Stworzeni do miłości. Skłonności homoseksualne i Kościół katolicki

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przedtytułowa

Stworzeni do miłości

Grafika


Tytułowa

Michael Schmitz

Stworzeni do miłości

Skłonności homoseksualne

i Kościół katolicki

Przełożyła Agata Jankowiak

Wydawnictwo W Drodze, Poznań 2020

Redakcyjna

Tytuł oryginału

Made for Love: Same-Sex Attraction and the Catholic Church

© 2017 by Ignatius Press, San Francisco, and the Augustine Institute, Greenwood Village, CO. All rights reserved.

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2020

Redaktor prowadzący – Ewa Kubiak

Redakcja – Eliza Litak

Korekta – Agnieszka Czapczyk, Eliza Litak

Skład i łamanie – Stanisław Tuchołka • panbook.pl

Redakcja techniczna – Józefa Kurpisz

Projekt okładki – Krzysztof Lorczyk OP

Fotografia na okładce – pxhere.com

Fotografia (s. 2) – unsplash.com

ISBN 978-83-7906-385-7

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I

ul. Kościuszki 99

61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62

sprzedaz@wdrodze.pl

www.wdrodze.pl

Przedmowa

„Kim jesteś Ty, Panie, a kim jestem ja?” Ta prosta a głęboka modlitwa wydaje się wręcz stworzona dla młodych ludzi żyjących na początku XXI wieku. Jesteśmy – jak nigdy wcześniej – uwikłani w poszukiwanie definicji nas samych i w dążenie do zrozumienia tego, co czyni każdego z nas tym, kim jest, oraz co sprawi, że ktoś nas zauważy i że będzie o nas dbał. Fakt, że przytoczona wyżej modlitwa została wypowiedziana na początku trzynastego wieku przez młodego św. Franciszka z Asyżu przypomina nam, że ta ludzka tęsknota jest doświadczeniem uniwersalnym. Pytanie to stanowi jednak również wyzwanie: jest ono zadane w sposób, który rzadko dziś doceniamy.

„Kim jestem?” to pytanie ważne, ale często kierujemy je w niewłaściwą stronę. Odpowiedzi nie znajdziemy w Internecie. Nie da się jej zdobyć w mediach społecznościowych ani w przeprowadzonym online sondażu, nie da się jej wymierzyć ilością lajków, udostępnień czy retweetów. Przeciwnie, wydaje się, że im bardziej łączą nas media społecznościowe, tym mniej jest więzi międzyludzkich. Wielu młodych ludzi odkrywa, że woła w internetową próżnię i że przyjmuje te odpowiedzi, które rozbrzmiewają najgłośniej. Łatwo pozwalamy, by definiowali nas inni, i nie pytamy przy tym, czy nas znają albo czy im w ogóle na nas zależy. Szczególnie nastolatkowie i młodzi dorośli stają w obliczu wielu wyzwań nurtujących ludzkie serca, na przykład takich, jak odnajdywanie się w nowych rolach w rodzinie, budowanie nowych przyjaźni, adaptowanie się w nowym miejscu zamieszkania bądź wybór zawodu albo sposobu spędzenia wakacji. Jednak niewiele doświadczeń jest równie głębokich – bądź tak potencjalnie pogmatwanych – co uzmysłowienie sobie naszej tożsamości seksualnej oraz zrozumienie nowych i potężnych pragnień bliskości, relacji i miłości. Niestety, nasza zeświecczona kultura z reguły nie jest tu zbyt pomocna: zwykle bywa subiektywna („Prawdą jest to, co nazywam prawdą”), utylitarna („Najlepsze jest to, co zapewnia mi coś, czego chcę”) oraz hedonistyczna („Najlepsze jest to, co daje mi największą przyjemność”). Gdy zadajemy światu pytanie: „Co powinienem zrobić w kwestii tego, co odczuwam?”, otrzymujemy odpowiedź: „Rób to, na co masz ochotę i co sprawia, że czujesz się dobrze”. I jesteśmy w takiej samej sytuacji, jak przed zadaniem owego pytania!

Zaś gdy to, co odczuwamy, samo w sobie jest niejasne, niejasna odpowiedź ze strony świata wcale nie pomaga. Każdy młody człowiek odczuwa pociąg płciowy – pragnienie emocjonalnej i fizycznej bliskości z drugą osobą, pragnienie poznania tej osoby i należenia do niej w sposób niedostępny nikomu innemu. Pociąg płciowy ze swej natury ukierunkowany jest ku osobie płci przeciwnej i odgrywa wielką rolę w uczynieniu z zawarcia małżeństwa i założenia rodziny spraw możliwych i pożądanych. Jednak niektórzy ludzie, z rozmaitych powodów, odczuwają pociąg do osób tej samej płci. To doświadczenie jest trudne do zrozumienia i może ich zastanawiać, co fakt ten oznacza dla ich tożsamości i przyszłości. Dokąd mogą się zwrócić po odpowiedzi, gdy czują się zdezorientowani w kwestii swojej płciowości? Świat zdaje się mówić, że uprawianie seksu jest najważniejszym doświadczeniem, jakie może przeżyć człowiek, że silne pragnienie związku jest zawsze pragnieniem seksualnym, że to, co czują, jest zawsze właściwe i że zawsze mają postępować tak, jak dyktują im uczucia. Czy taka odpowiedź naprawdę komukolwiek pomaga?

Książka Stworzeni do miłości stanowi ważną odpowiedź na te pytania o tożsamość i seksualność. Podobnie jak św. Franciszek, ks. Mike zdaje sobie sprawę, że jedyną prawdziwą odpowiedź na pytanie: „Kim ja jestem?” można znaleźć w pytaniu: „Kim ty jesteś?”. Innymi słowy, mogę zrozumieć samego siebie tylko jeśli zrozumiem swoje relacje, szczególnie tę pierwszą i najważniejszą – relację z moim Stwórcą. Kiedy uznaję Boga za Pana mego życia, mogę wołać do Niego: „O Panie, kim jesteś?”. On zaś odpowiada w sposób, jakiego nigdy bym się nie spodziewał: „Jestem twoim Ojcem. Jestem twoim Zbawicielem. Jestem źródłem twego życia. Jestem celem, do którego zmierzasz”. Kiedy poznaję tożsamość Boga, pełniej odkrywam też własną: „Jestem Twoim ukochanym dzieckiem. Należę do Ciebie. Wszystko, co mam, pochodzi od Ciebie. Wszystko, czym jestem, prowadzi mnie do większej bliskości z Tobą. Będę słuchać Twego słowa i wypełniać Twój plan dla mojego życia”.

Ksiądz Mike w gawędziarskim stylu, z którego jest znany, pisze o prawdach, które – jak się wydaje – w przeszłości każdy uważał za oczywiste, a które dziś są wręcz rewolucyjne:

 Wasze istnienie jest darem. Dobrze, że istniejecie!

 Wasze ciało i dusza są ważne.

 Za każdą rzeczywistością kryje się pewna obiektywna prawda, którą można zrozumieć.

 Seks to coś ogromnie ważnego, co ma konkretny cel.

 Silne uczucia nie zawsze prowadzą do podejmowania dobrych decyzji.

 Przyjaźń jest prawdziwą miłością, a nie nagrodą pocieszenia.

 Można się z kimś nie zgadzać, nie nienawidząc przy tym tej osoby.

Przede wszystkim zaś ks. Mike wie, o czym mówi i zna wasz sposób myślenia. Dzięki tej wiedzy, połączonej z ojcowską troską i współczuciem, książka Stworzeni do miłości przekazuje głośno i wyraźnie jedno przesłanie: „Jesteście tym, kim jesteście, ponieważ Bóg was kocha!”.

Mam zaszczyt pracować z kobietami i mężczyznami w różnym wieku, pochodzącymi z różnych środowisk, którzy usiłują zrozumieć doświadczane przez siebie skłonności homoseksualne i reagować na nie w taki sposób, do jakiego zaprasza ich Bóg. Dziś młodzi ludzie, bardziej niż kiedykolwiek dotąd, stają przed tym samym wyzwaniem i dokładają starań, by udzielić takiej samej odpowiedzi – zatem jestem wdzięczny, że książka Stworzeni do miłości została napisana z myślą właśnie o was. Mam nadzieję, że w miarę zdobywania coraz głębszego rozumienia Boga i Jego planu będziecie również coraz lepiej rozumieć samych siebie i swoje pragnienia, a także coraz pełniej żyć jako osoby, którymi macie być zgodnie z pełnym miłości, stwórczym zamysłem Boga.

ks. Philip G. Bochanski

dyrektor wykonawczy

Courage International

| Stworzeni do miłości

Wprowadzenie

– A więc… jestem gejem.

Najważniejszy człowiek w moim życiu zadzwonił do mnie dzień wcześniej i powiedział, że chce przyjechać do Duluth w Minnesocie, aby porozmawiać. Tam właśnie byliśmy następnego dnia, spacerując nad Jeziorem Górnym, gdy dzielił się on ze mną najbardziej osobistymi szczegółami całego swego życia.

Co człowiek powinien powiedzieć w takim momencie? Co wy byście powiedzieli, gdyby osoba, którą kochacie najbardziej na świecie, obnażyła przed wami swoje serce?

– Słuchaj… wiesz, że cię kocham.

Objąłem go, a on odpowiedział uściskiem. Byłem trzecią osobą, której o tym powiedział, i w pierwszej, instynktownej reakcji chciałem dać mu do zrozumienia, że ta nowa informacja niczego nie zmienia. Kontynuowaliśmy spacer, a on zaczął opowiadać mi o tym, czego doświadcza. Zawsze czuł się inny. Zawsze odczuwał te poruszenia, ale po prostu robił wszystko, by je ignorować i unikać myślenia o nich. Jednak dwadzieścia siedem lat to długi czas na zachowywanie sekretu tak ciężkiego do udźwignięcia i musiał się komuś zwierzyć.

– Czy… hm… czy masz jakieś pytania?

Pomyślałem, że bardzo miło z jego strony, iż o to pyta. Miałem tylko jedno pytanie:

– Co zamierzasz teraz zrobić?

– Co masz na myśli? Jestem gejem… Nie wybrałem sobie tych odczuć.

– Wiem. Wiem, że tego nie wybrałeś… Ale co zamierzasz wybrać teraz?

Wówczas nie był tego pewien i nadal nie wiem, czy ową pewność już posiada, ale tak właśnie brzmi „to pytanie”, przed którym staje każda kobieta i każdy mężczyzna doświadczający skłonności homoseksualnych.

Napisałem tę książkę dla każdego, kto doznaje tej rzeczywistości, jaką są skłonności homoseksualne. Jeżeli ktoś z was idzie przez życie, zawsze czując się innym, jest ojcem lub matką dziecka odczuwającego pociąg do osób tej samej płci, albo kocha kogoś, kto tego doświadcza – napisałem tę książkę właśnie dla was.

Nie musicie się lękać niczego, co w niej znajdziecie, nawet jeśli sfera seksualna jest dla was polem zmagań, walki i upadków. U podstaw wszystkiego, o czym piszę w tej książce, leżą słowa wypowiedziane przez Jezusa do kobiety, której upadek w sferze seksualnej został ujawniony publicznie. Uczeni w Piśmie i faryzeusze, chcąc wystawić Jezusa na próbę, zapytali, czy powinna ona zostać ukamienowana, tak jak nakazuje to Prawo Mojżeszowe. Jezus odpowiedział: „Ten z was, który jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem” (J 8,7)[1]. Kiedy uczeni w Piśmie i faryzeusze odeszli, popatrzył na nią i powiedział: „Ja też cię nie potępiam. Idź, lecz odtąd już nie grzesz” (J 8,11; wyróżnienie moje). To spotkanie jest wspaniałą nowiną dla nas wszystkich. Nikt z nas nie jest bez grzechu, oczywiście łącznie ze mną. Jak kilka rozdziałów wcześniej czytamy w Ewangelii według św. Jana, „Bóg przecież nie posłał swego Syna na świat, aby go sądził, lecz aby go zbawił” (J 3,17). Jezus przyszedł nie po to, by potępiać, ale by zbawiać, uzdrawiać, naprostowywać, przynosić życie. Nawet gdy wzywa nas do zmiany, czyni to, abyśmy mogli doznać uzdrowienia.

 

Zatem nie znajdziecie w tej książce niczego, co byłoby potępieniem osoby. Nie znaczy to jednak, że książka ta nie będzie stawiać wyzwań. Podążanie za Chrystusem zawsze niesie ze sobą wyzwania, lecz zawsze jest możliwe i warte wysiłku. Przez ponad dwadzieścia pięć lat zmagałem się z tematem pociągu seksualnego do osób tej samej płci i skutkami takiej walki dla bliskich mi ludzi. Byłam bardzo młody, kiedy uświadomiłem sobie, że doświadczenie skłonności homoseksualnych będzie rzeczywistością wielu osób, które kocham. Byłem zaangażowanym katolikiem i wiedziałem, że nauczanie Kościoła katolickiego w dziedzinie seksualności jest przez niektórych ludzi uznawane za duże wyzwanie. Ale wiedziałem również, że pewnego dnia mogę zostać powołany do przekazywania innym przesłania nadziei w sytuacji, która może się wydawać jedynie gęstym lasem zakazów i restrykcji. Wiedziałem z własnego doświadczenia, że stanie się konieczne, aby katolicy zrozumieli, skąd biorą się ludzie doświadczający skłonności homoseksualnych. Wiedziałem, że wokół tego tematu pojawi się poczucie winy, wstyd i podejrzliwość oraz że Kościół będzie potrzebował wielu osób przemawiających głosem współczucia. Pragnę, by taką właśnie rolę pełniła niniejsza książka.

Jej celem jest pokazanie, co Kościół naucza o pociągu do osób tej samej płci. Ma ona również wyjaśnić, dlaczego Kościół tak naucza. Książka ta przeznaczona jest dla osób, których dotyka doświadczenie skłonności homoseksualnych. Pragnę nade wszystko, by wszyscy ją czytający wiedzieli, że osoby doświadczające pociągu do osób tej samej płci nie stają przed żadną fałszywą alternatywą – nie muszą dokonywać takiego wyboru między dwiema możliwościami, w którym obie oznaczają przegraną.

Owa fałszywa alternatywa wyglądałaby następująco: albo idziecie za głosem serca, albo będziecie nieszczęśliwi. Albo pofolgujecie sobie w tym, czego pragniecie, albo będziecie samotni. Albo zaakceptujecie i przyjmiecie wszystko, co ktoś inny postanowi uczynić, albo będziecie się go bać i nienawidzić. To są fałszywe wybory. Czy nie ma innej drogi? Czy nie istnieje jakiś inny wybór? Czy nie jest możliwe, by żyć zgodnie z chrześcijańskim nauczaniem, będąc przy tym szczęśliwym? Czy nie jest możliwe kochanie bliźniego, bez zgadzania się przy tym na wszystko, co ów wybiera? Uważam, że taka trzecia możliwość istnieje. Uważam, że jest inna droga.

Istnieje trzecia droga

Zacznijmy od początku. „Dobrze, że istniejecie”. To muszą być pierwsze słowa, które tu wybrzmią. Gdy Bóg Ojciec posłał do nas Jezusa, powiedział każdemu z nas tak jasno i wyraźnie, jak to tylko możliwe: „Dobrze, że jesteście”. Ten świat byłby gorszy, gdyby kogokolwiek z was na nim nie było.

Myślę o jednym z moich najlepszych przyjaciół z college’u, Brianie[2], który był świadkiem bierzmowania mojej młodszej siostry. Brian identyfikuje się jako gej[3]. Jest pielęgniarzem oraz jedną z najbardziej troskliwych i pełnych współczucia osób, jakie mam zaszczyt znać.

Myślę o dziewczynie siadającej po drugiej stronie głównej nawy kościoła, do którego uczęszczałem w okresie dorastania. Dojeżdżaliśmy razem autobusem przez cały okres nauki w szkole podstawowej. Uznaje się ona za lesbijkę i występuje w obronie tych, którzy pod presją środowiska czują się niezręcznie z powodu swojej orientacji seksualnej.

Myślę o mojej dawnej dziewczynie, Melissie, pracującej z niezliczonymi młodymi mężczyznami, których wyrzucono z domu i którzy teraz żyją na ulicy tylko dlatego, że powiedzieli rodzinom o odczuwanych przez siebie skłonnościach homoseksualnych.

Myślę o wszystkich młodych ludziach, z którymi pracowałem na przestrzeni lat. Wielu z nich kochało Jezusa i kochało Kościół – ale mieli poczucie, że ze względu na to, iż identyfikują się jako geje lub lesbijki, nie ma dla nich w Kościele katolickim miejsca.

Myślę o wielu ludziach, którzy zgłaszają się do mnie przez Internet i którzy walczą o to, by żyć zgodnie z wiarą, w czystości, ale boją się ujawnić katolickim współbraciom, że odczuwają skłonności homoseksualne.

Myślę o moim najlepszym na świecie przyjacielu, który nazywa siebie gejem i któremu pozwoliłem się od siebie oddalić, ponieważ zbyt często nie wiem, co mu powiedzieć. Moja niezręczność jest kolejnym dowodem na to, że czasem widzę w drugim „geja”, a nie „człowieka”.

Nie chcę jednak powiedzieć, że napisałem tę książkę z poczucia winy. Napisałem ją z miłości. Nie chcę redukować „miłości” – jak czynią niektórzy chrześcijanie – do stwierdzenia: „Kocham cię, zatem muszę ci powiedzieć, w czym nie masz racji”. Piszę tę książkę, ponieważ wiem (wiem!), że wiele osób doświadcza zbyt mało miłości w Kościele katolickim, szczególnie gdy mowa o odczuwaniu pociągu seksualnego do osób tej samej płci. Ludzie często czują się odrzucani, potępiani i niechciani.

Prawdę mówiąc, wydaje mi się, że im więcej rozmawiam z ludźmi, tym wyraźniej dociera do mnie, że wiele osób w Kościele mogłoby bardziej przyłożyć się do przekazywania z miłością jego nauczania. Nie chcę tu powiedzieć, że nauczanie Kościoła nie opiera się na miłości. Jestem głęboko przekonany, że wszystkie dane nam przez Chrystusa wskazania prowadzą do wolności i miłości. Ale panuje wielki zamęt w kwestii nauczania Kościoła o seksualności w ogóle, a już zwłaszcza jeśli chodzi o homoseksualizm. Czasem trudno jest ludziom dojrzeć kryjącą się za nauczaniem Kościoła miłość.

Moim celem jest zarysowanie pewnego kontekstu dla tego, czego Kościół naucza w odniesieniu do seksualności. Ale proszę pamiętać: to jest początek rozmowy, nie jej koniec. Chcę poruszyć te kwestie i z całych sił będę się starał wyjaśnić wszystkie „co” i „dlaczego”, tak byśmy mieli punkt wyjścia do rozmawiania ze sobą. Ze sobą, a nie o sobie nawzajem. Istnieje między tym różnica.

Zbyt często ludzie w Kościele, tacy jak ja, mówią na temat doświadczeń innych ludzi, nie mając o nich pełnej wiedzy. Ja sam znam swoje doświadczenia. Wiem też to, o czym opowiadają mi ludzie. Ale nie znam waszych doświadczeń. I mam świadomość, że wasze doświadczenia mogły nie być pozytywne.

Jednak w książce tej nie zawsze przywołuję przykłady z życia osób identyfikujących się jako geje lub lesbijki. Postępuję tak dlatego, że każdy z nas z czymś się zmaga. Do kwestii powiązanych z odczuwaniem pociągu seksualnego do osób tej samej płci możemy więc podejść w mniej więcej taki sam sposób, w jaki podchodzimy do niemal wszystkich kontrowersyjnych spraw. Skupienie się wyłącznie na przykładach z życia ludzi mających skłonności homoseksualne wiązałoby się z ryzykiem, że niektórzy odbiorą to jako zachętę do przyjęcia postawy „my i oni”. Możemy iść drogą dzielenia ludzkości na nas i nich. Ale możemy też uznać, że nie ma nas i nich – jesteśmy tylko my. Wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji.

Aby podkreślić tę kwestię, chcę jeszcze raz powiedzieć: dobrze, że istniejecie. Jesteście jednymi z „nas”.

Niektóre osoby mogą uznać sam fakt istnienia tej książki za obraźliwy. Potrafię to zrozumieć. Nie chcę dawać wam do rąk kolejnej książki typu: „w tym właśnie nie macie racji”. Dołożę zatem wszelkich sił, by pisać w pozytywny i afirmatywny sposób. Tak naprawdę chciałbym tu dokonać afirmacji wszystkiego, co da się afirmować. Ci, którzy identyfikują się jako geje, mają godność. Ci, którzy doświadczają pociągu seksualnego do osób tej samej płci, są osobami cennymi. Ci, którzy mocują się ze swoją seksualnością, są częścią rodziny – mam tu na myśli rodzinę ludzką, zaś jeśli są chrześcijanami, również rodzinę Boga.

Krótko mówiąc: jeżeli ktoś z was jest osobą odczuwającą skłonności homoseksualne, pragnę, byście zrozumieli, że jeśli chodzi o Kościół, to należycie do niego. Należałoby więcej powiedzieć o tym, jak mogłoby to wyglądać, ale potwierdzenie, że powinniście mieć w Kościele swoje miejsce, to coś, co musi paść przed rozpoczęciem całego wywodu, w jego trakcie i po zakończeniu.

[1] Cytaty biblijne według Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu, Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2009 – przyp. tłum.

[2] Imiona w całej książce zostały zmienione, aby chronić prywatność opisywanych tu osób.

[3] W książce tej czytelnicy natkną się na określenia „gej” i „lesbijka”. Katolicy czasem kwestionują słuszność używania tych terminów. Niektórzy podnoszą, że są one powszechnie stosowane w taki sposób, który implikuje, że osobę ludzką można zredukować do orientacji seksualnej albo że ten jej aspekt jest najbardziej znaczący. Inni nie chcą ich używać dlatego, że określenia te nie uwzględniają rozróżnienia pomiędzy odczuwaniem pociągu ku osobom tej samej płci oraz odbywaniem z nimi stosunków genitalnych. Jeszcze inni zdecydowanie twierdzą, że tych terminów należy używać, ponieważ wiele osób opisuje siebie w ten właśnie sposób, zaś to, jak ludzie określają samych siebie, powinno decydować o tym, jak się o nich mówi. W niniejszej książce używam określeń „gej” i „lesbijka” wówczas, gdy mówię o tym, jak ludzie opisują samych siebie, lecz ich wykorzystanie nie oznacza poparcia czy aprobaty dla intencji, z jakimi używają tych słów inni. Szereg osób identyfikujących się jako „geje” czy „lesbijki” mówiło mi, że ich homoseksualni koledzy czuliby się bardziej obrażeni, gdybym całkiem tych określeń unikał. Z drugiej strony, niektórzy czytelnicy będą czuć się obrażeni lub zdezorientowani użyciem tych terminów, nawet w tak ograniczonym zakresie, w jakim się tu pojawiają.

| Stworzeni do miłości

| Stworzeni do miłości

| Stworzeni do miłości

Rozdział pierwszy
Na początku

Wiele lat temu, kiedy byłem jeszcze dwudziestoczteroletnim seminarzystą w Saint Paul w Minnesocie, przyjechałem do domu na weekend. Gdy zostawiałem torbę w swoim dawnym pokoju, zauważyłem na łóżku książkę z obrazkami, której nigdy wcześniej nie widziałem. Kilka tygodni przed moim przyjazdem mama uczestniczyła w pogrzebie swojej przyjaciółki. Na zakończenie ceremonii ktoś wstał i przeczytał urywek z tej właśnie książki dla dzieci. Nosiła ona tytuł The Next Place [Następne miejsce] i dotyczyła tematyki życia po śmierci. Moja mama, wiedząc, że w przyszłości będę przewodniczył wielu ceremoniom pogrzebowym, sądziła, że mogę się ucieszyć z tego egzemplarza.

Książka okazała się dość niewinna i ciekawa. Zawierała szereg nieszkodliwych myśli na temat tego, co dzieje się po śmierci człowieka. Opisywała ona pewne intuicje, z którymi katolicy się zgadzają i które przyjmują, na przykład koncepcję, że po śmierci człowiek znajdzie się w miejscu pełnym pokoju, że spotka ponownie tych, których kochał, i że nie będzie tam żadnego cierpienia – wszystko to jest oczywiście dobre.

Ale kilka rzeczy mnie zastanowiło. W książce padało stwierdzenie: „Moja skóra nie będzie ani jasna, ani ciemna. Nie będę gruby ani wysoki. Ciało, w którym żyłem, w ogóle nie będzie już częścią mnie”[1]. Autor posunął się jeszcze dalej, pisząc również takie zdania: „Nie będę chłopcem ani dziewczynką, nie będę kobietą ani mężczyzną. Będę jedynie, zwyczajnie, po prostu samym sobą”[2]. Rzecz jasna rozumiem, że śmierć po części faktycznie na tym polega – na oddzieleniu duszy od ciała – jednak autor ten, jak się wydaje, wyniósł swoje pojmowanie „następnego miejsca” na kompletnie inny poziom. Choć w oczywisty sposób elementem śmierci jest rozdzielenie duszy i ciała, tradycja judeochrześcijańska ma na ten temat więcej do powiedzenia. Z punktu widzenia tej tradycji osoba ludzka jest składającą się z ciała i duszy całością. Natomiast pogląd sugerujący, że „prawdziwym mną” jest wyłącznie dusza, został surowo potępiony jako herezja.

 

Zszedłem po schodach do kuchni, w której mama czytała jakiś tygodnik.

– A właśnie, czy widziałeś książkę, którą położyłam ci na łóżku?

– Tak.

– No i co o niej myślisz?

– Hmmm – zacząłem, nie wiedząc, jak wyrazić swą negatywną opinię na jej temat, ale będąc zdecydowanym wyznać prawdę bez ogródek. – To herezje.

– Co? – zawołała mama. – Ale mnie się podobała!

– No cóż, mamo. Zatem musimy chyba uznać, że jesteś heretyczką.

Uśmialiśmy się zdrowo, lecz książka ta naprawdę jest głęboko problematyczna.

Doskonale rozumiem pragnienie, by przyszłe życie było przestrzenią wiecznego szczęścia i pokoju, w której będziemy wolni od tego wszystkiego, co podcina nam skrzydła w tym życiu oraz co nam się nie podoba w nas samych (np. od bycia wysokim lub niskim, grubym lub chudym, chłopcem lub dziewczyną). Niemniej książka ta poważnie się myli w jednej kwestii: nasze ciała nie są „przypadkowym” elementem tego, czym lub kim jesteśmy.

Aby uczciwie zająć się tematyką seksualności oraz nauczaniem Kościoła katolickiego dotyczącym tego, jak najlepiej wieść nasze życie jako istot obdarzonych seksualnością, musimy zacząć od udzielenia odpowiedzi na podstawowe pytanie: „Czym jest człowiek?”.

Dowiedzenie się, czym jesteśmy, bardzo przybliży nas do odkrycia tego, kim jesteśmy i jak powinniśmy żyć. Jeżeli nie wiem, czym jest dana rzecz, trudno mi będzie ją zrozumieć, a już praktycznie niemożliwe będzie stwierdzenie, co jest dla niej najlepsze.

Poznanie, czym jest istota ludzka, to pierwszy krok do zdobycia jakiejkolwiek wiedzy o nas samych. W kontekście odżywiania się wygląda to następująco: jeśli rozumiemy naturę ludzką, to wiemy, jak najlepiej zapewnić sobie „paliwo” do życia. W kontekście miłości wygląda to następująco: jeśli zrozumiemy, czym jest istota ludzka, to dowiemy się, jak najlepiej kochać się nawzajem.

Dusza… i ciało?

Większość ludzi przeczuwa, że osoba ludzka to coś więcej niż tylko atomy i komórki. Z reguły podzielamy intuicję, że ludzki umysł to coś więcej niż szlaki bodźców neurologicznych i połączenia chemiczne. Czujemy, że osoby ludzkiej nie da się w całości sprowadzić do tych rzeczy. By użyć terminologii chrześcijańskiej, mamy również duszę. Teraz krótka definicja: słowo „dusza” to w języku łacińskim anima. Dusza jest tym, co „animuje” – czyli ożywia – ciało. Jest ona niemierzalna i nie da się jej zaobserwować. Ale oczywiście można zaobserwować skutki istnienia duszy. Najbardziej rzucają się one w oczy, gdy porównamy żyjące ciało człowieka z ciałem martwym. Jeżeli kiedykolwiek przebywaliście w obecności osoby zmarłej, to wiecie, że jest ona już czymś innym, że w jej przypadku coś kluczowego zostało utracone. Czy chodzi tu jedynie o fakt, że jej serce już nie bije lub że neurony w mózgu już nie „strzelają”? Możliwe. Myślę jednak, że chodzi o coś więcej. Zdajemy sobie sprawę, że martwe ludzkie ciało wygląda jak „pusta skorupa”. Gdy nie ma duszy, czegoś brakuje.

Mówimy: „To nie tato”, gdy widzimy ciało ojca w domu pogrzebowym. Dostrzegamy, że oto naruszona została integralność danej osoby. Sądzę, że coś podobnego powiedzielibyśmy, widząc ducha kogoś, kogo kochaliśmy: najprawdopodobniej stwierdzilibyśmy wówczas, że ujrzeliśmy zaledwie „cień” tej osoby – bowiem człowiek jest całością składającą się z ciała i duszy. Gdy nie ma ciała, czegoś brakuje.

Czym tak właściwie jest Łazarz?

Jeżeli znacie Pismo Święte, z pewnością słyszeliście przypowieść o bogaczu i Łazarzu. Jezus uczy nas w niej, jak traktować innych oraz w jaki sposób nasze postępowanie w tym życiu wpływa na naszą wieczność:

Był pewien bogaty człowiek. Ubierał się w purpurę i bisior i każdego dnia wystawnie ucztował. Przed bramą jego domu leżał pokryty wrzodami pewien żebrak, imieniem Łazarz, który pragnął nasycić się resztkami ze stołu bogacza. Lecz tylko psy przychodziły i lizały mu wrzody. Gdy żebrak umarł, został zaniesiony przez aniołów na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pochowany. Cierpiąc męki w piekle, podniósł oczy i ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. Zawołał: „Ojcze Abrahamie, zmiłuj się nade mną! Poślij Łazarza, aby umoczył w wodzie koniec swego palca i zwilżył mój język, gdyż bardzo cierpię w tym płomieniu”. Lecz Abraham odparł: „Dziecko, przypomnij sobie, że ty za życia otrzymałeś swoje dobra, podczas gdy Łazarz doświadczył zła. Teraz on tutaj doznaje pociechy, a ty cierpisz męki. Poza tym między nami a wami istnieje ogromna przepaść, aby ci, którzy chcieliby przejść stąd do was albo stamtąd do nas, nie mogli tego dokonać”. Tamten powiedział: „Ojcze, proszę cię, poślij go więc do mojego rodzinnego domu. Mam bowiem pięciu braci. Niech ich przestrzeże, aby i oni nie dostali się do tego miejsca męki”. Lecz Abraham odparł: „Mają Mojżesza i Proroków! Niech im będą posłuszni!”. Lecz on odpowiedział: „Nie, ojcze Abrahamie! Ale gdyby ktoś z umarłych udał się do nich, nawrócą się”. Wtedy powiedział mu: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to nawet gdyby ktoś powstał z martwych, także nie dadzą się przekonać” (Łk 16,19–31).

Jako współcześni mieszkańcy krajów Zachodu, którzy odziedziczyli chrześcijańskie spojrzenie na świat, natychmiast wiemy, co jest istotą tej opowieści. Jak bogacz powinien był potraktować Łazarza? Powinien był zatroszczyć się o niego, prawda? Powinien był zrobić to, co wielu naśladowców Jezusa czyniło na przestrzeni wieków. Nie powinien był go jedynie mijać, lecz powinien był zrobić coś dla tego cierpiącego człowieka i dać z siebie wszystko, by pomóc mu przeżyć. Jak jednak mógłby postrzegać Łazarza ktoś o odmiennym światopoglądzie?

Odmienne światopoglądy są naprawdę… hm… odmienne

Przyjrzyjmy się pokrótce trzem różnym sposobom patrzenia na świat i osobę ludzką. Nie wszystkie religie nauczają tego samego i nie wszyscy ludzie podzielają takie same przekonania, czym jest człowiek. Jak patrzyłby na Łazarza hinduista? Jak buddysta? Co zaś w przypadku ateisty? Czym według tych trzech różnych światopoglądów jest Łazarz? Chciałbym przyjrzeć się tym trzem systemom wierzeń i sprawdzić, jakie okażą się po bliższym zbadaniu.

Osoba ludzka według hinduizmu

Wyobraźmy sobie, że do Łazarza miałby podejść bogaty Hindus, mieszkający w Bombaju. Nasz biedak, pokryty wrzodami, leży w rynsztoku. Nie ma rodziny ani pracy, jest jednym z „niedotykalnych”. Co zatem powinien uczynić bogaty wyznawca hinduizmu na widok Łazarza?

Co (dla nas) zaskakujące, powinien postąpić dokładnie tak, jak postąpił bogacz z przypowieści! Powinien unikać kontaktu z nędzarzem. Nie wolno mu go dotknąć. Stąd właśnie pochodzi tradycyjna nazwa „niedotykalni”. Jakie mogłoby być wytłumaczenie takiego sposobu postępowania? Otóż wynika ono z hinduistycznego rozumienia natury ludzkiej. Nasz sposób postrzegania natury ludzkiej będzie określać nasz sposób traktowania ludzkiej osoby.

Z hinduistycznego punktu widzenia Łazarz to uwięziona w ciele dusza. Łazarz nie jest swoim ciałem, a jego ciało nie jest Łazarzem. Łazarz jest jedynie swoją duszą. Jest skazany na przeżywanie w tym ciele swojej karmy dopóty, dopóki to ciało nie umrze, a dusza nie dostąpi reinkarnacji (tzn. dopóki nie otrzyma nowego ciała, i to niekoniecznie ludzkiego). Będzie się to powtarzać tak długo, aż Łazarz stanie się jednym z atmanem.

Kiedyś rozmawiałem z młodym hinduistą, który tę wizję potwierdził. Podał mi następujący przykład: wyobraź sobie, że podróżujesz z Nowego Jorku do Kalifornii, ale gdzieś w stanie Iowa psuje ci się samochód. Nie przerywasz podróży. Przeciwnie, starasz się po prostu o nowe auto i jedziesz dalej. Nawet gdyby kolejne samochody wciąż się psuły i gdybyś musiał je kilkakrotnie wymieniać, twoje „prawdziwe ja” kontynuowałoby podróż. Ale (i to jest kluczowa kwestia) ty nie jesteś samochodem; samochód to tylko skorupa, która pomaga ci dotrzeć tam, dokąd zmierzasz.

Zatem według hinduistów ludzie są duszami uwięzionymi w ciałach; ich ciała nie stanowią istotnego elementu tego, kim są.

Osoba ludzka według buddyzmu

Gautama Budda został wychowany w hinduizmie i wydaje się, że rozczarowała go koncepcja istnienia klasy niedotykalnych. Skłoniło go to do podjęcia prób zrozumienia tego, jakie są źródła cierpienia na świecie.