Złote miastoTekst

Z serii: Bramy ze złota #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Skoczyli każdy ku najbliższemu drzewu, nierzadko po dwóch, po trzech do jednego. Zaczęli przepychać się i kłócić, po chwili kilku odbiegło dalej, zaklepując dalsze pnie: moje!

Kto czym miał – nożami, mieczami, siekierkami zaczęli na wyścigi zrywać korę, aby uchronić od zapomnienia też samych siebie.

Nie pozwolą, aby tylko imię durnego Torleifa miało przejść do historii!


Ogromny, wiekowy las był zielony, ciemny i cichy. Woda opadła już nieco i znów płynęli dawnym korytem rzeki – tutaj ograniczonym po obydwu stronach przez potężną, przedwieczną puszczę.

Żeglarze patrzyli w czarną gęstwinę z ledwie skrywaną bojaźnią. Oni byli ludźmi bezkresnych przestrzeni morza, wrzosowisk i klifów! A tutaj, tutaj przecież nie było nic widać! W takim borze skrywać mogło się dosłownie cokolwiek, a dla ich wyobraźni, i tak rozpalonej wciąż trwającą wyprawą w nieznane, zapewne skrywało się tam – wszystko.

Mira spoglądała w sędziwy bór z lubością. Było tu pięknie, wręcz przepięknie.

– Patrzcie, tur! – Wyciągnęła rękę jako pierwsza.

– Gdzie? – rozejrzeli się tamci, nawet bystrooki Vermurd musiał dłuższą chwilę wpatrywać się w plątaninę ciemnych i jasnych plam.

Wtedy ogromny byk uniósł rogaty łeb znad wody, spojrzał na nich żółtymi ślepiami i parsknął groźnie. Dzieliło ich wiele, wiele sążni wody, a mimo to nieustraszeni wojownicy aż zamarli.

– Piękny – uśmiechnęła się Mira.

– Straszny raczej – mruknął Karli, na wszelki wypadek prowadząc łódź dalej od nieznanego zwierza.

Wszystko tu było nieznane, dziwne i straszne. Skończyły się przechwałki, opowieści o własnym męstwie, robienie czegokolwiek dla popisu. Długa droga zaczynała dawać się we znaki. Nawet na zaprawionych, zgrubiałych dłoniach pojawiały się dawno już niewidziane odciski od ciągłego wiosłowania.

Zahred zaś wciąż mówił: płyniemy dalej.

Teraz rzeka toczyła swe wody równo ze wschodu na zachód, a więc oni, płynąc przeciwko prądowi, posuwali się nieustannie w kierunku wschodzącego słońca.

Pogoda nie rozpieszczała ich, bynajmniej, bo słońce to wyłaniało się zza obłoków i królowało pozornie niepodzielnie, to znowu chowało za czarnymi chmurami, z których lały się strumienie wody.

Zahred już znał tę pogodę, znała ją też Mira. W tej chwili to ona najczęściej mówiła: dobijamy do brzegu! Albo znów zrywała wszystkich: płyniemy, teraz się rozjaśni i będzie dobry wiatr!

Na razie jej wiedza i doświadczenie jeszcze coś znaczyły... Ale niedługo mieli wpłynąć na naprawdę nieznane terytoria.


– Zatrzymamy się tutaj.

Ludzie spojrzeli na jarla, na widoczną w oddali pod lasem warowną osadę.

– Tak... po prostu? – upewnił się Karli.

– Tak po prostu. Nie na atak, nie na walkę. Zatrzymamy się, odpoczniemy. Pohandlujemy.

– Eejjj... – podniósł się Ulfhvatr. – A nie prościej byłoby ich...

– Prościej, tak. Ale nie bardziej... – Zahred chwilę szukał słowa – rozsądnie. W tej chwili nie możemy tracić ludzi na nieprzemyślane ataki. Dobijamy do brzegu, schodzimy na ląd w pokoju!

Rogi zagrały, przekazując wiadomość: do brzegu, do brzegu! Druga łódź z rozpędu wywiesiła na burtach tarcze, będące sygnałem do ataku, ale pomyłka została szybko wyjaśniona. Snekkary miękko wsunęły się w przybrzeżne trzciny, żeglarze zeskoczyli w płytką wodę i grzęznąc w mulistym dnie, dociągnęli łodzie bliżej, ku mieliźnie.

– Teraz będzie ciężko? – zapytała Mira Zahreda.

Uśmiechnął się, uniósł brew.

– Czemu tak sądzisz?

– Bo ty tak sądzisz. Płynęliśmy tyle dni, a teraz nagle mówisz: trzeba odpocząć, pohandlować. Co się stało z moim krwiożerczym mężczyzną?

– Na wszystko jest czas i miejsce, Mira. Widzisz tamtą osadę?

– No widzę, jak i wszyscy...

– Więc przyjrzyj się... nad bramą wejściową wisi tarcza.

Mira zmrużyła oczy: faktycznie, z tej odległości dało się rozróżnić dwukolorowy owal, przecięty na skos ciemną kreską.

– I?

– I skoro muszą oznaczać grody barwami właściciela, to znaczy, że jest ich więcej. Że ludzie podróżują, a władza potrafi zmieniać się na tyle często, że warto wiedzieć, kto akurat gdzie rządzi. A to z kolei znaczy, że...

– Że walczą. Walczą dużo, często i chętnie – skrzywiła się Mira.

– Dokładnie tak. Czy jest to miejsce, które chcemy atakować z marszu?

– Nie. – Potrząsnęła głową.

– No więc sama widzisz. A skoro handlują, to warto, żebyśmy...

– Będą mieli tutaj żelazo i brąz – zatrajkotała nagle Mira. – I mogą chcieć wziąć od nas jantar. I mają tu dużo miodu, i dobre skóry.

Teraz to on spojrzał na nią zdziwiony.

– Skąd to wiesz?

– Kiedyś... dawno, dawno temu, jeszcze w Rundis, mówił o tym mojemu ojcu jeden jego znajomy. On podróżował sporo i mówił zawsze, że na południe od nas jest wielka rzeka, która płynie aż do morza. I że nad nią leży kilka dużych, naprawdę dużych osad, gdzie można powymieniać różne rzeczy za inne rzeczy.

– No proszę. – Przyciągnął ją do siebie, ucałował. – Widzisz, jak wiedza potrafi się przydać? Nie masz pojęcia kiedy, nie spodziewasz się nawet gdzie... I nagle okazuje się, że wiesz coś o miejscu, w którym nawet nie byłaś.

– No tak, ale to... to przecież mało ważne?

– Może tak, a może nie. To kolejny kawałek, z którego budujesz świat.

Zeskoczył za burtę pierwszy, wyciągnął do niej dłonie. Chciała też przejść przez bród, myślała, że on tylko jej pomoże – ale zamiast tego Zahred złapał ją na ręce, zarzucił sobie na ramię.

Zaczęła chichotać, rzucać się i wyrywać, ale on po prostu poniósł ją ku brzegowi, na którym już zbierali się ludzie z wioski, ciekawi, cóż to za goście z dalekich krain przybyli wraz z wysoką wodą.


Mgła otulała wszystko szczelnym białym tumanem.

Przelewała się i kłębiła gęstym oparem. Wisiała pasmami, jak gdyby ktoś nalał gęstego mleka do nieruchomej wody.

Pochłaniała dźwięki, zabierała ze sobą oddechy i wracała do płuc tą samą lepką, ciężką wilgocią. Przesycała ubrania, zbierała się kroplami rosy na materiale. Ściekała po burtach, skapywała z lin i bezużytecznie wiszących żagli.

– Nie podoba mi się to – mruknął Bauflr.

– Co ty nie powiesz... Nikomu się nie podoba – warknął Vermurd, wypatrując oczy w matową szarość.

Karli siedział na rufie, spięty, cały czas próbując ręką ster. Jak tylko czuł minimalnie mniejszy opór, od razu kontrował, żeby cały czas trzymać łódź dokładnie pod prąd. To był w tej chwili ich jedyny sposób na zorientowanie się, czy nadal płyną w górę rzeki.

Zresztą: której rzeki?! Było ich tutaj tyle przecież... Wpadały jedne w drugie, łączyły się i rozdzielały, kluczyły, zawijały, przepływały przez jeziorka mniejsze i większe.

Od paru dni już kluczyli po rozlewiskach, usiłując znaleźć miejsce, w którym miałyby zlewać się źródła dwóch rzek. Jak miało to wyglądać? Po czym to poznają? Tego nie wiedział nikt.

Gdyby nie Zahred, dawno by już zawrócili.

– Zatrzymamy się tam – odezwał się ze swego miejsca jarl.

– Gdzie? – Rozejrzeli się.

Dopiero po chwili zauważyli wyłaniającą się z mgieł wyspę – niemalże nagą, porośniętą wyłącznie zeszłorocznymi trawami, przez które tu i ówdzie przebijały zielone pędy. Teraz, w przedwieczornej szarówce, wszystko miało jednaki, buropopielaty kolor, a cała sceneria wyglądała jak wyjęta z sennego majaka.

– Dziwne to miejsce. Ponure – mruknął Torleif, splunął w wodę. Mimo to jako pierwszy wyskoczył z łodzi, gdy ta podpłynęła do brzegu, pociągnął wraz z kilkoma innymi za linę, holując snekkar jeszcze bliżej.

Dociągnęli łodzie razem na brzeg, żeby nie zniósł ich nurt. Kilku odeszło dalej od wody, ale szybko wrócili: zbyt łatwo można było się tu zgubić.

– Napalcie ognia, żeby chociaż było wiadomo, gdzie się kierować – polecił Zahred.

„Napalcie”, łatwo mówić! Wreszcie wykorzystali żelazny zapas składowanego chrustu, dali radę rozniecić niewielki ogienek, który zapełgał wśród szybko zapadającej, wilgotnej ciemności. Kilku usiadło przy ognisku, żeby porozmawiać, pośmiać się, może coś zaśpiewać... Ale rozmowa zupełnie się nie kleiła, głosy brzmiały dziwnie w dzwoniącej ciszy.

Było już niemalże ciemno, gdy rozległ się wrzask. Chwycili za broń, zerwali się od razu na nogi: atakują nas!

Ze szczytu wzgórza zleciał biegiem Torleif, ledwie wyhamował, żeby nie wpaść w wodę.

– Tam!... – Pokazał ręką za siebie. – Tam coś jest...!

Zahred zawarczał coś, ujął w dłoń topór i ruszył jako pierwszy. Wojownicy od razu podążyli za nim, ktoś przytomnie odpalił od ogniska pochodnię.

Na samym szczycie wzgórza, dokładnie pośrodku wyspy, stał kamienny posąg. Wyższy niż wzrost dwóch mężczyzn, lekko przekrzywiony na jeden bok. Patrzący w pustkę czterema ponurymi kamiennymi twarzami.

– Świątynia!... – sapnął któryś z ludzi.

– A mówiłem, że mi się tu nie podoba! – gardłował podekscytowany Torleif. – Nie można pójść się, z waszym przeproszeniem, odlać nawet! Stoję sobie i tak myślę: dziwne coś to drzewo...

– Nie mogłeś gdziekolwiek?!

 

– Pies pod drzewem leje! Suka niech w polu kuca, ja muszę mieć na coś!

– Zbezcześciłeś posąg bogów! – chwycił się za głowę Asmund.

– To nie żadna świątynia, tylko grobowiec.

Odwrócili się, popatrzyli na jarla.

– Skąd wiesz? – rzeczowo zapytała Mira. Wyjęła Freistenowi pochodnię z ręki, obeszła kamiennego giganta dokoła.

Zahred wzruszył ramionami.

– Po prostu wiem. Widziałem podobne rzeźby stawiane na kurhanach, aby upamiętnić bohaterów. Nie ma na co się gapić, wracamy do łodzi i spać!

– A jeśli zakłóciliśmy spokój zmarłych? – zaniepokoił się któryś z ludzi.

– To jutro stąd odpłyniemy, a oni tutaj zostaną. Do łodzi, powiedziałem!

Zaczęli się rozchodzić, komentując niezwykłe znalezisko. Mira jako jedyna została chwilę dłużej, nie mogąc się nadziwić: ileż to pracy potrzeba, aby coś takiego wykuć! I to nie bóg, ale człowiek doczekał się takiego szacunku...

– Nie boisz się tak sama? – rozległ się głos.

Podskoczyła, obejrzała się: Gyddi stał na skraju kręgu światła.

– N-nie. – Pokręciła głową. – To... martwi. Martwi nie żyją.

– Racja. Robi wrażenie, co?

– Tak. – Irytowało ją, że nie miała dość słów, aby wyrazić co bardziej skomplikowane odczucia i myśli.

Podszedł do niej bliżej. Może ciut za blisko nawet, więc odsunęła się o pół kroku... Stężała, kiedy ujął ją za ramię. Spojrzała na niego bardzo, bardzo znacząco.

– Puść – powiedziała.

– Mira, ja...

– Puść.

Lubiła Gyddiego. Był zabawny, pomocny. Często uczyli się razem słów, a on potrafił przedrzeźniać ją tak, że nie musiała się na niego od razu obrażać.

Owszem, widziała, jak na nią patrzy. W sumie to była do tego przyzwyczajona: mężczyźni przeważnie na nią patrzyli, i odbierała to jako coś pomiędzy komplementem a niewielką uciążliwością. Zresztą taka była rola typowych mężczyzn, że sobie patrzyli. Część co odważniejszych również gadała, i Gyddi już od pewnego czasu się do nich zaliczał. Mówił jej miłe rzeczy, prawił jakieś duby smalone o jej oczach i włosach... Gdyby wiedziała, że istnieje takie słowo, to zapewne powiedziałaby: „flirtował”.

Była też trzecia grupa mężczyzn. Ani typowych, ani odważnych, tylko zwyczajnie głupich. I ci próbowali jej dotykać.

– Mira! – zduszonym głosem powiedział Gyddi, pociągając ją ku sobie.

Zareagowała odruchowo, tak jak robiła to zawsze.

Kolano samo wystrzeliło ku górze, wpasowało się idealnie pomiędzy jego uda i równiusieńko trzasnęło rzepką o kość łonową, ale od dołu. Sapnął i zgiął się, a wtedy ona złapała go za włosy i jednym płynnym ruchem huknęła o to samo kolano, które podskoczyło ku górze drugi raz. Stuknęły dźwięcznie uderzające o siebie zęby, głowa Gyddiego odleciała w tył – a wtedy Mira dokończyła jednym krótkim, prostym ciosem w nos.

Nachyliła się nad leżącym na ziemi, oszołomionym, zalanym krwią z rozbitego i chyba złamanego nosa. Zaczerpnęła tchu, szykując się na tyradę...

Uświadomiła sobie, że ma w głowie pustkę.

– Nie – powiedziała tylko dobitnie, a potem podniosła z trawy wciąż jeszcze pełgającą pochodnię i ruszyła ku łodziom.

Gyddi uniósł głowę, potrząsnął. Patrzył chwilę, aż Mira zniknęła w wypełniającym noc tumanie, odkaszlnął i znów opadł w tył.

Wytarł krew z nosa, pomacał ostrożnie i nastawił z paskudnym chrupnięciem.

Założył ręce za kark i westchnął, uśmiechając się rozbitymi ustami.


Kiedy wstał świt, mgła nadal wisiała nad rozlewiskami.

Wsiedli na łodzie, odbili od brzegu. Snekkary odpłynęły kawałek, sunąc w przerywanej pluskiem ciszy...

– Wiosła w górę – powiedział Zahred.

– Wiosła w górę! – krzyknął Karli.

Zastukały, zaklekotały wciągane i podnoszone na pokład. Łodzie jeszcze kawałek sunęły rozpędem, potem jedna obróciła się nieco bokiem, druga też straciła kierunek.

Ludzie rozglądali się wokół: co się dzieje, czemu nie płyniemy dalej? Co takiego znów wypatrzył jarl?

– Prąd – jako pierwszy zrozumiał Karli. – Nie ma prądu rzeki!

Rozejrzeli się, jak gdyby miało to być coś, co będzie widać. Faktycznie! Woda zdawała się stać w miejscu, niczym spokojna, niezmącona wiatrem toń jeziora.

Gyddi odcharknął, pociągnął nosem i splunął krwawym skrzepem za burtę. Nikt nawet się nie zainteresował, co mu się stało: ot, nieszczęścia chodzą po ludziach. On sam starał się tylko nie rzucać w oczy Zahredowi, licząc się z tym, że Mira mogła powiedzieć jarlowi o wszystkim...

Chyba jednak nie powiedziała. Traktowała Gyddiego tak samo jak wcześniej, i nawet rano się do niego odezwała.

Był niemalże pewien: jest idealna. A on się po prostu niepotrzebnie, głupio pospieszył.

– Płyniemy tam – pokazał ręką Zahred. – Ten sam kierunek, co wczoraj!

Wiosła wsunęły się w wodę, łodzie drgnęły z miejsca i podjęły swoją drogę przez bezkres szarości.


– W tył i z powrotem tą samą drogą!

Snekkary zahamowały i zaczęły wykręcać, młócąc wodę wiosłami. Przemoczeni, zmarznięci ludzie wpatrywali się w pustkę oczami, na których dnie czaiła się wściekłość: ile razy jeszcze?!

Od rana błąkali się po tych rozlewiskach i zalanych łąkach, przepływając z jeziorka w jeziorko. Jednak gdziekolwiek ruszyli, prędzej czy później napotykali albo mieliznę, albo nieprzebytą zaporę trzcin.

Czasami któryś zeskakiwał z łodzi, brnął po pas w wodzie, z trudem wyciągając nogi z mułu. Znikał pośród mgły, nierzadko trzymając linę, aby móc wrócić do statku, a wtedy wszyscy zamierali w wyczekiwaniu: znajdzie drogę...?

Ale zawsze wracał, i to raczej prędzej niż później.

– Będziemy się tu błąkać aż do śmierci – mruknął Ulfhvatr. – Nigdy nie wydostaniemy się z tej mgły.

Ormgyr rozejrzał się, pokiwał głową.

– Całkiem możliwe. A kiedy zaczniemy umierać jeden po drugim, czyja to będzie wina...?

Drgnęli, popatrzyli na niego na poły zaskoczeni i przerażeni. Zahred nawet się nie odwrócił, wpatrując się z dziobu łodzi w mleczną nicość, ale wręcz dało się wyczuć, jak nastawił uszu.

– Nie bądź głupi, Ormgyr, ha, ha! – Stenvidr spróbował skierować rozmowę na inny tor. – Przecież to normalne, nie? Mgła jest mgła. To niczyja wina...

– A właśnie że czyjaś. I wszyscy bardzo dobrze wiemy czyja!

– Ormgyr!...

Zahred westchnął ciężko, pokręcił głową i już się odwracał, ale Ormgyr, nawet na niego nie patrząc, pokazał oskarżycielskim gestem:

– Torleifa! Bo to on naszczał na posąg bóstwa!

– Wcale nie naszczałem! – obruszył się tamten. – Tylko zdążyłem wyjąć, raptem kilka kropelek poleciało!

– Zbezcześciłeś! Jak nie czynem, to zamiarem!

– Ale nie celowo!

Ormgyr warknął coś, Torleif wstał. Mierzyli się chwilę wzrokiem – a potem rzucili się na siebie z pięściami.

Zaczęli się okładać, przepychać, w końcu sczepili się, potknęli, wywalili na pokład... Gyddi zasłonił się i odsunął, kiedy któryś z nich wierzgnął tak, że niemalże trafił go w twarz. Ostrożnie pomacał nos, dotknął rozlewającej się pod oczy opuchlizny.

Spojrzał na Mirę, ta uśmiechnęła się promiennie i wzruszyła ramionami: sam jesteś sobie winien.

– Spokój! – huknął na nich w końcu Zahred. – Spokój, bo zaraz was...

Skoczył pomiędzy nich, chwycił jednego i drugiego za włosy i odciągnął jak kłócące się dzieci. Już miał stuknąć ich głowami, już ludzie zakrzyknęli głośno, zachęcając do rozprawy – ale nagle zamarł.

Wojownicy zacisnęli oczy, szykując się na uderzenie. Kiedy nie nastąpiło, Torleif jako pierwszy rozchylił powieki, zamrugał.

– Karli... – zacharczał Zahred przez ściśnięte gardło.

– Tak – pokiwał sternik. – Też mi się tak wydaje...

– Jest nurt! – wrzasnął któryś z ludzi, pokazując na powoli, niemalże niezauważenie przesuwające się na skraju widzenia krzaki.

Zahred puścił obydwu mącicieli, zadarł głowę. Gdzie było słońce, z której strony sączył się blask? Okręcił się dokoła, próbując wypatrzyć, gdzie za mgłą skrył się jaskrawobiały dysk... Wreszcie rozciągnął twarz w uśmiechu, zawołał do ludzi:

– Na wschód! Ciągnie nas na wschód... Udało się!

W jednej chwili zapomnieli o konflikcie, o zmęczeniu, o zimnie. Chwycili za wiosła, zaczęli robić ze zdwojoną siłą, pchając łodzie z coraz lepiej wyczuwalnym nurtem.

Udało im się! Znaleźli coś, w co nawet nie do końca mieli odwagę uwierzyć!

Teraz na pewno będzie już tylko lepiej.


Δ – delta
czyli rozdział czwarty

Zginiemy tu wszyscy!...

Przerażony krzyk przepadł w ryku i huku spienionej wody, kłębiącej się pomiędzy głazami, ledwie wystającymi ponad powierzchnię rwącej rzeki.

– Lewa burta, hamuj! Hamuj! – zawołał Zahred, oglądając się przez ramię.

Nie słyszeli go na pewno, nie mogli słyszeć... Ale i tak zrozumieli: rząd siedzących na ławce marynarzy naparł na wiosła, próbując popchnąć ich wbrew dziko ciągnącemu wprost na skały nurtowi. Łódź zatrzeszczała, niemalże wyczuwalnie wygięła się wzdłuż stępki, ktoś wrzasnął dojmująco i poleciał ze swego miejsca, potoczył się po pokładzie.

– I teraz wszyscy, razem...! A-hu!...

– A-hu! – wioślarze powtórzyli okrzyk, szarpiąc wyślizgane, mokre drewno, będące w tej chwili jedyną rzeczą, która jeszcze pozwalała łodziom zachować jakikolwiek pozór sterowności pośród oszalałych, strzelających pianą wód.

Zahred znów przytulił się do wystającej wysoko ponad wodę stewy dziobowej, wyrzeźbionej w kształt rozwartej paszczy morskiego potwora. Odgarnął z twarzy mokre włosy, wbił wzrok w rozhuśtaną, kołyszącą się w lewo i prawo powierzchnię wody, próbując wypatrzyć jakąkolwiek drogę przejścia pomiędzy skalnymi progami.

– Zginiemy!... – znów zaszlochał któryś z załogantów.

Pozwolił sobie na zerknięcie w tył: no tak, Ulfhvatr. Ten zawsze plótł, co mu ślina na język przyniesie... Ale tym razem mógł akurat mieć rację.

– Wiosła złóż! Damy radę, przejdziemy! – krzyknął Zahred, żeby dodać otuchy ludziom, a sam szepnął: – Ujrzyjcie mnie.

Drewniana burta ledwie minęła ogromną skałę, wyłaniającą się spod wody na podobieństwo pięści giganta, dosłownie ocierając się o wystający załom. Ludzie czym prędzej znów wysunęli wiosła, walcząc z prądem, usiłującym obrócić łupinkę łodzi bokiem do nurtu, przewrócić ją do góry dnem i pociągnąć śmieszne ludziki w głębiny rozszalałej, nienasyconej rzeki.

Zahred poczuł, że ktoś chwyta go w pasie, obejmuje. Przemoczona, oklapnięta grzywa płowych włosów wsunęła mu się pod ramię, do belki na dziobie przywarła zaraz obok niego Mira.

– Wracaj! – krzyknął, pokazując w tył, ale ona potrząsnęła tylko głową: nie. – Wracaj na miejsce, mówię!

Chwyciła stewę jeszcze mocniej, aż zbielały jej ręce. Jak gdyby całą sobą chciała powiedzieć: nie ulegnę, nie wystraszę się. Jeśli przeżyć, to razem; jeśli zginąć, to we wspólnym grobie w głębinach.

Dziewczyna spojrzała na niego i chyba chciała się uśmiechnąć, ale zamiast tego jej twarz wykrzywił grymas. Plecy wygięły się w pałąk, bluznęła gęstą, spienioną żółcią: choroba morska znów dawała jej się we znaki.

Morska, ha! Gdyby jeszcze byli na morzu!...

W pewnym oddaleniu za nimi dwie pozostałe łodzie walczyły z nurtem, lawirując pomiędzy skałami. Bliższa nich, prowadzona przez Hrodlava, radziła sobie jako tako, płynąc ich śladem, niczym dobry posokowiec śledzący trop przez gęsty las... Ale trzecia miała wyraźne kłopoty. Już wcześniej niemalże wpadła na podwodne kamienie, łamiąc przy tym dwa wiosła, a teraz woda ściągnęła ją w bok, pomiędzy niebezpieczne, zębate płycizny u stromego brzegu.

Zahred prychnął, pokręcił głową z niedowierzaniem. Dziesiątki, setki razy pływał po rzekach... a nigdy nie widział czegoś takiego!

I mówiąc szczerze, miał nadzieję, że nigdy więcej nie zobaczy.

 

– Uwaga! – krzyknął Karli, twardo siedzący na swoim miejscu przy rufie.

Zahred kątem oka zarejestrował, na co pokazywał sternik: wprost przed nimi woda piętrzyła się i wybrzuszała, omywając dwa potężne podwodne głazy. Nie mieli szans ich ominąć, bo nurt ciągnął dokładnie w tamtą stronę; jeśli spróbują teraz skręcić, to postawi ich bokiem i roztrzaska w drzazgi.

– Cała naprzód! – ryknął, czując, jak jeżą mu się włosy na karku. – Wiosłujcie ile sił!... A-hu!...

– A-hu!...

Ludzie pociągnęli za wiosła ostatkiem sił. Pozdzierane do krwi ręce wyły bólem, wyglądające spod odcisków żywe mięso tarło o drewno, mięśnie zdawały się płonąć ze zmęczenia... A jednak wiosłowali dalej, odwróceni plecami do dziobu, do swego kapitana i tego, co leżało przed nimi. Jeśli on mówił: wiosłować, to jak jeden mąż wiosłowali. Jeśli krzyczał: hamuj! – to hamowali wszyscy. Byli załogą i robili, co do nich należało.

A gdyby on miał pomylić się i podjąć złą decyzję, to wszyscy jak jeden mąż szli na dno – z nim na czele.

– Jeszcze raz...! Mocniej! A-hu!

– A-hu!...

Łódź nabierała rozpędu, prąc wprost pomiędzy dwa bliźniacze głazy.

Mira namacała rękę Zahreda, ścisnęła mocno, wpatrując się szeroko rozwartymi oczami w kłębiącą się przed nimi, ryczącą toń... On zacisnął tylko ramię wokół belki na dziobie, nie spuszczając wzroku z huczącego, dzikiego, nieokiełznanego żywiołu.

Jeszcze może dwadzieścia sążni. Łódź sunęła coraz szybciej, prując dziobem nurt, rozcinając wodę na dwie szerokie skiby.

Dziesięć sążni. Łoskot lejącego się przez kamienie, skłębionego nurtu zagłuszał nawet myśli.

Pięć sążni. Widział już wyraźnie omszałe krawędzie podwodnych skał...

– Trzymać się! – ryknął, sam nie do końca pewien, w jakim języku.

Snekkar szarpnął w górę i wyskoczył ponad wodę jak drapieżny okoń. Wiosenne słońce błysnęło na mokrych deskach pokładu, odbiło się w ostrzach toporów, zagrało odblaskami w jasnobłękitnych oczach, rozwartych dzikim uporem przemieszanym z przerażeniem i nienawiścią do przeciwieństw świata.

Na nieskończenie krótką chwilę wszystko to zamarło w bezruchu, niczym zatopione w bursztynie.

Widać było każdy szczegół, każdy najmniejszy detal. Białe bryzgi piany, ciągnące się za stępką łodzi, która od chwili spuszczenia jej na wodę lata temu ani razu nie zaznała świeżego powietrza. Strzaskane pióro steru, złamanego na zdradzieckiej, płytkiej przeprawie jeszcze poprzedniego dnia. Liny ciężkie od przesycającej je wody, wiszące wokół zwiniętego żagla na pojedynczym, złożonym teraz na podpórkach maszcie.

Wygięte w pałąk plecy ludzi, posłusznie ciągnących raz za razem wiosła przez ten dziki, niezmierzony nurt. Usta wykrzywione grymasem nadludzkiego zmęczenia. Zaciśnięte w niemym uporze zęby, przez które wydobywał się kolejny świszczący, ciężki oddech wraz z kropelkami wody i śliny.

Przerażenie przemieszanie z uwielbieniem na twarzy Asmunda, wpatrzonego w mijany właśnie po prawej stronie głaz, większy od jego chaty.

Szeroko otwarte oczy Ormgyra, widzącego w tej właśnie chwili, jak jego hełm, którego nie chciało mu się wcześniej dowiązać do reszty pakunków i który przez cały dzisiejszy rejs turlał się radośnie po pokładzie w tę i we w tę, wypada w końcu za burtę i znika w odmętach spienionej rzeki.

Rozsypane kosmyki mokrych włosów Miry, krzyczącej bezgłośnie w oczekiwaniu na nieuniknione.

Skrząca się miriadą kolorów wstęga tęczy, wiszącej ponad ich głowami przepięknym łukiem w kroplach rozemglonej wody.

Wszystko to na mgnienie oka zastygło w idealnym bezruchu.

A potem łódź niczym wyrzucony z procy kamień skoczyła w przód, przeleciała pomiędzy dwoma głazami i z całym impetem huknęła o wodę.


Zatrzeszczały deski poszycia, ktoś wrzasnął z przerażenia. Jedna z sieci ładunkowych puściła, toboły posypały się z brzękiem, rozlatując się po całym pokładzie. Któraś z ławek nie wytrzymała i pękła, wioślarz poleciał w tył, na kolegę za nim.

Zahred w ostatniej chwili złapał za kołnierz Mirę, która straciła równowagę i byłaby fiknęła kozła przez dziób prosto we wzburzoną wodę.

– Wiosłuj, naprzód! – zawołał do ludzi. – Siadać na ławy i do roboty! Udało nam się!

– Udało się! – Torleif podchwycił okrzyk, rozglądając się wokoło.

Rzeczywiście, woda nagle zrobiła się spokojniejsza. Mimo że przy brzegach wciąż jeszcze kotłowały się wiry i burzyły bysterki, to tutaj, pośrodku nurtu, wyglądało to o wiele lepiej. Pieniące się, ryczące i kotłujące mielizny zostały za nimi.

Oczywiście nadal widać było przesuwające się pod dnem łodzi kamienie i wyrastające pozornie znikąd zębate mielizny, ale wyglądało na to, że najgorsze minęło.

Karli wstał, zamachał do ludzi na drugim i trzecim snekkarze, pokazując im: z całych sił, naprzód! Usiadł jednak szybko i chwycił się burty, kiedy zarzuciło nimi po raz kolejny. Coś było nie tak, łódź wyraźnie hamowała prawą stroną...

– Woda! Woda na pokładzie! – wydarł się Gyddi, podrywając się ze swego miejsca jak oparzony.

Rzeczywiście, dwie z desek puściły i teraz chlustała spomiędzy nich czysta, bystra woda, błyskawicznie gromadząca się na dnie łodzi. Siedzący najbliżej rzucili się, zaczęli zrywać z pleców własne tuniki i płaszcze, byleby zatkać czymś dziurę.

– Na drugą burtę! – przytomnie zakomenderował Karli. – Odciążyć ją, bo nas przeważy!...

Kilku wioślarzy przeskoczyło na ławki kolegów, uszkodzony bok uniósł się nieco wyżej, pęknięciem ponad lustro rzeki.

Zahred zaryzykował obejrzenie się przez ramię: drugi snekkar właśnie przewalał się przez skalny próg. Jarl widział rozwarte z przerażenia oczy ludzi, niemalże słyszał ich krzyki. Na krótką chwilę łódź skryła się w toni, zniknęła w białej pianie, lecz już po chwili wyskoczyła z niej, lśniąca od wody, ale cała!

– Do brzegu! – rozkazał. – Dobijamy i czekamy na innych!

Karli rozejrzał się bezradnie. Jak okiem sięgnąć wszędzie rzekę ograniczały postrzępione skały, płycizny jeżyły się zębiskami kamieni. Tu i ówdzie koryto rzeki przegradzały poprzeczne występy, jak gdyby sami bogowie postanowili uczynić z niej nieprzebyty tor przeszkód.

– Gdzie?!

– Znajdziemy... A teraz wiosłować, jeśli wam życie miłe!

Stubjarn i Gudmund zaczęli wylewać napływającą wodę – jeden przytomnie, pojemnym cebrzykiem, drugi chwycił po prostu drewniany czerpak, chlustając raz po raz za burtę.

– Rób, synek, rób! – sapał ten pierwszy, zagrzewając swą latorośl. Jednak Gudmundowi nie trzeba było dwa razy powtarzać, chłopak aż poczerwieniał z wysiłku.

– Daliśmy radę! Bogowie są wielcy! – krzyknął Torleif, którego twarzy nie opuszczał radosny uśmiech. – Zahred... Zahred!

– Zahreed! – podłapało jeszcze kilku, wznosząc zaciśnięte prawice na cześć przywódcy.

On skinął im tylko szybko głową, obdarzył zdawkowym uśmiechem.

Nie czas był na wiwaty, on sam dawno już nauczył się, że kłopoty atakują wtedy, kiedy człowiekowi zdaje się, że wszystko złe minęło. Wbił wzrok w brzeg, z natężeniem lustrując linię skał i płytkich zatoczek. Gdzieś tutaj musiało być miejsce, w którym zdołają przycumować...

Echo radosnego okrzyku doleciało do nich nawet przez szum rzeki i sapanie wylewających wodę ludzi. Obejrzał się: załoga drugiej łodzi wołała głośno, radośnie, widząc, że trzeci snekkar pokonał niebezpieczny próg. Co prawda też płynął krzywo, nie mogąc ustawić się dziobem we właściwą stronę, ktoś szamotał się na pokładzie. Widać było, że ich sytuacja nie jest najlepsza, żagiel wysunął się z objęć lin i teraz łopotał ciężką płachtą, rozwinięty do połowy.

Ale żyli i trzymali się na powierzchni.


Zahred podszedł do Stubjarna, krzątającego się przy wyciągniętym na brzeg uszkodzonym snekkarze.

„Morski wąż”, jak nazywali ten rodzaj łodzi żeglarze, wyglądał nieszczęśliwie – rozwarta morda dziwacznej bestii na stewie dziobowej była przekrzywiona na bok, zdając się nie tyle straszyć, ile wzywać pomocy.

Zahred przykucnął obok, dotknął deski poszycia, paskudnie pękniętej w poprzek słojów.

– Dwa, może trzy dni. – Stubjarn spojrzał na niego. – A i to, wyłącznie jeśli znajdziemy odpowiednie drzewo. Trzeba by chociaż przesuszyć, żeby...

– Nie ma na to czasu – warknął Zahred. – Załatamy czymkolwiek, zasmołujemy na grubo.

– Ja tylko mówię.

Reszta ludzi uwijała się pracowicie, wynosząc na ląd bagaże i ładunki, rozstawiając przemoczone do ostatniej nitki płachty namiotów i szykując miejsce pod tymczasowe obozowisko.

Zatoczka, w której w końcu dobili do brzegu, była tak wąska, że ledwie mieściły się w niej wszystkie trzy łodzie, nawet teraz niemalże stykające się burtami. Brzeg nie był tutaj aż tak wysoki, otwierał się na łagodną, porośniętą rzadkimi drzewami równinę.

Ponad zagajnikiem niósł się stuk toporów: to załoga Hrodlava, jak zwykle zaradnego i zorganizowanego, szykowała drewno na opał.

Dni były już ciepłe, letnie słońce zaczynało przygrzewać coraz mocniej, ale nocami ziemia wciąż oddawała chłodem, więc od razu, jak tylko dobili do brzegu, zapłonęły ogniska. W końcu musieli się wysuszyć, odzyskać choć część utraconego ciepła.