Czarne sezony

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ciastko

Ogromnie mi trudno rozpocząć tę opowieść. Nie tylko z tej racji, że w jej trakcie odżywają straszności, do których nie chce się wracać, choć nie wracać nie można. Przede wszystkim dlatego, że czas getta – przynajmniej aż do momentu, w którym rozpoczęły się wywózki, a więc kiedy to, co jeszcze niedawno wydawało się najgorsze, zmieniło się w jeszcze gorsze, tak krańcowo złe, że aż nie ma słów, by o tym mówić – stanowi dla mnie jeden blok; nie potrafię wprowadzić w nim zróżnicowań, nie umiem nad nim zapanować. Zwłaszcza jednak nie jestem w stanie w większości przypadków oddzielić tego, co z getta zapamiętałem jako kilkuletnie dziecko, od tego, co później usłyszałem i przeczytałem. Zdaję więc sobie sprawę, że nie chcąc powtarzać tego, co już powiedziane, mogę bez obaw opowiadać jedynie o własnych doświadczeniach, o tym, co należy jedynie do mnie. Historia, którą tutaj przedstawiam, spełnia te warunki.

Zdarzyła się ona na początku naszego pobytu w warszawskim getcie, tuż po tym, jak nas przesiedlono z krótko istniejącego, chciałoby się powiedzieć – efemerycznego getta w Pruszkowie. Mieszkaliśmy najpierw w pobliżu drewnianego mostu, łączącego dwie strony Chłodnej, który określał pejzaż tej dzielnicy i utrwalił się w mojej pamięci tak dobrze, iż do dzisiaj mam go przed oczyma. W naszej rodzinie elementarne potrzeby były zaspokajane, w tym czasie głodu nie zaznałem. Wszystko zaś, co poza ową elementarność wykraczało, mogło być tylko przedmiotem dziecięcych marzeń i stanowiło oczywiście ogromną, pobudzającą wyobraźnię atrakcję. Tak też się działo wówczas, gdy mi obiecano w nagrodę ciastko. W nagrodę, bo byłem chory, zapadłem – jeśli się nie mylę – na przewlekłą grypę z jakimiś komplikacjami, a może dopadł mnie koklusz; byłem na ogół dzieckiem nie sprawiającym specjalnych kłopotów, ale pacjentem uciążliwym, wręcz fatalnym, nie dawałem się dotknąć, wierciłem się, marudziłem. Ciastko miało być premią za dobre zachowanie właśnie w tej roli. To wokół niego skupiały się moje marzenia, żyłem nimi i nie mogłem doczekać się czasu, w którym już będę zdrowy, pójdę z Matką do pobliskiego sklepu i dokonamy tego wspaniałego, tak długo oczekiwanego zakupu. Koło tego sklepu przechodziliśmy wielokrotnie, nigdy jednak nie byłem w jego wnętrzu, a wystawa, na której pokazywano zwykle dwa lub trzy ciastka, była dla mnie światem niezwykłym, niedostępnym i czarodziejskim.

Nadeszła wreszcie ta upragniona chwila. Wybrałem ciastko, to, które najbardziej mi się podobało i będzie – jak się domyślałem – najsmaczniejsze. Nie zjadłem go jednak na miejscu, Matka mi wytłumaczyła, że powinno się to stać w domu, w spokoju, bo to miała być cała uroczystość, swojego rodzaju obrzęd. Pamiętam, jak wyglądało, na wierzchu miało warstwę z czerwonej galaretki.

Sprzedawczyni elegancko je zapakowała i związała cienkim kolorowym sznurkiem. To właśnie za sznurek trzymałem tę upragnioną rzecz, którą mi obiecywano już chyba od tygodnia. Byłem szczęśliwy, nawet nie przewidywałem tego, co miało się stać niebawem. Kiedy zdołaliśmy ujść zaledwie kilka metrów, podleciał do mnie obdarty dzieciak (takie dzieci nazywano w getcie oc-rach-munes), z pewnością trochę ode mnie starszy, ale nieznacznie – i wyrwał mi z ręki tę tak cenną i tak wyczekiwaną paczuszkę. Odbiegł zaledwie na kilka kroków i już w biegu rzucił się do jedzenia, wszystko to działo się naprawdę w mgnieniu oka. Czy był tak strasznie głodny, że nie mógł wytrzymać i czekać ani momentu, czy też bał się, że zdobycz zostanie mu odebrana? Minęło półwiecze ze sporym okładem, ale do dzisiaj widzę tę scenę z taką wyrazistością, jakby zdarzyła się dopiero co, wczoraj, najwyżej przed tygodniem, widzę, jak ten obdarty dzieciak, szkielet żywy i wygłodniały, pożera ciastko, jakby chciał je pochłonąć razem z papierem.

Wydarzenie to było dla mnie wstrząsem, w jakimś sensie zawalił mi się świat. Liczyłem sobie niespełna siedem lat i wiedziałem już, że wraz z wszystkimi żyję w strasznej rzeczywistości, ale jeszcze, oczywiście, nie całkiem ją rozumiałem, a najgorszego – dzięki rodzicom, którzy chronili mnie, jak mogli – nie zaznałem; cierpienie w następstwie głodu nie było mi jeszcze wówczas znane. Zareagowałem spazmatycznym płaczem, którego w żaden sposób nie mogłem opanować, wciąż się nasilał, przechodził w wycie i w zgrzytanie zębów. Myślę, że już wtedy chodziło o coś więcej niż o to nieszczęsne ciastko, spostrzegłem, jak okropny jest świat, pojąłem, że nic już nie będzie się działo po mojej myśli, że jestem narażony na agresję i odbierane mi będzie to, co chciałbym, aby było moje i na czym mi zależy. Widziałem już wcześniej różne potworne rzeczy, widziałem leżące na ulicach getta trupy, przykryte dziwnym papierem, którego ziemisty kolor trudny jest do opisania, i robiły one na mnie wrażenie, ale ta historia z ciastkiem była pierwszą okrutną lekcją udzieloną mi tak bezpośrednio i tak osobiście.

A kiedy dzisiaj o niej myślę, nasuwa mi się pytanie: jak starano się mnie pocieszyć i wytłumaczyć to, co zaszło? Jestem pewien, że mój dziadek, który miał mentalność posiadacza i własność niezależnie od okoliczności zawsze była dla niego własnością, bezwarunkowo potępił napastnika. Ale co mi powiedzieli rodzice? Co od nich usłyszałem? Czy tłumaczyli mi: stało się coś złego, bardzo przykrego, ale musisz zrozumieć jedno – ten nieszczęsny obdarty chłopiec był głodny, a ty głodny nie byłeś, tobie chodziło tylko o przyjemność? Wyznaję, że byłbym – dzisiaj – rad, gdyby takie właśnie słowa wówczas do mnie skierowano, ale jak było naprawdę, nie wiem. I już nigdy się nie dowiem.

Emil

W owym czasie chodziłem na komplety do panny Julii i pani Bronisławy, sióstr, przedwojennych nauczycielek, które za niewielką opłatą uczyły grupę złożoną z kilkorga dzieci. Nie był to mój pierwszy komplet, bo przedtem rodzice posyłali mnie do miniaturowej szkółki prowadzonej przez panią Annę. Mieszkaliśmy najpierw na tych obrzeżach getta, które w pewnym momencie Niemcy z niego wyłączyli, musieliśmy się wyprowadzić, miejsce zamieszkania zmieniła także pani Anna i było już za daleko, bym u niej pobierał nauki, tym bardziej że ulice dzielnicy zamkniętej stawały się coraz bardziej niebezpieczne i nigdy nie było wiadomo, co się może wydarzyć. Pokój, w jakim mieszkały panna Julia i pani Bronisława, znajdował się niedaleko klitki, w której osiedliśmy, również na obrzeżach getta, tylko innych, tuż przy murze, którego nie można było badać od marzeń strony. Dzieliło nas kilka zaledwie domów, pamiętam jednak trasę, jaką musiałem przejść – często leżały na niej trupy ludzi zmarłych z głodu, przykryte płachtami szarego papieru, pamiętam też bliskość muru wyznaczającego tę przestrzeń, w której wszystko, co żywe, skazane zostało nieodwołalnym wyrokiem na śmierć. Pamiętam wiele... Ale z pewnością jeszcze więcej nie pamiętam.

A więc pamiętam pokój, w którym odbywały się nasze lekcje, podłużny, z dużym oknem; na czas naszego przyjścia zestawiano trzy niewielkie stoliki, by choć trochę upodobnić go do klasy szkolnej. W jednym z kątów zainstalowana była prowizoryczna kuchenka, a w drugim siedział zwykle pan Mieczysław, mąż pani Bronisławy, przed wojną dziennikarz pracujący w którymś z żydowskich pism wydawanych po polsku, a zatem człowiek, który w getcie nie mógł działać w swoim zawodzie, żadnej pracy nie znalazł – i miał dużo czasu. W trakcie naszych lekcji zazwyczaj coś czytał, czasem ze znudzeniem przysłuchiwał się naukom, jakich nam udzielały jego żona i szwagierka. Nie pamiętam, jak wyglądał, mam jednak wciąż przed oczyma drobną i kruchą panią Bronisławę i pannę Julię, która zasługuje na osobny opis. Była wysoka i przeraźliwie chuda, tą patologiczną chudością, jaką powodują choroby i niedożywienie, tak charakterystyczną dla ludzi w getcie. Latem chodziła w ciemnej sukni z krótkimi rękawami, widoczne więc były jej ręce, pożółkłe i zabiedzone, z samej skóry i kości. Jej podłużna twarz z zapadniętymi policzkami wydawać się mogła straszna, rysy nabrały ostrości, jakiej w lepszych czasach niewątpliwie nie miały. Była sympatyczną osobą, ten i ów mógł wszakże pomyśleć, że przypomina czarownicę lub stała się uosobieniem śmierci. Kiedy wspominam te kobiety, myślę jeszcze o czymś innym; niewykluczone, że jestem jedynym, który o nich pamięta, jedynym świadomym, że kiedyś żyły, pracowały, zajmowały się nauczaniem – i zginęły wraz ze światem, którego były częścią.

I zapewne jestem jedynym, który ma w pamięci kolegów, uczniów panny Julii i pani Bronisławy. Nie znam ich nazwisk, pamiętam imiona, i to niektórych jedynie. Mam przed oczyma Suzi, wyrośniętą i trochę starszą, dziwnie mówiącą po polsku, bo urodziła się w Hamburgu, pochodziła z rodziny, którą Niemcy tuż przed wojną odstawili na polską granicę; mam przed oczyma jasną i uśmiechniętą Melę, która kiedyś z przejęciem opowiadała o niezwykłym i radosnym wydarzeniu dnia poprzedniego, kiedy jadła na obiad rosół z makaronem; mam przed oczyma czarną dziewczynkę, już anonimową, bo nie jestem w stanie przywołać jej imienia, która zbierała znaczki; mam wreszcie przed oczyma Tadzia, choć nie jestem pewien, czy takie właśnie nosił imię, zawsze ruchliwego i niesfornego, który lubił chwalić się swoim ojcem, jak twierdził – znakomitym adwokatem, a mnie nazwał żyrafą, bo wydawało mu się, że mam śmiesznie długą szyję. I nikogo już z naszego kompletu przed oczyma nie mam, choć było nas więcej, w mojej pamięci z tego świata zamordowanego pozostały jedynie fragmenty, okrawki, resztki.

Pozostał jednak chłopiec, z którym nigdy nie zetknąłem się bezpośrednio, choć kilkakrotnie go widziałem. Nazywał się Emil i był żywą legendą naszego kompletu. Kiedy ja stałem się jego uczestnikiem, już go wśród nas nie było, wspominały go jednak obie panie z sentymentem, czułością i podziwem, wspominali z sympatią koledzy. Był zapewne miłym chłopcem (nie miał więcej niż dziewięć lat), podobno genialnym. O Emilu mówiło się jako o kimś nadzwyczajnym, przerastającym nas wszystkich, niebywale zdolnym. Ten i ów opowiadał, że spotkał Emila na którejś z gettowych ulic idącego z matką, inny mówił, że coś słyszał o jego losie. Nieobecny, był jednak wśród nas obecny. W getcie był z matką, ale o jego ojcu też mówiło się z podziwem i zaciekawieniem, był on, jako oficer Wojska Polskiego, jeńcem, przebywał w obozie gdzieś daleko – i oczywiście nie mógł opiekować się żoną i synem. Kiedyś w przerwie między lekcjami (komplety panny Julii i pani Bronisławy upodobniały się do szkoły) ktoś wyjrzał oknem i z pierwszego piętra zobaczył Emila. Powstało poruszenie: Emil idzie, Emil idzie. Wołano: Emil, przyjdź do nas! Emil jednak nie przychodził, szedł dalej ze swoją matką po zatłoczonej ulicy getta, znajdującej się w pobliżu muru. Zrezygnowała ona z posyłania go na komplety, gdy popadła w skrajniejszą nędzę niż poprzednio i nie mogła wysupłać tej niewielkiej sumy, by je opłacić. Wiedzieliśmy, że panna Julia i pani Bronisława chciały z wszelkich opłat zrezygnować, pragnęły uczyć Emila, który był ozdobą zespołu i ulubieńcem wszystkich, za darmo. Wiadomo było, że prosiły jego matkę, by wyraziła zgodę, prosiły wielokrotnie, wręcz naciskały, ona jednak konsekwentnie nie chciała tego uczynić. Może odmawiała dlatego, że na nic innego nie pozwalała jej ambicja, może obawiała się, że jej syn, jedyny zwolniony od opłat, znajdzie się w sytuacji upokarzającej, a koledzy będą mu wypominać tak uprzywilejowane położenie. Niewykluczone zresztą, że chodziło w jakiejś mierze o coś innego: matka uznała, że Emil jest tak zdolny, iż niepotrzebne mu są komplety, bo już i tak umie dużo, a po wojnie, gdy będzie trzeba, szybko nadrobi braki. I w ten sposób stał się on naszym wzorem i naszym mitem – być może dlatego, że go na lekcjach nie było. O tym, jak dużo o nim mówiono, świadczy to choćby, że tak dobrze pamiętam jego historię, mimo iż minęło już od tych wydarzeń więcej niż półwiecze.

 

Nie wiem, co się z nim stało, nie wiem więc, czy miał szansę uzupełnienia luk w swojej edukacji po wojnie, domyślam się, że nie było mu to dane, że zginął jak większość. Letnia przerwa w działaniu kompletu rozpoczęła się, jak w normalnych szkołach, w ostatnich dniach czerwca i już nigdy się nie skończyła. Nadszedł 22 lipca 1942 roku, zaczęła się ostatnia faza ostatecznego rozwiązania; gdy rozpoczęto wywózki z Umschlagplatzu, o kontynuowaniu czegokolwiek nie mogło nawet być mowy. Wiem z całą pewnością, że panna Julia i pani Bronisława z panem Mieczysławem wojny nie przeżyli, zginęli w Treblince. Nie wiem zaś, jak potoczyły się losy moich rówieśników. Nie wiem nic nie tylko o Emilu, z którym nigdy się nie zetknąłem, nie wiem nic o Suzi, mówiącej po polsku z niemieckim akcentem, nie wiem nic o uśmiechniętej Meli, nie wiem nic o drobnej brunetce o smutnych czarnych oczach, która zbierała znaczki (ja też zbierałem i dlatego szczegół ten utkwił w mojej pamięci), nie wiem nic o niesfornym Tadziu. I tym bardziej nie jestem świadom, co się stało z tymi, których nie zapamiętałem. Nie znam ich losów, a jednak nie mogę nie myśleć, że zginęli wszyscy i że to, co napisałem, jest zbiorowym epitafium. Nie wykluczam, że żyję ja tylko i jestem jedynym z tego kompletu, którego najstarszy uczestnik miał mniej niż dziesięć lat, pamiętającym o jego istnieniu i mogącym powiedzieć coś na jego temat. Trudno myśleć o sobie jako o jedynym świadku i jeszcze trudniej żyć ze świadomością, że nim się jest. Nie mogę przecież nie pytać, dlaczego wśród żywych jestem właśnie ja, a nie wspaniały i niezwykły Emil, mówiąca dziwną polszczyzną Suzi czy niesforny Tadzio. Dlaczego, dlaczego?... Odpowiedzi na tego rodzaju pytania nie ma, można się tylko zastanawiać, czy na przykład Emil nie wykorzystałby lepiej, mądrzej, bardziej twórczo takiego niezwykłego daru, jakim jest życie. Życie człowieka, który skazany został na zagładę już w dzieciństwie.

Samobójstwo dziadka

Zetknąłem się z nim zaledwie kilka razy w życiu i niezbyt dobrze utrwalił się w mojej pamięci – w przeciwieństwie do dziadka ze strony matki, którego znałem od najwcześniejszego dzieciństwa i znałem długo, bo przeżył wojnę, zmarł w roku 1952, kiedy byłem już studentem. O tym mniej znanym dziadku postanowiłem jednak napisać kilka słów, bo podziwiam go za decyzję podjętą w sytuacji ekstremalnej.

Całe życie mieszkał w Słupcy, ale kiedyś zjawił się u nas w Pruszkowie. Był już wtedy niemłodym człowiekiem, pamiętam go jako wysokiego, szczupłego mężczyznę, lekko – choć wyraźnie – przygarbionego. Miałem wtedy trzy, najwyżej cztery lata i byłem zdecydowanie niechętny starszemu panu, który chciał mnie wziąć na kolana. Nie wiem dlaczego, budził we mnie strach. Dopiero po jakimś czasie z nim się oswoiłem. Ale na krótko, po chwili bowiem wywołał we mnie przerażenie. Przestraszyłem się, gdy niespodziewanie włożył małą okrągłą czapeczkę, jaką noszą ortodoksyjni Żydzi. Nie był ortodoksyjny, ale żył w żydowskiej tradycji, zgodnie z jej regułami, a niewykluczone, że był to szabat; to prawda, w domu moich rodziców reguł religijnych się nie przestrzegało, nie było jednak powodu, by nie pozostał im wierny starszy człowiek, nawet gdy nie odznaczał się szczególną pobożnością. Naprawdę nie wiem, dlaczego od momentu, w którym włożył myckę, wydał mi się groźny, dziwny, obcy. I zupełnie inny, niż był przed chwilą. Reakcje małych dzieci są dziwaczne i trudne do przewidzenia, nie ma więc powodów, bym się rozwodził nad swoim zachowaniem. Zaznaczę tylko, że to nagłe przerażenie musiało być silne, skoro stało się jednym z moich najwyrazistszych wspomnień z wczesnego dzieciństwa.

Niestety, nie pamiętam dziadka z czasów getta, choć musiałem go przynajmniej niekiedy widywać. Nawet nie wiem, na jakiej zasadzie znalazł się za murami w Warszawie, z którą przedtem nic go nie łączyło, nie wiem, czy przewieziono tam wszystkich Żydów ze Słupcy, czy też poczynił jakieś starania, by połączyć się z rodziną (co najmniej od ćwierćwiecza był wdowcem). Mieszkał u swojej najstarszej córki, która znana była w rodzinie pod spolonizowanym imieniem Zosia, na drugim krańcu getta, a więc w warunkach przestrzeni zamkniętej i maksymalnie zagęszczonej – daleko. Utkwiło mi w pamięci, jak ją kiedyś z Ojcem odwiedziliśmy. Wciąż mam przed oczyma jej męża, wówczas już ciężko chorego, leżącego z opuchłymi nogami i bardzo cierpiącego (zdaje się, że nie zdążył umrzeć przed wywiezieniem do Treblinki). Nie pamiętam jednak mojego dziadka, choć musiał tam być.

Wszystko, co dotychczas napisałem, to tylko przygotowanie do refleksji nad jego czynem ostatnim, czynem, do którego często w myśli powracam. Do refleksji, nie – do opowieści, bo zbyt mało wiem o realiach, jakie mu towarzyszyły, by móc o nim opowiadać. Na przełomie lipca i sierpnia 1942 roku (dokładnej daty nie znam), już po tym, jak Niemcy rozpoczęli wywózki do Treblinki, mój dziadek popełnił samobójstwo. Rzucił się z drugiego czy z trzeciego piętra, rzucił skutecznie, bo natychmiast zmarł. Pamiętam, jak wiadomość o tym dotarła na ten odległy kraniec getta, w którym mieszkaliśmy, i jak Ojciec zajął się pochówkiem. Świadomie nie piszę o pogrzebie, bo w czasie, kiedy z Umschlagplatzu wywożono do Treblinki, w getcie pogrzebów w normalnym sensie już nie organizowano. Zwłoki rzucano do zbiorowego grobu na cmentarzu żydowskim, tam też znalazło się ciało mojego dziadka. Nie wiem, czy ktoś poza Ojcem odprowadził go do wykopu, w jaki rzucano tych szczęśliwców, którym udało się umrzeć tutaj, na miejscu – i uchronić się przed komorą gazową.

Dałbym wiele, by dowiedzieć się, jakie były procesy myślowe i emocjonalne, które doprowadziły mojego dziadka do tej decyzji. W momencie, gdy ją podejmował, był już starym człowiekiem. Nie znam dokładnej daty jego urodzin, wiem jednak, że przyszedł na świat na początku lat siedemdziesiątych XIX wieku, zatem w czasach, w jakich najbardziej pesymistyczny wizjoner nie mógłby sobie wyobrazić świata, w którym morduje się masowo w komorach gazowych. Kiedyś o tym myślałem: Holocaust dotknął także ludzi urodzonych w XIX wieku, czy – krócej – ludzi XIX wieku, tych, którzy z tamtej epoki wynieśli swoje obyczaje, sposoby postrzegania świata, przyzwyczajenia i przesądy. Trzy dziesięciolecia w życiu mojego dziadka przypadły na tamto stulecie, nie wiem jednak, czy można go nazwać człowiekiem XIX wieku, zapewne nie, bo takie określenie byłoby – być może – fałszywe; mój dziadek z pewnością nie stykał się z wielkimi ideami minionego wieku, nie wczytywał się w jego wspaniałą literaturę, był skromnym prowincjonalnym kupcem, który żył swoimi sprawami, wychowywał dzieci, zabiegał, by jego niezbyt duże przedsiębiorstwo zapewniało materialny byt rodzinie. I zapewne niewiele ze świata widział poza Słupcą i jej najbliższymi okolicami, a największym wyłomem w codziennej rutynie były od czasu do czasu podróże do Poznania. Mój dziadek był prostym człowiekiem, żydowskim drobnomieszczaninem, mającym tylko wykształcenie elementarne – i kiedy właśnie myślę o jego skromności i niewyróżnianiu się, ten jego gest finalny nabiera w moich oczach znaczenia szczególnego.

A więc dałbym wiele, by wiedzieć, jak doszedł do tej decyzji ostatecznej. Czy zdał sobie sprawę, że nie ma już żadnych perspektyw? On, Lajzer Głowiński, człowiek zrównoważony, układny, w jakiś sposób religijny, który przekroczył siedemdziesiątkę, jest stary i schorowany, a więc nie może liczyć na to, że dożyje końca wojny i wróci do normalnego życia – w Słupcy czy gdziekolwiek indziej. Ta decyzja mogła mieć wymiar wyłącznie osobisty, sądzę jednak, że ujawniała odniesienia szersze, chociażby za sprawą momentu, w jakim została zrealizowana. W czasach Zagłady nie ma samobójstw prywatnych, bo każda śmierć, zwłaszcza taka, zostaje w pewien sposób upubliczniona. Nie mogę twierdzić, że mój dziadek zdawał sobie jasno sprawę z tego, co naprawdę znaczą wywózki do Treblinki, że był świadom, iż nie chodzi tu o żadne osiedlenia na Wschodzie czy o obozy pracy, ale nie mogę też wykluczyć, że nie żywił żadnych złudzeń – i że przed sobą widział jedynie śmierć w pogardzie i w umęczeniu. Chciał jej uniknąć i dlatego wybrał to, co jeszcze w warunkach ekstremalnych mógł wybierać – i sam sobie śmierć zadał. Uznał, że w czasie ostatecznego rozwiązania dla niego rozwiązanie najlepsze stanowi samobójstwo. I słuszność była po jego stronie, nie miał przecież szans na przeżycie, wszelki ratunek był przed nim zamknięty, jedyne, co mógł uzyskać, to parę dni zwłoki, a więc za sprawą najwyższych wysiłków przesunięcie ostatniej drogi na Umschlagplatz, powiedzmy, z poniedziałku na piątek. O taką zwłokę nie warto było zabiegać, tym bardziej że nie wiązały się z nią jakiekolwiek nadzieje na choćby trochę tylko dalszą przyszłość. W czasie tym koniec znaczył naprawdę koniec. W tej materii trudno było o wątpliwości. Przyspieszenie własnego końca było aktem wolności, wówczas niemal jedynym możliwym. I mój dziadek w konającym getcie takiego wyboru dokonał.

Myślę o tym fakcie z najwyższym podziwem, tym bardziej, iż jestem świadom, że samobójstwo dokonane w takich okolicznościach ma szczególne znaczenie symboliczne. Żywię przekonanie, że w targnięciu się na własne życie, targnięciu, na jakie zdecydował się ten stary człowiek, jest coś imponującego. Jest to jeden z tych czynów, które przez sam fakt, że wynikają z wolnej woli i są następstwem swobodnej decyzji, kwestionują to, co można nazwać logiką Holocaustu (lub jego porządkiem).

Ten, kto w takiej sytuacji skazany został na śmierć, przez sam akt samobójczy przeczy wyrokowi i demonstruje, że jest od niego moralnie niezależny. I dzieje się tak również wówczas, gdy akt ów jest prostym następstwem rozpaczy. Nie wiem, czy w warszawskim getcie samobójstwa zdarzały się często, sądzę, że żadnych statystyk nie prowadzono. Samobójstwa zresztą znaczyć mogły co innego na jego wczesnym etapie, a co innego w jego fazie finalnej, kiedy z Umschlagplatzu wyruszały pociągi do Treblinki.

Krótko, o samobójstwie mojego dziadka, dokonanym w czasie naznaczonym Zagładą, myślę jako o czynie heroicznym, czynie o najwyższej wymowie moralnej, egzystencjalnej czy też po prostu ludzkiej. Człowiek ten zrozumiał, że w sytuacji, w jakiej znalazł się wraz z milionami skazańców, jedyną dostępną formą decydowania o własnym losie, a więc wolności, jest śmierć zadana sobie samemu, śmierć z wyboru. Gdybym pisał historię swojej rodziny czy też chciał tworzyć jej legendę, poświęciłbym sporo miejsca mojemu dziadkowi, który nie dał się zamordować, bo wolał zabić się sam. Poświęciłbym, choć znałem go słabo i ledwo pamiętam. To prawda, wspomnienie sprzed wojny, z najwcześniejszego dzieciństwa, jakże sielankowego, w niczym się z aktem finalnym nie łączy i w żaden sposób do niego nie przylega. Mechanizmy pamięci nie poddają się jednak bezwzględnej logice i nie podporządkowują hierarchii ważności. Wtedy, pod koniec lat trzydziestych, nie tylko ja, który miałem nie więcej niż cztery lata, ale nikt nie mógł przypuszczać, że ten skromny prowincjonalny kupiec będzie zdolny do takiego czynu. Ale też w tamtych latach, mimo że już groza pukała do drzwi, nikt nie mógł przypuszczać, że ktoś uruchomi komory gazowe, by w nich mordować metodą przemysłową.

 

W związku z Zagładą słyszy się często o „godnej śmierci”, słyszy się niekiedy opinie niemądre i lekkomyślne. Każdy, kto umarł ze zbrodniczych wyroków, umarł godnie – i trzeba to powiedzieć, nawet gdy się przyzna rację Brutusowi, który tuż przed targnięciem się na swe życie powiada w Szekspirowskim Juliuszu Cezarze: „A w przepaść jest godniej / Skoczyć samemu, niż czekać, aż zepchną”. Były tylko różne style umierania. Style ofiar, które dały się zawieść do komór gazowych bez protestów, i style tych, którzy woleli umierać czynnie. Jedni – jak gettowi powstańcy – stawiali opór, inni popełniali samobójstwo. Człowiek tak stary jak mój dziadek mógł wybrać tylko samobójstwo.