Złote miastoTekst

Z serii: Bramy ze złota #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– A jeśli wymagam, żeby miał tego pewność?

Ucichli, popatrzyli po sobie. Uśmiechy spełzły z twarzy jak zsuwający się ze strzech śnieg: ale jak to pewność...?

– Czy mądrze jest straszyć ludzi, jarlu? – uśmiechnął się Inegeldr, biorąc kubek Zahreda, aby znów napełnić go gęstym miodem.

– Straszyć? – prychnął Zahred, odwrócił się do Miry i uśmiechnął, ona ujęła go za rękę. – Kto podąża ze mną, zostawia za sobą wszystko, co miał. Cóż mi po ludziach, co pójdą za mną radośnie jak dzieci, a potem tak samo się rozpierzchną? Albo zaczną płakać, gdy zrozumieją, że dziś nie będzie miodku do kaszy?!

Ludzie zaśmiali się głośno: dobrze, dobrze jarl mówi! Tylko Thyrni odchyliła się na swoim siedzeniu, pokręciła głową: miód nadal źle jej się kojarzył.

– Po co więc mówić, że możemy nie wrócić? – zapytał rzeczowo, krótko Hrodlav.

– Bo taka jest prawda – równie zwięźle odpowiedział Zahred.

Mira zmarszczyła brwi, próbując nadążyć za dyskusją.

– Więc ludzie będą się bać, płynąc na morze! – Inegeldr odstawił kubek Zahreda, pokazał służącej, żeby przyniosła mu nowy, pełny dzban.

– Niech się boją – pokiwał głową Zahred. – Niech się boją, mówię! Odwaga to wcale nie brak strachu!

– Co zatem?! – parsknął któryś z wojowników. – Odważny się nie boi!

Jarl wbił w niego wzrok, pokręcił głową.

– Nieprawda. Odwaga to ciągła obecność strachu i robienie tego, co trzeba, wbrew niemu. Odwaga to siła, aby pokonać samego siebie!

Zahuczeli, zaszumieli znowu: tak!

– Wypijmy zatem za odwagę, jarlu – wzniósł kubek Inegeldr.

Zahred też podniósł swój, świeżo napełniony. Jak to miał w zwyczaju, zabełtał, powąchał – odstawił, ledwie przytknąwszy do ust.

– Wypijmy zatem też za przyjaźń. – Uśmiechnął się, wstał i zwrócił do Inegeldra.

Ten też poderwał się z ławy, pozwalając jarlowi się objąć. Zahred spojrzał mu prosto w oczy, w których malowała się tak szczera, prawdziwa, autentyczna przyjaźń, że aż się uśmiechnął.

Nie spuszczając wzroku z Inegeldra, przesunął lewą ręką stojące na stole kubki, ujął ten, który stał nieco dalej, praktycznie identyczny ze swoim, który podsunął Inegeldrowi. Brat zabitego jarla też pomacał dłonią po stole, w końcu trafił palcami na naczynie, podniósł: zdziwił się, że płynu jest tak dużo...

– Do dna, Inegeldrze – syknął Zahred, trzymając go bardzo, bardzo mocno prawą ręką za ramię. – Za przyjaźń.

Inegeldr już, już unosił kubek, uśmiechając się tak samo jak wcześniej i tylko czekając na to, co zaraz miało wydarzyć się z Zahredem – kiedy drzwi do domu zgromadzeń nagle otwarły się na oścież, huknęły o ścianę.

Ludzie zerwali się od stołu, podmuch wiatru targnął płomieniami lampek, cisnął snop iskier z paleniska po sali. Zimne powietrze liznęło zgromadzonych po nogach, dzieci z piskiem pierzchły ku bezpiecznym schronieniom matczynych sukien, w okamgnieniu zapominając o zabawie.

– Panie!... – Do pomieszczenia wtoczył się człowiek, od stóp do głów uwalany błotem, zachlapany krwią, ubrany w poszarpaną tunikę. – Panie, pomocy!

Ktoś chwycił się za głowę, inny krzyknął: poznali po głosie, ale tylko po głosie, Sveina z nie tak znów odległej zagrody na wzgórzach.

– Co się stało?! – Karli zerwał się jako pierwszy, skoczył ku niemu: Svein był jego krewnym ze strony matki.

– Dzik!... Dzik, ogromny odyniec wyszedł z matecznika! Całe moje stado, dwaj synowie!...

Mężczyzna nie zdołał powiedzieć nic więcej, po prostu upadł na kolana, szlochając. Ktoś od razu dopadł doń, potem kolejny, inny zawołał: „Pomocy, on krwawi!”.

Tłum zakotłował się, ludzie zaczęli wstawać. Uczta była skończona.

– Jutro ruszamy na polowanie! – krzyknął donośnie Zahred. – Niech każdy, kto nie boi się dzikiego zwierza, weźmie łuk, oszczep albo topór!... Bądźcie gotowi, skoro zbudzi się świt!

Niespostrzeżenie machnął ręką nad stołem, przewracając kubek, który jeszcze chwilę temu trzymał Inegeldr. Ciemnozłoty, gęsty płyn rozlał się po blacie, skapując pomiędzy deski.

Co się odwlecze, to nie uciecze.


Rozmarzający śnieg skrzypiał i uginał się, gdy myśliwi powoli sunęli przed siebie, przestawiając doczepione do butów drewniane narty. Słońce dopiero zaczynało podnosić się z morza za wzgórzami, barwiąc niebo ostrym różem. Nad ziemią wisiała mlecznym oparem parująca wilgocią mgła, która osiadała na brodach kropelkami rosy. Oddechy uciekały obłoczkami, dłonie ślizgały się po mokrych drzewcach włóczni.

Idący na przedzie tropiciel pokazał gestem: tam, pomiędzy drzewa! Rozciągnięta tyraliera zaczęła skręcać w bok na podobieństwo szyku w boju, gdy jedna flanka stanęła w miejscu, pozwalając towarzyszom nadrobić odległość.

Mira zachichotała, na zmianę podnosząc nogi z dowiązanymi na rzemienie podgiętymi deskami.

– Znów nie będę mogła ruszyć z miejsca – pożaliła się Zahredowi.

– Dasz radę – mruknął.

– Nie no, jak się złapie rytm, to już idzie jakoś. Widziałeś kiedyś takiego?

Pokręcił głową.

– Już dawno nie.

Rzeczywiście, odyniec musiał być przeogromny. Belki, z których zbudowana była skromna chata Sveina, leżały porozrzucane niczym słomki, połamane i porozszczepiane uderzeniami potężnych szabli. Zagroda dla zwierząt była jedną wielką jatką, pełną rozwłóczonych wnętrzności, strzępów futra i mięsa, pokruszonych kości, wdeptanych ogromnymi racicami w błoto.

Resztkę tego, co zostawił dzik po młodszym synu rolnika, znaleźli w pozostałościach komórki, gdzie ranny chłopak próbował schować się przed rozszalałym zwierzem.

Po starszym Sveinssonie nie zostało nic poza ciągnącym się ku lesistym wzgórzom krwawym śladem w śniegu.

Trop nie był trudny do odnalezienia, ale wkrótce okazało się, że odyniec musiał kręcić się po okolicy przez jakiś czas, więc ślady przecinały się, krzyżowały i nierzadko nachodziły jedne na drugie... Szli powoli, spokojnie, metodycznie. Tutaj nie było miejsca na pośpiech, a wyłącznie na zapobiegliwą ostrożność.

Wspięli się na szczyt wzgórza, zaczęli powoli schodzić w dolinę. Drzew było coraz więcej, ludzie zaczynali tracić jeden drugiego z oczu, dodatkowo musieli kluczyć, aby omijać przykryte zaspami wykroty, parowy i zdradzieckie uskoki, wyrzeźbione przez płynące tędy latem strumienie, teraz ukryte pod cienką warstewką lodu.

Tropiciel uniósł rękę: stać! Zamarli w pół kroku, wstrzymując oddechy.

Przez chwilę słychać było tylko szum wiatru i kapanie wody... A potem doszedł do nich daleki trzask i chrzęst, jak gdyby ogromne cielsko przedzierało się przez zarośla, nieświadome własnych rozmiarów i wagi.

Ludzie odruchowo wystawili przed siebie oszczepy, ktoś napiął do połowy cięciwę łuku – ale potem wszystko ucichło.

Gdzieś daleko zaśpiewał pierwszy poranny ptak.

– Widzi nas – warknął Zahred. – Widzi albo czuje.

Stojący nieopodal Inegeldr przeszedł bliżej, pokazując sąsiadowi, żeby ten zamienił się z nim na miejsca.

– Tam dalej jest głęboki ślepy jar – wionął Zahredowi w ucho obłoczkiem chłodnej pary. – Jeśli tam się zaczaił, to musimy po niego wejść.

– Wypłoszyć.

– Jak?

– Kilku ludzi z łukami i oszczepami od góry. Niech go rozwścieczą, ruszy jedynym wyjściem. Wtedy...

Nie dokończył, bo zarośla nagle ożyły. Kilka drzew poruszyło się, zatrzeszczały łamane drzewa i tratowane krzaki. Zajęczała ziemia, strzelił poderwany racicami śnieg i błoto...

– Uwaga! – krzyknął najbardziej przytomny z myśliwych, ale było za późno.

Wielki, rozmazany kształt wyskoczył nagle z głębokiego koryta strumienia, na którego zbocze nie wdrapałby się bez pomocy żaden człowiek, i wpadł na stojących po lewej stronie myśliwych.

Ktoś wrzasnął przeraźliwie, ale krzyk urwał się, gdy gigantyczny zwierz machnął łbem, dosłownie odrywając człowieka od ziemi. Szmaciana lalka poleciała pomiędzy nagie konary, ciągnąc za sobą pióropusz szkarłatu, uderzyła o pień i zaplątała się pomiędzy gałęzie, zwisając głową w dół.

Parujące wnętrzności z miękkim chlupnięciem wysunęły się z rozerwanego brzucha, zawisły długą, ociekającą krwią girlandą.

Drugi łowca zdążył wystawić przed siebie włócznię, ale szarżujący odyniec nawet nie zauważył, jak grot wbija się w zwały tłuszczu i grzęźnie w mięśniach. Zaparte o ziemię drzewce trzasnęło niczym szczapka, rozpędzona góra racic, szabli i kłów wpadła na nieszczęśnika, pociągnęła go po kamienistej ziemi krwawą bruzdą i odrzuciła w bok, jak gdyby ważył mniej niż nic.

– Brać go!... – rozległo się wołanie, ale dzik już skoczył z powrotem w zarośla.

Bryznęło na wszystkie strony błoto i śnieg, potwór skrył się pomiędzy kolczastymi krzakami. Po chwili trzask łamanych gałęzi ucichł: odyniec po raz kolejny zaległ w swojej kryjówce.

Jeden z ludzi wrzasnął, cisnął topór w śnieg i pobiegł z powrotem, ku odległej osadzie.

Mira spojrzała na Zahreda. Tak, w tym momencie widział w jej oczach najprawdziwszy strach... Ale przełknęła ślinę, uśmiechnęła się nerwowo.

– Chcę naszyjnik z jego kłów – wydusiła przez ściśnięte gardło.

– Tak, i co jeszcze? Niewolnika pewnie, żeby go za tobą nosił – warknął Zahred.

Machnął ręką na myśliwych: do mnie, tutaj! Pokrótce wyłuszczył plan, wskazał na kilku, którzy mają pójść górą i wypłoszyć zwierza z jego legowiska.

– A kto... – zawiesił głos któryś z nich, patrząc niepewnie na kompanów. – Kto pójdzie środkiem?

 

– Jak szeroki jest jar?

– Może cztery kroki u dna...

Zahred popatrzył na Inegeldra, ten kiwnął krótko.

– My dwaj. Potem następna para dwadzieścia kroków za nami. I kolejna dwadzieścia z tyłu. Ruszać, naprzód!

– Chcę być w drugiej parze – powiedziała Mira.

– Nie. Idziesz w trzeciej.

– Chcę...

– Słyszałem. I idziesz w trzeciej. Zrozumiano?

Spuściła głowę, warknęła pod nosem coś o jego matce, świniach i obgryzaniu żołędzi, ale karnie powlokła się do tyłu. Zahred i Inegeldr wysunęli się na przód, obydwaj zbrojni w krótkie, grube oszczepy i topory.

– Nie brak ci jednak odwagi, jarlu – rzucił brat Freylava, wpatrując się w gęstwinę. Naganiacze już wspinali się na zbocza, gotowi obiec jar dokoła.

– Polowałem nie na takie bestie.

– Nie znasz tej krainy, nie znasz jej obyczajów ani zwierzyny... A mimo to stajesz ze mną ramię w ramię.

– Znam za to ludzi, Inegeldrze. Oni są gorsi od zwierząt.

– I na nich też polujesz?

Zahred spojrzał na niego z ukosa.

– Ten, który tylko poluje, nie wyżywi ani siebie, ani swojej rodziny.

– Kto w takim razie? Rzemieślnik? Rolnik? Rybak, być może?

– Ten, kto zabija.

Przeciągłe, niskie buczenie rogu przerwało napiętą ciszę, zaraz za nim podniosły się przeraźliwe wrzaski i krzyki: to ekipa naganiaczy dotarła na pozycje! Widać było ruch, jakaś sylwetka podniosła się i skuliła, w dół pomknął rozmazany kształt oszczepu. Brzęknęły cięciwy, ktoś zahałłakował, rzucił w dół kamień.

– Jest, jest!... – wołanie utonęło w donośnym, basowym ryku gniewu i wściekłości, gdy odyniec poderwał się ze swej kryjówki.

Rzucił się najpierw w tył, tam, skąd leciały na niego pociski, ale zsunął się z kamienistej ściany, skoczył w bok, zakręcił i wreszcie popędził ku jedynemu wyjściu z jaru.

Ziemia dudniła i trzęsła się, z drzew sypał się śnieg przemieszany z kroplami wody.

Zdeptane, przygniecione krzaki uniosły się, a potem rozprysnęły deszczem gałęzi.

Dzik pędził prosto na nich.

Świat zwolnił, zatrzymał się.

Zahred widział każdy szczegół: wielki, pokryty widocznymi w gęstej szczecinie bliznami pysk, z którego leciała płatami spieniona ślina.

Nastroszone uszy, wznoszący się za nimi przeogromny garb mięśni, tłuszczu i kości, z którego wystawał teraz majtający się na lewo i prawo oszczep; broń ledwie przebiła skórę monstrum.

Krótkie, pękate racice wielkości dwóch złożonych pięści, rwące i tratujące wszystko na swej drodze.

I wreszcie małe punkty nabiegłych krwią, wściekłych ślepi.

Dzik w rozpędzie, nawet nie zauważając tego, złamał, zmiął pod sobą młode drzewko i rzucił się wprost ku dwóm ludziom.

Skoczyli w bok i uderzyli jednocześnie, w tej samej chwili – Zahred cisnął włócznią, Inegeldr zamachnął się toporem. Bryznęła krew, trzasnęła kość, ogromne cielsko wleciało pomiędzy nich, roztrąciło na boki i popędziło dalej.


Przez chwilę była ciemność, potem rozchylił oczy: biel. Mokra, kłująca biel śniegu, w który upadł twarzą.

Zahred podniósł się na czworaka, zawarczał, wypluł śnieg i otrząsnął się... W głowie szumiało, musiał o coś solidnie uderzyć. Od razu zerknął w bok, przez ramię – Inegeldr też już wstawał pospiesznie, ale w ręku miał... coś...

Kieł dzika, oprawiony w srebro i zaostrzony na podobieństwo sztyletu.

Wypadek na polowaniu. Idealna okazja. A on sam mu ją dał.

– Ależ jest ogromny! – parsknął Zahred, podnosząc się na kolana. Nadal był plecami do Inegeldra, który szedł w jego kierunku.

Rozejrzał się...

Obok niego leżał topór, który musiał wyśliznąć się zza pasa.

Nie. Nie topór.

To musiał być wypadek.

Zobaczył na wpół złamane drzewo, z którego wystawał kawałek cienkiego, suchego sęka. Sięgnął, ułamał go i zacisnął w dłoni.

Od strony myśliwych rozległ się tryumfalny wrzask: bestia padła!

Inegeldr podszedł jeszcze bliżej, wzniósł kieł do pchnięcia.

– Udało się – powiedział.

– Pomocy!! – krzyknął Zahred, a potem błyskawicznym ruchem obrócił się i wbił Inegeldrowi sęk w udo od wewnętrznej strony. Drewno przebiło spodnie i weszło miękko w ciało, dochodząc niemal do kości.

Inegeldr zatoczył się w tył, zaskoczony. Popatrzył na tkwiący w udzie patyk.

– Ty... ty głupcze! – Pokręcił głową, chwycił wolną ręką za sęk.

– Pomocy! – wydarł się Zahred. – Inegeldr jest ranny!... Pomocy!

Inegeldr jednym zdecydowanym ruchem wyszarpnął sęk z rany.

Krew siknęła mocnym strumieniem, bryznęła na śnieg; on sam zamrugał, zachwiał się. Posoka z rozciętej tętnicy trysnęła znów, pompowana przez szalejące w piersi serce, zaczęła rozlewać się po nogawce szeroką czerwoną plamą.

– Ty... – jęknął Inegeldr, a potem nogi ugięły się pod nim i poleciał na ziemię, wciąż ściskając w ręku zakrwawiony sęk.

– Pomocy!...

Na wołanie nadbiegli ludzie, rzucili się do rannego, którego twarz gwałtownie traciła kolor. Usta trzęsły się jak w gorączce, oczy strzelały to w lewo, to w prawo. Ktoś spróbował ucisnąć ranę, ale jucha lała się strumieniem z rozerwanej arterii, sikała przez ręce.

– Nie wiem, jak to się stało! – Zahred pokazał na umierającego. – Byliśmy tu, on skoczył... I potem miał to w nodze! Musiał uderzyć o drzewo!

Inegeldr wbił w niego pełne przerażenia i nienawiści spojrzenie.

– Ty... – wyszeptał jeszcze, a potem obwisł ludziom w rękach, znieruchomiał.

Nadbiegła Mira. Krzyknęła, widząc krew, ale zaraz dopadła do Zahreda, rzuciła mu się na szyję.

– Co się stało?!

– Wypadek na polowaniu – nagle spokojnym głosem odpowiedział Zahred. Wstał, otrzepał się ze śniegu. Spojrzał dalej, ku leżącej na zrytej ziemi ogromnej tuszy powalonego odyńca. – Przypuszczam, że to cios Inegeldra go powalił.

– Jedno ślepie rozrąbane, w drugim oszczep! – krzyknął Torleif.

Mira spojrzała na niego, na dzika, na martwego Inegeldra... Jej oczy rozszerzyły się, nabrała gwałtownie tchu.

– Czy ty... – zaczęła, ale urwała.

Zahred schylił się, wyłuskał z ręki zabitego oprawiony w srebro kieł.

– To na twój naszyjnik.

Wcisnął jej ozdobę w rękę, a potem ruszył chwiejnym krokiem, aby obejrzeć drugą, o wiele mniej ważną zdobycz.


Γ – gamma
czyli rozdział trzeci

On nie jest człowiekiem.

Steinkel popatrzył ciężko na Asmunda, potrząsnął głową.

– Co tobie znów się tam roi pod czaszką?

Asmund drgnął, oderwał się od kontemplowania resztki piwa w kubku. Rozciągnął twarz w maniakalnym uśmiechu.

– A gdybym ci powiedział, Steinkelu, że... robactwo? Może to muchy zalęgły mi się we łbie i teraz próbują ulecieć wraz ze słowami przez usta!

– Jesteś głupi – prychnął Steinkel, taksując spojrzeniem rzeczy leżące na gotowej do zwinięcia w rulon skórze.

Dwa koce, miska, łyżka, nożyk. Żelazne krzesiwko, krzemień, hubka, zwinięta w pęczki sucha trawa na rozpałkę. Motek krajki. Dwa długie paski rzemienia. Dratwa, kawałek szczeciny, z którego będzie wybierał włosy do wplecenia w nić. Wosk. Szydło. Wełniana czapka, zapasowe skarpety z wełny. Sznur. Bukłak. Osełka...

– A ty ślepy, mój druhu Steinkelu, jeśli nie widzisz oczywistego.

Popakowane w płócienne woreczki suszony ser, mięso, sól.

Na pewno o czymś zapomniał.

– Że co? – parsknął z opóźnionym zapłonem, bo dopiero teraz dotarło do niego, co powiedział Asmund.

– Mówię, że jesteś ślepy. Nie widzisz. Tak samo jak nie widział zabity przez jarla Zahreda dzik... Albo raczej: dwa dziki.

– Dwa? – Steinkel zmarszczył brwi. – O czym ty mówisz?

– Dwa dziki, dwoje oczu... Jedno tylko wybite, to, w które trafił Inegeldr. Ale drugie, widziałeś drugie?

– Każdy widział!...

– Ale nie każdy zobaczył. A oszczep wszedł na dwie dłonie głęboko, aż się o czaszkę oparł grotem. Żaden człowiek tak celnie nie potrafił cisnąć.

– Może miał szczęście – wzruszył ramionami Steinkel. Zazwyczaj nie stronił od dobrej kłótni, ale w rozmowach z Asmundem nawet jego konfliktowość zdecydowanie łagodniała.

Tym bardziej że pakował się już na wyprawę! Jarl Zahred powiedział jasno, że może popłynąć, więc on bez zwłoki zaczął zbierać niezbędne wyposażenie na tak daleką podróż. I nadal nie był pewien, czy wziął wystarczająco dużo wszystkiego.

Rozejrzał się po chacie lekko obłąkanym wzrokiem. I jeszcze Asmund przylazł, i gadał jakieś dziwne rzeczy!

– Tak, miał szczęście – pokiwał głową jego nieproszony gość. – Na pewno. I w walce z jarlem Freylavem też. I przy ataku na tamtą wioskę. Czysty przypadek.

– Asmund, co ty próbujesz powiedzieć?! – Steinkel obrócił się gwałtownie.

Jego towarzysz tylko wzruszył ramionami.

– Ja? Nic, Steinkelu, zupełnie nic.

– Jak gadasz o nim takie rzeczy, to może z nim nie płyń? Opowiem ci potem, jak było!

– Och, przeciwnie. – Asmund spuścił nogi z ławy, podniósł się i ruszył ku wyjściu. – Właśnie dlatego zamierzam popłynąć.

Otworzył drzwi i wyszedł z ciemnej chaty na zalany oślepiająco jaskrawym wiosennym światłem plac pośrodku osady.

Dwa rzędy ludzi z tarczami po raz kolejny zbliżały się ku sobie, zbrojni w świeżo zastrugane kije mężczyźni i kobiety lada chwila mieli zewrzeć się w pozorowanym boju... W końcu ktoś jako pierwszy wyskoczył z szeregu, wrzasnął dziko i uderzył rantem w tarczę przeciwnika, przepchnął się pomiędzy ustawionymi w linię i z półobrotu sieknął kogoś przez plecy.

Ludzie wpadli pomiędzy siebie, zakotłowali się, przewracając na ziemię.

Zahred siedział przy swojej chacie, bardzo uważnie obserwując walczących. Rozpuszczone przez niego wieści obiegły dużą część okolicy i potencjalni kandydaci ściągnęli naprawdę tłumnie na zawczasu wyznaczony termin wyboru załóg.

Zakończył już proces selekcji negatywnej, który wykluczył z udziału w wyprawie nazbyt słabych, chwiejnych, mających zbyt wiele do stracenia albo przeceniających swe możliwości.

Oczywiście, że nie przysporzyło to Zahredowi popularności: jak to?! Wojownicy, którzy rok w rok pływali z jarlem Freylavem, mają teraz zostać w domach, razem z kobietami i starcami?!

Najkrócej mówiąc: tak. O ile oni mieli być tu, a on tam, to mogli sobie myśleć i mówić, co im się żywnie zamarzyło.

Teraz nadeszła pora, aby uzupełnić braki.

– Ty! – Pokazał tylcem topora na trzymającego się z tyłu mężczyznę. – Jak cię zwać?

Tamten podbiegł od razu bliżej, skłonił się i wyrzucił z siebie, zdyszany:

– Vermurd, panie!

– Boisz się walczyć, Vermurd.

– Tak, panie – przyznał mężczyzna z uśmiechem.

– A jednak tu jesteś. Miecz, topór czy włócznia?

– Łuk, panie. Walka to marnowanie sił albo pokaz sprawności dla kobiet. Ja czekam na czyste, pewne strzały.

– Pokaż mi.

Tamten wziął oparty o ścianę łuk, nałożył strzałę. Przez chwilę rozglądał się, szukając dogodnego celu... Potem szybko napiął cięciwę, jednym płynnym ruchem przyłożył brzechwę do policzka i puścił. Brzęk! Strzała pomknęła przez powietrze, wbiła się prosto we wzniesiony do uderzenia kij jednego z walczących.

– Hejże! – krzyknął tamten, podskakując ze strachu. – Jak ja ci zaraz...!

Vermurd nałożył, napiął, puścił drugą strzałę – ta utkwiła może dwa palce poniżej pierwszej. Szermierz odrzucił broń, jakby ukąsiła go osa, schował się za tarczą.

– Zawsze strzelasz ludziom w broń? – zapytał Zahred.

– A jeśli przestrzelę mu kolano, to pozwolisz mi popłynąć ze sobą, panie? – odparował łucznik.

– Nie ma potrzeby. Karli!

Sternik pokiwał głową, machnął na nowo przyjętego: chodź tutaj!

Już któryś kolejny dzień trwały sprawdziany, zawody i przeróżne wyzwania.

 

Logika Zahreda nie zawsze była jasna, bo zdarzało mu się podejmować dziwne decyzje: gdy kazał ludziom biec na wyścigi wokół półwyspu, to nie przyjął ani pierwszego, ani drugiego najszybszego, lecz ostatniego, wlokącego się na końcu.

Zdarzało mu się odrzucać na pierwszy rzut oka silnych, zdrowych i potrafiących walczyć, a na ich miejsce brać starszych, nierzadko bez palców albo kulejących.

– W życiu nie liczy się to, jak mocno uderzasz, ale ile potrafisz znieść, nim upadniesz – powtarzał. – A każdy w końcu upada. Wtedy wszystko jest kwestią tego, jak szybko dasz radę się podnieść.

Mira częściowo pomagała mu w tych wyborach, ale głównie trzymała się z tyłu. Jej towarzyszki miały płynąć wszystkie, nawet w szerszym składzie niż poprzednio, i bardzo ją to cieszyło; nie była pewna, czy to faktyczna zasługa ich umiejętności, czy może prezent dla niej... Ale nie miało to znaczenia.

Wyszła na plac, zajadając jeszcze ciepły pszenny placek, który wcisnęła jej w rękę na odchodnym stara Gudrunn. Drobniejsza, bardziej rumiana od miejscowych kobiet, nieco nieporadna i nieradząca sobie z językiem Mira była traktowana przez tutejsze matki i babcie – no cóż, jak dziecko. Ich własne, ma się rozumieć, więc co rusz była czymś częstowana, obdarowywana i pojona.

Zahred śmiał się z niej, że przytyła przez zimę. A to na pewno była nieprawda! Może nabrała trochę mięśni, ot co.

Stanęła, opierając się o jeden ze słupów podtrzymujących dach kuźni. Urwała kawałek placka i włożyła do ust, patrząc na uganiających się po placu ludzi. Nie ona jedna wybrała to miejsce, żeby podziwiać zmagania: po drugiej stronie filara też ktoś stał, widziała tylko długą, postrzępioną brodę i narzucone na tunikę futro.

– Że im się tak chce... – mruknęła. – Mnie by się nie chciało. Tobie też się nie chce, co? I pewnie nawet nie rozumiesz, co do ciebie mówię.

– Mmm – dobiegło z drugiej strony słupa.

– No właśnie, tak myślałam. Gadam z wami i gadam, a ten wasz język to taki, jakby ktoś zęby na żarnach rozcierał. Ani jednego normalnego dźwięku. Już mi się niedobrze od tego robi! I gdzie nie pójdę: Mira to, Mira tamto. Usiądź, słuchaj i powtarzaj, bo ja znam takie słowa, że ho, ho! I każdy ciągle do mnie gada, i próbuje być mądrzejszy.

– Hrrrr...

– No więc sam widzisz, że może człowieka szlag trafić. A ty chociaż jeden normalny: nie lezie, nie dziwi się, że ojej-ojej, jakie ja mam ładne i dziwne włosy, hi, hi, hi! A one wszędzie takie ciemne i takie kręcone?

– Khhh...

– Mira! – zawołał ją Zahred, machnął ręką.

– Ech, nie mogę już. – Popatrzyła na trzymany w ręku placek, nie patrząc nawet, podała stojącemu po drugiej stronie słupa człowiekowi. – Masz, dojedz. No masz, mówię, bierz! Miło się z tobą milczało, musimy to kiedyś powtórzyć.

Oderwała się od filara, wyszła z cienia kuźni i przeszła przez placyk. Powiew wiatru zarzucił jej włosami, niosąc zapach ku stojącemu przy kuźni nieznajomemu.

Nozdrza Rualdra rozszerzyły się, łowiąc zapach.

Młoda samica pachniała pięknie. Nie rują, nie ochotą na kopulację, ale właśnie... pięknie. Uroczo.

Było w niej coś słodkiego, co sprawiało, że zamiast ją posiąść, miałby ochotę po prostu się nią zaopiekować.

Ułożyć w ciepłym, bezpiecznym miejscu i przynosić jedzenie.

Rualdr spojrzał na nadgryziony placek. Powąchał. Ugryzł kawałek. Zaczął powoli przeżuwać.

Nie pamiętał, kiedy ostatnio cokolwiek od kogoś dostał. Zazwyczaj musiał raczej zabierać, a ludzie bardzo się rzucali, kiedy to robił. Wtedy Rualdr robił tak, żeby ludzie przestawali się rzucać, i dopiero brał.

Co dziwne, młoda samica się go nie bała.

Większość od razu reagowała strachem, kiedy widzieli jego spiłowane na ostro zęby, pokrytą bliznami łysą głowę i groteskową maskę zaleczonych oparzeń, jaką miał zamiast większości twarzy. Jeszcze gorzej było, kiedy próbował wytłumaczyć, że nie powinni się go bać.

Trudno było powiedzieć coś, co nie brzmiałoby jak jęk bólu, kiedy nie miało się języka.

A ona nie tylko nie bała się, ale też coś mu dała.

Tak po prostu.

Jak wtedy, kiedy jeszcze miał...

Potrząsnął głową, odruchowo podrapał się po łysinie.

Młoda samica podeszła do dużego, ciemnego samca, który zbierał swoje stado. Rualdr słyszał coś o tym, ale nie był pewien, o co chodzi. Ludzie mówili za dużo, za szybko!... A on nie wszystko pojmował.

Ciemny samiec chciał dokądś iść. Na polowanie. Daleko, za morze, na nieznane ziemie, gdzie każdemu mogła stać się krzywda. A młoda samica pewnie pójdzie z nim.

Rualdr zawarczał głucho, podrzucił w ręku swój poszczerbiony topór i ruszył tam, gdzie zbierali się wybrani do nowego stada. Umilkli, gdy zbliżył się i stanął przed nimi – tak jak zawsze się działo. Któryś wstał z ławy, odsunął się na bok, a Rualdr po prostu zajął jego miejsce.

Teraz to było jego miejsce. Jego stado.


– Ilu jeszcze?

Karli przewrócił oczami, zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie rozkład wioślarzy.

– Cztery miejsca na naszej łodzi, po dwa u Hrodlava i Thyrni – powiedział w końcu. – Im jakoś łatwiej idzie... panie.

– Najwyraźniej mają mniejsze wymagania.

– Najwyraźniej, panie.

Zahred popatrzył na niego, uśmiech zatańczył mu na ustach... Wreszcie parsknął, machnął ręką.

– Niech ci będzie, Karli!

– Co takiego, panie? – Sternik idealnie udawał nieświadomość.

– Dobierz ludzi jutro z samego rana wedle uznania.

Karli pokiwał tylko głową, zachowując dla siebie opinię co do wymagań, nowych wojowników oraz doboru ludzi, zastępujących weteranów doskonale zgranych przez lata załóg. No ale skoro jarl tak chciał, to tak przecież będzie.

– Oby bogowie nas wspomogli w tej wyprawie... – mruknął tylko do siebie.

Zahred jednak usłyszał, nastawił ucha.

– No właśnie, Karli. Co z waszymi bogami? Nie widziałem żadnych świątyń.

– Bogowie to nie ludzie, panie. Nie potrzebują dachu nad głową ani czterech ścian, żeby nie marznąć zimą.

– Gdzie zatem mieszkają?

Stary wilk morski znaczącym gestem pokazał któremuś z młodszych, żeby napełnił mu kubek, przepłukał usta. Siedzący przy ogniu wojownicy przysunęli się bliżej, czekając na opowieść.

– Dawno, dawno temu bogowie nie mieli domów – zaczął Karli. – Ale mieszkali wszyscy w zgodzie na wielkich zielonych pastwiskach. To wszystko się zmieniło, kiedy pojawiła się lśniąca złotem wiedźma Gullveig, którą każdy z nich zapragnął posiąść dla siebie. Przez nią wybuchła w niebie pierwsza wojna, gdy mądrzy bogowie Aesiru próbowali ją po trzykroć spalić, a ona po trzykroć wychodziła z płomieni jeszcze bardziej błyszcząca...

– Złota wiedźma, której piękno stało się przyczyną zwady pomiędzy bogami? – upewnił się Zahred, kręcąc głową. Jakże mały był jednak świat, jak bardzo podobne opowieści!...

– Tak właśnie było, panie. Obydwa rody bogów wzniosły swoje warownie i walczyły przez wiele pokoleń, ale żadni nie mogli zwyciężyć. Wtedy Odyn Wszechojciec, najmądrzejszy spośród Aesirów, zaproponował pokój. Wymieniono zakładników...

– Njörðr żeglarz, a z nim rodzeństwo i małżeństwo Frejr i Freja zamieszkali w Asgardzie! – wtrącił się niecierpliwy Torleif. – A z drugiej strony do Vanaheimu przybyli piękny, silny Hönir i mędrzec Mimir!

– Tak właśnie było. Bogowie Vaniru zachwycili się Hönirem i zapragnęli, aby nimi rządził. Ale Hönir był tak naprawdę głupcem, który o wszystko radził się Mimira! Gdy tego nie było, zapytany o cokolwiek Hönir tylko mamrotał: niech inni zdecydują. Mieszkańcy Vaniru w końcu zrozumieli, że ich wódz nie potrafi rządzić, i wtedy...

– I wtedy urżnęli mu głowę. Mimirowi, to jest, rzecz jasna – z mściwą satysfakcją dokończył Steinkel. – Bo przecież po co pozbyć się idioty, kiedy można zabić mędrca?!

– Nie mów tak, Steinkelu! – żachnął się Asmund, obserwujący uważnie reakcje Zahreda. – Kto wie czego pragną i jak myślą bogowie?

– Jeśli tak właśnie myślą i czegoś takiego pragną, to nie dziwota, że nasze życie jest tak zagmatwane – parsknął tamten.

– I co teraz? – zapytał Zahred. – Bogowie dalej żyją w pokoju, czy też wadzą się pomiędzy sobą?

– Żyją w pokoju, panie – uśmiechnął się Karli.

– O ile nikt im w tym nie przeszkadza – wtrącił się znów Asmund. – Bo jest jeden spośród bogów, który wciąż sieje pomiędzy nimi niezgodę. Przychodzi nieproszony na uczty, sączy jad do ucha. Mówi tak zawile, że ludzie gubią się w pajęczynie jego słów... Wiesz, jarlu, co to za bóg?

Zahred obdarzył Asmunda przelotnym spojrzeniem, zwrócił się do sternika:

– Bardziej interesuje mnie ten, o którym wspomniałeś na początku, Karli. Opiekun mórz, tak?

– Njörðr, panie. Opiekun wiatrów lądowych i morskich, patron tych, co bogactwo zdobywają zarówno handlem, jak i polowaniem na tych, co handlują.