spali, nieustannie coś robili: czyścili broń, cerowali ubrania, zbierali zapasy.

Zahred patrzył na to z satysfakcją: gdyby zostawić ich tutaj na tydzień, dwa, to zapewne zaczęliby wznosić fort... Sami, z własnej inicjatywy, bez konieczności rozkazywania i przypominania.

Odetchnął głęboko, przegarnął włosy w tył. Słońce przyjemnie przygrzewało, gnieżdżące się w nadrzecznych skałach ptaki napełniały powietrze radosnym pokrzykiwaniem: lato było czuć w pełni.

Jego ciało zaczęło się normalnie regenerować jeszcze wiosną, gdy tylko pojawiły się pierwsze muchy.

Po raz kolejny leżała przed nim otwarta szeroko droga.

No i miał Mirę.

Popatrzył na dziewczynę, siedzącą z Fridą i z namaszczeniem powtarzającą słowa, zdania i wyrażenia. Dla niego ta podróż w nieznane była po prostu jedną z wielu, kolejną, i zapewne nie ostatnią; dla jego załogi stanowiła, owszem, najdalsze, ale tylko przedłużenie dotychczasowych wypraw. Mira zaś... Dla niej to był inny świat.

A mimo to odnajdywała się w nim. Chciała się odnaleźć i z pełnym oddaniem chłonęła wszystko, co nowe. Głową naprzód weszła w społeczność ludzi morza, błyskawicznie ucząc się języka i obyczajów, przejmując strój, zachowania, nawet fryzurę. Był pewien, że tak samo odnajdzie się w każdej innej kulturze.

Uśmiechnął się do własnych myśli: gdziekolwiek będzie złote miasto, osiądą tam we dwoje. A potem... potem niech się dzieje, co chce, bo...

– Zahred!

Okrzyk nie był ani głośny, ani szczególnie przejmujący, ale wszyscy aż zamarli, popatrzyli na stojącego na skałach wartownika. Ten nawet się nie poruszył, nie pokazał palcem, nic – ale wpatrywał się z natężeniem w jakiś punkt na widnokręgu, niewidoczny z dołu.

Ludzie sięgnęli po broń, ale Zahred zrobił ruch ręką: spokojnie. Niespiesznym krokiem przeszedł przez całe obozowisko, wspiął się na kamienie, wdrapał na górę, gdzie stał pełniący akurat wartę Skardi.

– Co tam?

– Konny. – Skardi pokazał głową.

Rzeczywiście, na szczycie dalekiego wzniesienia widać było sylwetkę człowieka na koniu, oświetloną szkarłatem przez chylące się już ku zachodowi słońce. Jeździec po prostu stał tam, patrząc w kierunku ich obozowiska.

– Widzi nas – stwierdził Skardi.

– Mhm.

Jakby na potwierdzenie tych słów, jeździec zawrócił wierzchowca i powoli schował się za pagórkiem. Zahredowi wydało się jeszcze, że widzi kołyszące się ponad prawym ramieniem strzały w kołczanie i długą, wąską lancę, wspartą o koszyczek przy strzemieniu... Potem nieznajomy zniknął im z oczu.

Zahred poklepał wartownika po ramieniu, zeskoczył po kamieniach i wrócił ku obozowi. Na dole czekali już na niego Hrodlav i Thyrni, za nimi tłoczyli się ludzie z poszczególnych załóg.

– Wiedzą, że tu jesteśmy? – zapytała kobieta, bawiąc się toporem.

– Tak.

– Nie widzieliśmy po drodze żadnych osad ani grodów. – Wydęła usta z pogardą. – Więc tutaj mogą co najwyżej gnieździć się półdzicy zbójcy. Nie odważą się napaść na trzy okręty pełne wojowników!

– Nie wiemy, kim są ani jakie panują w tym kraju zwyczaje. – Hrodlav jak zwykle starał się spojrzeć szerzej.

– No i? Nie obchodzą mnie ich zwyczaje. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Nie zamierzam nawet się do nich zbliżać!

– Ale jeśli oni zdecydują się przyjść do nas, możemy nie mieć wyboru...

– Niech przyjdą! Konni czy nie, będą krwawić i umierać tak samo. A co, może jeszcze mamy się bać jednego przybłędy na koniu?

Torleif odchrząknął znacząco, patrząc na Zahreda: już raz nie wystraszyli się jednego przybłędy piechotą, a skutki były aż nadto odczuwalne...

Ale ich jarl nie zwracał uwagi na tę wymianę zdań, patrząc ponad głowami ludzi na okalające zatoczkę szczyty skalne.

W tym miejscu byli w miarę bezpieczni, z plecami chronionymi przez rwącą, kamienistą rzekę; po dwóch stronach wznosiły się urwiska wysokiego brzegu. Dostać się do nich można było wyłącznie od frontu. Byli tutaj niczym w naturalnej twierdzy... albo też w śmiertelnej pułapce.

– Musimy się pospieszyć – odezwał się w końcu.

Nabierająca rumieńców dyskusja od razu ucichła, tylko Hrodlav zmełł w ustach cisnącą się na usta replikę; nie było łatwo wyprowadzić go z równowagi, ale Thyrni już nie raz udowodniła, że potrafi dokonać tej nieprostej sztuki.

– Rozmawialiśmy o tym, jak najlepiej zabezpieczyć się przed atakiem. – Thyrni wyzywająco wystawiła podbródek w przód, skrzyżowała ręce na piersiach.

– Słyszałem. A teraz mówię, że musimy się pospieszyć.

– Bo...?

– Bo tak mówię.

Thyrni parsknęła, już nabrała tchu, aby coś powiedzieć – ale Zahred osadził ją w miejscu wzrokiem. Mięśnie jego szczęk zadrgały, ręka odruchowo powędrowała ku toporowi... W końcu powściągnął gniew, odetchnął głęboko i odezwał się, dobierając słowa:

– Nie ma sensu, abyśmy spędzili tu chociażby dzień więcej, niż będzie to absolutnie konieczne. Musimy skupić się na naprawie snekkarów. Zachować pełną ostrożność, a potem wrócić na rzekę tak szybko, jak to będzie możliwe. Czy ktoś ma inne zdanie?

Popatrzyli po sobie, ale nikt nie odważył się odezwać.


– Dawaj to tutaj!... Żywo!

Pokrzykiwania i wołania niosły się nad zatoczką, wybijając się nawet ponad szum i plusk rzeki, niestrudzenie toczącej swe białe wody po kamieniach.

Trzy wąskie łodzie stały już na przybrzeżnej płyciźnie, naprawione i gotowe do dalszej drogi. Ludzie krzątali się wokół nich, podawali z rąk do rąk skrzynie, układali naręcza skór i koców. Pospiesznie zwijali namioty i mocowali dobytek na pokładzie.

Właśnie teraz, stojąc jedną nogą już na wodzie, a drugą wciąż na lądzie, byli najbardziej narażeni na atak.

Zahred czuł to.

Wiedział, spodziewał się, niemalże wyczuwał w powietrzu! Każde włókno jego jestestwa krzyczało, że powinien chwycić za broń i czekać na atak już, teraz, zaraz...! Zdawało mu się, że słyszy, jak ziemia jęczy pod kopytami nadciągających koni, a stepowy wiatr świszcze w pierzastych brzechwach strzał.

Od dłuższego czasu już obserwował czarne ptaki krążące wysokim słupem gdzieś ponad równiną. Padlinożercy zataczali szerokie koła, to wznosili się, to znów opadali w prądach powietrza, wystawiając lśniące pióra do słońca.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?