Złote miastoTekst

Z serii: Bramy ze złota #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Już pierwszy uciekinier, z twarzą zalaną krwią, dopadł do zbawiennej granicy wrót, krzycząc przeraźliwie. Już drugi, trzeci... Zdążą wszyscy!

Wartownik wytężył wzrok: dlaczego ci biegnący na końcu zasłaniali się owalnymi tarczami? Przecież powinni albo zarzucić je na plecy, albo w ogóle zostawić... Tymczasem pędzili długimi susami, wystawiając osłony pomalowane w znajome wzory i kolory przed sobą.

Przecież walczył z tymi ludźmi tak długo, znał ich.

Potrafił rozpoznać malowanie każdego.

Żaden z nich nie był tak wysoki.

A mimo to...

Krzyknął i naparł na skrzydło bramy, ale było za późno. Biegnący na samym przedzie człowiek odrzucił na bok niepotrzebną już tarczę, zamachnął się toporem i przerąbał wartownikowi głowę na pół.

Pozostali też wpadli w obręb wałów, od razu uderzając na strażników.

Ich kompani byli tuż-tuż.


Zahred zaryczał dziko, wbiegając w bramę wraz z innymi wojownikami.

To było to, to był ten moment.

Zatoczył toporem krąg, ciął kmiecia przez ramię, zawinął bronią i od razu uderzył od góry, rozrąbując obojczyk. Następny zdążył się zasłonić, ostrze topora ugrzęzło w tarczy, ale on po prostu szarpnął, pociągnął wraz z trzymającą ją ręką i chlasnął po przedramieniu, rżnąc mięśnie i ścięgna. Tamten zawył i wypuścił imak, a wtedy Zahred ciął go przez głowę, posłał na ziemię w agonii.

Wokół niego już walczyli, rzucali się do boju inni. Tak, byli skuteczni. Drapieżni. Głodni walki i zabijania, a on czuł głód ich trzewi od samego początku.

Ale ten dzień należał do niego, podobnie jak wiele, bardzo wiele podobnych przez lata historii.

Kopniakiem wyważył liche drzwi do chaty, uderzył od razu toporem, nawet nie patrząc kogo. Każdy, kto się ruszał, był wrogiem; tu nie było sojuszników, nie było przyjaciół. Krew była tak samo czerwona niezależnie od płci, wieku i języka, a ludzie nieodmiennie tak samo umierali.

Pozwolił sobie zatracić się w rzezi.

Dzika, wykrzywiona grymasem strachu i agresji twarz wychyliła się zza rantu tarczy, błysnął grot włóczni. On sparował pchnięcie, uderzył, ciął od dołu, uchylił się przed ostatnim, desperackim ciosem. Krótkim ruchem topora zahaczył wroga pod udo, pociągnął i wraził sztych miecza w odsłonięte podbrzusze.

Ramię zapiekło nagle, gdy stal ukąsiła głęboko, zostawiając szkarłatną pręgę. Palce zdrętwiały od razu, ale nie wypuścił miecza, tylko odbił ostrze przeciwnika, zakręcił toporem i uderzył z góry, niemalże odrąbując mu rękę w łokciu.

Ktoś zamachnął się, chciał cisnąć w Zahreda oszczepem – ale nie wiedzieć skąd nadleciał topór, zagrzebał mu się w piersiach.

– Zabić wszystkich! – ryknął Zahred, sam nie do końca pewien, w jakim języku.

Wokół niego niepodzielnie panowała rzeź.


Mira nie pamiętała z tamtego poranka wiele.

Była walka, tak. Była też krew, dużo krwi. Pamiętała, że w pewnej chwili dała się owładnąć bitewnemu uniesieniu...

...ale potem okazało się, że stoi sama pośrodku zdobytego grodu.

Wrogów nie było, już nie. Ostatniego zarąbała, dosłownie zarąbała przed chwilą, ale kolejny się nie zjawił.

Rozejrzała się, jak gdyby próbując zorientować się, co się w ogóle stało – zauważyła biegnącą ku niej na bosaka przerażoną kobietę w średnim wieku, ubraną tylko w długą samodziałową koszulę. Ręce wyciągały się w pustkę, w rozwartych przerażeniem oczach szkliły się łzy, skołtunione, rozwiane włosy tańczyły aureolą wokół twarzy.

– Szybko, do mnie! – zawołała Mira, machnęła ręką z mieczem. – Teraz...

Kobieta nagle krzyknęła i upadła w śnieg. Za nią pojawił się jeden z wojowników, który stanął nad leżącą, wzniósł topór, jakby zastanawiając się, czy trzeba poprawiać drugim ciosem... Zrezygnował, po prostu odszedł dalej.

Śnieg wokół leżącej nieruchomo kobiety w koszuli zaczął barwić się czerwienią.

Mira westchnęła spazmatycznie, zatoczyła się w tył. Byłaby upadła, ale ktoś ją podtrzymał pod ramię. Obejrzała się: Zahred.

– Tak to wygląda.

– Ale... to... – zająknęła się.

– Dokładnie tak to wygląda, Mira.

– Ta osada to mogłoby być Rundis! – wyrzuciła z siebie na jednym oddechu.

Zahred skinął głową.

– Tak. Ale nie jest. Jeśli chcemy biegać z wilkami, Mira, to musimy razem z nimi polować.

Przechodząca obok Thyrni spojrzała na nich z uznaniem. Podeszła do Miry, powiedziała coś w swoim języku i poklepała dziewczynę po ramieniu.

A potem zanurkowała do najbliższej chaty, gdzie już kłębili się szabrujący wszystko co popadnie wojownicy.


– Tyle wszystkiego! Spójrzcie, jestem królem ziarna! – zawołał Gudmund, nabierając dwie pełne garści złocistego zboża i obsypując nim twarz.

Siedzący obok niego Stubjarn trzepnął syna w potylicę, ale zaraz się zaśmiał, pociągnął jeszcze łyk znalezionego w spiżarni piwa. Odgryzł spory kęs świeżo upieczonego koźlęcia, przeżuł, połknął... Beknął sobie soczyście.

– Ot i co znaczy, jak ktoś dobrze pomyśli! – Pokazał synowi palcem na Zahreda. – Widziałeś, młody?

– No, widziałem, ojciec, byłem tam...

– Ja nie o tym! Patrz no, zastanów się! Jakby na tę osadę tutaj chcieć uderzać, to jak?

– No... – zastanowił się Gudmund, który miał złote ręce do ciesiołki i szkutnictwa, ale pomyślunek bardziej podobny do młotka. – Właśnie tak, jak żeśmy to zrobili!

– Bardzo słusznie, synku, bardzo słusznie. A jakbyś miał sam wymyślić?

– No to... to nie wiem, ojciec!

– Ha! I ja nie wiem, synek, powiem ci. Ile razy żeśmy pod takie miejsca podchodzili przecież, pamiętasz? Chociaż to lata temu było, ty nie możesz pamiętać – machnął ręką Stubjarn. – Jarl Freylav to i tak miał głowę na karku, chociaż jak widać, nie na wiele mu się zdała... Ale poprzedni jarl ilu ludzi wytracił, to aż myśleć żal!

– A teraz jesteśmy tu.

– A teraz jesteśmy tu! I ja ci mówię, synek: jeśli ten jarl Zahred nawet po naszemu nie gada, a taki plan wytłumaczył... to pomyśl, co będzie, jak się języka nauczy.

Gudmund pomyślał, aż zmarszczył czoło.

– Nie wiem, ojciec – przyznał.

– Ani ja nie wiem, synek! Ani ja. Ale jak patrzę na to, ile dobra żeśmy na tym jednym rajdzie zdobyli, to...

– ...to?

Szkutnik spojrzał na synka, pogładził wielkiego, dorosłego chłopa po głowie.

– To będzie coś, synek. To będzie coś.


Zahred siedział u szczytu stołu w chacie miejscowego wodza.

Po swojej lewej stronie posadził Mirę, potem po kolei po bokach dowodzących łodziami Hrodlava i Thyrni. Następnie zasiadł stary sternik Karli, który najwyraźniej cieszył się wśród ludzi szacunkiem, potem jeszcze kilku znaczniejszych wojowników.

Jedli, pili, świętowali. Cieszyli się trzaskającym na nie swoim palenisku ogniem. Trupy znieśli do jednej z chat... I tylko bzyczące muchy mogłyby nieco przeszkadzać, ale mało kto zwracał na nie uwagę.

Zahred przeżuwał po małym kawałku, oszczędnie i spokojnie. Organizm błagał: jeszcze! Mózg żądał: daj! Ale to on był ich panem, a nie na odwrót.

Popił piwem, odchrząknął i wstał. Rozmowy ucichły, kilkadziesiąt par oczu spojrzało na niego z uwagą.

– Ciekawe, czy przemówi ludzkim głosem... – zachichotał Torleif, ale Steinkel dźgnął go palcem pod żebra: cicho!

– To wszystko! – odezwał się Zahred, rozkładając ręce. – To tyle.

Położył na stole jedno ziarnko zboża. Ludzie nachylili się, jak gdyby oczekując, że lada chwila wystrzeli z niego kiełek, który otworzy się kłosem... Ale ziarno po prostu tam leżało.

– Wszystko dalej, to tyle.

Dosypał jeszcze kilka ziaren. Potem pokazał ręką, dając do zrozumienia, że mówi o odległych krainach.

– A tam, na południu, nad ciepłym morzem, jest tyle! Suður!

Sięgnął po miarkę, sypnął zbożem po stole. Ludzie popatrzyli jeden na drugiego, pokiwali głowami: nie rozumieli słów, ale wydźwięk był jasny: jarl obiecywał im jeszcze lepsze łupy.

– My! – Zahred pokazał rękoma na wszystkich, potem wbił nóż w stół. – Tutaj! Tutaj macie drewno, tutaj macie ziemię. Tutaj jest zboże, skóry...

Patrzyli na niego uważnie, jak usypuje górkę z zebranego z posadzki pyłu, potem wtyka w nią kilka szczap, imitujących palisadę.

W końcu umiejscowił w tym wszystkim parę kawałków mięsa na podobieństwo chatek, posypał po polach dokoła zbożem.

Potem przeszedł wokół stołu raz, drugi i trzeci, imitując szum fal i trzymając w ręku trzy podłużne drewniane miski z wetkniętymi w mięso patykami. Zaśmiali się głośno: to ich łodzie!

– Wsadź tam głąba kapuścianego, będzie Gunnar! – dorzucił ktoś złośliwie.

– A tam, daleko! Suður! – Zatrzymał się przy przeciwległym końcu, pozwalając niby-łodziom wylądować na blacie.

Pokazał rękoma wielki, wysoki kształt, wznoszący się szerzej i wyżej, niż mógł sięgnąć na boki i w górę. Zdjął bransoletę, położył na stole, obok niej rzucił ściągnięty z palca pierścień, kilka sznurów paciorków...

 

Przeszedł się wzdłuż stołu, zabierając każdemu z ludzi co kto miał cenniejszego. Nie protestowali nawet, słuchając go jak zaczarowani, mimo że nie rozumieli języka... Ale on trafiał głębiej, i słowa pomijały uszy, zapadając prosto w wyobraźnię.

W końcu zrzucił naręcze kosztowności, zaczął układać z nich misterną, wysoką konstrukcję.

– Tam, daleko, jest miasto – mruczał do siebie, spinając bransolety i pierścienie, owijając wokół nich nanizane na nici miodowe kamienie bursztynu i kolorowe muszle. – Miasto, o jakim nawet wam się nie śniło. Miasto o białych murach z kamienia, gdzie woda tryska ze ścian. Gdzie kobiety są gładkie, a mężczyźni... No cóż, też gładcy. – Uśmiechnął się do wspomnień. – Gdzie je się i pije ze złota i srebra, a nie gliny i drewna. Tam, na południu, na wybrzeżu ciepłego morza, jest miasto ze złota.

Odsunął się, patrząc na zbudowaną z kosztowności wieżę – a potem z całej siły prasnął w nią drewnianą miską.

– Suður! – zawołał.

Ozdoby poleciały na wszystkie strony. Ludzie zakrzyknęli i zaczęli się śmiać, ktoś rzucił się na podłogę, goniąc rozrzucone ozdoby, paciorki i monety.

– Suður! – podłapało kilka głosów.

Nagle podniósł się gwar, wojownicy zaczęli mówić jeden przez drugiego, przekrzykiwać się i próbować tłumaczyć na wyścigi, co też miał na myśli jarl. Na południe, na południe! Skoro tutaj są takie łupy, to ile tego musi być dalej, w górę biegu rzeki?!

Mira podeszła do niego, ujęła pod ramię.

– Złote miasto? – zapytała.

– Dokładnie tak.

– I... i tam chcesz ich zabrać?

Objął ją, uśmiechnął się.

– Nie, Mira. Nie ich. Tam chcę zabrać nas.


Β – beta
czyli rozdział drugi

Zahred z początku myślał, żeby poprowadzić morskich łupieżców od razu szlakiem powrotnym ku morzu, ale postanowił nie nalegać – a oni wyraźnie nie spieszyli się w drogę powrotną do krain, z których co roku przypływali, aby łupić te wybrzeża.

– Fátækt – wytłumaczył mu któregoś wieczora Karli, gdy na zewnątrz zacinał drobny, marznący śnieg. Uniósł parującą nogę gęsi, pokręcił głową. – Norður er fátækt, engin mat í vetur.

– Zimą jest bieda na północy, tak? Nie macie jedzenia.

– Mhm, fátækt.

– Fátækt. I dlatego, jeśli norður fátækt, to zimą... zima? – Pokazał na zewnątrz, w noc.

– Vetur.

– Vetur ruszacie suður. Tutaj! I tutaj jeść, pić. – Zrobił gest, sternik pokiwał głową. – A w domu, na północy... Tam zostają kobiety i dzieci?

Pokazał na Mirę, na siebie i na Karlego, obniżył rękę ku ziemi.

– Konur og börn, já!

Mira przysłuchiwała się temu z zainteresowaniem, też łapiąc już pojedyncze słowa, ale nadal nie mogąc przełamać się, żeby tak jak Zahred próbować... nie to, że rozmawiać, ale porozumiewać się za wszelką cenę.

Na razie przemogła się do tego, żeby spać w cudzym łóżku i przejadać cudze zapasy. Siedzieli na cudzych ławach. Palili drewnem, którego sami nie zebrali. Doili nie swoje kozy.

I szczerze mówiąc, coraz mniej jej to przeszkadzało. Świeży śnieg przykrył plamy krwi, poprzednich mieszkańców jakby nigdy nie było... To jest po tym, jak pozbierała i wyrzuciła do ciemnej komory wszystkie zabawki.


I tylko Zahred znikał na noce poza osadą.

Był z nią każdego wieczora. Długo, namiętnie... bardzo. Tak bardzo, że aż sama dziwiła się, że tak w ogóle można. Leżał obok niej w ciemnościach i nasłuchiwał, jak wyrównuje się jej oddech – tak długo, aż myślał, że zasnęła. Potem bezszelestnie wykradał się z chaty i wracał dopiero przed świtem, wślizgując się z powrotem do jej łóżka.

Kusiło ją, żeby pójść za nim. Dowiedzieć, się, co takiego robi, dlaczego opuszcza ją, zamiast zostać.

Zamiast tego po prostu zapytała:

– Dokąd idziesz?

Zamarł w pół kroku, już sięgając ku drzwiom. Odwrócił się do niej, jego oczy błysnęły niczym u drapieżnego zwierza.

– Niedługo wrócę – powiedział.

– Wrócisz nad ranem. Dokąd idziesz, pytałam?

Westchnął, pokręcił głową.

– Ubierz się.

Wyszli w ciemną, mroźną noc. Śnieg skrzypiał pod nogami, gdy szli przez zdobytą osadę, przez otwartą bramę i dalej, polami. Ona trzymała go za rękę; on milczał, wpatrując się w skrzącą bielą ciemność.

Nawet nie ukrywał swoich śladów, pomyślała. Mógł podążyć za nimi każdy. Ona mogła tędy pójść sama, za dnia.

A mimo to ją prowadził.

W nieodległym od wioski lesie stała chatka – w zasadzie półziemianka, prawie że niewidoczna pod śniegiem. Mira już wcześniej wyczuła zapach dymu, teraz dostrzegła też ledwie widoczną smużkę, sączącą się przez otwór u szczytu ściany.

Tak, pachniało dymem i... i czymś jeszcze. Słodko-ciężkim, lekko mdlącym.

– Mira, to jest... – zaczął mówić Zahred, jednak ona przerwała mu:

– Po prostu mi pokaż.

Popchnął niskie drzwi, pokazał jej gestem: proszę.

Na palenisku żarzyły się węgle, więc musiał przychodzić tu regularnie i dokładać do ognia. W środku było ciepło, wręcz duszno...

Dopiero po chwili zorientowała się, co wisi na ścianach. Zakryła usta dłonią, żeby nie krzyknąć.

– To właśnie ja, Mira. – Wszedł za nią i zamknął drzwi, żeby nie wypuszczać ciepła. – Z tego powstaję, w to się zamieniam... Tym jestem.

Patrzyła z chorobliwą fascynacją na ciała. Musiało być ich tutaj co najmniej pół tuzina, może więcej... Rozpięte na kołkach wbitych pomiędzy belki ścian. Otwarte, jak przygotowane do patroszenia zwierzęta. Z wnętrznościami na wierzchu, ściągniętą skórą twarzy... Niemalże niepodobne do ludzi. Już nie czerwono-różowe, a raczej sine, fioletowe i blade. Wzdęte i spuchnięte od gorąca.

Rojące się od robactwa i much.

Smród aż zatykał i nietrudno było zrozumieć, dlaczego Zahred wybrał miejsce dalej od wioski.

Powoli, metodycznie ściągnął swoje ubrania, wystawił za próg, aby nie przesiąkły trupim zapachem. Muchy od razu zaroiły się wokół blizn, kilka obsiadło ranę na ramieniu.

– Mira, to... – Rozłożył bezradnie ręce, szukając słów. – Ja...

Pokręciła głową, podeszła do niego i cmoknęła w policzek.

– Będę na ciebie czekać. – Uśmiechnęła się, a potem po prostu wyszła i zamknęła za sobą drzwi.


Spędzili w zdobytej osadzie najpierw tyle, ile było konieczne – aż ranni wydobrzeli, a rany Zahreda się zagoiły.

Potem zostali tak długo, jak tylko dali radę – dopóki nie skończyły się zapasy tego, czego nie zdołali zapakować na pokłady, a stojących w zatoczce łodzi nie zaczął skuwać lód.

Wtedy załadowali się na snekkary i przepłynęli w dół nurtu, zatrzymując się w kolejnej osadzie.

Tamtejsi mieszkańcy stawili równie zaciekły, co bezsensowny opór... Na tyle zaciekły, że najeźdźcy jeszcze dwa dni później wspominali właścicieli chat, którzy do ostatka odmawiali podania tyłów i ucieczki w las.

Mira po prostu robiła to, co inni. Kiedy trzeba było walczyć i zabijać, walczyła i zabijała, a potem jadła, piła i śmiała się, nie czując ani wyrzutów sumienia, ani niczego innego.

Po prostu była, zapatrzona z jednej strony w chętnie przyjmujące ją do swego grona wojowniczki, a z drugiej w spokojnego, niewzruszonego Zahreda.

I tylko raz obudziła się w nocy z płaczem, gdy przyśniło jej się, że wrócili do domu jej rodziców, a Toli przytulił ją i głaskał po karku. Długo nie mogła potem zasnąć, wtulona w ramiona Zahreda.

Natomiast takie najwyraźniej były koleje życia.

Znów przemieścili się o kawałek drogi, zajęli kolejną wieś. Ludzie wykazali się większym rozsądkiem od sąsiadów, uciekając w las, gdy tylko na rzece pojawiły się łodzie... Zabrali jednak całe jedzenie i wszystkie zwierzęta, za co wściekli wojownicy odpłacili im, podpalając strzechy.

Wreszcie, kiedy mróz stał się na tyle siarczysty, że oddechy osiadały szronem na wąsach, ludzie zaczęli robić się niespokojni. Karli na poły pokazał, na poły wytłumaczył jarlowi: pora skierować ciężkie od zdobyczy łodzie na północ, do domu.


Morze było absolutnie, dogłębnie przerażające.

Mira na chwilę tylko podniosła wzrok, spojrzała na rozhuśtane fale, na nieustannie tańczący w górę i w dół widnokrąg – o mgnienie za długo. Jej żołądek zaprotestował stanowczo przeciwko temu, co usiłowały od wczoraj ustalić niemogące dojść do porozumienia oczy i błędnik. Zgięła się wpół, rozkasłała gęstą, spienioną żółcią, która plusnęła i zniknęła w szarej toni.

– Chcę umrzeć – wybełkotała, zsuwając się na pokład.

– Co? – Stojący na swoim miejscu na dziobie Zahred spojrzał na nią z góry tak, jakby dopiero teraz zauważył, że tam jest i coś z nią nie w porządku.

– Chcę umrzeć! – zaszlochała. – Mam dość!

– Nie przesadzaj. Dasz radę, przeżyjesz.

– Nie przeżyję! Głowa mnie boli, oczy zaraz wyskoczą... Ja już nie mogę!

– Dasz radę.

Jeden z ludzi, Gyddi – ten sam, który zaśmiał się do Miry w trakcie napaści na pierwszą wioskę – podniósł się z ławy, przeszedł po kołyszącym się pokładzie prującego fale snekkara i przykucnął obok skulonej dziewczyny.

– Mira źle? – zapytał.

– Mira źle – potwierdził Zahred.

– Mira pić? – Gyddi chciał odczepić od pasa bukłak, ale ona zasłoniła usta i potrząsnęła głową. Wzruszył ramionami, sam pociągnął łyk. – Dom niedaleko.

– Ile?

– Jeden, dwa. – Pokazał na pojawiające się i znikające za chmurami słońce. – Niedaleko.

Poklepał po kolanie zwiniętą w kłębek dziewczynę, wrócił na swoje miejsce. Mira przez chwilę walczyła z kolejnym atakiem torsji, potem odetchnęła głęboko i opadła na deski dziobu.

– Ile? – powtórzyła pytanie Zahreda.

– Słyszałaś: dzień, może dwa.

– Słyszałam, ale nie zrozumiałam – warknęła. – Zobaczysz, jak dojdę do siebie, to ci...

– O, to już nie umierasz? – zapytał rozbawiony Zahred.

– Umieram, ale wrócę zza grobu, żeby się zemścić. A ty co taki radosny? Powspółczuj mi trochę chociaż, kie...dy...yyyy... Błeeehhrbgh...

Pokręcił głową, znów wbijając wzrok w tańczący, pląsający żywioł przed nimi. Uśmiechnął się, odetchnął głęboko, pełną piersią świeżym, aż kłującym powietrzem.

Po lewej i prawej, nieco za nimi, jeszcze dwa snekkary cięły fale pięknie wyprofilowanymi dziobami, z których patrzyły ku nieznanemu horyzontowi pyski bestii. Ciężkie chmury kłębiły się nad horyzontem. Ostre zimowe słońce rzucało na roztańczone fale miriadę blasków, skrzyło się w kryształkach soli i lodowych naciekach na burtach.

– Wiosłuj równo! – zakrzyknął na ludzi Karli. – A-hu! A-hu! A-hu!...

– A-hu! – podłapali rytm ludzie.

Zahred po raz kolejny był wolny. Teraz tylko on decydował, dokąd ruszyć.

Gdzieś przed nim leżał nieznany ląd.


Najpierw pojawiły się krążące ponad łodziami ptaki, skrzeczące głośno w zimnym powietrzu. Marynarze powitali je radosnymi okrzykami, rzucając w górę kawałki pszennych placków, które te chwytały w locie, nurkując tak nisko, że prawie muskały wodę końcami skrzydeł, i znów podrywając się ostro w górę.

– Dom! – poniosło się z łodzi na łódź wołanie.

Mira podniosła się z trudem. Każdy mięsień zdawał się palić żywym ogniem, wnętrzności chyba w ogóle zniknęły, gardło drapało, jakby ktoś nasypał w nie kamieni... Ale żyła. Chwyciła się burty dłonią, wyjrzała...

...i nagle poczuła, jak zmęczenie i ból znikają.

Kamieniste wybrzeże wyciągało się poszarpanymi pazurami skał, sięgających daleko w spienione, wzburzone morze. Nagie głazy lśniły od wody, tu i ówdzie osadził się na nich białawymi czapami lód, spływający długimi, wykrzywionymi przez wiejący od wody wiatr soplami. Dalej, poza zasięgiem niesionej przez wichry soli, widać było niską roślinność, pomiędzy którą wznosiły się pojedyncze drzewa.

 

Ląd to oddalał się od morza wąskimi zatoczkami, to znów wysuwał cyplami i przylądkami, jak gdyby nie mogąc się zdecydować, czy otaczający go żywioł jest raczej przekleństwem, czy może błogosławieństwem?

Snekkary skręciły ku prawej, idąc równolegle do brzegu i tylko czasem wychodząc dalej w morze, aby ominąć skaliste wysepki.

– Piękne... – szepnęła Mira, wpatrując się w pejzaż.

Było to chyba najmniej zielone miejsce, jakie widziała w życiu. Wszędzie tylko kamienie, porośnięte niską trawą wzgórza, uskoki skalne i szczeliny. Wszystko w kolorach szarości, granatu i wypłowiałego brązu.

– Piękne – zgodził się Zahred. – Ale nie chciałbym tu mieszkać.

– No właśnie... – Mira z trudem wyprostowała się, parę razy odetchnęła, żeby zobaczyć, czy płuca jeszcze są na miejscu. Spiechrznięte, popękane wargi bolały od soli, język przyrastał do podniebienia. – A po co tu płyniemy w ogóle? Na północ, to jest. Przecież to złote miasto ma być na południu?

– Teraz, zimą, nie damy rady.

– Dlaczego...?

Chciał się żachnąć, ale potem zauważył, że Mira pyta całkiem otwarcie i szczerze.

– Po pierwsze, nie mają na taką podróż zapasów ani wyposażenia. To są oddziały do rajdów na nieprzygotowanych kmiotków, a tam... tam może być różnie.

– A po drugie? Zima?

– Zima. – Pokiwał głową. – Teraz wody zetnie lód i nie dopłyniemy nigdzie. Poczekamy do wiosny, do roztopów i deszczy. Wtedy woda się podniesie i z pewną dozą szczęścia damy radę prześliznąć się pomiędzy rzekami.

– Co?

– To jakby... – Westchnął, zrobił rękoma gest w powietrzu. Język, w którym na co dzień rozmawiał z Mirą, czasami okazywał się ubogi w najbardziej dla niego oczywiste pojęcia. Jak chociażby „zlewnia”. – Każda rzeka płynie od źródła do ujścia.

– Tak – zgodziła się.

– Czasami dwie rzeki mają źródła bardzo blisko siebie, ale płyną w dwie różne strony. Jakby wytryskiwały...

– Z dwóch różnych stron tego samego wzgórza – dokończyła Mira. – I myślisz, że jak będzie dużo wody, to damy radę przepłynąć z jednej w drugą. Żeby ruszyć dalej na południe.

Popatrzył na nią z nieudawanym podziwem. Niekiedy bystrość intelektu tej dziewczyny, wychowanej wśród nieprzebytych puszcz i jezior, potrafiła go zaskoczyć.

– Tak.

– A skąd będziesz wiedział, która to rzeka? To znaczy że obok jej źródła jest inne?

– Ba, w tym szkopuł. Z tego, co mi mówili i jak to opisywali nasi wojownicy, wszystko by się zgadzało... Dwie rzeki wpadające blisko siebie do prawie odciętej zatoki tego samego szarego morza. Jedna to ta, którą płynęliśmy my, przy której rodzi się w ziemi słoneczny kamień.

– Jantar!

– Elektron, ale tak. I teraz ta druga, o wiele większa, płynąca przy ujściu na północ. Potem zmienia kurs i meandruje...

– Co robi?

– Kluczy. Kluczy, zygzakuje, aż w końcu łączy się z inną, wpadającą do niej od wschodu. I tamtą trzeba posuwać się pod prąd, aż przy wysokiej wodzie nagle łódź zacznie płynąć sama. Przynajmniej tak mi to opowiadał kiedyś jeden podróżnik, który twierdził, że pokonał tę trasę.

– Czyli nie przypuszczasz, ale wiesz. To już coś. Kiedy to było?

– Dawno – westchnął Zahred. – Od tamtej pory rzeki mogły zmienić koryta, albo i wyschnąć. Może się okazać, że nie dopłyniemy donikąd, i zawrócimy. Albo że to wszystko mrzonka i nie da się tamtędy przeprawić.

Mira wzruszyła ramionami, odwiązała mu od pasa bukłak. Przepłukała usta, wypluła piwo w wodę, potem pociągnęła łyk. Chyba wreszcie doszła do siebie.

– Ale spróbować warto. Jak nie tak, to inaczej. Przecież tam też mieszkają ludzie, prawda?

– Tak...?

– No więc będzie kogo napadać.

Spojrzał na nią ze zdumieniem, ona rozłożyła ręce.

– No co? Oni wszyscy przecież muszą mieć co robić. Musisz mieć jakiś powód, żeby ich tam ciągać... Ja pójdę z tobą chociażby piechotą na koniec świata.

Nachylił się i pocałował ją mocno, namiętnie.


Osada przycupnęła w wąskiej dolince, wyżłobionej przez spływającą spomiędzy gór rzekę.

Spadziste dachy wyraźnie odcinały się od przysypanych śniegiem kamienistych zboczy, na których tu i ówdzie widać było ułożone z kamieni tarasy lichych, długich i wąskich poletek.

Dymy niosły się prosto ku górze w bezwietrznym, mroźnym powietrzu.

Fale leniwie omywały wychodzący w morze pomost, kiwając uwiązanymi przy nim łodziami rybackimi.

Żeglarze zawołali radośnie: dom, dom! Karli machnął ręką na Zahreda i podał mu wiszący do tej pory na burcie róg sygnałowy. Najwyraźniej obowiązkiem i przywilejem jarla było powiadomienie wszystkich, że wyprawa powraca szczęśliwie.

Zahred nabrał haust zimnego, kłującego powietrza, przytknął do warg oszroniony ustnik i zadął długo, przeciągle. Druga i trzecia łódź jak gdyby tylko na to czekały, też odezwały się sygnałami.

Ktoś wyskoczył z jednej z chatynek, stał chwilę na tle biało-burego śniegu, a potem zniknął jak zdmuchnięty. Po chwili w tym samym miejscu pojawiło się kilka postaci, otwarły się drzwi do innego domku, przez które wypadły dwie osoby. Jedna z nich rzuciła się z powrotem do wnętrza, druga powolnym, kuśtykającym krokiem ruszyła ku nabrzeżu.

– Heim! – pokazał ręką Gyddi, stając obok Miry. – Dom!

Coraz więcej ludzi wyłaniało się spomiędzy zabudowań, zbiegało ku plaży. Ktoś na brzegu też zadął w róg, łodzie od razu odpowiedziały przeciągłym buczeniem: tak, to my! Wróciliśmy!...

– Nie przypuszczałam, że oni mają... dom – powiedziała w przestrzeń Mira, patrząc na tę obopólną radość.

– Oni? – Zahred uniósł brew.

– No, najeźdźcy z północy. To znaczy ci prawdziwi, a nie ci, którzy atakowali nas, bo ci... Ojej no, przecież sam rozumiesz. Do tej pory to były tylko cienie wyłaniające się z lasu, a teraz okazuje się, że mają domy, rodziny, że cieszą się, smucą i...

– Oni? – powtórzył.

– No tak, a kto?!

– To już nie oni, Mira. To teraz my.

Dobili do skleconego z belek pomostu. Czekający tam ludzie chwycili cumy, przyciągnęli łodzie bliżej. Kolejni wciąż dobiegali na nabrzeże, wypatrując na pokładach swoich bliskich.

Pierwszy żeglarz skoczył na oblodzone deski, pośliznął się, wpadł prosto w wyciągnięte ramiona kobiety, zakręcił się, złapał na ręce może pięcioletniego chłopaczka.

Inny przyciągnął do piersi okładającą go pięściami, zarazem śmiejącą się i płaczącą matkę starowinkę.

Ktoś jeszcze po prostu mocno uścisnął prawicę staremu, pokrytemu bliznami weteranowi bez nogi i oka, który jako pierwszy dokuśtykał na pomost i czekał na powracających z łupieżczej wyprawy.

Zahred i Mira stali na łodzi – ich nikt nie wypatrywał. Nikt ich nie znał. Ludzie, owszem, spoglądali na nich, mniej lub bardziej ukradkowo pokazywali palcami, pytali wysiadających z łodzi, kim jest dwoje obcych.

I w pewnej chwili zapadła cisza. Rozmowy i śmiechy umilkły, został tylko szum fal i skrzypienie łodzi, trących o pomost.

Hrodlav odkaszlnął, odsunął się na bok i skłonił jarlowi, robiąc zapraszający gest ręką.

– Teraz się wszystko okaże – mruknął Zahred do Miry, jako pierwszy wychodząc z łodzi na deski pomostu.

Pomógł wysiąść dziewczynie, poprawił zapięty na ramieniu płaszcz. Położył dłoń na rękojeści miecza i powoli, celowo niespiesznym krokiem ruszył z nią u boku ku osadzie. Za nimi już formował się orszak niosących łupy wojowników, prowadzonych przez rodziny, przyjaciół, braci i krewnych.

– Co się okaże?! – szepnęła przejętym głosem. – Zahred, bo oni się tak patrzą, że...

– Wyprostuj się i trzymaj dumnie. Nie uciekaj wzrokiem, patrz w oczy. Nie pokazuj strachu.

– Przecież się nie boję!

– A powinnaś. Nie przyszło ci do głowy, że to nie na nas czekali?

– No... – zawahała się. – Rzeczywiście. I myślisz, że teraz będzie coś nie tak?

– Wiem – prychnął.

Przed wioską już czekała na nich druga grupa – kilkunastu mężczyzn, za nimi kobiety i dzieci. Ubrani w proste, zgrzebne tuniki i suknie, a mimo to z brązowymi i nawet srebrnymi ozdobami. W płaszczach z grubo tkanego sukna, w które powbijano zdobione szpile i fibule.

I to, co rzucało się w oczy: każdy, dosłownie każdy miał taką czy inną broń.

Spośród zebranych wyróżniał się dostatnio ubrany mężczyzna o długich włosach, ściągniętych na czole czerwoną krajką z naszytymi złotymi płytkami. Widać było, że wyraźnie szuka oczami kogoś wśród idących. W końcu potrząsnął głową, jakby nie mogąc znaleźć właściwej osoby, i utkwił wzrok w Zahredzie.

Stanęli naprzeciwko siebie, rozmowy znowu umilkły. Zahred wystąpił o krok naprzód.

– Jarl Freylav nie żyje – powiedział spokojnie, dobitnie, starając się jak najwyraźniej wymawiać zgłoski dopiero poznawanego języka. – Jestem Zahred.

Ludzie zaszemrali, jedna z kobiet stłumiła krzyk i zakryła usta dłonią, ale po chwili powściągnęła się, przybrała maskę wyniosłego spokoju... I tylko wbite w Mirę, pałające rodzącą się z cierpienia nienawiścią oczy zdradzały jej prawdziwe emocje.

Pozostali zdawali się, owszem, zaskoczeni, ale bardziej ciekawiło ich: kim jest ten dziwny, wytatuowany człowiek?

– Nie żyje? – zapytał mężczyzna.

– Tak jest – odezwał się Karli, stojący zaraz za Zahredem. – Zginął z bronią w ręku podczas rajdu na wybrzeże.