Złote miastoTekst

Z serii: Bramy ze złota #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Torleif zmarszczył brwi i już otwierał usta, żeby sprostować słowa towarzysza, ale Stenvidr położył palec na ustach, syknął i pokręcił głową: nie mieszaj się, nie leź w wodę głębszą niż czubek głowy.

– Zahred – powtórzył tamten, mierząc nieznajomego spojrzeniem i jak gdyby od niechcenia bawiąc się zdobioną głowicą miecza przy pasie. – A ja jestem Inegeldr, brat jarla Freylava. Witajcie zatem w mojej osadzie, wejdźcie w moje progi.

– Jarl Zahred, jeśli jeszcze nie zrozumiałeś, Inegeldrze.

Inegeldr uśmiechnął się samymi ustami, pojedynczy mięsień drgnął w jego policzku.

Przeszli pod górę, ku posadowionej w dolinie bystrej rzeczułki wiosce.

Zahred szybko otaksował całość, przeliczył dymy, zestawił to z liczbą ludzi... Nie dziwota, że wczesną zimą wyprawiali się na rozbój – o ile ziemia nie była tu wyjątkowo żyzna, a prawie na pewno nie była, głód musiał często zaglądać miejscowym w oczy.

Chaty były przysadziste, o wysokich, stromych dachach i małych okienkach. W zagrodach kręciły się zwierzęta, po placyku spacerowało sobie stadko lekko brudnawych gęsi. Wszędzie wisiały suszące się sieci, do ścian przymocowane były wyprawione, otwarte pyski co większych zdobyczy. Klekotały w lekkim zefirku nanizane na sznury, pokryte wyciętymi znakami ości i kości.

Pachniało rybami, gnojówką, dymem i biedą.

Mira jednak widziała coś zupełnie, diametralnie odmiennego. Dla niej była tu przede wszystkim przestrzeń! Wychowana wśród lasów i jezior dziewczyna co rusz obracała się, nie mogąc nadziwić się zapierającemu dech w piersi widokowi, jaki rozciągał się z wysokiego brzegu na morze. Tak mało było tu drzew, nic nie zasłaniało widoku!

Chaty zdawały jej się ogromne i strzeliste, sięgające nie wiedzieć jak wysoko. Nie mogła nadziwić się zdobieniom, rzeźbionym belkom, zawijasom i plecionkom nad drzwiami. Jakże pięknie potrafili obrabiać drewno tutejsi rzemieślnicy!

Sami ludzie mieli co do jednego jasną skórę i włosy. Byli też wysocy, bardzo wysocy, tak, że ona czuła się między nimi jak dziecko... Widać było w nich twardą, wysezonowaną siłę i wytrzymałość, jak gdyby byli uosobieniem samej tej krainy – wysmagani wiatrem, pokryci rozpadlinami zmarszczek, ostrzy i kanciaści, niczym leżące przy klifach głazy.

No i w końcu były tu kobiety. Kobiety idące ramię w ramię z mężczyznami! Niosące własną broń i łupy!

Tak, może Mirę było widać, ale to Zahred naprawdę wyróżniał się spomiędzy nich – nie tylko tatuażami, ale też smoliście czarnymi włosami i kolorem skóry. Patrzyli na niego, pokazywali palcami, komentowali po swojemu. On jednak nie robił sobie z tego nic, szedł po osadzie, jakby doskonale znał jej rozkład.

Zatrzymał się na chwilę na placu, gdzie tkwił w ziemi niewysoki rzeźbiony pal, pokryty szaroburymi smugami i plamami. Zahred stanął przed nim, skłonił się – ludzie westchnęli zaskoczeni.

Ale kiedy on wyjął nóż, naciął wnętrze dłoni i przeciągnął po wyślizganym drewnie, zostawiając czerwony ślad, ktoś zakrzyknął radośnie, inny zawołał głośno. Wybuchła wrzawa, zgromadzeni zaczęli przekrzykiwać się, wołać, kłócić... On po prostu ruszył ku najwyższej chacie.

– Co zrobiłeś?! – szepnęła do niego Mira, gdy przez otwarte drzwi wkroczyli do środka.

– Nie mam pojęcia. – Wzruszył ramionami, trochę rozbawiony.

– Więc po co...!? Skąd wiedziałeś, że oni...?!

– Widać było przecież po śladach, że chodzą dokoła placu, a rzadko zbliżają się do samego posągu. Kiedy dobijaliśmy, kilkoro z nich podeszło, dotknęło go dłońmi. A że krew, no cóż... Pewne rzeczy są niezmienne.

Rozejrzał się, szybko odnalazł najważniejsze miejsce na wyłożonej skórami szerokiej ławie. Podszedł właśnie tam i stanął szeroko na nogach, patrząc, jak wszyscy inni powoli wsypują się do środka.

Ludzie wchodzili, rozglądali się. Widzieli go, przeważnie milkli i spuszczali wzrok. Część jednak zawzięcie o czymś rozprawiała, jeszcze inni zdawali się nie zwracać uwagi na nieznajomego, bardziej zajęci kwestią powrotu ojców, krewnych, synów i córek z wyprawy.

Ktoś dorzucił drewna do paleniska, ogień strzelił wyżej. Zmarznięci żeglarze od razu stłoczyli się jak najbliżej, rozcierając dłonie i z zadowoleniem komentując kolejną udaną wyprawę. Szczerzyli zęby, pozdrawiali gestami znajomych, co poniektórzy dawali do zrozumienia: aleśmy się obłowili!

Inegeldr podszedł bliżej, zmierzył wzrokiem Zahreda i nieco speszoną Mirę. Skrzywił się.

– Szybko się rozgościłeś, Zahredzie – rzucił.

– Życzysz sobie zająć moje miejsce? – nawet nie spojrzawszy na niego, zapytał Zahred. – Czy może raczej śnisz o byciu na miejscu mojej kobiety?

Kilku wojowników parsknęło śmiechem: ha! Szybko się uczył języka Zahred, skoro nie tylko mieczem i toporem potrafił tak sprawnie władać. Inegeldr zacisnął dłoń na głowicy miecza, znów rozciągnął twarz w nieszczerym uśmiechu.

– Skąd wiesz, że pozwolę ci je zatrzymać?

– Nie zabrałeś go, gdy należało do twojego brata. Nie siedziałeś na nim, gdy jego nie było.

– A teraz...?

– A teraz należy do mnie – uciął Zahred, siadając.

Ludzie zaczęli wnosić i układać przed nim wyciągnięte z łodzi łupy.

Mieszkańcy wzdychali i wznosili radosne okrzyki, kiedy po kolei pojawiały się korce zboża, suszone mięso i dzbany miodu.

Uwędzone w dymie tłuste ryby.

Garnce smalcu.

Klatki, w których trzepotały się mocno umordowane przeprawą, ale wciąż żywe kury i kaczki.

Żałośnie meczące kozy i owce.

W końcu zrzucone w jedną skrzynię ozdoby, paciorki, zausznice i pierścionki, a zaraz za nimi kilkanaście siekier, włóczni i noży.

Patrzyli na to wszyscy coraz większymi oczami: skarb, prawdziwy skarb! Czegoś takiego z jednej, tak krótkiej wyprawy nie widzieli chyba nigdy. Najstarsi kręcili głowami: w jakie to krainy poprowadził wojowników ten nowy jarl?

Inegeldr też się nachylił, podniósł jedną z siekier. Popróbował ostrze palcem, skrzywił się.

– Słabe żelazo.

– Słabe?! – podskoczył Ulfhvatr, zawsze szybki do pyskówki. – Słabe, słyszycie go?! Rok w rok wyprawialiśmy się na tamtych szmaciarzy, walczących kamiennymi młotami i włóczniami z ostrzem z kości! Traciliśmy więcej ludzi, niż rodziło się dzieci, a on: słabe?!

Zgromadzeni zamruczeli, pokiwali: miał rację Ulfhvatr! Wrócili prawie wszyscy, mało kto był ranny!

– Mówię, że słabe, bo takie jest! – Inegeldr rzucił siekierę na podłogę, ta huknęła o deski.

– To pokaż, jakie zdobyłeś lepsze!...

– Spokój – powiedział Zahred.

Ani nie krzyknął, ani nie huknął. Nie warknął nawet, a mimo to wszyscy ucichli, spojrzeli na nowego jarla.

– Teraz ja wami rządzę, a moja krew jest tego świadectwem! – Uniósł przeciętą od środka dłoń, na ranie od razu usiadła mucha, która musiała wypełznąć z jakiejś szczeliny między deskami. – Jestem Zahred, a to Mira, moja kobieta.

Mira chciała spuścić oczy, ale wspomniała, co jej mówił, hardo podniosła głowę i potrząsnęła płowymi lokami. Weszła na postument i usiadła obok niego sztywno, jakby kij połknęła.

– Wróciliśmy z wyprawy, ale to, co przywieźliśmy, to tylko początek. To tylko ułamek, część tego, co można znaleźć w krainach południa. Dlatego powiedzcie wszystkim, kogo znacie: gdy tylko nadejdzie wiosna, znów ruszamy przez morze! Ruszymy tam, gdzie wznoszą się mury złotego miasta!

Zaszemrali zdumieni: już?! Po co, na co, dlaczego?!

Ale kilku wojowników przytaknęło: tak! Rozochocili się po tej wyprawie i chętnie zobaczą, dokąd Zahred zabierze ich tym razem!

– Jednak to będzie później. – Nowy jarl uśmiechnął się. – Teraz jedzmy, pijmy, świętujmy! Niech nikomu niczego nie braknie!

Załogi łodzi zahuczały tarczami o podłogę: tak, tak! To potem, a teraz odpocznijmy. Wreszcie dach nad głową, łóżko zamiast skórzanego śpiwora.

Asmund niepostrzeżenie, cofając się krok po kroczku, dotarł do drzwi. Wszyscy chcieli dostać się do środka, a nie wyjść, więc każdy z chęcią ustępował mu drogi, wciskając się na zwolnione miejsce. Każdy ciekaw był, kto to taki wrócił z wyprawy zamiast jarla Freylava.

Nareszcie wyśliznął się na dwór, zawinął szczelniej w płaszcz.

Robiło się już szaro, bo słońce schowało się za szczytami wzgórz. Sypał drobny, osiadający na włosach śnieg... Asmund rozejrzał się, a potem podbiegł ku rzeźbionemu słupowi, wyznaczającemu środek wioski.

– Bogowie, wybaczcie!... – szepnął, sam strwożony świętokradztwem, jakiego miał zaraz dokonać.

Wyciągnął drżącą rękę, dotknął świeżego, jeszcze lepkiego śladu krwi na spękanym drewnie. Roztarł między palcami, powąchał, ostrożnie dotknął językiem... Krew jak krew. A jednak...

Już miał odejść, kiedy pomiędzy wirującymi drobinkami bieli pojawił się pojedynczy czarny punkcik, który przeleciał Asmundowi obok twarzy i osiadł na powoli krzepnącej krwi.

Mężczyzna nachylił się blisko, niemalże dotykając drewna nosem, i spojrzał na wielką, tłustą robacznicę.


– Skál!

– Zdrowie! – zawołała Mira, wznosząc kubek.

Siedziały – ona, Sigrunn, Frida, Hild, Sibbe, Unna i w końcu Thyrni, pełniąca wśród wojowniczek rolę nieformalnej przywódczyni – w chacie tej ostatniej, próbując zabić czymś czas. Białogłowy w tym samym czasie tkały i przędły, rozcierały mąkę na placki, zajmowały się dziećmi i... no... robiły te wszystkie bardzo kobiece i domowe rzeczy, które Mirze nigdy, przenigdy nie wychodziły.

 

Tutaj, owszem, stały nawet stare, przechodzące zapewne z matki na córkę, pięknie rzeźbione krosna. Gospodyni jednak używała ich głównie jako wieszaka na pancerz i stojaka, o który opierała włócznię i tarczę – co Mirze, nie da się zaprzeczyć, głęboko imponowało.

– Strofie... – powtórzyła Frida, a potem parsknęła śmiechem. – Ekki „strofie”, skál!

– Skál!

Stuknęły się, wypiły. Mira w pierwszej chwili uśmiechnęła się szeroko: miód! Ale potem mlasnęła językiem: coś było z tym napitkiem nie tak... Upiła jeszcze łyk, drugi. W końcu wychyliła całość duszkiem.

Popatrzyła na obserwujące ją z uważnym zdumieniem kobiety.

– No co? Cienkusz ten wasz miodek... Słaby! Eeee, zaraz, jak to było... Wejkur? Chunang wejkur?

– Veik, ekki veikur! – zaśmiała się Frida. – Słaby, a nie chory. Ale jak to słaby? Hunang er veik? – Pokazała ze zdziwieniem na garniec.

– No mówię, że wejk przecież! Dobry, ale słaby... Dajcie no, już ja go przyrządzę. No daj, nie wypiję od razu!

Nakryła stojący na stole dzban szmatką, okręciła rzemieniem i poniosła na dwór. Wsadziła w zaspę zaraz obok drzwi, przysypała białym puchem, ubiła. Wróciła do środka, rozcierając ręce: mróz był siarczysty, aż palce drętwiały.

– No co? Tak się robi... Co wy, nie wiecie?

Sigrunn uśmiechnęła się dobrotliwie, ale jednocześnie pokręciła głową i znaczącym gestem popukała się w czoło.

– Oj, nie znacie się! – Mira machnęła ręką. – Poczekajcie do jutra! Chociaż nie, to długo... No, może do nocy przynajmniej przy tym mrozie. Wtedy pogadamy.

– Niedobre? – zapytała Frida, wyraźnie zmartwiona tym, że ich nowa towarzyszka wystawiła dobry, ledwie zaczęty garniec miodu za drzwi, jak niechcianego kociaka z miotu.

– Dobre, dobre! – gorączkowo przytaknęła Mira, która prędzej pod ziemię by się zapadła, niż uraziła którąkolwiek z kobiet. – Ale... słabe. Mróz pomaga.

– Mróz pomaga – pokiwała Hild, krzywiąc się paskudnie.

– Czekaj no, może nasza Mira coś wie, czego my nie wiemy. Nie było cię na wyprawie, to nie widziałaś, co zrobił nowy jarl – mruknęła ze swego miejsca na skołtunionym łożu Thyrni.

– Przestaniesz mi to wreszcie wypominać? – żachnęła się Hild. – No nie było mnie z wami!

– No nie było. A żałuj. Sibbe, weź no daj chociaż piwa, skoro miodu nie mamy.

Najmłodsza z miejscowych poderwała się od razu, wyszła na chwilę do spiżarni.

– Żałuję, dobra?! Tylko że mówicie o tym całym Zahredzie, jakby był jakimś, nie wiem... półbogiem!

Mira odkaszlnęła, poruszyła się nerwowo. Przez większość czasu przysłuchiwała się rozmowie, nie mając jeszcze odwagi się odezwać. Znała jednak już sporo słów, których nauczyła ją Frida, a między nimi było też to.

Tak, ona właśnie za to Zahreda uważała. Bo też jak inaczej miałaby go postrzegać? Co miałaby o nim myśleć, wiedząc to, co wie?

Mijały już dwa tygodnie, odkąd zeszli na kamieniste wybrzeże. Teraz to ona wraz z Zahredem mieszkała w chacie wodza, skąd musiała wynieść się żona poprzedniego jarla – ale żadne z nich nie traktowało domostwa jako czegoś innego niż miejsca, gdzie spali i czasami jedli.

Zahred całe dnie spędzał z mieszkańcami. Odwiedzał chatę po chacie, słuchał ludzi. Kiwał głową, gdy opowiadali mu o swoich problemach, i czasami tylko pokazywał: wolniej, wolniej!... Nie minęły trzy dni, jak do każdego zwracał się po imieniu.

– Ludzie są kluczem do wszystkiego – tłumaczył Mirze, gdy leżeli w ciemności na pełnym skór i koców łożu, a na zewnątrz szalała zamieć. – Każdy z nich otwiera jakieś drzwi.

Nie rozumiała do końca, co miał na myśli, ale kiwała głową: nauczyła się przyjmować to, co mówił, jako fakt. Tylko że co miała robić w tym ona? Dopiero co była przerażona, że na północy mówi się innym językiem niż w jej rodzimych stronach. Teraz byli za morzem i ludzie gadali jeszcze inaczej!

Ale zawzięła się w sobie. Słuchała, a potem szeptem powtarzała usłyszane słowa. Zachowywała się tak jak inne kobiety. Śmiała się, kiedy one się śmiały, chociaż nie zawsze do końca rozumiejąc, z czego lub kogo.

W końcu zaczęła ubierać się podobnie jak one – i to było chyba najpiękniejszą częścią.

Znalazły dla niej fartuch, którym w końcu przykryła swoją znoszoną, szaroburą, poplamioną i poprzypalaną tunikę. Spięły z przodu dwiema ażurowymi, owalnymi broszami – odlanymi może i z miękkiej cyny, ale dla niej, dla niej! Były to najpiękniejsze ozdoby, jakie kiedykolwiek nosiła. Kobiety zawiesiły między nimi podwójny sznur koralików z kamienia, kości, bursztynu, szkła i rogu, na którego środku znalazły się też dwa srebrne graniaste korale.

Przepasały tkaną na dziwnych kwadratowych tabliczkach kolorową krajką.

– Teraz wyglądasz jak dziewczyna – stwierdziła Frida. – A nie chłopak bez brody.

To akurat Mira zrozumiała. Nawet wyłapała schowaną w komplemencie złośliwość – ale uśmiechnęła się tylko z wdzięcznością.

Po raz pierwszy, odkąd matka przestała zmuszać ją do noszenia długich, dziewczyńskich sukni, miała na sobie cokolwiek sięgającego dalej niż za kolano. Oczywiście, że pod spodem nadal nosiła swoje wysłużone, nieudolnie pocerowane spodnie, ale...

Ale... tutaj po raz pierwszy w życiu poczuła, że nie musi ubierać się i zachowywać jak mężczyzna, aby nie być uważana za słabą, bezbronną i gorszą kobietę.

– No to co, dziewczyny, zobaczymy, czy udało się, jak powinno? – odezwała się radośnie. Dopiero kiedy towarzyszki spojrzały na nią z niezrozumieniem, a Frida parsknęła śmiechem, Mira zrozumiała, po jakiemu musiała to powiedzieć. Ech... Wytężyła pamięć i zebrała odwagę. – Zobaczyć miód. Dobrze czy nie? Ja teraz.

Spojrzały na nią z lekkim niezrozumieniem i sporą dozą rozbawienia. Umiała się porozumieć, tak... Ale nadal było to jak rozmowa z czterolatkiem.

– No idź, idź, pokaż swoją magię – machnęła ręką leżąca na łożu Thyrni. – I zobacz, czy nie ma tam jakiegoś ciekawskiego... Przydałby mi się teraz tutaj jakiś. Albo i ze dwóch.

Mira zerwała się, pokłusowała ku drzwiom. Z rozpędu otworzyła je, szybko zatrzasnęła, gdy wiatr dmuchnął do środka kłującym mrozem i śniegiem. Zawinęła się w płaszcz, wyskoczyła na zewnątrz, wsadziła ręce głęboko w zaspę... Po chwili namacała, wyciągnęła zmarznięty na kość dzban, wpadła z powrotem do chaty. Huknęła drzwiami, zatrzasnęła rygiel, z łomotem postawiła dzban na stole.

– Zimny miód – skwitowała lekko już podpita Unna.

– Nie! – Mira zdjęła szmatkę z gardła dzbana, zajrzała do środka. – O, niech mnie, ale musi być mróz! Skoro tak... Ech, wy i tak nie rozumiecie przecież. No dobra, trudno. U-wa-ga!

Wsadziła do dzbana rękę, wyciągnęła zamarznięty, ociekający skrzep lodu. Cisnęła za siebie, na ziemię.

– Nie! – wrzasnęła Thyrni, zrywając się. – Nie, głupia! Co ty...

– Czekaj, czekaj – powstrzymała ją Frida. – To przecież tylko woda... – Schyliła się, umoczyła palec w lodowej brei. – Mhm, woda z posmakiem miodu.

– To co zostało?!

Mira nalała do kubka gęstego, ciemniejszego płynu, spróbowała... Jej oczy rozszerzyły się radością, podała kubek Thyrni.

– Zimne, zimne!

– Pewnie, że zimne. W końcu z dworu, więc... – Thyrni pociągnęła łyk, przełknęła. Też zrobiła wielkie oczy, odkaszlnęła, zaczerpnęła tchu. – Ooo, a niech mnie! Khe, ekhhe...! Co ona tam dodała?

Kubek zrobił rundkę po kobietach, każda po kolei smakowała, kasłała, gwizdała z podziwem albo machała ręką przy twarzy: ależ moc!

– Nie słabe? Ekki veik? – zapytała Mira, doskonale znając już odpowiedź.

– Mocne jak uścisk olbrzyma! – skomplementowała Thyrni, napełniając kubek. – O, młoda, sprytna jesteś... Sibbe, kopsnij no się, wystaw resztę na dwór! To będzie długi wieczór!...

– Niech sama wyniesie – burknęła Sibbe. – Czemu ja?

– Bo powiedziałam, że masz to być ty – syknęła Thyrni. – Mam wstać i ci wytłumaczyć pięścią czy wystarczy?!

– Wystarczy – warknęła Sibbe, wstała i powlokła się znów do spiżarni.

Gospodyni rozlała zimny miód po kubkach, podniosła swój.

– Skál!

– Skál! – powtórzył chór głosów.


Zahred z trudem popchnął drzwi, wyjrzał na zasypany podwórzec. Naparł na wierzeje, odsuwając nawiany śnieg, i wyszedł w głębokie po uda zaspy.

Wyszczerzył się w uśmiechu, rozłożył szeroko ręce i odetchnął głęboko kłującym w nos powietrzem.

Było tak pięknie, że aż bolały oczy.

Biel była wszędzie.

Grube czapy zalegały na dachach, zwieszały się warstwami nawisów, wystających poza krawędzie.

Pod ścianami wznosiły się wysokie, nawiane przez wicher od morza zaspy, w których pejzażu każde drzewko, każdy słupek płotu tworzyły wokół siebie malutką dolinkę, obrysowaną przez ostre zbocza.

Wszystko było tak świeże, tak bardzo nowe i dziewicze.

Rozpiął pasek, ściągnął tunikę wraz z koszulą. Zaczął szybkimi, mocnymi ruchami wcierać śnieg w ręce, w ramiona, barki... Poczuł, jak skóra zaczyna kłuć i mrowić, a krew żywiej krąży. Nie czekając ani chwili dłużej, zrzucił spodnie i buty, dosłownie zanurkował w zaspę.

Wynurzył się, prychnął i parsknął, otrząsnął. Tak! Tak, takiej zimowej kąpieli nie zaznał już długie, długie lata. Natarł całe ciało śniegiem, a kiedy zaczął już tracić czucie w stopach, chwycił ubrania, otworzył drzwi...

Z chaty po drugiej stronie placu wytoczyła się Thyrni. Złapała się za twarz, jakby ktoś plunął jej w oczy ogniem, skrzywiła z bólu... Powoli zdołała rozchylić powieki, rozejrzała się z wyraźnym cierpieniem. Kolor jej twarzy przypominał mocno już nieświeżą rzepę.

Dostrzegła Zahreda.

Skinął jej głową na powitanie, uśmiechnął się.

Ona też skinęła, a potem porzygała się na śnieg.

Wrócił do ciepłej chaty, zamknął za sobą drzwi.

– O, szybko ci poszło. – Siedząca przy ogniu Mira uśmiechnęła się. – To ja też mam się znów rozebrać? Bo myślałam, że dopiero co...

– Widziałem Thyrni.

– I dlatego jesteś nago? Podejrzewałam już wcześniej, że coś z tobą nie tak. – Pokiwała głową.

Zahred chwycił kawałek płótna, wycierając się, podszedł do ognia. Dopiero teraz skóra zaczęła naprawdę szczypać i palić!

– Hm? Chyba nie nadążam.

– No wiesz, każdy inny by dawno oklapł, kiedy ty... Ale tak serio to myślałam, że masz lepszy gust.

– ...?

– Gust. Ty. Nago. Thyrni.

– A! – Dopiero teraz zorientował się, co Mira ma na myśli. – Nie, uchowajcie bogowie... Słuchaj, ty się dobrze czujesz?

– Tak, a co?

– No, ona wyglądała... marnie. Siedziałyście tam tak długo, nie strułyście się czymś?

– No cóż. – Mira wzruszyła ramionami, duszkiem wypiła kolejny kubek kwaśnego mleka. – Wszystko trzeba umieć robić, nie?


Chata Hrodlava była ciepła, jakkolwiek niemożebnie ciasna. Siedzieli dosłownie wszędzie, gdzie tylko się dało: przy stole, na stole, na ławach pod ścianą, na skrzyniach... Freisten wlazł na swoją grzędę na belce pod dachem.

Zawsze się tam zbierali, gdy przychodziły największe mrozy. Taki rodzaj nieformalnej narady wśród starszyzny wojowników.

Rzadko kiedy mieli naprawdę ważny temat do omówienia, ale tym razem tak właśnie było.

– I co o nim sądzisz?

Skardi wzruszył ramionami.

– A co mam sądzić? Umarł jarl, niech żyje jarl. Dziwny jest trochę, to fakt. Ale Freisten też jest dziwny.

– Ej, wypraszam sobie! Nie wiem, co możesz mieć na myśli!

– A mam ci przypomnieć? – odezwał się z drugiej strony stołu Ormgyr.

– Nie ma co przypominać! To był tylko zakład, nic osobistego.

– Gerdar twierdził inaczej. Mówił, że się o nic nie zakładaliście, a ty tę kozę...

– Gerdar to kłamca, w dodatku martwy kłamca – obruszył się Freisten. – A ja sobie wypraszam.

– O, patrzcie go, jaki się wrażliwy zrobił... A to, że jarl jest dziwny? Ano jest.

– Nietutejszy – mruknął Steinkel.

– Ano, nietutejszy, to prawda. Ktoś wie w ogóle, skąd może być?

Spojrzeli na Stenvidra, którego mieli za najlepiej znającego sprawy szerokiego świata. Ten poprawił się na swoim miejscu, odchrząknął.

 

– Nie mam pojęcia – przyznał po chwili.

– Tak po prostu?!

– No a skąd mam wiedzieć? Sami go zapytajcie, jak chcecie wiedzieć.

– Ja pytałem – podniósł rękę Torleif.

Spojrzeli na niego z zaciekawieniem.

– I...?

– I sam nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Odpowiedział mi, nie kluczył w słowach, nie migał się. Ale nie wiem.

– To w końcu odpowiedział czy nie? – zdenerwował się Hrodlav.

– Odpowiedział, ale nic nie powiedział.

– E, głupiego z tobą robota! Gadanie jak do rzyci własnej.

– No, jakby był miejscowy, to na pewno łatwiej i prościej by było.

– I nie bałbyś się, że coś powiesz nie tak, a on cię myk! i za burtę, w lodowatą wodę. Brrr...!

– Co prawda, to prawda.

Inegeldr siedział nieco z boku, przysłuchując się rozmowie. O bardzo podobnych rozmowach odbywanych wśród żeńskiej części społeczności donosiła mu wdowa po bracie... zabitym bracie, jak w zasadzie powinien o tym myśleć.

Żaden z uczestników wyprawy nie zająknął się na ten temat słowem. Święta zasada obowiązywała: cokolwiek działo się pomiędzy ludźmi na statku, zostawało na statku... Ale z rzucanych mimochodem półsłówek, niejasnych aluzji i niedopowiedzeń wyłaniał się dość jasny obraz sytuacji.

Człowiek z zewnątrz pozbawił prawowitego jarla życia, a potem zmusił albo zastraszył resztę tak, że uznali go za swego przywódcę.

To był ten element, który Inegeldrowi nie do końca układał się w całość z resztą: jak pojedynczy człowiek, nieznający języka, może zastraszyć trzy załogi?!

No dobrze, obcych było dwoje, ale to nadal nie tłumaczyło wszystkiego. Asmund w swoich mglistych aluzjach rzucał coś o magii, martwym mięsie i przeznaczeniu... Ale z drugiej strony wszyscy wiedzieli, jaki był Asmund i co potrafiło mu się w głowie roić.

Ważne wydawało się to, że poparcie dla nowej władzy trudno było nazwać entuzjastycznym. Zahred rządził, bo poprzedni władca nie tyle umarł, ile przestał żyć.

Gdyby sytuacja miała się powtórzyć, to niewykluczone, że też nikt nie zgłosiłby zastrzeżeń.


– Pragnę zaprosić was na ucztę pod mój dach.

Zahred uniósł brew, na chwilę odłożył obrabiany właśnie w kuźni kęs żelaza, mający stać się nowym ostrzem topora. Otarł czoło przedramieniem, popatrzył na stojącego przed nim Inegeldra.

Odgarnęli śnieg już parę dni temu, na nowo wyjęli niezbędne sprzęty. Zahred przesiał cały węgiel drzewny, jaki tylko mieli, wyczyścił narzędzia, poustawiał, jak należy. Teraz od samego rana stał przy palenisku i pokazywał kowalowi i jego dwóm czeladnikom, jak trzeba kuć żelazo. Nie to, żeby nie umieli tego robić: on jednak zamierzał pokazać im, jak się to robić powinno.

– Cóż to za okazja? – zapytał krótko.

Brat poprzedniego jarla uśmiechnął się, rozłożył ręce tak, jakby wszystko było oczywiste.

– Najsroższa zima już za nami, teraz można wypatrywać wiosny. Jest tu zwyczajem, że zawsze świętujemy w ten sposób koniec zimy i powrót załóg... Poza tym nie pamiętam, aby o tej porze roku było tyle jedzenia. To twoja zasługa, jarlu, i pragnę ci za to podziękować!

Zahred rozejrzał się w jedną, w drugą stronę. Było samo południe, mrozy faktycznie od kilkunastu już dni odpuszczały. Ze strzech kapała woda, wiosny tylko patrzeć... Ludzie kręcili się po głównym placyku osady, a teraz kilka osób przystanęło, nastawiło ciekawsko ucha: Inegeldr tak otwarcie uznaje władzę człowieka, który najpewniej zabił jego rodzonego brata?

– Zaproszenie z chęcią przyjmuję – powiedział Zahred równie jak tamten wyraźnie i donośnie. – Uważam jednak, że o wiele lepiej będzie urządzić takie święto w dużym domu zgromadzeń.

W oczach Inegeldra coś błysnęło, ale opuścił głowę, potrząsnął nią.

– To twój dom, jarlu. Nie godzi się, abym miał odbierać prymat gospodarzowi.

– To dom wszystkich, a ja tylko tam mieszkam. Nalegam. Na tę jedną noc ty będziesz tam gospodarzem, a ja dorzucę co nieco ze swojej spiżarni.

Inegeldr skłonił się w podzięce, odwrócił i odszedł. Zahred przez chwilę patrzył mu w ślad, a potem odwrócił się do kowala.

– Żelazo stygnie! Człowieku, w ten sposób nigdy go nie zahartujesz jak należy... Dalej, dmij w miech!

Żar strzelił iskrami, węgle rozjarzyły się pomarańczem, potem bielą i fioletem.

Zahred uśmiechnął się do własnych myśli.


– Zdrowie naszego jarla! Skál!

– Skál!! – zakrzyknęło kilkadziesiąt głosów.

Podniosły się kubki, puchary i rogi, piwo i miód chlapnęły na suto zastawiony stół. Świeżo złowione, solone i wędzone ryby, mięsiwo prosto z ognia, dymne kiełbasy, sery, chleb, kasza, cieńsze i tłustsze polewki, suszone owoce w pomarszczonych plastrach... Wszystko to dosłownie piętrzyło się na blatach, wylewało, wysypywało z drewnianych półmisków.

Nie było tego wieczora w osadzie nikogo, kto nie przybyłby do dużego domu, aby zasiąść przy wspólnym stole. Wojownicy i mężczyźni, ich żony i kochanki, synowie, córki, biegające wokół dzieci, psy, koty... Każdy wystroił się w najlepsze, co tylko miał, wyciągnął ze skrzyni odświętny strój: uczta!

Podlewane tranem kaganki strzelały i pryskały, rzucając chybotliwe blaski na ściany. Stare tarcze z poprzednich wypraw wisiały rzędami pod sufitem, zaraz pod nimi tkwiły zasuszone łby złowionych ryb i skóry upolowanych zwierząt, świadczące o zamożności gospodarza.

Tego wieczora jednak nikt nie musiał się domyślać, co jarl posiada, bo wszystko najlepsze stało, leżało i piętrzyło się na stołach.

Starsi ludzie kręcili głowami: rozrzutnie sobie ten nowy jarl poczynał, nie ma co! Uczta była godna księcia albo i króla nawet... Ale ich sąsiedzi zaraz dodawali: a łupy? Czy łupy nie były iście królewskie?

Nowy jarl Zahred, a obok niego tak dobrze znany wszystkim Inegeldr – wreszcie chyba pogodzeni – siedzieli u szczytu, wymieniając grzeczności. Po lewej stronie tego pierwszego zasiadała Mira, przy niej kobiety, z którymi zżywała się coraz bardziej.

Jeszcze trochę, a będą dla osady jak tutejsi.

– Za koniec zimy! – zawołał Torleif. – Za nowe wyprawy!

– Za złote miasto – poważnie powiedział Zahred, znów unosząc swój róg.

Wojownicy, którzy byli na niedawnej wyprawie, pokiwali głowami i uderzyli dłońmi o stół: złote miasto, Miklagard!

Karmiona opowieściami i podszeptami wyobraźnia bąblowała i pieniła się, fermentując w najdziksze wyobrażenia i pomysły.

Nawet teraz, gdy opowiadali o ataku na osadę nad rzeką, część z nich zaklinała się: przecież bogactwo, które wzięli w łupach, musiało pochodzić właśnie stamtąd, ze złotego miasta! Ich jarl bez ochyby poprowadzi ich wiosną raz jeszcze tym samym szlakiem, ale tym razem dalej, ku południu, gdzie czekają niewyobrażalne skarby!

Tym bardziej że sam Zahred dawał do zrozumienia, że tam był. Był, na własne oczy widział miasto ze złota! Chodził po jego ulicach z białego kamienia, widział dachy koloru najbardziej soczystej czerwieni, odbijające się w morzu koloru bezchmurnego nieba.

Skąd jeszcze miałby wiedzieć to, co wie?

Niektórzy wręcz szeptali, że to stamtąd ich jarl pochodzi. Że jest wygnanym królem, który teraz pragnie zemsty na swoich wrogach i zamierza tam wrócić. Objąć na własność tron, który prawowicie mu się należy.

I tylko Asmund patrzył z daleka, mrużąc oczy. Dla niego zasiadający u szczytu stołu nie był ani jarlem, ani królem, ani... Sam nie wiedział jeszcze nawet czym.

Natomiast zgadzał się z kompanami: Zahred był obcy. Tak bardzo obcy im wszystkim, jak to tylko możliwe.

– Skoro zima się kończy... – Zahred podniósł się ze swojego miejsca, potoczył wzrokiem po ludziach – to chcę, abyście powiedzieli wszystkim, których znacie: jak tylko lody puszczą, a woda w rzekach się podniesie, ruszamy na południe!

Wojownicy zakrzyknęli, załomotali miskami: tak! Tak, po trzykroć tak! Jeszcze jedna wyprawa, jeszcze jeden rajd! Niech znów wrócą do domu na łodziach, ciężkich od łupów!

On uniósł rękę, pokazując, że jeszcze nie skończył. Przycichli, wtedy nabrał tchu i mówił dalej:

– Ale tym razem nie popłyniemy na spacerek, tak jak zabierał was za rączkę jarl Freylav! Tym razem na łodziach potrzebować będę tych, którzy naprawdę nie boją się popłynąć w nieznane! Tych, co myślą sobie: nic mi niestraszne!

– To my!! – wydarł się Ormgyr. – My nie boimy się niczego!

– Nawet tego, że możecie nie wrócić do rodzin?

– Każdy, kto walczy, musi się z tym liczyć!...