Magdalenka z razowego chlebaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

ODGŁOSY MINIONYCH LAT

Pani od matematyki

Czyn urodzinowy

Przemówił wódz

Pochód żałobny – 9 marca 1953

Agitatorzy

Jaś Kowalski

Starosta

Balbinka

Towarzyszka Kawon

Mundek

Marcyś

Profesor marksizmu

Wielki dzień

Akademik Żarkow

Ośrodki

U fryzjera

MIESZANINY PODRÓŻNE

Droga do Druskiennik

Z getta do getta

Święte obrazki

Potęga stereotypu

„Jadę za mąż”

Mała stacja pod Kopenhagą

Rozmowy o pani Walewskiej

Repatrianci

Nocleg w gabinecie osobliwości, albo Signora Baba Jaga

Frontierra belga

O pani, która nie chciała się narażać

Młodzieniec z agencji

Powrót

Redakcja: BARBARA GÓRSKA

Projekt okładki i stron tytułowych: LECH PRZYBYLSKI

Skład i łamanie: Ubik-Media

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

© Copyright by Michał Głowiński

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2001

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05648-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.


Pani od matematyki

To był pierwszy normalny dzień lekcyjny w nowej szkole, w świeżo założonym drugim liceum ogólnokształcącym w naszym niewielkim mieście. Poszedłem na drugie piętro, gdzie mieścić się miała nasza klasa, i nowemu otoczeniu przyglądałem się z zaciekawieniem. Budynek był jeszcze przedwojenny (do niedawna zajmowały go klasy podstawowe), dopiero co wyremontowany i niewątpliwie gotowy na przyjęcie większej liczby uczniów. Rzucały się w oczy ślady pośpiesznych porządków, z podłóg, ani na korytarzach, ani w klasach, nie usunięto jeszcze gazet, które miały je chronić po niedawnym myciu, rozpościerały się więc pod nogami pokaźne płachty „Głosu Ludu” i „Życia Warszawy”. Zapewne bym na to nie zwrócił uwagi, nie było w tym przecież nic nadzwyczajnego, gdybym nie ujrzał z daleka niewielkiej i bardzo tęgiej kobiety, osobliwie pochylonej, chyba klęczącej. Najpierw myślałem, że szuka jakiejś starej gazety, potem zobaczyłem, że niektóre obraca na drugą stronę, a inne odkłada na bok. Robiła to w ten sposób, iż nie ulegało wątpliwości, że nie zamierza ich czytać. Zajęcie starszej i korpulentnej pani wydało mi się dziwne, tym bardziej że wiedziałem, iż nie jest woźną. Woźnego zresztą poznałem wcześniej. Tym dziwniejsze, że swoją robotę pani ta wykonywała z wielką dokładnością, tak jakby ułożenie gazet było sprawą szczególnie doniosłą.

Kim jest owa starsza kobieta, miałem się dowiedzieć niebawem – pani Helena Orłowska, matematyczka. Przyszła na lekcję normalnie, jak przychodzą nauczyciele, z dziennikiem w ręku, zaczęła ją jednak w sposób zaiste daleko odbiegający od przyjętych zwyczajów. Nie sprawdziła listy, nie powiedziała, czym będziemy się zajmować – i od razu zainteresowała się gazetami rozłożonymi na podłodze. Nie taiła zdenerwowania, mówiła coś pod nosem, ale ani ja, ani moi koledzy nie wiedzieliśmy z początku, o co chodzi.

– Tak być nie może; jak się o tym dowiedzą, spadną na nas kary, będą się dziać rzeczy straszne...

W klasie zabrała się do tej samej co na korytarzu, niezrozumiałej dla nas, roboty. Przyglądała się gazetom z podłogi, niektóre zostawiała w spokoju, inne – odkładała bądź odwracała na drugą stronę. Trwało to dobrych kilka minut, dopiero po zakończeniu tego niespodziewanego przeglądu ujawniła, jaki jest cel działań, które wprawiły nas w zdumienie. Powiedziała, że tam, gdzie była, to za takie rzeczy karali, surowo karali, szło się do więzienia, a potem wywozili daleko, w okolice, w których jest okropnie zimno. Najwyraźniej chodziło o coś więcej niż o rozłożenie gazet na podłodze po umyciu i wypastowaniu, pani Orłowska miała na myśli poważniejsze sprawy. Po chwili uchwyciłem, jakie. Ówczesne dzienniki i tygodniki zamieszczały obficie na swych pierwszych stronach zdjęcia przywódców, przede wszystkim Stalina, ale także polskich władców – Bieruta i innych. Nasza nauczycielka bała się, że chodzenie po gazetach z konterfektami tak ważnych osób uznane zostanie za profanację, potraktowane jako polityczna prowokacja, zorganizowana czy przynajmniej podpowiedziana przez wroga, który ucieka się do najróżniejszych środków, by zaszkodzić socjalizmowi i poniżać tych, którzy przewodzą w jego budowaniu. Już od samego początku nie było wątpliwości, że osobliwe działania pani Orłowskiej napędzane były przez wielki, nie dający się opanować strach. Bo tam, gdzie przebywała z tymi, którzy tak bezceremonialnie obchodzili się z gazetami, reprodukującymi wiadome zdjęcia, naprawdę się nie patyczkowano. Pani Orłowska bała się, nauczona doświadczeniem, o siebie, ale też nie chciała, by nam, dzieciom jeszcze, przytrafiło się coś złego. I dlatego te płachty papieru, na których były zdjęcia Stalina, odkładała na bok, te zaś z fotografiami osobistości nie aż tak ważnych przewracała na drugą stronę. W okresie „kultu jednostki” zdezaktualizowana gazeta z wizerunkiem owej „jednostki” nie mogła być zwykłą makulaturą. Święte obrazki nigdy nie tracą swoich praw, nie można ich zdesakralizować.

Pierwsza lekcja pani Orłowskiej w naszej klasie rozpoczęła się niekonwencjonalnie, następne nie zawsze aż tak odbiegały od normy, ale też były dziwaczne, raz smutne, raz całkiem wesołe, w każdym razie matematyka bywała tylko pretekstem i niewiele się o niej mówiło. Miałem czasem wrażenie, iż pani Orłowska zapominała, że przyszła do klasy po to jednak, by czegoś nas nauczyć. Jej myśl w czasie lekcji szybowała nie wiadomo gdzie, nie była w stanie wziąć w okrągły czy kwadratowy nawias tego, czym żyła, co stanowiło treść jej istnienia. Nie składały się na nią sprawy teraźniejsze, nie mogła oderwać się od przeszłości, przywoływała ją nieustannie, tę dobrą i tę złą, wesołą i smutną. Wspominała lata młodości, ale przede wszystkim czas spędzony tam, daleko, w krainie niewyobrażalnego zimna. Z tego, co opowiadała, można było w najgrubszych zarysach zrekonstruować jej biografię.

Urodziła się w ostatnich latach XIX wieku i aż do wybuchu drugiej wojny całe jej życie związane było ze Lwowem, tam się wychowała, wykształciła, wyszła za mąż. Lubiła opowiadać o swej lwowskiej młodości – i to była pogodna część lekcji. Ale największym doświadczeniem jej życia była wywózka na Syberię, Sowieci aresztowali ją we Lwowie wraz z córką (co się stało z mężem, nie wiem, nie wspominała o nim). I kiedy o tym opowiadała, a czuła nie dającą się opanować potrzebę powracania do tych swoich strasznych przeżyć także w czasie lekcji matematyki, unikała wszelkich realiów, nawet nazwę „Syberia” wymawiała rzadko, nieśmiało, ściszonym głosem. Przeżywała niewątpliwy konflikt wewnętrzny, bo jednocześnie obok tej potrzeby odzywał się w niej strach, wiedziała przecież, że opowiadanie o wywózce nie będzie w Polsce Ludowej dobrze widziane i ściągnąć może na nią nowe nieszczęścia. Mówiła tak, jakby chciała opowiedzieć jak najwięcej, ale zarazem opowiadać się bała. Konieczność ekspresji nakładała się na ograniczenia, których przezwyciężyć nie było można, a właściwie z nimi się zderzała. Toteż najwięcej miejsca poświęcała pani Orłowska zjawiskom klimatycznym, mówiła o nich tak, jakby były symbolem czy reprezentacją tego koszmarnego świata, w który rzuciła ją obca przemoc. Jeden wątek powtarzał się stale: jeśli ktoś splunął, ślina spadała na ziemię w postaci kawałka lodu. Opisy zimna, jakie trudno sobie przedstawić, jeśli nie opuszczało się Polski, były nadzwyczaj konkretne i sugestywne, miały w sobie dawkę sensualności, jakże niezbędnej, gdy relacjonuje się tego rodzaju doznania. Pani Orłowska umiała opowiadać, w każdym razie umiała opowiadać o tym głównym doświadczeniu swojego życia.

 

Ale czy my potrafiliśmy słuchać? Wydaje mi się, że tak, należeliśmy przecież do pokolenia wojennego i choć mieliśmy zaledwie po kilkanaście lat, wiedzieliśmy, co to cierpienie – jeśli nie z własnego doświadczenia (pod tym względem ja niewątpliwie górowałem nad wszystkimi kolegami i koleżankami), to przynajmniej ze słyszenia i z widzenia. W czasie tych opowieści klasa zachowywała się przyzwoicie, spokojnie, cicho. Niska i tęga pani Orłowska, nosząca zawsze ten sam ciemnobeżowy, mocno już podniszczony kostium, z lekko opadającymi na nos drucianymi okularami, nie budziła szczególnego respektu, była jednak na swój sposób przez uczniów tolerowana. Może zresztą bardziej niż szacunek budziła współczucie, jeśli w ogóle dzieci, nawet podrośnięte, są do niego zdolne.

A działo się tak również dlatego, że sprawa wywózek tam, gdzie tak zimno, nie była w miasteczku bynajmniej sprawą odległą czy abstrakcyjną. Nie wiedziałem wówczas, i z pewnością nie wiedzieli też o tym moi koledzy, że to właśnie w willowej dzielnicy naszego miasteczka podstępem skupiono szesnastu przywódców polskiego podziemia i że to stąd porwano ich do Moskwy, by im wytoczyć pokazowy proces. Ale wiedziałem o tym, że po wejściu Rosjan w styczniu 1945 roku zatrzymano i wywieziono kilka osób, w tym jedną znajomą mojej rodziny, panią Janinę M. Pani M. była starszą siostrą jednej z gimnazjalnych koleżanek mojej Matki, o tej wywózce mówiło się w moim domu dużo, często, z nieukrywanym przerażeniem. Z zawodu nauczycielka, pani M. uczyła głównie matematyki, tylko że w szkole podstawowej (czy jak się mówiło jeszcze wówczas przedwojennym zwyczajem – powszechnej), i kiedy po roku wróciła z Uralu, zetknąłem się z nią właśnie jako panią od matematyki, pracowała bowiem „u Piłsudskiego” (szkoła oczywiście tak już się nie nazywała, ale tradycyjnie w potocznych rozmowach pozostawiono ją Marszałkowi). Była surowa i zdecydowanie powściągliwa w sposobie bycia, nigdy nie zrobiła choćby najmniejszej aluzji do tego, co stało się jej udziałem na Wschodzie.

Wysoka, szczupła, o podłużnej twarzy i wyrazistych, wręcz ostrych rysach, także zewnętrznie stanowiła kontrast wobec niskiej i okrąglutkiej pani Orłowskiej. Od nas wywożono tylko poszczególne osoby, znajomi zastanawiali się więc, dlaczego padło akurat na panią M. Należała do AK, ale do AK należało wiele osób; nie było mnie w czasie okupacji w naszym miasteczku, wiem jednak i z pewnością wiedziałem już wówczas, że życie konspiracyjne było w nim rozbudowane. Dopiero po dziesięcioleciach dowiedziałem się ze wspomnieniowego artykułu jednego z moich kolegów, ogłoszonego w „Życiu Warszawy”, że pani Janina M. działała w głęboko zakonspirowanej siatce AK-owskiej i pełniła w niej wysoką i ważną funkcję, podlegało jej sporo osób; terenem jej konspiracyjnej pracy była Warszawa, choć i wtedy w stolicy nie mieszkała. Sowieci niewątpliwie zdekonspirowali tę głęboko utajnioną strukturę, choć nie przeciw nim, lecz przeciw Niemcom walczyła – i pani M. znalazła się na Uralu. Z jakich powodów wywieziono panią Orłowską, nie wiem. Prawdopodobnie zresztą żadnego konkretnego powodu nie było, bo kiedy akcje represyjne czy nawet zbrodnie mają wymiar masowy, indywidualny przypadek przestaje być indywidualnym przypadkiem, wchodzi w sferę anonimowości i przekształca się w nic nie znaczący sam w sobie przyczynek do ogólnej statystyki. Nigdy o przyczynach nie wspominała, zapewne nie były jej znane.

Ale pani Orłowska, uciekając od matematyki, której w miarę jak rok szkolny zbliżał się do końca, coraz mniej poświęcała uwagi, bo najwyraźniej coraz bardziej ją nudziła, opowiadała nie tylko o ponurych wydarzeniach niedawnych lat, lubiła wspominać swą lwowską młodość sprzed pierwszej wojny światowej. Szybko miało się okazać, że jest wielbicielką teatru. Przywoływała przedstawienia, jakie oglądała w swoim mieście za dawnych dobrych czasów; nie potrafię wymienić ich tytułów – poza dwoma, które pozostały w pamięci. A stało się to z tej racji, że pani Orłowska nie tylko relacjonowała te spektakle, ale odtwarzała przed nami ich fragmenty. Kilkakrotnie recytowała monolog Psyche z popularnego w czasach jej młodości dramatu Jerzego Żuławskiego, podkreślając zwłaszcza powracający jak refren dwuwiersz: „ja, wygnanka bosa, szukam Erosa”. I mnie, i moim kolegom, wydawało się śmieszne, a może nawet żenujące, że starsza pani patetycznie mówi o poszukiwaniu Erosa. Ówczesna szkoła była nader purytańska i zakłamana, o żadnych sprawach związanych z erotyką oficjalnie się nie mówiło, a więc nawet tak niewinne słowa dochodzące z katedry robiły na uczniach wrażenie. Przyjmowaliśmy te deklamacje ciepło, z ukontentowaniem (było to w sumie całkiem przyjemne spędzanie lekcyjnego czasu), ale nie bez pewnej dozy okrucieństwa. Napuszczaliśmy panią Orłowską na dalsze występy, a ona – niczym prawdziwa artystka – radowała się z sukcesu. I wówczas delikatnie, jakby zażenowana sytuacją, uśmiechała się, a na jej twarzy, zniszczonej i poszarzałej, zaczęły się pojawiać, jak ukryty tekst w palimpseście, ślady niegdysiejszej urody, dawno już zatraconej.

Jednakże to nie monolog Psyche był popisowym numerem pani Orłowskiej, najbardziej lubiła nas zabawiać arią z operetki Krysia leśniczanka, dzisiaj już kompletnie zapomnianej, tak zresztą jak cała twórczość Georga Jarno, który w ostatnich latach panowania Franciszka Józefa stawiany był na równi z Kalmanem i Leharem. W dożywającej swych lat pięknej epoce Krysia leśniczanka była popularna w Europie centralnej, trafiła więc także na lwowską scenę. Pani Orłowska śpiewała arię głównej bohaterki, subtelnie podkreślając rytm walca. Do dzisiaj mam w uszach jej wysoki sopran, nieprawdopodobnie rozwibrowany, wręcz trzęsący się. Śpiew ten nie był dla klasy wydarzeniem estetycznym, stał się czymś niewymownie śmiesznym, a przede wszystkim okazją pozwalającą uniknąć odpytywania czy w ogóle wysiłku umysłowego, jakiego jednak od nas wymagały lekcje matematyki. Jedynie dwie czy trzy wzorowe uczennice, klasowe prymuski, ubolewały, że niczego się nie nauczymy. Miały za złe kolegom, że w ten czy inny sposób, często żartem bądź podstępem, odciągają uwagę pani Orłowskiej od matematyki i kierują ją ku operetkom.

W pewne dni nie ulegała ona naszym szatańskim podszeptom, była poważną panią profesor, taką jak wszystkie inne panie zajmujące się wykładaniem w liceum – i wówczas rzeczywiście umiała jasno i precyzyjnie wytłumaczyć nawet skomplikowane sprawy. Kiedy indziej w wykładzie wszystko jej się plątało i jeśli nawet nie robiła elementarnych błędów, wynikających z roztargnienia choćby, to nie była w stanie wyjaśnić niczego, jej myśl krążyła po kole i nie zmierzała do konkluzji. A w inny czas znowu ulatywała bądź ku strasznościom Syberii, bądź ku urokom dawnego Lwowa. Prowadzone przez panią Orłowską lekcje naprawdę nie były konwencjonalne.

I nie był też konwencjonalny jej stosunek do uczniów. Nie rozpoznawała nas i nie identyfikowała, mylili jej się wszyscy, nie była w stanie konsekwentnie oceniać i stawiać stopni. Kiedyś usłyszałem od niej komplement, że jestem „matematyczna głowa”, a ja doskonale zdawałem sobie sprawę, że nic nie wiem i niczego nie rozumiem, więcej, że nic mnie to wszystko nie obchodzi, bo naprawdę interesuje mnie zupełnie co innego. Najprawdopodobniej wzięła mnie za któregoś z bardziej pojętnych kolegów. Z dwu klasówek w pierwszym półroczu dostałem dwójki. Oceny te były zapewne słuszne i sprawiedliwe, choć nie mogę wykluczyć, że i tym razem zaszła pomyłka, bo należała mi się choćby trójka z minusem. O tych fatalnych dwójkach w domu nie powiedziałem – i okazało się, że dobrze zrobiłem, bo na pierwszy okres pani Orłowska wystawiła mi czwórkę; w ten sposób uniknąłem rodzicielskich wymówek, że do nauki się nie przykładam, robię nie to, co należy, i w ogóle leń ze mnie i nicpoń. Choć marny matematyk, od razu pojąłem, co zaszło. Z dwu stopni z klasówek pani Orłowska nie wyciągnęła średniej, tylko po prostu je dodała. I w ten sposób raz jeszcze potwierdziła niezbitą prawdę, że dwa plus dwa równa się cztery, choć to właśnie wtedy na prawach rewolucyjnej retoryki głoszono, że kiedy buduje się socjalizm, to dwa plus dwa równać się może pięć, a nawet – osiem. Zadowolony byłem z takiego toku rzeczy, choć świtała w mojej głowie myśl, że ta zabawa źle się skończy. Może nie dla mnie, skoro już wtedy byłem pewien, że zajmę się na studiach i w dorosłym życiu tym, co z matematyką nie będzie miało nic wspólnego, ale dla moich kolegów, w większości wybierali się przecież na politechnikę, a jeśli nie na politechnikę, to na takie wydziały, które też wymagały solidnych podstaw z dziedziny nazywanej niekiedy królową nauk.

Dobrnęliśmy jakoś do końca roku szkolnego, minęły wakacje, zaczął się rok nowy. Nie pamiętam, czy pierwszego dnia nauki pięknie umyte i wypastowane podłogi wyłożone były gazetami; jeśli tak, to nikt nimi się nie interesował, mimo że zdjęć dostojników w nich nie brakowało, a ogólna sytuacja w kraju nie tylko że się nie polepszyła, ale jeszcze zaostrzyła. Pani Helena Orłowska już do szkoły nie przyszła. Jej miejsce zajęła inna pani od matematyki, sporo od niej starsza, zapewne przywołana z emerytury do ponownej nauczycielskiej służby. Od razu zdobyła sobie autorytet, a nawet sympatię uczniów, choć była wymagająca i nam nie pobłażała.

A jak potoczyły się dalsze losy pani Orłowskiej, nie wiem. Nie widywało się jej na ulicach, dojeżdżała do pracy w naszej szkole z jednego z sąsiednich miasteczek. Zapewne została rencistką i – mam nadzieję – do końca zmysłów nie postradała. Przestano o niej mówić, tak jakby nigdy w szkole jej nie było. Nauczyciele jej nie wspominali – w każdym razie w kontaktach z uczniami, bo nie mogę wiedzieć, co mówili między sobą. Była dla nich wspomnieniem przykrym, być może sądzili, że obniżała swoim postępowaniem powagę zawodu. Ale – co ciekawe – także uczniowie do niej nie powracali, nie wspominali jej lekcji jako wydarzeń ciekawych czy zabawnych. Być może pragnęliśmy, by jednak nauczyciel był osobą serio i z autorytetem, a pani Orłowska, choć czasem opowiadała o strasznych doświadczeniach, oczekiwań tych nie spełniała. I znikła nie tylko ze szkolnych klas i korytarzy, znikła z naszej sfery postrzegania, z naszego horyzontu, została zapomniana. Dopiero ja – po kilku dziesięcioleciach – wyciągam ją z królestwa niepamięci.

Czyn urodzinowy

To wtedy chyba właśnie „czyn” w tym osobliwym użyciu zagnieździł się w języku oficjalnym i rozpowszechnił, nic przeto dziwnego, że znaczenie to zaledwie kilkanaście lat później odnotowane zostało w monumentalnym dykcjonarzu. Trudno było nie wiedzieć, do jakiej sfery rzeczywistości odnosiły się takie formuły, jak „podjąć czyn...”, „odpowiedzieć czynem produkcyjnym na apel...”, „uczcić czynem...”, a zlepki słowne w rodzaju „czynu pierwszomajowego” lub „czynu lipcowego” stały się powszechnie zrozumiałe. Najgorliwsi podejmowali czyny indywidualne, takich jednakże było raczej niewielu. Decydowali się na to głównie przodownicy pracy, o których pisano na pierwszych stronach gazet, a pryszczaci poeci poświęcali im równie patetyczne, co nieporadne strofy, ale też ci, którzy chcieli się z jakichś powodów wyróżnić, bo to była dobra metoda, by zostać przez władze zauważonym – i pochwalonym. Czyny stanowiły jednak przede wszystkim domenę zbiorowości, takich czy innych, w istocie wszelkich, nie tylko fabrycznych, również biurowych i szkolnych. Nie zastanawiałem się w tamtym czasie, czy owe tak sławione czyny, do których wzywano z najróżniejszych okazji, bo stały się niezbywalnym składnikiem rytuału, to forma wymuszania darmowej pracy, ze swej istoty niemal niewolniczej, bo podejmowanej nie z własnej inicjatywy i nie zakończonej choćby groszową zapłatą, czy też jest to forma mobilizowania, by ludzie – choćby pod przymusem i w postaci jedynie symbolicznej – nieustannie służyli reżimowi, by zobowiązywali się do działań także z okazji, które budzą ich niechęć, a w wielu przypadkach – nawet obrzydzenie, by nie dane im było zapomnieć, że władza ma do nich prawo – i może im kazać, co jej się żywnie podoba, i to wtedy również, gdy z pozoru chodzi o postanowienia wynikające z własnej nieprzymuszonej woli. Gra toczyła się zatem o wymierne korzyści materialne, czy też o wprowadzenie społeczeństwa w ciągły, motywowany ideologicznie ruch, a więc o nieustanną mobilizację? Myślę, że skromna historia, jaką opowiem, pozwoli w jakiejś mierze odpowiedzieć na to pytanie.

 

Tego roku na przełomie jesieni i zimy rozbiła się nad Polską Ludową, tak zresztą jak nad wszystkimi krajami należącymi do obozu pokoju i socjalizmu, bania z czynami. Podejmowali je górnicy i hutnicy, ale też krawcy i wytwórcy wiklinowych koszy, zrzeszeni w odpowiedniej spółdzielni, podejmowały aktywistki zjednoczone w Lidze Kobiet, ale i milicjanci nie pozostawali gorsi, podejmowali partyjni i bezpartyjni, starzy i młodzi, w istocie gotowość do wykonywania czynu winien przejawiać każdy, kto ma ręce i nogi. A jakiś znakomity rolnik, być może kandydat do roli polskiego Miczurina, zadeklarował, że specjalnie – właśnie w czynie – wyhodował był nową odmianę buraka cukrowego, dużo lepszą od odmian tradycyjnych – i że zrobił to, czyli uczynił, z myślą o wielkim jubilacie, któremu pragnie swoje buraczane dzieło poświęcić. Także i nasza klasa zobowiązać się musiała do czynu, oczywiście krojonego na tę skromną miarę, jaka dla nas była dostępna, bo przecież nawet marzyć nie mogliśmy o ulepszaniu buraka, z którego wytwory skutecznie osładzałyby ludowi kroczenie na drodze do socjalizmu, by nie wspominać nawet o wydobyciu dodatkowej tony węgla, dzięki której my się mrozów nie boimy, choć idzie zima zła.

Czynu naszego wiekopomnego dokonać mieliśmy po lekcjach, z tego tak doniosłego powodu chyba nieco skróconych, na dwa, a może trzy dni przed świętem największego człowieka naszych czasów, ozdoby rodu ludzkiego. Mieliśmy wykopać dół nieopodal kolejki elektrycznej, łączącej miasteczko ze stolicą. Nie pamiętam, czy uświadomiono nas, czemu dół ów miałby służyć, niechybnie jednak to zrobiono, hołdownicze czyny musiały przecież mieć również wymiar praktyczny, bo wódz dbał o to, by poświęcone wielkim celom działania dawały konkretne wyniki, a wraz z nimi lepsze i weselsze stawało się nasze życie – i cieszył się z każdego osiągnięcia, z wszystkiego, co zrobiono dla pokoju i socjalizmu, a przede wszystkim dla ludzkości, której przewodzi, bo ją swym dobrym i szlachetnym sercem po prostu ukochał. Cieszyłby się zatem i z tego, co zdziałali licealiści ze skromnej prowincjonalnej szkoły średniej, jeśliby tylko wiadomość o naszym wysiłku do niego doszła. A przecież dotrze – nawet nie dlatego, że wódz odznacza się cechami zbliżającymi go do Boga – z tej racji, że w urodzinowych przesłaniach, sprawozdaniach i meldunkach uwzględniona zostanie także nasza praca, wliczone zostanie to, co zrobiliśmy w akcie hołdu wypływającego z najgłębszych potrzeb duszy. Mieliśmy żywić przekonanie, że nasza praca nie jest formą pańszczyzny, ale odznacza się sensem oczywistym.

Dano nam kilka łopat i jeszcze może jakieś inne prymitywne narzędzia, ułatwiające dobranie się do ziemi, która nie była wprawdzie w pełni zamarznięta, bo w grudniowe dni tego roku wielkie mrozy jeszcze nie nadeszły, była już jednak niewątpliwie ściśnięta i twarda. Wyruszyliśmy przeto, by wkrótce znaleźć się na wyznaczonym miejscu, droga zajęła nam czasu niewiele, bo znajdowało się ono w pobliżu ulicy Lipowej, przy której mieściła się nasza szkoła. Wyruszyliśmy bez entuzjazmu, tak jakby już u samego początku ogarnęło nas nie dające nad sobą zapanować lenistwo, lenistwo zaś to – myśl tę napotkałem w czytanym już w dorosłej epoce mojego życia Dzienniku Jules’a Renarda – zmęczenie przed wysiłkiem. A więc chociaż mieliśmy wykonać czyn, wielkiej ochoty do czynu w nas nie było. Przejawiali ją jedynie koledzy będący aktywistami, ale nie miałbym pewności, czy nie była ona udawana. Musieli tak się zachowywać, bo ich zadaniem było nie tylko pilnowanie i dozorowanie, ale także – świecenie przykładem. To oni, zawsze ideologicznie uświadomieni, reprezentujący młodzież przodującą i najbardziej postępową, stanowić mieli wzór.

Zabierając się do pracy, winniśmy mieć nieustannie przed oczyma wodza, którego za jej sprawą czcimy. A o to trudno nie było, raczej przeciwnie, na opór materii natrafiałby ten, kto próbowałby o nim zapomnieć. Był wszędzie, spoglądał na nas ze wszystkich stron, a gdyby było to technicznie możliwe, jego portrety przypinano by agrafkami lub przyklejano do ciężkich ołowianych chmur, jakie o tej porze roku wiszą nad naszą częścią Europy, by patrzył na nas również z nieba, w tym przypadku zresztą nader ponurego. Bo to nie była tylko sprawa szkolnej akademii czy innych tego rodzaju rytuałów. Oddawano mu cześć boską od lat, ale w te dni jubileuszowe z jeszcze większą intensywnością niż zwykle. Dostępny nam świat obracał się wokół jego osoby, to ona znalazła się w najbardziej eksponowanym punkcie universum. Jego portrety umieszczano wszędzie, nie tylko w prasie i na ścianach urzędów, szkół, fabryk, ale także w witrynach zieleniaków między pietruszką i burakami (niewątpliwie zwykłymi, nie tymi, które dzielnemu polskiemu agronomowi udało się ulepszyć na jego cześć), w sklepach z damską bielizną, między biustonoszami i majtkami, jak również wśród garnków, pieczywa czy na coraz bardziej pustych wystawach sklepów mięsnych. Od widoku wąsatej gęby nie było w owym czasie ucieczki. Ale też i od pochwał wierszem i prozą; choćby poeta w tamte lata niezmiernie popularny, a przez niektórych uważany za wybitnego czy wręcz wielkiego, tak sławił generalissimusa:

Stalin pokój niesie światu,

Stalin – wolność, Stalin – radość,

Stalin – wódz proletariatu.

Jemu sława!

Wówczas, gdy znaleźliśmy się po drugiej stronie torów i przystępowaliśmy do dzieła, mieliśmy go nie tylko przed oczyma, ale także – by tak powiedzieć – w uszach. Hymny na jego cześć rozbrzmiewały z radia, a dopełniały je wojenne pieśni, między innymi ta, w której powtarzały się słowa: „artilieristy kotorim Stalin dał prikaz”. Przejawów czci było dużo, ale łopat – jak szybko się okazało – za mało, wykonywać zatem musimy swój czyn na zmianę, a nie – wszyscy równocześnie. Postanowiono, że do roboty zabiorą się chłopcy, dziewczęta zaś będą nam towarzyszyć. Niektóre symbolicznie wzięły do ręki nasze jakże nowoczesne narzędzia, dotknęły nimi ziemi – i pozostały bezczynne. Ktoś przytomnie zdecydował, że stanie na zimnie i bierne przyglądanie się temu, jak pracują inni, do czynu już nie należy, nie stanowi też właściwej formy uczczenia tego, któremu wyrazy hołdu i uwielbień składają wszyscy ludzie postępu jak ziemia długa i szeroka, pozwolono im więc rozejść się do domów. Wśród koleżanek raczej niewiele było gorliwych adoratorek największego wodza w dziejach ludzkości, który niebawem objawić się miał światu również jako genialny językoznawca, toteż niewątpliwie ucieszyły się z takiego obrotu rzeczy. To myśmy zostali, by kopać ziemię: Mirek i Marek, Wojtek i Sławek, Franek i Janek, i kilku innych jeszcze...

Nie zastanawiałem się wówczas nad tym, ale dzisiaj jestem świadom, że w tym samym dniu, o tej samej porze, w podobnej sytuacji jak nasza klasa znajdowały się nieprzebrane rzesze osób, nie tylko rówieśników zaganianych do czynów, bo każda szkoła musiała się przecież czymś wykazać, także starszych – robotników i urzędników, gajowych i traktorzystów, chłopów z tworzących się właśnie spółdzielni produkcyjnych i pracowników uspołecznionego handlu, lekarzy i wojskowych, a także artystów... Albowiem cały naród tego wodza chwali, który równych sobie nie ma. Być może właśnie w tym czasie, kiedy my machaliśmy łopatami, wyruszał z Warszawy do Moskwy pociąg wiozący urodzinowe podarki od ludu polskiego. Lokomotywę zdobił ogromny portret, na wagonach wypisane były sentencje i hasła pełne uwielbienia, nikt nie miał prawa żywić wątpliwości, co to za pociąg, nikt też, kto znajdował się w pobliżu jego trasy, nie miał prawa go nie dostrzec. A co za wspaniałości w nim się znajdowały! Prawdziwe dary serca, makatki, kryształy, rzeźby w węglu i inne, nie dające się zliczyć przedmioty, dzieła rąk polskiego robotnika, chłopa i pracującego inteligenta, trudno nie wspominać o kilkuset tysiącach listów z życzeniami i homagiami – od starych i młodych, wykształconych i prostych, a także dzieci, które do ludu pracującego miast i wsi jeszcze nie należą, bo dopiero rozpoczynają edukację, ale już wiedzą, kto jest ich wielkim przyjacielem i opiekunem. Jedenaście wagonów hołdowniczej masy; rytmiczny stukot ich kół miał się upodobniać do skandowania: Stalin... Stalin... Ale myśmy tego monumentalnego pociągu nie widzieli i nie słyszeli, w naszym zasięgu znajdowała się jedynie podmiejska kolejka, złożona z dwu niewielkich wagoników wypełnionych po brzegi. Przejeżdżała od czasu do czasu i nie budziła zainteresowania, należała do naszej codzienności.

Zdziałaliśmy niewiele, ale zapadająca wcześnie grudniowa noc nie pozwalała kontynuować dzieła. Pozostawiliśmy po sobie nieforemny dół, w istocie nie troszcząc się zbytnio o to, czemu on służyć będzie, wystarczyło, że stanowić miał formę urodzinowego hołdu i nasz dar złożony u stóp ojca narodów. Ucieszyłem się, że to już koniec... Ulegałem wtedy, między piętnastym a osiemnastym rokiem życia, uwodzicielskim czarom komunistycznej ideologii, nie lubiłem jednak tego rodzaju akcji, trudno mi było z różnych powodów włączyć się w zbiorowość i z nią współodczuwać, trudno mi było wykrzesać z siebie entuzjazm, którego oczekiwano od wszystkich, a udawać go nie potrafiłem, w istocie zaś – nie chciałem. Tego rodzaju obrzędy wywoływały we mnie niechęć, skłaniały do dystansu i kazały myśleć o zwykłym, pozbawionym głębszego sensu marnotrawieniu czasu; nie byłem, wieczny wyobcowaniec, zdolny do uczestniczenia w zbiorowych emocjach – w zasadzie wszystko jedno czy autentycznych, czy też sztucznie wywoływanych.