Carska filiżankaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zabójczy chleb

Ten skromny budynek stał na uboczu, był niewielki, od frontu osłaniały go zarośla, które zapewne za dawnych spokojniejszych lat stanowiły cząstkę uprawianego z troską i ze znawstwem ogrodu, zadbanego i – jak mówiono – prezentującego się całkiem inaczej niż w czasie, o jakim opowiadam, bo trudno hodować róże, lilie, tulipany, gdy wokół świat się wali, zagrożenia nadciągają ze wszystkich stron, a ich pomruków nie można lekceważyć, uciekając w piękny, dekoracyjny świat ogrodowej ułudy. Znajdował się na krańcach terenów należących do sióstr, na jego tyłach rozpościerała się przestrzeń inna, dzika, chciałoby się powiedzieć, od zawsze i z natury, nigdy nieuprawiana i nieporządkowana, skazana na samą siebie, niczyja. W tych okolicach nie było wyróżniających się pagórków i wzgórz, można jednak powiedzieć, że jak na równinę teren opadał dość radykalnie ku rzece. W tym miejscu nie było drogi, nigdy jej nie przebito, nie widziano takiej potrzeby, skoro wiodła w stronę rzeki ścieżka całkiem przyzwoita, przemieniająca się w błotnisty szlak lub wręcz w rwący potok tylko wtedy, gdy nastawał czas ulewnych deszczów; zdarzało się to rzadko, raz na kilka, a może nawet kilkanaście lat. Przy takiej pogodzie zresztą mało kto z niej korzystał, bo raczej nie było amatorów kąpieli w rzece i wylegiwania się na jej brzegach. Do zabudowań czy pól uprawnych nie prowadziła, tam ich nie było.

Przycupnął z boku, od wschodniej strony. Zarośnięty, mógł pozostać niezauważony, choć stał pomiędzy dwoma głównymi budynkami Zakładu. Kiedyś zapewne był pięknie pobielony i tak jak rozpościerająca się od frontu roślinność zadbany. Wchodziło się przez niewielki drewniany ganek, budynek składał się z kilku, może trzech, może czterech pokoi, jak wszystko w nim małych. Miał przynajmniej niegdyś ściśle wyznaczoną rolę, o tym, jaką, mówi jego nazwa. Przyjęło się nazywać go izolatką. Miano w nim umieszczać dzieci, które zapadły na jedną z chorób zakaźnych, by ułatwić leczenie i sprawić, by nie infekowały innych. W przypadku pozostałych różnego rodzaju poważnych chorób przewożono pacjentów do szpitali w jednym z okolicznych miasteczek. Za dawnych pokojowych czasów nie stanowiło to większego problemu, działała kolej wąskotorowa, między wsiami i miastami krążyły chłopskie furmanki. Wozy drabiniaste nie stanowiły z pewnością luksusowego środka lokomocji, a dla chorego były niewątpliwie szczególnie uciążliwe, bo trzęsąc w czasie jazdy po polnych drogach bądź traktach wybrukowanych kocimi łbami, przysparzały cierpień, jednakże swą zasadniczą rolę spełniały. Rzeczy miały się o wiele gorzej w czasach, o których opowiadam, tak wtedy, gdy wojna trwała i wreszcie zbliżała się do kresu, jak wówczas, gdy w zasadzie się skończyła, ale w tych stronach epoka spokoju wciąż jeszcze nie nadeszła, wszelkie zaś wyprawianie się w drogę nadal narażało na niebezpieczeństwa, niekiedy nawet na śmierć. W takiej sytuacji domek zwany izolatką musiał zmienić charakter, stał się namiastką szpitala, choć takie określenie w istocie nie jest właściwe, posłużyłem się nim tylko dlatego, że brak innych, co charakterystyczne dla czasów, które radykalnie odbiegają od norm utrwalonych w tradycji i w języku. Oczywiście, nie sposób mówić o szpitalu, gdy nie kierował nim lekarz, a najbliższy w tamtym czasie pan doktor znajdował się w odległości co najmniej dwudziestu trudnych do przebycia kilometrów. Nie muszę, rzecz jasna, wspominać, że brakowało wszelkiego rodzaju leków, w tym najczęściej stosowanych. Gdybym chciał jakoś nazwać ową izolatkę w tej postaci, w jakiej ją z tamtych czasów zapamiętałem, mógłbym powołać do życia neologizm „chorowalnia”. Nowotwory językowe dają piszącemu ten przywilej, że można im nadawać pożądane w danym kontekście znaczenie i w miarę swobodnie nimi operować.

Do tej chorowalni mnie także w pewnym momencie skierowano. Nie pamiętam, z powodu jakiej przypadłości siostry mnie do niej zakwalifikowały, prawdopodobnie ze względu na czyraki, wrzynające się głęboko ropne rany, jakimi obsypane było moje ciało. Nie chcę tu jednak opowiadać o sobie, tym bardziej nad sobą się rozczulać, zwłaszcza że jestem świadom, iż w tym wojennym i tużpowojennym czasie każdy wychowanek Zakładu mógł być potraktowany jako chory i zostać posłany na kurację, która ze względu na warunki i okoliczności kuracją nie była i być nie mogła. Trafiłem do pokoju, gdzie było już kilku chłopców, jednakże to nie o nich zamierzam opowiadać, tym bardziej że nie utrwalili się w mojej pamięci.

Pewnego dnia siostra opiekująca się chorowalnią i jej pensjonariuszami przyniosła do naszej izby dziecko znacznie od nas młodsze, chłopaczka może trzyletniego, może liczącego sobie lat trochę mniej, może trochę więcej, nie potrafię po kilkudziesięciu latach precyzyjnie określić jego wieku, nie ma to zresztą większego znaczenia. W tym okresie nie było w Zakładzie dzieci tak małych, nie wiedzieliśmy zatem, skąd on się wziął, można przypuszczać, że sam się nie przyplątał, to po prostu byłoby nieprawdopodobne tak ze względu na jego wiek, jak opłakany stan zdrowia; od razu gdy się na niego spojrzało, było wiadomo, że jest źle. Chłopiec cały czas spędzał w dostawionym, z trudem wciśniętym łóżku, chyba nie umiał chodzić. Starsi chłopcy, zainteresowani pojawieniem się nowego, snuli rozmaite przypuszczenia – i najczęściej skłaniali się do opinii, że nasz niespodziewany współlokator jest podrzutkiem, dzieckiem, którego matka nie chciała, a może obydwoje rodzice postanowili się go pozbyć, co prawda, ze znacznym opóźnieniem, bo przecież niemowlęciem już nie był (wśród dzieci, jakie u sióstr znalazły schronienie, pojawiały się także podrzutki). Z tego wszakże, co w ten lub inny sposób do nas dotarło, wynikało niezbicie, że ich domysł jest fałszywy. Dziecko pochodziło z jednej z okolicznych wsi, wciąż jeszcze po walkach i rzeziach w dużej części wyludnionej, jego rodzice – bardzo młodzi ludzie – byli sąsiadom znani, nie wiedziano jednak, gdzie są, a nawet nie było pewności, czy żyją. Ktoś się chłopcem zaopiekował, może osoba z dalszej rodziny, może z sąsiadów lub znajomych. Po jakimś czasie nadeszła do wsi straszna wieść: matka zginęła – prawdopodobnie od zabłąkanej kuli, bo chyba nie w trakcie bezpośredniego starcia dwóch nienawidzących się społeczności. Dzieciak zaś cierpiał na różne choroby, wobec których wszyscy na wsi byli bezradni. Uznano, że jedynym miejscem w okolicy, gdzie może go wyleczą, jest prowadzony przez zakonnice Zakład.

Chłopiec był chory, chory bardzo poważnie, w tej materii nie mogliśmy mieć wątpliwości także my, nieletni obserwatorzy, z którymi znalazł się w tym samym, do granic możliwości zatłoczonym pomieszczeniu. Była to choroba spektakularna, by ją dostrzec, niepotrzebne były żadne przyrządy, zbyteczna była jakakolwiek wiedza, wystarczały nieuzbrojone oczy, no i nos, bo jej następstwem był roznoszący się po wszystkich kątach odór. Nie wiem, jaką ta przypadłość ma medyczną nazwę, a polegała ona na tym, że kilka razy dziennie wysuwało się na zewnątrz jelito. Nie jestem świadom, jaka w tego rodzaju przypadkach obowiązuje lekarska procedura, w każdym razie ono samo nie wracało na właściwe miejsce, trzeba było je wciskać. Przykre to zadanie wykonywała siostra Leontyna, która zajmowała się chorowalnią, a zanim wstąpiła do zakonu, podobno ukończyła kursy przygotowujące do zawodu pielęgniarki. Miała ogromnie dużo pracy, dziecku jelito wysuwało się coraz częściej, siostra nie była w stanie odpowiednio szybko zareagować, poinstruowała zatem dwóch starszych chłopców, jak mu pomoc i powierzyła im ten niezwykły obowiązek. Wywiązywali się z niego całkiem sprawnie. Po kilku dniach przyzwyczailiśmy się do tego, co się dzieje, nawet uporczywy mimo otwartych o tej pięknej porze roku okien smród przestał nam przeszkadzać, chyba już go nie czuliśmy. Przypadłość tego dziecka stała się częścią naszej codzienności, niespodziewanie wyzwoliła w chłopakach instynkt opiekuńczy. Dodam, że przez długie lata nie słyszałem o tej chorobie, uciążliwej również dla otoczenia, jakże naiwnie zatem sądziłem, że był to kazus jednostkowy, a jeśli nawet nie jednostkowy, to taki, który zdarza się raz na miliony istnień ludzkich. Musiałem zmienić zdanie po przeczytaniu kilkadziesiąt lat później jednego z tekstów napisanych przez Janusza Korczaka w warszawskim getcie. Nie pozostaje mi nic innego, jak zacytować słowa Starego Doktora:

Jak informują skromni szeregowcy opieki, prawie wszystkie dzieci mają rozwolnienie – z tego powodu u wielu wypada kiszka stolcowa. W tragicznym internacie pod Kijowem w czasie wojny domowej miałem takich pacjentów dwóch tylko – tu podobno jest parę dziesiątków – jedno podobno umarło z powodu owrzodzeń i gangreny jelita grubego[*].

Trudno mi powiedzieć, czy siostry żywiły nadzieję, że wyleczą chłopca i uratują go, czy takich złudzeń nie miały i jedyne, co w tych warunkach było realne, a może w ogóle przy tym schorzeniu, to starania, by ulżyć w cierpieniach. Przygotowywano dla dziecka jakieś specjalne dietetyczne pożywienie, co też nie było łatwe; zapewne wyciągnięto ze świecącej pustkami spiżarni resztki jakiejś choćby w przybliżeniu odpowiedniej kaszki, przechowywanej na czarną godzinę. Ta nastała, skoro niczego innego chłopczyk jeść nie mógł. Jego stan nie upoważniał do optymistycznych rokowań, z dnia na dzień, a może nawet z godziny na godzinę się pogarszał. To, co się z nim i wokół niego działo w ciągu tych kilku dni, kiedy był z nami, stawało się przedmiotem codziennej rutyny, przyzwyczailiśmy się do niego i zachowywaliśmy się tak, jakby wpychanie wysuwającej się kiszki stolcowej było czynnością zwyczajną i oczywistą, niewymagającą komentarzy, a być może nawet zastanowienia. Coś nadzwyczajnego i całkiem niespodziewanego zdarzyło się w pewien niedzielny poranek, ciepły, letni, słoneczny. Całkiem nieoczekiwanie zjawił się ojciec chłopca. Powstało poruszenie, bo w tym czasie nikt prawie z zewnątrz do Zakładu nie przychodził, a już zwłaszcza do naszej chorowalni, byliśmy od świata odcięci, wszystko zatem, co docierało z miejsc choćby minimalnie oddalonych, budziło wielkie zainteresowanie, nasycone silnymi emocjami. Ojca wprowadziła do naszego pokoju siostra Leontyna. Nie trzeba było wskazywać mu syna, poznał go od razu, choć – jak się zdaje – nie widział go od dawna. Ale nikt inny w tej sali jego potomkiem być nie mógł, mężczyzna był bowiem zdumiewająco młody, można było sądzić, że jeszcze nie przekroczył dwudziestego roku życia. Robił takie wrażenie, mimo że był zdrożony i zmęczony. Chłopiec ojca nie poznał, nie wiedział, co się dzieje i czego od niego chcą. Prawie w ogóle nie mówił, a w sytuacji, która powinna skłaniać go do radości, był przerażony, bo niczego nie pojmował – i gaworzył jeszcze bardziej niewyraźnie niż zwykle. Jestem pewien, że znaczenia słowa „ojciec” i jego zdrobniałych odpowiedników nie rozumiał, znajdowało się ono poza granicami jego mentalnego świata. Można było od razu dostrzec, że ruch, jaki wokół niego panował, spowodował wielki lęk, a to, że ktoś, kto był w jego odczuciu nieznajomym, chciał go wziąć na ręce, wydał mu się działaniem nieprzyjaznym lub wręcz wrogim. Wybuch głośnego płaczu raczej nikogo ze świadków wydarzenia nie zdziwił, był naturalny w przypadku tak małego dziecka.

 

Staliśmy się mimowolnymi słuchaczami rozmowy niespodziewanego gościa z siostrą Leontyną. Wynikało z niej, że poszukiwał syna od jakiegoś czasu, a dowiedział się, gdzie przebywa, gdy wrócił do swej rodzinnej wioski. Postanowił w niej osiąść na stałe i zaopiekować się dzieckiem. Tego, jakie były jego losy, w istocie się nie dowiedzieliśmy, nie opowiadał, co się z nim działo, nikt go zresztą o to nie pytał, wypadało się domyślać, że walczył w jednym z oddziałów partyzanckich, których we wspaniałych okolicznych lasach nie brakowało. Przybył do nas pieszo, pokonał trasę liczącą kilkanaście kilometrów. Zamierzał wyruszyć w drogę powrotną tego samego dnia, dziecko postanowił zabrać ze sobą, choć nie wiadomo, jak to sobie wyobrażał. Może zresztą zdecydował, że pozostanie ono jeszcze czas jakiś u sióstr, wydarzenia tak się jednak potoczyły, że jego decyzja w tej sprawie nie miała żadnego znaczenia. Stała się rzecz straszna: dziecko zmarło na rękach ojca. Nie byliśmy świadkami tego nieszczęścia, wydarzyło się ono, gdy mężczyzna z synem udał się na zewnątrz, w miejsce, które niegdyś było pięknym ogrodem. Wiadomość szybko dotarła do chorowalni i zrobiła na nas wielkie wrażenie, mimo że chyba wszyscy byliśmy ze śmiercią całkiem dobrze oswojeni, stykaliśmy się z nią w różnych sytuacjach i nieustannie o niej słyszeliśmy. Siostry zgonem chłopca były zaskoczone i głęboko przejęte, może przypuszczały, że jednak uda się go jakoś uratować. Niewątpliwie wszyscy zauważyliśmy, że z podartej parcianej torby młodego mężczyzny wystawał duży, może dwukilogramowy, może większy bochen chleba. Nie świadczy to o naszej spostrzegawczości, wszystko, co nadawało się do jedzenia, przyciągało uwagę i budziło pożądanie. Nie mogło być inaczej w przypadku chleba, zwłaszcza że wydawał się świeży, jakby dopiero co wyjęty z pieca, może jeszcze ciepły. Dotarły do nas słowa mężczyzny: wystarał się o chleb, co z pewnością nie było łatwe, by karmić nim swego odnalezionego syna. Siostra Leontyna ostrzegała, by tego nie robił, tłumaczyła, że w ten sposób może mu tylko zaszkodzić. Przybysz z pozoru słuchał uważnie, obiecał, że postąpi stosownie do tego, co usłyszał, ale czy rozumiał dane przez siostrę wskazania? Nie można było mieć w tej materii pewności, zachowywał się tak, jakby wypowiadane przez zakonnicę słowa burzyły jego obraz świata, kwestionowały sensy, jakie od dawna mu towarzyszyły. Modlimy się do Boga, by chleba naszego powszedniego nam nie szczędził, a więc chleb nie może zaszkodzić! Zwłaszcza dziecku, któremu chcemy dać to, co mamy najlepszego. Przez jakiś czas po wyjściu z chorowalni mężczyzna zapewne powstrzymywał się od tego, co było jego pragnieniem i wydawało się zgodne ze zdrowym rozsądkiem, jednak w pewnym momencie, jak się dowiedzieliśmy, zaczął karmić syna rozdrobnionym chlebem. Nikt poza nim nie był świadkiem tego, co się stało. Z relacji, jaka do nas dotarła, wynikało, że chłopiec zmarł niemal natychmiast.

Czy zastanawialiśmy się nad kruchością życia ludzkiego, którego utratę spowodować może kilkanaście nieopatrznie podanych kawałeczków chleba? Jestem przekonany, że takie refleksje nie pojawiały się w naszych głowach, także w mojej, mimo że byłem świadom, co to jest umieranie; widziałem przecież zwłoki ludzi w różnym wieku, w tym moich rówieśników, leżące na ulicach getta, i zdawałem sobie sprawę, że stracić życie można w każdym momencie za sprawą jednego przypadkowego gestu czy niewiele z pozoru znaczącego przypadku. Liczyłem sobie wówczas około dziesięciu lat.

Po tym, co się stało, mężczyzna nie miał już u nas nic do roboty. Wyruszył w drogę powrotną. Powiedział, że pochowa syna w rodzinnej wsi. Czy tak uczynił, nie wiem.

[*] Janusz Korczak, Pamiętnik i inne pisma z getta, s. 168, Warszawa 2012 (przyp. red.).

Pokutnik

„Przeszłość jest bezdenna” – napisał Gombrowicz w Dzienniku, obwarowując to ogólne stwierdzenie wywodzącymi się z własnych doświadczeń zastrzeżeniami. Wkrótce potem, jak paleontolodzy bądź archeolodzy ujawniają światu coś, co wydaje się bezwzględnie czy wręcz absolutnie najstarsze, pojawia się rzecz jeszcze bardziej archaiczna, wydobyta z jeszcze głębszych pokładów naszego naturalnego bądź ludzkiego świata. Czy tak będzie się działo bez końca? Trudno przyjąć, że kiedykolwiek zniknie zainteresowanie tym, co najdawniejsze, ułożone w warstwach najniższych, dostępne tylko dzięki uporczywemu przebijaniu się ku temu, co jeszcze stosunkowo niedawno było całkowicie nieosiągalne lub nawet niewyobrażalne, ale trudno uznać także to, że ciekawość będzie wiecznie zaspokajana, że jakieś znalezisko znowu pozwoli przesunąć początki życia na Ziemi o miliony lat, a jakieś odkopane ślady pozwolą stwierdzić, że na tym terenie życie społeczne toczyło się wiele wieków wcześniej, niż dotąd przypuszczano.

Kiedy jednak mowa o bezdennej przeszłości, chodzi nie tylko o jej elementy należące do uporządkowanego chronologicznie czasu natury czy skromnego w zestawieniu z nim czasu historii, czasu dającego się przedstawić za pomocą odpowiednio zmetaforyzowanych wyobrażeń przestrzennych. W inny sposób bezdenna jest przeszłość indywidualna, jednostkowa, podmiotowa. Nie ma możliwości jej zrekonstruowania w tej postaci, w jakiej mogła występować w okresie prenatalnym i w pierwszych dniach życia. Jako doświadczenie osobiste przeszłość jest pochodną świadomości; by zaistnieć, musi być percypowana. Jej swoista bezdenność ujawnia się w bogactwie składników, często w żaden sposób nieuporządkowanych, niepoddających się bezwzględnym regułom chronologii, wyłaniających się w niespodziewanych okolicznościach i w nieoczekiwanych, niekiedy zaskakujących sytuacjach, zdarza się zresztą, że bez żadnych konkretnych przyczyn. Z tych względów, mówiąc o niej, użyłbym innej metafory, wspomniałbym o wielkim kotle przeszłości, którego posiadaczem jest każdy z nas, jeśli nie cierpi na amnezję, kotle, w jakim współżyją najróżniejsze ingrediencje, i to one się ujawniają, gdy miesza się w nim wielką metalową łyżką lub drewnianą kopyścią. W ten sposób wypływają na powierzchnię jakieś cząstki przeszłości, raz dawniejszej, raz nowszej. I czynią to w różnych formach, niekiedy w miarę pełnych i zamkniętych, to znów fragmentarycznych, pozwalających na rekonstrukcje wysoce ułamkowe, skłaniających do mnożenia wątpliwości i znaków zapytania.

Snuję te ogólne rozważania, by się wytłumaczyć z tego, że w mojej opowieści dotyczącej zdarzenia wydobytego z lat dzieciństwa wskutek mieszania w kotle przeszłości tak wiele będzie wahań w stwierdzaniu i przedstawianiu faktów, a także w ich komentowaniu. Przeszłość, którą tu wydobywam na powierzchnię, tak jest skromna, by nie powiedzieć: uboga w to, co pewne, może dlatego, że drobiny, które się na nią złożyły, nie dotyczyły mnie bezpośrednio, byłem jedynie świadkiem czy widzem, jednym z wielu chłopaków, ciekawych, co się dzieje, być może czekających, że wyklaruje się coś niebywałego i sensacyjnego, coś, co stanowiłoby urozmaicenie życia monotonnego, pozbawionego rozrywek, pod każdym względem biednego.

Nadeszła pełnia lata, wydarzenie to miało miejsce tuż przed moim wyjazdem; po nim na długo utraciłem kontakt z okolicą, w której przeżyłem końcową fazę okupacji, będącą już epoką zamkniętą, ale wciąż odciskającą na każdym, kto przetrwał, zwłaszcza gdy stał się jej ofiarą, swoje piętno. Moja polityka pamięci była dwojaka, by nie powiedzieć: kontrastowa – z jednej strony chciałem zarysować wyraźną linię graniczną, oddzielającą dwa światy, taką, której nie mógłbym przekraczać, by zagłębiać się w nie tak jeszcze dawne wydarzenia, w moim przypadku bez wyjątku bolesne, z drugiej zaś strony, powracając do nich myślą w najróżniejszych sytuacjach, także w przedsennych majakach, chciałem je w sobie utrwalić, niejako wgrać, tak żeby we mnie istniały dopóty, dopóki będę wśród żywych. Oczywiście, takiej konserwacji poddawane były przede wszystkim doświadczenia dla mnie najważniejsze, o wielkiej doniosłości i z reguły najbardziej traumatyczne. Te inne, które w tym rejestrze się nie mieściły, czasem roztapiały się w podgrzewanym nieustannie kotle przeszłości i w ogóle zanikały, czasem zaś pozostawały w postaci chaotycznie rozproszonych drobin, z których trudno byłoby złożyć całość. W takiej właśnie formie pozostała historia, jaką zamierzam opowiedzieć. Byłem tylko skromnym i chyba niezbyt gorliwym, jeśli w ogóle nie raczej obojętnym widzem tego, co się działo, nie mam nawet pewności, czy szczególnie interesowałem się tym, co przynajmniej dla niektórych moich kolegów mogło być pasjonującym lub choćby intrygującym spektaklem.

Pamiętam niewielki drewniany kościółek, stojący nieopodal głównych budynków sierocińca, tuż przy drodze prowadzącej ku rzece. W tamtych czasach burzliwe były jego losy, na terenie narodowo i religijnie niejednolitym służył na przemian obydwu chrześcijańskim wiarom, ja go zapamiętałem przede wszystkim, gdy znajdował się – by tak powiedzieć – w stanie uśpienia, przez dłuższy czas był zamknięty; wrócił do życia w tym okresie, jaki tutaj wspominam, a więc krótko przed moim wyjazdem. Kiedy po półwieczu odwiedziłem te tak ważne dla mnie, łączące się z tyloma wspomnieniami miejsca, z nieukrywanym zdziwieniem skonstatowałem, że kościółka nie ma. W Polsce Ludowej usuwano symbole religijne z miejsc publicznych, świątyń jednak nie burzono. Ta, stojąca na uboczu, niewielka, niepozorna, nie mogła zawadzać nikomu, nawet osobistym nieprzyjaciołom Pana Boga. Zapewne – myślałem – spłonęła. Okazało się jednak, że jej los był mniej dramatyczny, rozebrano ją i przeniesiono w inne miejsce, tutaj była niepotrzebna, bo we wsi, a więc w pobliżu, stał duży kościół murowany, który w czasach pokoju doskonale spełniał swą funkcję, w tamtym okresie jednak dostęp do niego, podobnie jak do przylegającego cmentarza, był wciąż trudny, łączył się z niebezpieczeństwami; na tej ziemi nadal tliły się konflikty – i wybuchały raz z większą, raz z mniejszą mocą.

W tym właśnie małym, niejako zastępczym kościółku wydarzyło się to, co jedynie szkicowo zapisało się w mojej pamięgci. Pewnego dnia, niewątpliwie powszedniego, ujrzano leżącego na podłodze mężczyznę z szeroko rozłożonymi rękoma i z twarzą zwróconą ku dołowi. Kiedy wśród chłopców rozeszła się wieść, że coś się w kościele dzieje, zainteresowali się, była to nowina wywołująca zaciekawienie tym większe, że jeszcze nigdy czegoś takiego nie widzieli. Chłopcy byli doskonale obznajomieni z praktykami katolickimi, przystępowali do spowiedzi, byli świadomi, że należy żałować za grzechy, a potem w pełni wykonać to, co ksiądz zadał jako pokutę. Była ona na ogół niewielka, zadośćuczynienie za przewinienia to zazwyczaj zmówienie kilku modlitw. Tutaj jednak musiało chodzić o wielkie winy, skoro ów mężczyzna przez długi czas, chyba kilka godzin, leżał krzyżem, czy też jak mówili niektórzy bezceremonialnie – plackiem. Niezwykła sytuacja ożywiała wyobraźnię i skłaniała do mnożenia domysłów. Kierowały się one w różne strony, także ku księdzu, który na tym terenie pojawił się niedawno, może dwa, może trzy tygodnie wcześniej, najwyżej miesiąc. Jego poprzednika, młodego i sympatycznego, dobrze znano i lubiano, zapracował sobie na powszechne uznanie, zyskał spory autorytet, wyjechał jednak, postawiono przed nim jakieś inne, zapewne jeszcze trudniejsze i poważniejsze zadania. Ten nowy znacznie się od niego różnił, był o wiele starszy, grzmiał na marności tego świata, potępiał grzechy popełniane zarówno przez nastolatków, jak i dorosłych, udzielał pouczeń w tonie ostrym i bezwzględnym. Szybko wszakże zauważono, że sam nie jest bez grzechu, widziano go podpitego lub wręcz pijanego. Widok zataczającego się duchownego, który winien być wzorem i przykładem, oczywiście szokował i wywoływał komentarze, nie ukrywano w nich zdziwienia i zgorszenia, a także jawnej dezaprobaty. Byli też tacy, co się zastanawiali, skąd ów ksiądz odznaczający się pociągiem do kieliszka bierze bimber (innych napojów wyskokowych wówczas w tych stronach nie znano), w okolicy nie funkcjonowały przecież sklepy, nadal była to przestrzeń w dużej mierze wyludniona. Najpierw chłopcy zaczęli rozważać, czy ta pokuta niebywale trudna, odbywana w takich warunkach, że jej świadkiem może być każdy, kto do tego wioskowego kościółka zajrzy, nie wynika z surowości nowego księdza, który wprawdzie pozwala sobie na pijaństwa i – być może – zesłany do nas został za karę, ale jest srogi i od wszystkich wymaga wiele; ów ksiądz, co nas opuścił, łagodny, dobry i wyrozumiały, zapewne takiego leżenia krzyżem przez kilka godzin by nie zadał.

 

Wkrótce jednak chłopcy o księdzu jakby zapomnieli, coraz bardziej interesował ich sam pokutnik leżący nieruchomo w pozie także dla nich niecodziennej, bo choć za opiekunów mieli osoby duchowne, dbające o to, by ich wychowywać zgodnie z zasadami wiary i skłaniać do wszelkich praktyk religijnych, czegoś takiego nigdy nie widzieli, nie słyszeli też o takiej formie żalu za grzechy. Przyglądali się nieznajomemu tak intensywnie, jakby mieli nadzieję, że w ten sposób czegoś się dowiedzą, przenikną i na jaw wydobędą jego tajemnice, a zatem poznają jakąś bogatą w wydarzenia historię; jeden z chłopaków, będący miłośnikiem Trylogii, której pokaźne tomy czytał od początku do końca wielokrotnie, spodziewał się chyba, że zapozna się z przygodami przypominającymi te, jakie zostały przedstawione w jego ulubionych księgach. Chodzili wokół leżącego, starali się dojrzeć jego obróconą ku podłodze twarz. Czasem zagadywali, on jednak na nic nie reagował, leżał krzyżem, jakby zastygł w takiej pozie po odejściu od konfesjonału; klęczał w nim podobno bardzo długo, jego spowiedź – jak ktoś twierdził – rozciągała się na godziny, choć można się domyślać, że była dla niego tak ważna, iż nie umiałby jej zmierzyć za pomocą żadnego, nawet najbardziej precyzyjnego zegarka i podporządkować realnemu czasowi. W zasadzie milczał. W zasadzie, bo czasem coś pomrukiwał, coś szeptał niezmiernie cicho i niewyraźnie, trudno było stwierdzić, czy wypowiadał funkcjonujące w powszechnym obiegu słowa, czy też wydobywały się z niego pomruki, nad którymi nie panował albo wręcz nie był świadom, że one bez jego wiedzy i woli ulatują. Dopiero po pewnym czasie młodociani, ale uważni i zainteresowani sprawą obserwatorzy, utwierdzili się w przekonaniu, że pokutnik się modli, może błaga Boga o wybaczenie, a wydawane dźwięki nie stanowią bełkotu, nie są zwrócone do siebie samego, choć początkowo mogło się tak wydawać, są skierowane tam, wysoko, do nieba. Dopiero po pewnym czasie rozpoznano powszechnie znane modlitwy, także te, które każdego dnia rano, w południe i wieczorem w sierocińcu odmawiano.

Chłopcy obchodzili rozpostartego na kościelnej podłodze mężczyznę z różnych stron, można by powiedzieć, że go obwąchiwali, co zresztą miało sens nie tylko metaforyczny, musieli to robić mimo woli, bo rozchodziła się od niego nieprzyjemna woń, ów odór, jaki wydziela zastygły brud. Niektórzy zastanawiali się nad tym, kiedy mężczyzna tę uciążliwą pokutę zakończy. Któryś stwierdził, że wtedy, jak odmówi wskazaną przez spowiednika liczbę zdrowasiek, inny ujął rzecz z nieskrępowaną otwartością, wręcz brutalnie: będzie tak leżał, aż mu się szczać zachce. Żaden nie miał zegarka, nie można było zatem wskazać momentu, w którym pokuta się rozpoczęła, ani też określić ile godzin trwa. Po dziesięcioleciach skłonny byłbym przyjąć, że zajęła mniej czasu, niż wówczas się wydawało. Interesowało jednak to przede wszystkim, skąd i jakim sposobem człowiek ten znalazł się w tym miejscu nieodwiedzanym wówczas niemal przez nikogo, odciętym od świata, zamkniętym, choć nie odgraniczały go mury, płoty, wypełnione wodą fosy. Kim był? Właśnie: kim był? Co do jednego nikt nie miał wątpliwości, był „nasz”. No bo gdyby „nasz” nie był, toby nie przyszedł tutaj, gdzie wyznajemy jedyną prawdziwą wiarę i gdzie wszyscy bez wyjątku należymy do naszego narodu. Bo gdyby „nasz” nie był, to udałby się do cerkwi, dołączył do tych, co inaczej się żegnają, inaczej modlą, inaczej Panu Bogu na chwałę śpiewają – i są całkiem niemądrzy, bo nie wiedzą, że takich modłów i takich śpiewów, choćby były najpiękniejsze, nigdy On nie wysłucha. A skoro jest „nasz”, to co uczynił, że na taką pokutę zapracował? Zabił? Zapewne tak, bo chyba nikogo nie okradł, w tamtym czasie na tej ziemi, wyniszczonej i zdominowanej przez nędzę, niewiele było do zagarnięcia, może bochenek chleba zabrany siłą bądź podstępem właścicielowi, by opędzić pierwszy głód, lub kilka kartofli. Żadne inne wielkie grzechy chłopcom na myśl nie przychodziły. Ale gdyby tylko coś do żarcia sobie przywłaszczył, toby nie leżał krzyżem na kościelnej podłodze. A jeśli zabił, to z pewnością naszego, bo gdyby się rozprawił z kimś, kto jest wrogiem, nie tylko nie popełniłby grzechu, ale stałby się jednym z bohaterów, jak choćby ci wspaniali nasi rycerze, co walczyli pod Grunwaldem. Na pewno spowiadać by się z takiego czynu nie musiał. A więc kim był ten tajemniczy mężczyzna?

Na to intrygujące pytanie chłopcy nie dostali odpowiedzi. Gdy wreszcie się podniósł, a potem opuścił kościół, zobaczyli go w całej okazałości. Był wysoki, mocno przygarbiony, przeraźliwie chudy, zarośnięty, trudno jednak byłoby mówić o brodzie, było to nieuporządkowane owłosienie, świadczące o tym, że człowiek ów nie miał warunków, by się ogolić i ostrzyc. Nie umieliby określić jego wieku, na pewno był dorosły, im, wciąż jeszcze dzieciom, wydawał się raczej stary, bo czyż starym nie jest każdy dorosły? Nosił łachmany, któryś powiedział dosadnie: obdartus, ale nie to przyciągało szczególną uwagę, tutaj obdarci byliśmy wszyscy i wszyscy poza księdzem i siostrami latem chodziliśmy boso. Kiedy był już na zewnątrz, ten i ów próbował do niego zagadać, zadawano pytania, wszyscy czym prędzej chcieli zaspokoić ciekawość, nie usłyszeli jednak od niego ani słowa; milczał tak konsekwentnie, jakby był niemową. Długimi rękoma robił takie znaki, jakby chciał się opędzić od nagabujących go dzieciaków, jakby chciał ich odegnać niczym natrętne muchy. Wyciszył się i najwyraźniej pragnął tego tylko, by dano mu święty spokój. Nie rozglądał się po okolicy, można było pomyśleć, że zna ją dobrze od lat i nie kryje ona przed nim tajemnic. Szedł przed siebie, kroku nie przyspieszał, zachowywał się tak, jakby nie było dla niego istotne, kiedy cel swój osiągnie, nie wiadomo zresztą, czy go miał, może szedł przed siebie, bo nic innego robić nie mógł. Dotarł do skrzyżowania wiejskich dróg, do tego miejsca chłopcy ciągnęli za nim, musieli jednak wracać, robiło się późno, a ponadto nie wolno im było oddalać się od sierocińca, bo choć wojna przed kilkoma miesiącami się skończyła, na tej ziemi bywało niebezpiecznie. Interesowało ich, którą drogę mężczyzna wybierze, czy tę do lasu, czy tę do odległego o kilka kilometrów miasteczka. Wszystko wskazywało na to, że wątpliwości nie żywił i wybrał tę drugą. Zapewne z lasu przyszedł, ale wracać tam nie zamierzał.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?