LabiryntyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Michał Cetnarowski

Labirynty





Warszawa 2013

Michał Cetnarowski

Labirynty

ISBN: 978-83-61187-86-8

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl www.powergraph.pl Copyright © 2009-2013 by Michał Cetnarowski Copyright © 2009-2013 by Powergraph Copyright © 2009-2013 for the cover by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik REDAKCJA: Sławomir Spasiewicz KOREKTA: Maria Aleksandrow Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

¤

¤

Droga na zachód

Biel, tylko biel

Ogień na ziemi

Czarne Stawy

Nexus

Ziemia Obiecana

Leśni chłopcy

Idąc w cieniu wieży

Pieśń z doliny

Labirynty

Rybak, perła i diabeł-krab

Rodzi­com Kry­sty­nie i Andrze­jowi,

Sio­strze Mar­cie,

i Doro­cie

„I była także pusta izba, któ­rej prze­zna­cze­nia nie znał nikt – a może nie miała go w ogóle, może była tylko nauką tajem­nicy i tego, jak ni­gdy nie prze­nik­niemy wszyst­kiego bez reszty?”

Anto­ine de Saint-Exupéry, Twier­dza

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Droga na zachód
Dzień pierw­szy

Idziemy na zachód.

Gąsie­nice z meta­lo­wym chrzę­stem drą asfalt, potem nagle zgrzyta i maszyny zatrzy­mują się. Czołgi i bewupy stoją w dłu­giej linii, cze­ka­jąc, aż wykoń­czony zosta­nie most pon­to­nowy i można będzie prze­kro­czyć Nysę. Motory gasną albo poka­słują basem na jało­wym biegu. Cza­sem pobo­czem prze­je­dzie UAZ z infor­ma­cjami od sze­fów bata­lio­nów do punk­tów kon­tro­l­nych. Za szy­bami odbi­ja­ją­cymi brudne niebo mignie cza­sem mun­dur czer­wo­no­ar­mi­sty. Jest zimno.

Spo­glą­damy na sie­bie nie­pew­nie, wysta­wia­jąc głowy przez włazy, słu­chawki w heł­mo­fo­nach mil­czą jak zaklęte. Obo­wią­zuje cisza radiowa. My też nic nie mówimy, tylko cza­sem uśmie­chamy się ner­wowo. Dowódca czołgu patrzy przez lor­netkę, pró­bu­jąc zoba­czyć, skąd ten nie­prze­wi­dziany postój. Wąż T-55 z innych plu­to­nów naszej kom­pa­nii cią­gnie się po zakolu zry­tej stalą drogi. Pan­ce­rze są tylko tro­chę ciem­niej­sze od burego nieba. Jest zimno, ale pot spływa po ple­cach.

Dowódca plu­tonu odej­muje oku­lar lor­netki od oczu. Jesz­cze raz prze­biega wzro­kiem po skrzyn­kach na błot­niku, gdzie znaj­dują się dodat­kowe taśmy do cięż­kiego DSzK, któ­rego lufa wystaje ponad wie­życzkę wozu. Zasta­na­wia się, czy zaopa­trzono nas we wszystko, od poci­sków do uzu­peł­nie­nia sta­nów po dodat­kowe gra­naty dymne. Bije dło­nią o metal wie­życzki, daje znak kie­rowcy. Szar­pie i po chwili po metalu prze­cho­dzi dreszcz uru­cho­mio­nego sil­nika. Inne maszyny też odpa­lają motory. Powie­trze pach­nie paloną ropą. Widzimy jesz­cze dyżur­nego z orga­ni­za­cji ruchu, jak cho­rą­giew­kami daje znaki do roz­po­czę­cia prze­prawy.

Cze­kamy, aż maszyny przed nami usta­wią się w linii. Kiedy ruszają, ostrza gąsie­nic wyrzu­cają w górę kawałki asfaltu. Kolumna, powoli, zbliża się do rzeki. Patrzymy na sznur wozów pan­cer­nych prze­jeż­dża­ją­cych po moście i giną­cych w ciem­no­ściach dru­giego brzegu. Jest zimno. Za nami czarne łby czoł­gów też roz­pły­wają się w burej ciem­nicy. Mija połu­dnie. Spo­glą­damy na sie­bie znowu.

Dojeż­dżamy do węzła. Dowódca zeska­kuje z maszyny i idzie do roz­sta­wio­nego na polu namiotu dro­go­wców. Wysta­wiamy głowy. Żoł­nierz przed płachtą salu­tuje, a wtedy twarz dowódcy, co widzimy nawet stąd, odbija się w prze­szklo­nych wizje­rach maski prze­ciw­ga­zo­wej. Po chwili ofi­cer wycho­dzi. Biała koperta z roz­ka­zami nik­nie w kie­szeni na piersi jego kom­bi­ne­zonu, w rękach pozo­staje plik nowych map. Kiedy wska­kuje do wozu, na błot­ni­kach zostają gumia­ste ślady cięż­kiej gliny. Kiedy wska­kuje do wozu, ter­kot sil­ni­ków zagłu­sza nara­sta­jące echo nad­la­tu­ją­cych samo­lo­tów. Zadzie­ramy głowy. Ledwo widoczna eska­dra naszych mknie nad hory­zon­tem, na nie­bie o bar­wie zim­nej kawy z mle­kiem zostają czarne, kłę­bia­ste smugi. Pada roz­kaz wyda­nia IPR-ów z tablet­kami i strzy­kaw­kami z dolar­ga­nem, pakie­tów prze­ciw­che­micz­nych, oso­bi­stych opa­trun­ków i iden­ty­fi­ka­to­rów. Robi się zamie­sza­nie. Potem ruszamy.

Prze­jeż­dżamy rzekę. Błot­ni­sta woda roz­bija się o kra­wę­dzie pon­to­nów. Plu­tony, które już prze­pra­wiły się na drugi brzeg, usta­wiają się w szyku mar­szo­wym kom­pa­nii. Zanim zamkniemy włazy, widzimy jesz­cze czarne słupy, poprze­krzy­wiane na pod­mo­kłym nad­brzeżu. Zosta­wiamy je za sobą. Barwy nie widać, ale beton, widzimy to wszy­scy, prze­ci­nają wyma­lo­wane dwu­ko­lo­rowe pasy. Zamy­kamy włazy.

Sil­niki huczą i nie można mówić bez laryn­go­fo­nów, więc tylko spo­glą­damy na sie­bie. Ruszamy w rów­no­mier­nym tem­pie, z zacho­wa­niem szyku.

Wjeż­dżamy do pie­kła.

Dzień drugi

Idziemy na zachód.

Widzimy, co przed nami zro­biło lot­nic­two. Po obu stro­nach oczysz­czo­nego kory­ta­rza, daleko, tam, gdzie na hory­zon­cie zazwy­czaj widać szpa­lery drzew, uno­szą się dymy roz­wie­wane przez wiatr. Droga nie została nawet tak bar­dzo znisz­czona, utrzy­mu­jemy równe tempo.

Jest ciemno, mimo popo­łu­dnia. Bure chmury, tak jak wczo­raj, wiszą nisko nad zie­mią, szo­rują brzu­chami po pory­tych polach. Jedziemy z otwar­tymi wła­zami. Wcze­śniej, jesz­cze nocą, DPS-y zaczęły pisz­czeć wyso­kim tonem i mru­gać lamp­kami, musie­li­śmy więc uszczel­nić wozy i włą­czyć fil­tro­wa­nie. Czuj­niki wresz­cie wyłą­czyły się i alarm odwo­łano. Póź­niej urzą­dze­nie odzy­wało się jesz­cze kilka razy, ale zaraz ury­wało swój elek­tro­niczny świer­got. Kapi­tan bata­lionu kazał prze­sta­wić czu­łość sygna­li­za­tora na więk­szą podziałkę.

Wokół pusto, tylko huk sil­ni­ków prze­rywa ciszę. Rano jesz­cze jedna eska­dra prze­cięła niebo, ale pra­wie jej nie widzie­li­śmy, tak była wysoko. Cza­sem bokiem prze­mknie jakiś UAZ z dowódz­twa, ska­cząc na kole­inach i wyżło­bie­niach ziemi na pobo­czu. Wcze­śniej bewupy z pie­chotą odda­liły się na połu­dnie. Dowódca cicho klął, widząc ich manewr. Zosta­li­śmy sami.

Dojeż­dżamy do węzła komu­ni­ka­cyj­nego. Tu szosa koń­czy się i trzeba wje­chać w pola. Zwal­niamy. Dowódca bata­lionu zarzą­dza pięt­na­sto­mi­nu­towy postój. Nie odcho­dzimy daleko od maszyn, sikamy, patrząc w niebo. Po wyj­ściu z kok­pitu jest zimno. Wzdry­gamy się i spo­glą­damy nie­pew­nie na sie­bie. Palimy papie­rosy. Ktoś kaszle, ktoś, patrząc na dowódcę wysta­ją­cego z wie­życzki i oglą­da­ją­cego po raz kolejny mapy, pyta cicho, czy sły­sze­li­śmy o tym, kogo spo­tkali chłopcy z Cze­cho­sło­wa­cji, od połu­dnia flan­ku­jący nas swo­imi bata­lio­nami zme­cha­ni­zo­wa­nymi? Machamy ręką i uśmie­chamy się ner­wowo. Niebo nad nami jest ciemne i coraz bar­dziej zasnuwa się brud­nym dymem. Ciszę prze­szywa huk wrzu­ca­nych na bieg sil­ni­ków.

Zmie­niamy szyk. Zamiast jechać kolumną, na polach roz­cią­gamy tyra­lierę. Grudy błota wyla­tują w powie­trze, kiedy czołgi kory­gują kurs i sto­pują na chwilę jedną z gąsie­nic. Trzę­sie. Lampki DPS-ów mil­czą jak zaklęte, ale i tak co chwilę pokle­pu­jemy kie­rowcę po ramie­niu, żeby na nie zer­k­nął, a potem, bez słowa kiwa­jąc gło­wami, prze­ka­zu­jemy wia­do­mość dalej. Daleko po lewej widać sznur cię­ża­ró­wek mkną­cych naj­pierw w tym co my kie­runku, a potem odbi­ja­ją­cych w mgłę, tak jak wije się szosa. Nie licząc nawie­wa­nych dymów, przez cały dzień nie widać innego źró­dła ruchu.

Do wie­czora jest jesz­cze daleko, kiedy dojeż­dżamy do Mag­de­burga. Mia­sto zostaje po pra­wej, na pół­nocy, ale nawet stąd widać ognie. Rubi­nowa poświata pod­świe­tla skłę­bione niebo, dymy bijące w chmury są tłu­ste i czarne. Kiedy wyłą­czamy sil­niki, robiąc prze­rwę na tan­ko­wa­nie, z oddali sły­chać pogłos ury­wa­nej kano­nady, a cza­sem basowe mruk­nię­cie poje­dyn­czej eks­plo­zji. Ruszamy dalej, przed nocą musimy jesz­cze dotrzeć do wyty­czo­nego punktu. Ofi­cer pro­wa­dzący prze­rwał ciszę radiową i nadał kod potwier­dza­jący wytyczne mar­szruty.

 

Jest późny wie­czór, kiedy widzimy ich po raz pierw­szy. Trzy wozy bojowe idą szyb­kim kur­sem na pół­nocny zachód, wyko­rzy­stu­jąc nitkę nie­znisz­czo­nej drogi. Dowódca bły­ska­wicz­nie wydaje roz­kazy. Inne załogi też już ich dostrze­gły. Zni­kamy we wnę­trzu wozu. Zatrzy­mu­jemy się, żeby uła­twić celo­wa­nie. Maszyną koły­sze, sztywno i krótko. Dowódca obser­wuje przez lor­netkę ledwo widoczne cie­nie. „Prze­ciw­pan­cerny”, komen­de­ruje. Sły­szymy stłu­miony huk wystrzału innego wozu. Nie sły­chać, żeby ktoś odpo­wia­dał ogniem. Dowódca nie zwraca na to uwagi. Usta­wia dal­mierz. Pal.

Wnę­trzem potęż­nie szar­pie i od huku przez chwilę bole­śnie pisz­czy nam w uszach. Momen­tal­nie w całym wnę­trzu śmier­dzi palo­nym pro­chem. Pusta łuska wysuwa się z ładow­nicy. Chcemy popa­trzeć, czy dostał. Sły­chać jesz­cze jeden wystrzał. Kwiaty ognia wybu­chają wolno na linii hory­zontu. Wozów pan­cer­nych już nie widać, nie dostrze­gamy jed­nak też żad­nego wraku. Cie­kawe, czy zawia­do­mią swo­ich o naszym poło­że­niu. Cie­kawe, czy mają jesz­cze kogo zawia­da­miać. Podej­mu­jemy prze­rwaną jazdę. Motory znowu war­czą, jak czarne psy przy wjeź­dzie do pie­kła.

Kiedy prze­jeż­dżamy obok wyrwa­nych w polu i asfal­cie lejów, wiatr nad zie­mią roz­wiewa kolejne duchy z sino­si­wych dymów.

Dzień trzeci

Idziemy na zachód.

DPS w naszym wozie zapa­lał się coraz czę­ściej, więc dowódca wresz­cie kazał go wyłą­czyć. „Zepsuty”. Poki­wa­li­śmy gło­wami, nie­pew­nie popa­tru­jąc na sie­bie. Po dłu­giej jeź­dzie w burej sza­rówce, która teraz utrzy­muje się przez cały dzień, kazał nam wziąć po tabletce z IPR-ów. Otwo­rzy­li­śmy włazy. Kiedy cze­ka­li­śmy, by wyrów­nać szyk, długo przez lor­netkę obser­wo­wał hory­zont.

Tam, gdzie można, jedziemy dro­gami. Cza­sem asfalt jest zerwany i poryty na dłu­go­ści wielu kilo­me­trów, a wtedy zjeż­dżamy w pola i jeśli można, roz­cią­gamy szyk. Prze­jeż­dża­jąc przez wybu­rzoną, zgru­cho­taną wybu­chami bomb wieś, mijamy mały zagaj­nik, w któ­rym kikuty drzew są poła­mane i wypa­lone do czar­nej sadzy, jakby w polu ktoś zatknął grube i krót­kie pale.

Coraz czę­ściej dostrze­gamy ognie na linii hory­zontu. Cza­sem zmie­niamy kurs i omi­jamy je sze­ro­kim łukiem, a wtedy widać tylko wiel­kie tuby dymu, jak nie­ru­chome filary, bijące w brudne niebo. Cza­sem nie zmie­niamy mar­szruty. Łuny cho­ro­bli­wie poma­rań­czo­wym świa­tłem pod­pa­lają wtedy hory­zont, nie­bez­piecz­nie bli­sko, a potem zni­kają za nami, do wtóru jazgotu sil­ni­ków.

Jest zimno. Kiedy kolumna zatrzy­muje się na postój, pra­wie nie roz­pi­namy czar­nych kom­bi­ne­zo­nów. Włosy pod heł­mo­fo­nami lepią się do skóry, ale kiedy wycho­dzimy, mając chwilę prze­rwy, chłód momen­tal­nie wkrada się pod zamki. Pod­czas jed­nego z posto­jów, który zro­bi­li­śmy na opu­sto­sza­łym poste­runku, nie­licz­nych, bo roz­kaz utrzy­ma­nia tempa jest wyraźny, sły­szymy, jak nagle coś łupie głu­cho, raz i drugi, ale nic nie widać. Cho­dząc pomię­dzy maszy­nami, pod pode­szwami butów czu­jemy ucisk roz­rzu­co­nych w nie­ła­dzie kara­bi­no­wych łusek. A potem, kiedy już doja­damy kon­serwy i wsia­damy do maszyn, dopiero wtedy, po pra­wej nagle wykwi­tają dwa pió­ro­pu­sze dymu. Jeden z nich roz­bły­ska zaraz w ciszy jasnymi iskier­kami i pro­sty słup plą­cze się w roz­ło­ży­stą koronę siwych kłę­bów dymu i ognia. Dopiero wtedy sły­chać odle­głe eks­plo­zje.

Ruszamy, roz­trą­ca­jąc zasta­wia­jące drogę wypa­lone wraki woj­sko­wych samo­cho­dów. Ciemne okna budyn­ków straż­ni­czych mają wybite szyby i są okop­cone. A kiedy wyjeż­dżamy już za chro­niące nas dotąd zabu­do­wa­nia, widzimy ich.

Zwal­niamy. I tak nie można poru­szać się szyb­ciej, cała kom­pa­nia, według roz­ka­zów, ma na tym odcinku nie zjeż­dżać z szosy. Jeden z naszych, saper, z docze­pio­nym tra­łem, jedzie wolno na prze­dzie i oczysz­cza drogę. Co jakiś czas sły­chać tąp­nię­cie roz­jeż­dża­nej miny. Zatrzy­mu­jemy się i cze­kamy.

Stoją w polu, na ziemi niczy­jej. Za ple­cami, już tylko dymiąc, dopala się pusta sko­rupa czołgu. Widzie­li­śmy ją już wcze­śniej. Jeden z naszych.

Stoją we trójkę. Dowódca naj­pierw długo patrzy przez lor­netkę, a potem, łamiąc ciszę radiową, przez chwilę mówi coś do laryn­go­fonu prze­łą­czo­nego na kanał zewnętrzny. Spo­glą­damy na sie­bie. Bez lor­netki nie widać wyraź­nie kształ­tów na tle dymu. Ci przed nami też wysu­wają się z maszyny, a po chwili ich DSzK obraca się płyn­nie na wie­życzce i zaczyna strze­lać. Mimo heł­mo­fo­nów, wyraź­nie sły­chać meta­liczny jazgot.

Zie­mia pod ich sto­pami gotuje się, ale stoją dalej. Kiedy ogień cich­nie, dowódca jest blady. Trzy posta­cie odwra­cają się i odcho­dzą, zni­ka­jąc za wra­kiem.

To cho­roba, tak się dzieje, kiedy spadną bomby, szep­cze dowódca, jakby mówił do sie­bie. Cho­roba… Myślimy o ich nie­wy­raź­nym kształ­cie. Spo­glą­da­jąc na sie­bie, kiwamy nie­pew­nie gło­wami.

Od przodu sły­chać coraz rzad­sze pie­kło wybu­chów. Trał czy­ści drogę. Kolumna rusza dalej.

Dzień czwarty

Idziemy na zachód.

Sły­sząc huk sil­ni­ków, myślimy o pogło­skach, o któ­rych mówi się na posto­jach. Wjeż­dżamy w głąb pie­kła.

Robi się coraz zim­niej, już pra­wie nie wycho­dzimy z wozów. Coraz czę­ściej mijamy na swo­jej dro­dze ruiny budyn­ków. Naj­pierw wypa­lone wsie, droż­nice kole­jowe na prze­jaz­dach z potrza­ska­nymi szla­ba­nami, z odkształ­co­nymi szy­nami, po któ­rych nie prze­je­dzie już żaden pociąg. Prze­pom­pow­nie z roz­łu­pa­nymi beto­no­wymi cze­re­pami dachów, gdzie mętna woda roz­lewa się po gru­zach. Stare opu­sto­szałe pałace, w któ­rych podmuch odle­głego wybu­chu wybił wszyst­kie szyby na jed­nej ze ścian, nieme okna w oca­la­łym budynku stajni odbi­jają niskie niebo i czarną zie­mię. Daleko, nie­re­gu­lar­nie, grzmią wybu­chy. Omi­ja­jąc węzły dróg zazna­czone na mapach, z daleka widzimy krwi­ste łuny poża­rów. Potem po raz pierw­szy wjeż­dżamy do mia­sta.

Dowódca każe jechać na przy­rządy, w peł­nym zamknię­ciu, bojąc się snaj­pe­rów. Ale na spo­tka­nie nie wycho­dzi nam nikt. Otwie­ramy włazy. Jedziemy. Patrzymy.

Pogięte żela­zne przy­pory, nad­to­pione, wiją się na bruku w kale­kich kształ­tach. Brudny śnieg gruzu zaściela ulice, jakby ktoś narzu­cił go w jed­nym kie­runku sze­roką szu­flą. Jadąc, pró­bu­jemy omi­jać wyrwy po wybu­chach. Jadąc, sły­szymy jęk meta­lo­wych szkie­le­tów budyn­ków, miaż­dżo­nych pod gąsie­ni­cami. Wokół pusto.

Ognie już wyga­sły i teraz w sine niebo biją z okien tylko poczer­niałe dymy. Sil­niki pra­cują mia­rowo, kiedy prze­jeż­dżamy, widząc poje­dyn­cze ściany, będące kie­dyś domami, pod któ­rymi leżą okop­cone drza­zgi szaf i nagie ste­laże mał­żeń­skich łóżek. Cza­sem hałdy pokry­tych kre­do­wym pyłem cegieł leżą przed nami, a wtedy z chru­po­tem łama­nych kamien­nych kości wjeż­dżamy na bary­kadę, żeby potem nagle sto­czyć się z niej z gwał­tow­nym prze­chy­łem.

Para leci z ust. Powie­trze sma­kuje wap­nem. Cała kolumna wydłuża się, roz­jeż­dża, oskrzy­dla­jąc się nawza­jem w bojo­wym szyku, pró­bu­jąc prze­dzie­rać się bocz­nymi ulicz­kami. Utrzy­mu­jący się przy ziemi dym, jak strą­cone chmury, prze­sła­nia czarne sko­rupy pan­ce­rzy. „Czy­sto”, „Nikogo” – skrze­czy plu­to­nowy w słu­chaw­kach dowódcy i wtedy przez laryn­go­fony otrzy­mu­jemy roz­kaz postoju. „Roz­po­zna­nie terenu”. Wycho­dzimy roz­pro­sto­wać nogi, mimo wszystko spo­glą­da­jąc nie­pew­nie na oczo­doły okien w czasz­kach budyn­ków bez dachów i spę­kane ściany, w któ­rych zieją czarne wyrwy. Nie gasimy sil­ni­ków, motory cicho mru­czą, teraz, po wyj­ściu, tak odle­głe, jakby w ogóle ich nie było. Odcho­dzimy w ruiny. I wtedy zapada cisza.

Dym, pył tłumi dźwięki, niebo wygląda tak, jakby zaczy­nało się zaraz za nade­rwa­nymi dachami miesz­kal­nych blo­ków, białe obłoki odde­chów zni­kają w zacie­ra­ją­cej kon­tury sza­rówce. Jest zimno. Jest cicho. Naprawdę cicho. Pod nogami chrzęsz­czą cera­miczne łupki pokru­szo­nej zastawy obia­do­wej.

Przez ostat­nie dni zawsze towa­rzy­szyły nam czer­wone powi­doki eks­plo­zji i odle­głe echa wystrza­łów, nawet jeśli gasły motory maszyn, pobo­czem prze­ci­skał się zawsze jakiś gazik dowódz­twa bata­lionu albo cysterny z ropą. Ale teraz nic. Beton i pokrę­cone węże stali, roz­rzu­cone, potłu­czone naczy­nia i usy­pi­ska cegieł. Duży, ciężki tele­wi­zor z wyła­żą­cym z ciem­nego wnę­trza-brzu­cha pękiem bia­łych od pyłu kabli-jelit, z wysa­dzo­nym tele­sko­pem. Bez­ruch. Tylko zimny dym wije się nie­spiesz­nie przy ziemi. Nic. Cisza jest abso­lutna.

Spo­glą­damy na sie­bie i wra­camy do wozów. Pod powie­kami wykwi­tają białe kropki świa­tła, ból jak od nakłuć roz­ża­rzo­nych igieł. Dowódca każe nam połknąć kolejną tabletkę z IPR-ów. Pył z powie­trza osiada głę­boko w płu­cach. Bolą nas głowy.

Ruszamy. Hur­got sil­ni­ków pod­nosi się, wibruje wyż­szym dźwię­kiem. Powstrzy­mu­jemy mdło­ści. Nie sły­chać nic oprócz maszyn. Jak w pie­kle. Pustka wokół jest zupełna. I to jest jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jące.

Kiedy wyjeż­dżamy za ostat­nie budynki, roz­cią­gamy tyra­lierę i zwięk­szamy pręd­kość. Za nami, okryte dymem, pozo­stają wymarłe ruiny.

Dzień piąty

Idziemy na zachód.

Coraz czę­ściej prze­ci­namy takie pery­fe­ria miast. Ni­gdy nie pod­jeż­dżamy bli­żej, jest roz­kaz. Trzy­mamy się z dala od cen­trów.

Z jed­nego z nad­kru­szo­nych domostw otwo­rzono do nas ogień. Jecha­li­śmy w otwar­ciu. Kule z maszy­no­wej broni zakwi­liły na gru­bym poszy­ciu maszyn jak nie­groźne żądła, a potem, zanim zdą­ży­li­śmy zare­ago­wać, unio­sły się wyżej. Mamy ran­nych, ale nie prze­ry­wamy mar­szu. Wie­życzki dwóch wozów miękko usta­wiły się w pozy­cji, pły­nąc na żyro­sko­pach. Kiedy huk­nęły strzały, pra­wie rów­no­cze­śnie, rwane odrzu­tem maszyny na chwilę aż sta­nęły w miej­scu. O włazy zagrze­cho­tał grad kamien­nych odłam­ków. Beton bloku roz­prysł się do wtóru potęż­nych eks­plo­zji, po uliczce pomio­tło dywa­nem gruzu. Nie zoba­czy­li­śmy tego, kto otwo­rzył ogień.

Dopiero w następ­nym mie­ście, beto­no­wej pustyni, widzimy żywe stwo­rze­nie. Pies jest czarny i ledwo stoi. Kiedy maszyny przed nami nikną mię­dzy hał­dami, zatrzy­mu­jemy wóz. Kapi­tan długo myśli, a wresz­cie wyska­kuje po błot­niku i staje na ziemi.

Łeb zwie­rzę­cia pra­wie nie ma skóry. Pies stoi, trzę­sąc się na wychu­dzo­nych łapach. Ropa wypeł­nia puste oczo­doły i żółte bąble roz­le­wają się po obdar­tym ze skóry pysku. Chyba nie sły­szy, ina­czej by uciekł. A może nie. Wiemy, na co czeka. Popa­rze­nia widać też na boku, tam, gdzie skórę napi­nają cien­kie brzy­twy żeber. Czarna sierść jest zle­piona bru­dem i wyłazi plac­kami.

Dowódca długo myśli i spo­gląda na nas. Sil­nik cho­dzi mia­rowo. Za nami nikt nie jedzie. Patrzymy na dowódcę i spo­glądamy na sie­bie. Bolą nas głowy i pod powie­kami zapa­lają się ognie, jakby ktoś gasił na źre­nicy kolejny nie­do­pa­łek. Dowódca wyciąga RAK-a i prze­sta­wia go na ogień poje­dyn­czy.

Długo mie­rzy.

Patrzymy na dowódcę. Odwraca wzrok. Strzela.

Gło­śnik łącz­no­ści zewnętrz­nej w jego heł­mo­fo­nie musi odzy­wać się teraz zgieł­kiem zapy­tań, ale nie widzimy, żeby coś odpo­wia­dał. Nasze laryn­go­fony też mil­czą. Wtedy je dostrze­gamy.

Za krót­kim mur­kiem, zła­ma­nym w poło­wie, pół­leży dziecko. Myślimy o tym, czy ślepy pies pró­bo­wał je bro­nić. Wokół nie ma nikogo. Dziecko usi­łuje usiąść, a my zasta­na­wiamy się, czy mogło usły­szeć strzał. Ze spa­lo­nej twa­rzy odcho­dzą płaty skóry, naga czaszka pozba­wiona jest wło­sów i widać na niej bąble popa­rzeń.

Dziecko nie ma siły, żeby się pod­nieść. Pół­sie­dząc, wyciąga przed sie­bie dłoń, jak ociem­niały szu­ka­jący opar­cia. Jedno z ramio­nek zwisa krzywo i nie­na­tu­ral­nie odkształca się przy sła­bych ruchach.

Dowódca też je dostrzega. Pod­cho­dzi.

Patrzymy na dowódcę. Widzimy jego twarz.

Długo trwa cisza. A potem strzał.

Odjeż­dżamy, star­tu­jąc nieco zbyt gwał­tow­nie, żeby dogo­nić kolumnę i wyrów­nać szyk. Kok­pi­tem koły­sze. Bolą nas głowy i chce nam się rzy­gać. Powieki obrzmie­wają coraz bar­dziej i palą jak pie­kło.

 

Echo wystrzału obija się o puste wąwozy poprze­krzy­wia­nych ścian.