Czarne sezonyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

MICHAŁ GŁOWIŃSKI

CZARNE SEZONY

Wydawnictwo Literackie


Kraków 2014

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Od Autora

Ułamki z getta

Ciastko

Emil

Samobójstwo dziadka

Fasola i skrzypce

Wyjście

Długi

Czarna godzina

Szczere wieczorne rozmowy

Willa na Odolańskiej

Dom pod orłami

Kwadrans spędzony w cukierni

Rudy Jasio

Śmierć siostry Longiny

W niedzielne przedpołudnie

Wesz na berecie, ornat, buty

Misjudeja

To ja zabiłem Pana Jezusa

Książki, których nie czytałem za młodu

„I Niemcy są ludzie”

Redaktor prowadzący: BARBARA GÓRSKA

Redaktor: MAREK DRABIKOWSKI

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

Wybór fotografii: MARCIN STASIAK

Projekt okładki i stron tytułowych: ROBERT OLEŚ

Skład i łamanie: Studio Verbis

© Copyright by Michał Głowiński

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002

Wydanie trzecie

Poprzednie wydania ukazały się w Warszawie w 1998 i 1999 roku w wydawnictwie OPEN

ISBN 978-83-08-05647-9

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Pamięci Rodziców,

Felicji z Rozenowiczów i Henryka Głowińskich

Kiedy przystępowałem do pisania tych relacji, nie sądziłem, że złożą się one na książkę. Każda z nich jest zapisem doświadczenia, wynikła z błysków pamięci, która nie obejmuje całości wydarzeń, nie ogarnia wszystkiego, co złożyło się na moje życie w tamtych latach i na historię ocalenia. Opowieści te mają różny charakter, nie zależało mi na tym, by je ujednolicić. Nie byłem w stanie sporządzić ciągłego sprawozdania, luki pamięci okazały się zbyt wielkie; zapełnianie ich domysłami, zmyśleniami, a nawet wiadomościami czerpanymi ze źródeł, dostępnych w takiej czy innej postaci, uważałbym za wysoce niestosowne i mijające się z celem. Błyski pamięci mają swoje prawa, zwalniają z troski o konsekwencję, uzasadniają fragmentaryczność, wręcz z góry ją zakładają. I motywują różnorodność. Piszę o tym, co zapamiętałem, a gdy czegoś nie jestem pewien, otwarcie o tym wspominam. Czytelnik nie powinien się dziwić, gdy spotka tu i ówdzie formułę „nie wiem”. Te opowieści mówią o tym jedynie, co doświadczone i zapamiętane. Ograniczając się do tego, co zaznane na własnej skórze, opowiadając wyłącznie o swoim losie i czasem o tych, którzy na los ów oddziałali, chcę żywić przekonanie, że nie powtarzam tego, co już zostało powiedziane, jest znane czy wręcz ogólnie dostępne, choć jednocześnie mam nadzieję, że nie odbieram tym relacjom pewnych sensów o charakterze ogólniejszym.

Ułamki z getta

Słowo

Pamiętam, kiedy je usłyszałem po raz pierwszy. Na samym początku wojny, tuż po klęsce. Dochodziło do moich uszu, jak deliberowano: zamkną nas w getcie czy nie zamkną? Nie wiedziałem, co słowo to znaczy, zdawałem sobie jednak sprawę, że łączy się z przeprowadzką; orientowałem się, że dorośli mówią o tym z trwogą, ale mnie się wydawało, że będzie to ciekawa przygoda. I w końcu sobie wyobraziłem, że owo tajemnicze i niezrozumiałe getto to ogromny wielopiętrowy powóz, jeżdżący po ulicach miasta, ciągnięty przez kilkanaście koni. To w takim właśnie powozie nas umieszczą, zamieszkamy w nim – i okaże się to całkiem ciekawe i zabawne. Wyobrażałem sobie, że znajdzie się w nim wiele różnych schodów, tak że swobodnie będzie można przebiegać z piętra na piętro, a również okien nie zabraknie, nic zatem nie stanie na przeszkodzie, by się przyglądać nieznanemu światu. Ów fantazyjny powóz wyobrażałem sobie na wzór karawanu, czarnego powozu śmierci, jaki widywało się w naszym mieście. Szybko jednak dane mi było rozstać się z tymi dziecięcymi fantasmagoriami – rzeczywiście przeprowadziliśmy się, ale nie stało się to fascynującą przygodą. A precyzyjnego znaczenia słowa nauczyć mnie miały w najbliższej przyszłości bezpośrednie doświadczenia. Już wkrótce nie żywiłem żadnych wątpliwości co do jego sensów, choć jeszcze niedawno brzmiało tak tajemniczo, egzotycznie, intrygująco.

Kolor

Wciąż tej przestrzeni okolonej murami nie rozumiem, nie jestem w stanie jej ogarnąć i nad nią zapanować, nie potrafię odnaleźć zasad, które ją organizowały, stanowi ona dla mnie nadal chaos, jakiego nie sposób pojąć. I tak się dzieje nie tylko wówczas, gdy ją wspominam, gdy usiłuję ją sobie przypomnieć taką, jaką postrzegałem w czasie, gdy byłem w niej zamknięty. Tak się dzieje także wtedy, gdy patrzę na plan żydowskiej dzielnicy, która jakże szybko miała się okazać terenem zbiorowej śmierci. Pozostała ona dla mnie plątaniną ulic połączonych w sposób, którego dociec nie mogę, nie umiem uplasować w ich obrębie tych miejsc, w których mieszkaliśmy, nie potrafię wskazać, co w moim ówczesnym odczuciu było daleko, a co blisko, choć obecnie wiem, że te przestrzenne wyobrażenia nie miały wymiaru obiektywnego, bo za murami – jak we wszelkim więzieniu, we wszelkim obozie czy – ogólnie – we wszelkim miejscu, które da się określić jako kolonia karna – relacje w tej dziedzinie kształtują się w sposób specyficzny. Ta plątanina ulic nie pozostała w moim wspomnieniu ani na moment pusta. Nie przebywałem w niej, rzecz jasna, w czasie, w którym obowiązywała godzina policyjna i kiedy z natury rzeczy wszystko było wyludnione, widziałem te drogi za dnia – i byłem jednym z tłumu, tłumu gęstego, przez który trudno było się przecisnąć.

Getto pozostaje w mojej pamięci przestrzenią bezkształtną, pozbawioną idei porządkującej, przestrzenią, której odebrano – obwodząc murami – sens, tak jak odebrano sens życia ludziom, których w nią wtłoczono. Zapamiętałem jednak jej kolor, swoisty i niepowtarzalny, taki, jakim się odznacza być może każde zbiorowe nieszczęście. Kolor szaro-brunatno-czarny, jedyny w swoim rodzaju, wyzbyty jakiejkolwiek żywszej barwy, jakiegokolwiek urozmaicającego akcentu. Pozostała mi przed oczyma monochromatyczność getta, najlepiej chyba określa ją słowo „wyszarzałość”. Bo wszystko było właśnie wyszarzałe – niezależnie od tego, jaką miało pierwotnie barwę, a także bez względu na pogodę. Tej wyszarzałości nie mogły ożywić czy choćby lekko ubarwić nawet najbardziej intensywne promienie słoneczne. Ale czy w ogóle nad gettem świeciło kiedykolwiek słońce? Czy może się ono pojawić tam, gdzie nie ma ani centymetra zieleni?

Kolor getta jest w moim wspomnieniu kolorem papieru, jakim przykrywano leżące na ulicy trupy, zanim je uprzątnięto. A należały one do stałego krajobrazu, ulica była miejscem nie tylko śmierci nagłych i niespodziewanych, była miejscem powolnego konania – z głodu, z chorób, z wszelkich innych możliwych powodów. Sezon wielkiego umierania trwał w getcie nieprzerwanie. Przykryte płachtą papieru zwłoki robiły na mnie zawsze ogromne wrażenie. To właśnie ten papier stał się dla mnie jednym z ucieleśnień śmierci, jednym z jej symboli. Nie potrafię opisać koloru, jakim się odznaczał, nigdy już potem takiego papieru nie widziałem, myślę jednak, że określenie „wyszarzały” będzie najbliższe rzeczy, najbardziej odpowiednie. To właśnie ta barwa bez barwy – ani biała, ani popielata, ani nawet szara – określa kolorystykę getta, nadaje jej ton.

I ta wyszarzałość trwale zapisała się w moim umyśle. Wielce się zdziwiłem, gdy nagle ją ujrzałem od nowa – urealnioną i zmaterializowaną. Ujrzałem w kinie, w czarno-białym filmie Andrzeja Wajdy o Januszu Korczaku. Ale to nie jest zwykła czarno-białość – i to nie tylko dlatego, że reżyser posłużył się nią w czasie, w którym kino zdominowała barwa. Nie jest zwykła, bo stała się przekaźnikiem koloru getta, tej szarości bez granic i bez właściwości. Oglądając film, wręcz nie wierzyłem oczom, że widzę ów wyszarzały kolor, będący w istocie zaprzeczeniem koloru, w takiej właśnie postaci, w jakiej utrwalił się w mojej pamięci i osadził w niej na dziesięciolecia. I choćby tylko uchwycenie bezbarwnej barwy getta sprawia, że jestem Andrzejowi Wajdzie wdzięczny za ten film niezwykły i ważny, pod którego adresem jacyś fanatycy kierowali trudne do pojęcia pretensje.

 

Sceny uliczne

Zastanawiam się, co pozostało w mojej pamięci z gettowych ulic – poza obrazem uogólnionym, w którym zrównały się one z labiryntową siecią, po jakiej błądził nie samotny wędrowiec, ale upokorzony, systematycznie pozbawiany wszelkich dóbr tłum, jeszcze nie całkiem świadomy, że zostanie mu odebrane dobro największe – życie. Pozostało niewiele, jakieś ułamki, szczegóły, które dla wiedzy ogólnej mają znaczenie znikome, dla mnie wszakże są ważne jako głęboko w moją świadomość wryty ślad tamtych miejsc i tamtych czasów.

Nie wiem, dlaczego ta właśnie scena zapadła w moją pamięć tak silnie, choć nie wyróżniała się niczym, co mogłoby zafascynować kilkuletnie dziecko. Szedłem z kimś z rodziny, tym razem nie była to Matka, jedną z zatłoczonych ulic – i nagle zobaczyłem na jezdni rikszę albo dorożkę (ale czy w getcie były dorożki? – to był świat wyzbyty natury, nie pamiętam, bym kiedykolwiek widział tam konia), a w niej odświętnie ubraną młodą parę, najwyraźniej jadącą od ślubu. Nowożeńcy robili wrażenie szczęśliwych, pan młody trzymał swą towarzyszkę za rękę. Zapamiętałem tę migawkę bez większego znaczenia z dwóch zapewne powodów. Najpierw z tej racji, że była trochę z innego świata, wykraczała poza to, co stanowiło realność, w jakiej żyłem. Niewykluczone, że ujrzałem ją w taki sposób, jakby tworzyła scenę wyjętą z baśni. Ale był też powód inny. Ta para nie jechała wprawdzie od ślubu w złocistej karocy, ale przyciągała uwagę przechodniów, którzy nie ukrywali niechęci; podróż poślubna, choćby tylko z jednej gettowej ulicy na drugą, nie przystawała, jak widać, do realiów, wydawała się czymś niestosownym. Pamiętam, że jakiś chłopak wykrzyknął słowa skierowane do pana młodego: „Te, trzymaj ją, bo ci ucieknie!”. Być może na tę scenę nakłada mi się inna, z innego dnia i z innego miejsca, nie mogę tego wykluczyć, wydaje mi się wszakże, iż to właśnie wówczas widziałem, jak Niemcy filmowali gettową ulicę. Obrazek przedstawiający młodą parę miał, być może, dokumentować propagandową tezę, że w warszawskim getcie panuje spokój i życie toczy się normalnie.

Następny ułamek ulicy, jaki pozostał w mojej pamięci, ma całkiem inny charakter – chociażby z tej przyczyny, że nie chodziło o wydarzenie jednorazowe i niezwykłe, ale o scenę powtarzającą się z dużą regularnością, być może określenie jej mianem codziennej nie stanowiłoby przesady. Gdy chodziłem na komplety prowadzone przez pannę Julię i panią Bronisławę, napotykałem na swej – krótkiej zresztą – trasie niemłodego, wychudzonego człowieka grającego na skrzypcach. Wykonywał on zawsze tę samą melodię, od kogoś z dorosłych dowiedziałem się, że jest to fragment Koncertu skrzypcowego Mendelssohna. Mówiło się, że skrzypek ów był przed wojną członkiem orkiestry Filharmonii Warszawskiej, to dopiero gettowa nędza wygnała go na ulicę. Mam wciąż przed oczyma jego postać. Było go tak niewiele, że niknął w obszernym szarym płaszczu, który zapewne za dobrych przedwojennych czasów był dopasowany, a teraz na nim wisiał, jakby go przeznaczono dla trzech takich jak on. Grał zawsze, niezależnie od pogody, w kapeluszu – i on także wydawał się sporo dla niego za duży, jego twarz gubiła się w cieniu szerokiego ronda. Wszystko, co się z nim wiązało – poza melodią, którą wydobywał ze swych skrzypiec – łączyło się z szarością, a więc było zharmonizowane z ogólnym kolorem getta. Nie wiem, czy rzucano mu datki, nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak je zbierał, obie ręce miał zajęte instrumentem. Coś zapewne udawało mu się uzyskać, skoro grał każdego dnia, ale były to sumy nie wystarczające na opędzenie potrzeb najbardziej zasadniczych. Nędza i głód coraz wyraźniej zaznaczały się na jego wyglądzie. Odziany w płaszcz szkielet grający na skrzypcach.

Widoki śmierci

Wspomniałem już o leżących na ulicy zwłokach przykrytych papierem; ten widok był pierwszym w moim życiu zetknięciem się ze śmiercią – i zapadł w wyobraźnię. Ale była to wciąż jeszcze śmierć anonimowa i bezosobista, bo nie znałem nikogo z tych, którzy dokonali żywota na gettowych chodnikach. Jednakże w sezonie wielkiego umierania nawet dziecięce doświadczenie śmierci nie mogło się ograniczać do tego rodzaju przypadków, wkraczała ona wszędzie i przybierała wymiar bardziej personalny. Szybko pojąłem, na czym to polega: człowiek był – i nagle go nie ma. Uświadomienie sobie tego faktu łączyło się z przerażeniem, wywoływało strach trudny do opanowania. Wydaje mi się dzisiaj, po latach, że nie zdołałem go oswoić nawet w warunkach gettowych, w których kontakt z umieraniem należał do zjawisk codziennych, zwykłych i zbanalizowanych.

Moje pierwsze doświadczenie śmierci, nie sprowadzające się do widoku trupów leżących na ulicy, nie łączy się z odejściem kogoś bliskiego czy choćby bliżej znanego. Wiąże się z osobą, którą widziałem kilkakrotnie, nie wiedziałem nawet (i nie wiem do dzisiaj), jak się nazywa. Był to wysoki, bardzo chudy mężczyzna, lekko przygarbiony, wykonujący ruchy – jak mi się wydawało – mechaniczne. W ogóle tak się przedstawiał, jakby został sztucznie zmontowany z różnych części, także głowa z dziwnie wydętymi policzkami i drucianymi okularami opadającymi na nos robiła takie wrażenie, jakby śrubkami przykręcono ją do reszty ciała. Ten dziwny człowiek budził we mnie paniczny strach – i może dlatego tak dobrze go zapamiętałem, choć nie mam oczywiście gwarancji, że ten jego obraz, jaki utrwalił się w mojej świadomości, odpowiada rzeczywistej osobie (wiele lat później tak właśnie wyobrażałem sobie niektóre postacie z fantastycznych opowiadań Hoffmanna). A widywałem go wówczas, gdy chodziłem na komplety do pani Anny; mieszkał w tym samym co ona mieszkaniu, był bodaj jej kuzynem. Pewnego dnia, gdy o zwykłej porze zapukałem do drzwi, usłyszałem, że dzisiaj lekcje się nie odbędą, bo właśnie zmarł ów człowiek, który budził we mnie lęk samym swym wyglądem. Szybko do mnie dotarło, że ostatniej nocy powiesił się w łazience. Potem przez dłuższy czas prześladował mnie obraz tego człowieka, martwo zwisającego – i myślę, że wtedy właśnie, mając nie więcej niż siedem lat, pojąłem, czym jest śmierć, ten mężczyzna, mający w sobie coś ze stracha na wróble, stał się dla mnie jej emblematem.

Raz tylko widziałem scenę zabijania. Działo się to później, myślę, że w czasie bezpośrednio poprzedzającym rozpoczęcie akcji, czyli wywózek do Treblinki. Mieszkaliśmy już wtedy gdzie indziej, nieopodal muru, w mieszkaniu, w którym okna kuchni wychodziły na tak charakterystyczne dla dawnej Warszawy podwórze-studnię. Usłyszałem jakieś krzyki, chciałem zobaczyć, co się dzieje. W wąskiej i ciasnej przestrzeni było kilku Niemców, pod ścianą stali jacyś mężczyźni. Rozpoczęła się egzekucja. Nie wiem, kto był jej ofiarą i co stanowiło bezpośrednią przyczynę, widziałem tylko, jak po strzale pada człowiek. Matka odciągnęła mnie od okna, następne strzały już tylko słyszałem, brzmiały osobliwie w akustyce studziennego podwórza. Nie chciała, bym był naocznym świadkiem tej kolejnej straszności, chociaż widziałem już niejedną, ale też obawiała się, że Niemcy zaczną strzelać do góry, do tych, którzy akurat wychylili się przez okno. Nie wiem, ile osób wówczas zginęło, kałuża krwi na podwórzu była ogromna. Ta scena pozostała w mojej świadomości w postaci migawki, zdarzenia momentalnego. Nie sięgałem do niej myślą zbyt często, sezon wielkiego umierania wszedł w fazę kulminacji, również dziecku trudno było wracać do wcześniejszych wydarzeń. W mojej świadomości pierwsze miejsce zajęły nazwy, których przedtem się nie słyszało: Umschlagplatz i Treblinka.

Piwnica

To, co teraz opowiem, działo się już w czasie kulminacji, kiedy te dwa słowa weszły na usta wszystkich zamkniętych za murami. To był dopiero początek akcji likwidacyjnej, tego dnia przyszła nasza kolej, to nas miano pognać na Umschlagplatz – i zawieźć prosto do gazu. I moja rodzina, i spora liczba sąsiadów (może wszyscy?) skryła się w jednej z piwnic, najdalej położonej od wejścia, aczkolwiek z pewnością niezbyt dobrze zakonspirowanej. O ile pamiętam, dozorca zamknął ją od zewnątrz. Mam przed oczyma jego postać: był młodym, wysokim i barczystym mężczyzną; sam jeszcze się z nami nie krył, zapewne sądził, że przed wywózką chroni go pełniona funkcja, ale jego żona była chyba z nami. I rzeczywiście, tym razem go nie zgarnięto.

Trudno mi dzisiaj wiele powiedzieć o tym naszym ukrywaniu się, szczegóły rozmyły się we mgle. Był ścisk, sklepienie znajdowało się tak nisko, że nie sposób było stać. Wiedziałem już dobrze, o co tutaj chodzi, czego chcemy uniknąć, ukrywając się w miejscu, które nie nadaje się do życia. Przerażenie budził każdy nadchodzący z zewnątrz dźwięk. I ja także, co zrozumiałe, opanowany byłem przez strach; przytulałem się do rodziców, ale w takiej sytuacji nawet oni nie stanowili gwarancji bezpieczeństwa, zdawałem sobie sprawę, że są narażeni na to samo, co ja i wszyscy inni. Było ciemno, obowiązywało absolutne milczenie, spoza tych ścian nie miała prawa się wydobyć żadna oznaka życia.

Ten epizod pamiętam najlepiej: w pewnym momencie cisza została radykalnie zakłócona. Jedna z ukrywających się kobiet miała na ręku niemowlę, chyba zaledwie kilkumiesięczne (może była to żona dozorcy?). Zaczęło spazmatycznie płakać – i nie dawało się uciszyć. Matka je kołysała, zatykała usta, wreszcie dano mu środek uspokajający. Zaczęto szeptać, że zostaniemy nakryci i zginiemy przez to dziecko. Pojawiały się głosy, że należy je udusić, bo jeśli się tego nie zrobi, umrze i ono, i z nim my wszyscy, którzyśmy się w piwnicy schronili. Wywiązała się debata, młoda kobieta na mord swego dziecka się nie godziła. Nie doszło do niego – może niemowlę się uspokoiło, a może napięcie rozładował jakiś pan, który powiedział: „To dziecko będzie naszą maskotką, przyniesie nam szczęście”. Dziwne są reguły pamięci, z całej tej historii najwyraźniej zapamiętałem te właśnie słowa – może dlatego, że kryła się za nimi nadzieja. Rzeczywiście, wkrótce pojawił się dozorca, otworzył piwnicę. Ekipa, w której Niemcom pomagali tak zwani szaulisi i czubaryki, sobie poszła, tym razem udało się uniknąć drogi na Umschlagplatz.

Nie wiem, jak długo przebywaliśmy w piwnicy, zapewne kilka godzin, ale nawet gdybym wiedział, nie miałoby to większego znaczenia, takiego czasu nie da się mierzyć zwykłymi miarami, w momentach tego rodzaju zegarki okazują się narzędziami mało przydatnymi. Myślę tak również dlatego, że przebywanie w piwnicy trwa we mnie do dzisiaj, nie skończyło się wraz z otworzeniem drzwi – i to nie tylko dlatego, że z chwilą, w której skończyło się to konkretne zagrożenie, nie przeminęło niebezpieczeństwo; w świecie, w którym jedynym prawodawcą i regulatorem jest systematycznie dokonywana według z góry powziętego planu zbrodnia, zagrożenia i niebezpieczeństwa się nie kończą, ich fazą finalną może być dopiero jej spełnienie, pełna realizacja, po której nie pozostaje już nic. Oczywiście, nie zdawałem sobie z tego sprawy latem 1942 roku, nie miałem jeszcze ośmiu lat, myślę jednak, że wiedziała już o tym większość dorosłych, a z całą pewnością byli tego stanu rzeczy świadomi ci, którzy sądzili, że zasada contra spent spero nie ma tu zastosowania, bo w sytuacjach ostatecznych ujawnia swą bezużyteczność.

Było to pierwsze zetknięcie z zamknięciem tego rodzaju. Wcześniej już poznałem, czym ono jest, gdy nas transportowano z efemerycznego getta w Pruszkowie do getta warszawskiego; ten przejazd pociągiem, z którego nie można było wyjść, trwał dwie doby, choć moje rodzinne miasteczko dzieli od stolicy zaledwie kilkanaście kilometrów. Ale mimo wszystko było to co innego.

Droga na Umschlagplatz

Pamiętam ją dopiero od pewnego momentu, tego, w którym znaleźliśmy się w tłumie ciągnącym jezdnią i poganianym nie tylko przez Niemców i ich ukraińskich i litewsko-łotewskich pomagierów, ale także przez żydowskich policjantów. Nie umiem opowiedzieć o tym, jak nas wygnano z domu, ten epizod zatarł się w mojej pamięci – zapewne dlatego, że byłem tak przerażony, iż nie rejestrowałem w świadomości tego, co się dzieje. Jestem wszakże pewien, że wygnano nas z mieszkania, nie – z piwnicy; może rodzice uznali, że już nie ma sensu się ukrywać, może zostali zaskoczeni, bo nie spodziewali się wygarnięcia tego właśnie dnia. Żałuję, że nie spytałem o to za ich życia, może umieliby na moje pytania odpowiedzieć, choć na to swoje doświadczenie zapuszczali kurtynę milczenia i niechętnie do niego wracali – tak jakby samo wspominanie równało się odnawianiu cierpień, o których wprawdzie zapominać nie można i nie wolno, ale też trudno o nich mówić.

 

Pamiętam, że wzięli jakieś bagaże, Ojciec – plecak, Matka – torbę, umieścili w nich z pewnością rzeczy najbardziej elementarne, może włożyli coś do jedzenia. Nie wiem, czy te niewielkie pakunki przygotowali w ostatniej chwili, czy też były gotowe do zabrania w momencie, w którym t o się stanie? Nie wiem, czy wierzyli, że będą one naprawdę potrzebne, czy też zabrali je ze sobą, bo bez nich w podróż się nie wyrusza, bierze się je na wszelki wypadek, nawet gdy jedzie się prosto do gazu. Czy wiedzieli już wtedy, że tam ona prowadzi, czy też choć trochę się łudzili? Pytanie oczywiście nie tylko ich dotyczy, tego dnia większość – lub może wszyscy – mieli ze sobą jakieś węzełki, jakieś rzeczy, choćby najskromniejsze, nie wiem jednak, czy były one oznaką, że mimo wszystko gdzieś na dnie świadomości tliła się wiara w ocalenie. Nie wiem oczywiście, co sam wtedy – poza lękiem i przerażeniem – czułem, w wielu sytuacjach, zwłaszcza tego rodzaju, dziecko ma status przedmiotu, co tym bardziej oczywiste, skoro status istot ubezwłasnowolnionych mieli wszyscy w pochodzie gnanym na Umschlagplatz. Rodzice moi dbali niewątpliwie o to, bym nie tracił wszelkiej nadziei.

Nie pamiętam początku tego właśnie dnia, myślę jednak, że był on taki, jak dni inne, składające się na czas likwidacji i wywózek. A o tym mam coś do powiedzenia; mieszkaliśmy tuż przy murze, z okna naszego pokoju widać i słychać było aryjską stronę. I słyszeliśmy, i widzieliśmy oddziały w zwartym szyku maszerujące ku gettu i wykrzykujące hitlerowskie pieśni, z oddali dochodził także stuk butów. Nie było wątpliwości, w jakim celu oddziały te udają się za mury. Akcja była w pełnym toku. Ten dzień na pewno też się zaczynał w ten sposób. Czy wiedzieliśmy, że właśnie wtedy znajdziemy się na Umschlagplatzu?

Pamiętam – jak wspomniałem – ten pochód dopiero od pewnego momentu. Kiedy zbliżaliśmy się do celu, przeprowadzono selekcję. Tak to się nazywało; słowo „selekcja” tak silnie zespoliło się z tym właśnie, że do dzisiaj nie potrafię spokojnie go używać, choć jestem świadom, że może ono występować w różnych kontekstach i odnosić się do różnych sfer rzeczywistości. Selekcja polegała na tym, że z potoku osób wydzielano nielicznych, których tego dnia nie przeznaczono do wywózki, mieli zostać na miejscu. Kiedy segregacja doszła do nas, wydawało mi się, że zostaliśmy zakwalifikowani do pozostania. Nie zdawałem sobie sprawy, że jest to podróż ostatnia, ale mimo wszystko wolałem jej uniknąć, chciałem wrócić do domu. Zacząłem skakać z radości, przez chwilę byłem szczęśliwy – i dopiero po dwu czy trzech minutach zorientowałem się, że nie znaleźliśmy się wśród wybrańców, że jesteśmy w grupie głównej, kierowanej ku Umschlagplatzowi. Uniesienie przemieniło się w rozpacz. I ten epizod z całego dnia pamiętam najlepiej.

Kiedy tam dotarliśmy, stały już towarowe wagony, pociąg najwyraźniej szykował się do odjazdu. Był ścisk, Niemcy tego dnia zgonili więcej ludzi, niż mogli wywieźć, jakaś część musiała pozostać. Pamiętam, że niektórzy mieli na plecakach wypisane dużymi literami swoje nazwiska. Był upał, świeciło słońce, pełnia sezonu wielkiego umierania przypadła na szczytowy punkt lata. Przeczy to temu, co napisałem, że nad gettem nie świeciło słońce, ale gdy się pokazało, także ono było nieludzkie, okrutne i, jak wszystko za murami, przysparzało cierpień. Nie przynosiło nadziei, jeszcze bardziej skazanym na śmierć doskwierało. Utkwiła mi w pamięci rozmowa między rodzicami. Matka sugerowała, by szybciej z tym skończyć, dopchać się do pociągu, tak by się zabrać z tym transportem, który niebawem ma odjechać. Czy w pełni się orientowała, że jest to wywózka w śmierć? Ojciec był innego zdania, sądził, że od torów kolejowych trzeba się trzymać jak najdalej, bo może jednak uda nam się z Umschlagplatzu wydostać. Okazało się, że to on właśnie miał rację.

Choć w wypadkach uczestniczyłem, nie wiem dokładnie, jak to się stało. Nie umiem tego porządnie opowiedzieć. Kiedy pociąg do Treblinki odjechał, zrobiło się na Umschlagplatzu luźniej. Została pewna grupa osób, z tych, które – jak nas – przygnano najpóźniej, a więc wyciągniętych z dalszych rejonów getta. Koczowano – i każdy prawdopodobnie myślał o tym, jak się stąd wydobyć. Myśleli także i moi rodzice. Nam przyszedł z pomocą przypadek. Ojciec spotkał od lat nie widzianego znajomego z czasów młodości, który był żydowskim policjantem. Poprosił go, by ułatwił nam wydostanie się. Znajomy ów zaprowadził nas gdzieś na zaplecze i umieścił w ciemnym pomieszczeniu, czymś w rodzaju pakamery czy wąskiej klatki, w której kiedyś zapewne trzymano jakieś gospodarskie przedmioty. Mieliśmy tam przebywać aż do czasu, kiedy oddziały niemieckie po wykonaniu zadań przewidzianych na ten dzień wyjdą poza mury getta. Tak też się stało. Ów znajomy z dawnych lat wypuścił nas z Umschlagplatzu jakimś bocznym wyjściem, może zresztą była to dziura w ogrodzeniu.

Ocaleliśmy, ocaleli moi rodzice, ocalałem ja. Właściwie nie rozumiem, jak to się stało, nie pojmuję, jakim sposobem przypadek akurat dla nas okazał się przychylny. Dziwię się, dziwię się wszystkiemu. Dziwię się, że żyję... Ale żyję, jestem, istnieję... I p a m i ę t a m!