Czarne sezony

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fasola i skrzypce

To było na samym początku tego okresu, w którym moi rodzice pracowali w szopie Toebbensa. Byłem już wówczas na tyle świadomym uczestnikiem i obserwatorem zdarzeń, że wiedziałem, z czym się kojarzy to gettowe słowo, nie pojawiające się w tym znaczeniu chyba nigdy przedtem ani nigdy potem; również nazwisko Toebbens nie było mi obce, choćby z tego względu, że nieustannie obijało się o uszy. Zahaczenie się w tym przedsiębiorstwie, w którym jedynym rodzajem pracy była praca niewolnicza, dawało nadzieję, że uniknie się wywózki, a więc pozwalało choćby myśleć o szansie przetrwania. Szop Toebbensa, do którego codziennie udawali się moi rodzice i o którym przy różnych okazjach mówili, pozostał dla mnie przestrzenią daleką i nieznaną, nigdy w nim nie byłem, nie wiedziałem, jak wyglądał i gdzie się mieścił, nie potrafiłbym osadzić go na planie kurczącego się i wyludniającego getta. Jedynym moim terenem pozostawało mieszkanie, a właściwie jeden pokój, ten, w którym od dłuższego czasu przebywaliśmy, mieszkanie w domu, który wprawdzie znajdował się tuż przy murach, ale po akcji, powodującej także przestrzenne zmniejszenie getta, pozostał w jego obrębie. To właśnie w zakamarkach tego mieszkania miałem się ukrywać w miarę, jak zbliżało się niebezpieczeństwo. Często zresztą przebywałem w nim sam, choć rodzice starali się, by chodzić do szopu na różne zmiany.

Kiedyś było ono ludne, znalazło w nim przystań wiele osób; zaczęło się to zmieniać w czasie, o którym teraz opowiadam, kiedy pierwsza faza wywózek zbliżała się do końca lub już została zakończona. Mówiłbym o ruchach ludności w tym mieszkaniu, były one zaiste duże, różne osoby nie wracały, bo z Umschlagplatzu wyruszały w ostatnią drogę, prosto na spotkanie z gazem, kilku udało się przedostać na aryjską stronę. Nieliczne z nich pamiętam. Pozostała w mojej świadomości pani Franka, która krótko przedtem straciła jedyne dziecko, chłopca w moim wieku albo młodszego; była przedwojenną znajomą mojej rodziny, ocalała, po wojnie pozostała przy okupacyjnym imieniu i nazwisku – i aż do końca swojego długiego życia funkcjonowała jako pani Natalia. Gdzieś na obrzeżach pamięci pojawia się anonimowa kobieta, która w tym mieszkaniu przebywała krótko. Utrwaliła się za sprawą jednej tylko opowieści, a może nawet – jednego zdania. Opowiadała o selekcji, w której przeprowadzaniu pomagał Niemcom pewien Żyd, jej znajomy jeszcze sprzed wojny. Westchnęła z głębokim przekonaniem: „cóż za porządny człowiek”, bo spowodował, że ją tym razem pozostawiono w spokoju; gdy Niemiec wskazał na nią, on mu zasugerował, by wybrał jakąś inną.

Zastanawiają mnie mechanizmy pamięci, które sprawiły, że taka właśnie wypowiedź w niej się przechowała i w jakimś sensie zakonserwowała na zawsze, a tyle innych zdań i wydarzeń wyparowało i w żaden sposób nie można ich odtworzyć. Nie potrafię zjawiska tego wytłumaczyć, nie zdawałem sobie przecież sprawy, jak straszne jest to, co ta kobieta powiedziała. Refleksja moralna niespełna ośmioletniego dziecka nie może wymowy tego rodzaju deklaracji ogarnąć i ocenić, nie może ono myśleć o tym, jak rzeczywistość, w której się żyje, wpływa na kształtowanie kryteriów w ocenach postaw i zachowań ludzi, jak zmusza do myślenia kategoriami, które wówczas, gdy rzeczy toczą się bardziej pomyślnie, z pewnością by się nie pojawiły. Faktem jednak pozostaje, że tę kwestię właśnie zapamiętałem, choć nie musiała mnie przecież zainteresować. Tym bardziej że owego żydowskiego kolaboranta nigdy nie widziałem i nie znałem jego nazwiska, nie wiedziałem też, kim była ta „jakaś inna”.

Opowiem tu nie o tej kobiecie, o której losach nic mi nie wiadomo, nie jestem świadom, czy udało się jej uratować przed Treblinką, chcę opowiedzieć o trzech siostrach, które zajęły – na jakże krótko – jeden z pokoi w mieszkaniu, w jakim i my mieszkaliśmy. Zapamiętałem nazwisko: Urstein. Ich zmarły na samym początku okupacji brat był znanym muzykiem. Poświęcono mu hasło w Małej Encyklopedii Muzycznej: „Urstein Ludwik, ur. 1874 w Warszawie, zm. 5 X 1939 tamże, polski pianista i pedagog. Studiował w konserwatorium w Warszawie. Był wybitnym akompaniatorem i kameralistą”.

Ów ceniony między innymi za sprawą licznych występów w Polskim Radio artysta miał szczęście, umarł w odpowiednim momencie, ominęło go getto i związane z nim męczarnie. Ale stały się one udziałem jego sióstr.

Pamiętam, jak wyglądały. Były ubrane na czarno; bardzo do siebie podobne, wydawały mi się stare, choć zapewne nie przekroczyły wieku średniego. Nie zamieniłem z nimi ani słowa, trzymały się na uboczu, nie nawiązywały kontaktów ze współlokatorami; kojarzy mi się z nimi cisza i milczenie. Rozmawiały chyba tylko między sobą, i to szeptem, może pragnęły w ten sposób zachować prywatność, a może tak zostały przywalone nieszczęściami i cierpieniem, że wolały znosić je w rodzinnej izolacji i nie były zdolne do podtrzymywania jakichkolwiek związków – również z tymi, którzy tak jak one zostali skazani na upokorzenia i męki, na utratę najbliższych i nieustanne wyczekiwanie śmierci.

Niczego konkretnego o tych kobietach powiedzieć nie potrafię, nie wiem, czy były pannami, czy wdowami, nie wiem, czy miały kiedykolwiek własne rodziny i utraciły je w miarę likwidowania getta, nie wiem, czy zawsze były tak blisko ze sobą, czy tę zażyłość wytworzył dopiero pobyt za murami. W każdym razie w mojej pamięci utrwaliły się one jako osoby pozostające zawsze razem, jako trzy czarne postacie, które razem z mieszkania wychodziły, by pójść do pracy w szopie Toebbensa, i razem wracały. I pewnego dnia solidarnie, a więc znowu razem, nie wróciły. Trudno było nie domyślić się, co się stało. Zostały wyselekcjonowane do wywózki, nie znalazł się żaden „porządny człowiek”, który by je przed nią uratował. Nie wiem oczywiście, jak to przebiegło. Może ci, co przeprowadzali selekcję, wybrali tego dnia wszystkie trzy i je skazali na śmierć w gazie, może wywołali tylko jedną, a dwie pozostałe zgłosiły się same, bo postanowiły nie tylko żyć, ale także umierać w rodzinnym gronie. W takich sytuacjach powiada się zwykle o zabieraniu tajemnicy do grobu, tutaj wszakże formula ta byłaby bezprzedmiotowa, mordowani Żydzi zabierali swoje sekrety do gazu.

Zabrały je również siostry Urstein, o których dzisiaj mało kto już pamięta, a może nie pamięta nikt – poza mną. Ale ja też przywołuję je w sposób specyficzny – tak jak się ewokuje postacie i wydarzenia z dzieciństwa, choćby najbardziej makabrycznego. Jest to pamiętanie ubogie, niewiele z niego można wyłuskać: żyły – i zginęły...

Pozostał po nich zamknięty na klucz pokój – i z nim wiąże się to, o czym chcę teraz opowiedzieć. Nie miały one już żadnej rodziny, która mogłaby przejąć i uporządkować to wszystko, co po nich pozostało. Pokój, do którego nie tak dawno się wprowadziły, stał się ziemią niczyją, a rzeczy, jakie jeszcze wczoraj do nich należały, każdy mógł, jeśli tylko tego pragnął, sobie przywłaszczyć. W getcie w czasie likwidacji większość praw przestała obowiązywać, utraciło też sens prawo własności, które jeszcze niedawno wielu osobom wydawało się święte. Niczyje mogło się stać i to, co wartościowe, i to, co bezwartościowe, niczyje stawały się pamiątki osobiste, które jeszcze wczoraj były dla kogoś tak drogie.

Był tego niewątpliwie świadom jakiś nieznany nikomu spośród tych, co w mieszkaniu wciąż trwali, młody człowiek, który zjawił się kilka dni po zniknięciu sióstr Urstein i oświadczył, że wie, iż pozostały po nich cenne skrzypce – i że pragnie je zabrać. Z początku go indagowano, jakie ma do nich prawo; nie były to z pewnością dociekania zbyt głębokie, skoro ów nieznajomy nie przedstawił dowodów, które by motywowały jego roszczenia. Ale jednak z nim rozmawiano; instrument mógł teraz należeć do niego jak do każdego innego. Pokój sióstr Urstein był zamknięty, klucze zabrały ze sobą w podróż ostatnią, trzeba więc było go otworzyć sposobem. Nie wyważono drzwi, dały się pokonać łatwo, niemal bez trudu. I rzeczywiście, skrzypce znajdowały się na eksponowanym miejscu. Człowiek, który po nie przyszedł, twierdził, że są stare, zabytkowe i cenne, nazywał je skrzypcami Ludwika Ursteina. Ale czy Ludwik Urstein rzeczywiście z nich korzystał? Był przecież pianistą, który skrzypkom akompaniował, ale nie – wirtuozem tego instrumentu. Może należały do którejś z sióstr i to ona na nich grała? Nie wiem oczywiście, czy tak rzeczy się miały, nie wiem, kim był mężczyzna, który je zabrał, nie wiem, co się z nimi stało. Może udało im się wydostać z getta, bo w tym czasie tutaj nie były przecież już nikomu potrzebne, w sezonie wywózek, kiedy miejscem centralnym przestrzeni za murami stał się Umschlagplatz, nikt już na niczym nie grał. Udało wydostać tak, jak ludziom uciekającym przed zagładą na aryjską stronę. Może ocalały i – jeśli rzeczywiście były dobre – służą dzisiaj jakiemuś artyście, który grając na nich Bacha i Beethovena, nie zdaje sobie sprawy, jak dramatyczną mają historię. Ale może uległy zniszczeniu, zginęły w tym najstraszniejszym sensie słowa „zginąć”, które wówczas było podstawowe, zginęły wraz z młodym człowiekiem, który uznał, że po zatracie właścicielek powinny należeć do niego. Niewykluczone, że był skrzypkiem i chciał sobie pograć na przyzwoitym instrumencie w ostatnich dniach życia.

Domysły mógłbym snuć jeszcze długo, wolę jednak relacjonować to, co pamiętam. W tych opowieściach o getcie nie zajmują mnie światy możliwe, interesuje mnie to, co w swej istocie jeszcze niedawno mogło wydawać się niemożliwe, i to z wielu powodów, było jednak rzeczywiste, stanowiło najstraszniejszą realność z tych, jakie choćby przed dwoma czy trzema laty były nawet nie do pomyślenia. Rzeczywisty był niewątpliwie pokój, który pozostał po siostrach Urstein, teraz już niczyj, otwarty, dostępny dla każdego, kto chciałby do niego wejść.

I wszedł do niego Ojciec – i ja wraz z nim. Nie potrafię ustalić, kiedy to się stało, czy zaraz po odejściu mężczyzny ze skrzypcami, czy trochę później. Dla mnie, zamkniętego na stale w mieszkaniu, już od dawna nie oglądającego świata i nie znającego żadnych zabaw, było to niewątpliwe urozmaicenie i atrakcja – zobaczyć coś, czego dotychczas nie widziałem, nie widziałem w obecnej postaci, bo zanim wprowadziły się do niego trzy siostry, w pokoju tym bywałem.

 

Mieszkały w nim zaledwie kilka dni, jeszcze nie zdołały się zadomowić i zagospodarować, wszystko było na wierzchu i w nieładzie, a może porządku wprowadzać nie chciały, świadome, że jest to przedśmiertna prowizorka, że wszelkie staranie o ład i wszelkie zapuszczanie korzeni, jeśli w ogóle byłoby możliwe, stanowiłoby oszukiwanie samego siebie – w czas przed śmiercią. Nieporządkowi sprzyjało i to, że w pokoju prawie nie było mebli. Z pewnością brakowało w nim szafy, a więc na wierzchu znajdowały się różne, najbardziej elementarne przedmioty, niezbędne do najskromniejszej nawet egzystencji, jakieś talerze, może też naczynia kuchenne, a zwłaszcza – części garderoby. I to wszystko, co po siostrach pozostało; ów nieporządek stał się śladem życia przerwanego nagle i przemocą, życia, które nie miało już przed sobą żadnych szans.

Może też zostały jakieś resztki jedzenia. A na pewno coś, co stanowiło skarb – torba z kilkoma kilogramami fasoli. To były zapasy, które niewątpliwie siostry chowały na czarną godzinę, na czas głodu spotęgowanego. Pamiętam, że fasola była w getcie pożywieniem szczególnie cenionym. Obecnie skarb ten, podobnie jak skrzypce, był niczyj, stał się dobrem bez właściciela. Ojciec wziął go, jedliśmy tę fasolę przez jakiś czas, oszczędnie wydzielając jej porcje, by starczyła na dłużej.

A wkrótce i nasz dobytek stał się niczyj. Opuściliśmy pokój, zostawiając wszystko; nie wiem, czy jeszcze ktoś zdążył z tych rzeczy skorzystać, raczej nie było wśród nich niczego do jedzenia. Opuściliśmy pokój, na szczęście nie pognani na Umschlagplatz i do krematoryjnych pieców – wydostaliśmy się na aryjską stronę.

Wyjście

Posługuję się tym słowem tylko dlatego, że nie mam na podorędziu innego, takiego, które wydawałoby się bardziej stosowne; „ucieczka” w moim odczuciu jest jeszcze mniej odpowiednia. Oczywiście, ma ono wspaniałe konotacje, przywołuje świat biblijny, nie użyłbym jednak wyrazu exodus, dlatego że odniesiony do tego rodzaju wydarzeń brzmiałby zarówno uwznioślająco, jak i pretensjonalnie. A gdy mowa o świecie potwornym, jednym z najstraszniejszych, jakie kiedykolwiek ludziom zgotowano, wszelkie słowa podniosłe i uroczyste są zbyteczne, wkrada się w nie fałsz. W historiach, które złożyły się na Zagładę, nie ma analogii nawet do najokrutniejszych epizodów z Biblii. Księga, także w tych fragmentach, w których nie ustrzegła się opowiadania o wydarzeniach porażających czy wręcz potwornych, ustanawiała zawsze pewne wartości, przyjmowała, że w świecie istnieje pewien porządek, mający swoje sensy. W Zagładzie niczego takiego nie było, skoro działał system zbrodni, a w tym, co sprzyjało ratowaniu ludzkiego życia, ogromną rolę odgrywały przypadki – ciemne i nieogarnione, nie dające się opanować, zrozumieć, uładzić.

Podjąłem te ogólne rozważania akurat tutaj, choć mogłyby się one znaleźć także w innych moich opowieściach, w jakiejś mierze z tej racji, że podsunęło mi je słowo „wyjście”. Nie wiem, z jakiego powodu ukształtował się uzus językowy, który kazał mówić o „wyjściu z getta”, choć nie można powiedzieć: „wyjście z obozu koncentracyjnego”, i to zarówno wtedy, gdyby chodziło o dramatyczną, zakładającą najwyższe ryzyko ucieczkę, jak i wówczas, gdyby miało się na myśli zwolnienie (które oczywiście w przypadku Żydów w ogóle było niewyobrażalne). A więc nasze – moich rodziców i moje – wyjście z getta dokonało się na samym początku stycznia 1943 roku, bodaj dzień po Nowym Roku. Opuściliśmy je jako ostatni z tej części rodziny, która za murami mieszkała razem i tworzyła spójną całość. Nie wspominam o dziadkach, którzy za sprawą czystego przypadku znaleźli się po aryjskiej stronie jeszcze przed rozpoczęciem wywózek, przypadku niezwykłego, który okazał się dla nich niespodziewanie łaskawy. Myślę o moich dwu ciotkach, które kolejno wychodziły ze swoimi dziećmi, a potem o ich mężach; zza murów obydwaj wydostali się trochę później – i wkrótce zginęli.

Ci z rodziny, tak ze strony Matki, jak i Ojca, którzy mieszkali w innych punktach getta, nie wyszli – i z życiem nie uszli; wyruszyli stamtąd w podróż ostatnią – prosto do Treblinki. Nie wiadomo, w jakie dni to się stało i w jakich dokładnie okolicznościach. Gdy usiłowano z nimi nawiązać kontakt, co niewątpliwie łatwe nie było, stwierdzono, że już ich zabrakło. Byli, istnieli, żyli – i ich nie ma. Nikt nie mógł żywić złudzeń, wiadomo było, co się stało, nie potrafię jednak powiedzieć, czy na wiadomości tego rodzaju reagowano, jak na wieści żałobne. Czy zresztą w społeczności systematycznie i planowo mordowanej możliwa jest żałoba w tej postaci, w jakiej ujawnia się w czasach choćby trochę bardziej normalnych? Gdy śmierć goni śmierć, gdy zagraża wszystkim i każdemu z osobna, trudno ją kontemplować; jeśli jej rozpamiętywanie jest w ogóle możliwe, to jedynie w wymiarze chwili, nie – w większych jednostkach czasu.

A więc z tej części rodziny, której udało się uniknąć unicestwienia, najdłużej w getcie byliśmy właśnie my. Nie wiem, co na tym zaważyło, może okoliczności nie sprzyjały, może trudno było coś postanowić, a decyzja była to niebagatelna, należało myśleć o ryzyku związanym z przedarciem się przez tę silnie strzeżoną granicę, przeprowadzoną przez środek miasta. I nie było tajemnicą, że zaraz po znalezieniu się po drugiej stronie łatwo było wpaść w ręce szmalcowników, co znaczyło podleganie szantażowi, a czasem równało się śmierci.

Wyjście zorganizował Ojciec – i zrobił to dobrze. Operacja przebiegła szybko i sprawnie, nie przedzieraliśmy się – w przeciwieństwie do jednej z ciotek – kanałami (gdyby uciekanie podziemnym szlakiem stało się moim udziałem, jemu zapewne przypisywałbym lęk zamknięcia, który w różnym nasileniu trapi mnie od wczesnej młodości). Nie wiem, jak Ojciec to zrobił, i nigdy już się nie dowiem, nie zadbałem o to, by go o szczegóły wypytać, nie mam zresztą pewności, czy je zachował w pamięci; jak wielu z tych, którym się powiodło i wojnę przeżyli, wspomnień unikał, chyba je w sobie tłumił, może był to jeden z warunków powrotu do zwykłej, banalnej codzienności, w której nawet poważne kłopoty są na ludzką miarę. A realizacja tego zamiaru, w którym stawkę stanowiło życie, owego wyjścia z jednej części miasta do drugiej, jaka ludziom zamkniętym za murami wydawała się domeną swobód i normalności, choć też była pod okupacją i działy się w niej rzeczy straszne, nie należała do zadań prostych. Chodziło o przedarcie się przez granicę, którą wyznaczał mur, ale też o przygotowanie czegoś po aryjskiej stronie, by nie znaleźć się w pustce, nie wpaść od razu w niepożądane ręce – i wylądować w sytuacji bez wyjścia, choć stanowiła ona następstwo wyjścia.

Wyszliśmy razem, wszyscy troje, w sposób ryzykowny, ale wówczas nie istniało nic, co by się z ryzykiem nie wiązało, stawką w ratowaniu życia było samo życie. W sposób ryzykowny, ale zarazem – muszę użyć tego jakże tu nieodpowiedniego słowa – luksusowy. Przejechaliśmy przez bramę, oddzielającą getto od aryjskiej strony, samochodem prowadzonym przez niemieckiego żołnierza. Kiedy wyjeżdżaliśmy, było jeszcze ciemno, rzeczy działy się szybko, żołnierza chyba w ogóle nie widziałem, nie przyjrzałem się też samochodowi, nie zapamiętałem go, wiem tylko, że nie był ciężarówką, ale nie był też osobowym autem w ścisłym tego słowa znaczeniu; kryty brezentem, stanowił być może jakiś typ wojskowego samochodu pozostający na ówczesnym niemieckim wyposażeniu. Mieliśmy siedzieć z tyłu, skuleni, ubrani tak, by jak najmniej rzucać się w oczy.

Ale nasze wyjście poprzedzone zostało przez pewne wydarzenie. Nie jestem świadom, jak Ojciec do wyjazdu doprowadził, pamiętam jednak, że sprawę załatwiał z niemłodym już człowiekiem o nazwisku Kryształ; w końcowym okresie getta pełnił on jakąś funkcję, był zapewne urzędnikiem kontaktującym się z Niemcami. Nic o nim nie wiem, nie potrafię powiedzieć, czy działał na rzecz ginącej społeczności, czy też był kolaborantem, przystępującym do współpracy być może w nadziei, że w ten sposób uratuje życie swoje i swoich bliskich. Jakkolwiek rzeczy się miały, to on właśnie pośredniczył przy naszym wyjściu, on je załatwił. Znał niemieckiego żołnierza (istniał taki jeden, a może kilku), który gotów był pod pewnymi warunkami i za opłatą przewozić Żydów poza granice getta. Wymagał, by nie mieli semickiego wyglądu. O ile się nie mylę, ocenę zlecił właśnie Kryształowi. Widocznie miał zaufanie do jego orientacji w tym przedmiocie, ufał stosowanym przez niego kryteriom, sądził najpewniej, że żydowskie oko lepiej oceni zły wygląd niż jego germańskie spojrzenie, niewykluczone zresztą, iż ze względu na bezpieczeństwo nie chciał się spotykać z tymi, którym oddać miał tak ważną posługę.

Z tą właśnie rolą Kryształa jako selekcjonera wiąże się to, co zdarzyło się po raz pierwszy od kilku miesięcy: wyszedłem z mieszkania, którego od dawna nie opuszczałem. Ojca już poznał, Matkę obejrzał w szopie Toebbensa, musiał jeszcze mnie zobaczyć, by stwierdzić, jaki mam wygląd, czy nie wcielił się we mnie stereotyp Żyda. Było już ciemno, kiedy się spotkaliśmy, nie pamiętam miejsca, w jakim się to stało. Sam Kryształ utrwalił się jednak w mojej pamięci, był niewielkiego wzrostu, całkiem siwy, z krótko przystrzyżoną bródką. Ojciec długo coś z nim omawiał, przysłuchiwałem się tej rozmowie z napięciem, bo zdawałem sobie sprawę, o jak ważną rzecz gra się toczy. Z pewnością ustalali szczegóły, a więc dzień i miejsce, w jakim mamy się stawić zaraz po zakończeniu godziny policyjnej, ale także dogadywali wysokość zapłaty. Najwyraźniej doszli do jakiegoś kompromisu, Kryształ zapewne trochę cenę zniżył – i być może właśnie w nagrodę za to Ojciec zaserwował mu komplement: „Jest pan prawdziwym kryształem”. Nie wykluczam, że zdanie to padło po tym, jak tamten stwierdził, że wygląd mój na tyle jest niesemicki, iż może wydać o nim pozytywną opinię, a więc tajemniczy i anonimowy żołnierz zgodzi się nas przewieźć. Myślę, że gdyby nie ta gra słów, która wryła mi się w pamięć, zapomniałbym, jak się ów człowiek nazywał. Jeśli nawet był kolaborantem, z pewnością większej roli nie odegrał, nazwiska jego nie spotkałem w żadnej znanej mi pracy o historii warszawskiego getta.

Gdy ustalano datę, brano także pod uwagę, jaka ekipa stoi tego dnia na warcie przy gettowej bramie; chodziło o to, by składała się z takich wartowników, którzy, nawet jeśli nie byliby skorzy pozwolić na wyjście, byli na tyle obojętni i mało dociekliwi, że zbytnio nie interesowali się tym, kto się w aucie znajduje. Siedzieliśmy na tylnym siedzeniu, skuleni tak, by najmniej było nas widać, Matka w chustce na głowie, a ja w grubej wełnianej czapce, zwanej pilotką, zakrywającej sporą część twarzy. Kupiono mi ją jeszcze przed wojną na Nalewkach, w sklepie ze strojami dziecięcymi, który nazywał się bodaj „U Franciszki”. Pilotka ta rosła jakby wraz ze mną i przez kilka wojennych lat oddawała mi dobre usługi.

Najdramatyczniejszy był przejazd przez bramę. Żołnierz przewożący tak wybuchowy ładunek, jak uciekająca z getta trzyosobowa rodzina, musiał się oczywiście zatrzymać i pokazać wartownikowi dokumenty. Nie trwało to długo, kontrola miała charakter rutynowy, szybko ruszyliśmy. Wysiedliśmy w umówionym miejscu, gdzieś w śródmieściu, chyba niezbyt daleko od murów. Wciąż jeszcze było ciemno. Nie wiem, jak to Ojciec zorganizował, w jaki sposób udało mu się skontaktować z kimś z drugiej strony, ale w ustalonym punkcie czekał na nas Długi wraz z nieznajomym mężczyzną, który okazał się – co było niezwykłe – granatowym policjantem. Tak oto znaleźliśmy się po aryjskiej stronie. Rozpoczął się nowy etap mojej historii.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?