Opowieść OjcaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3. Czy naprawdę nas widzisz?

Dwudziesty dziewiąty grudnia wstał jasny i błękitny i w miarę jak wschodziło słońce, z dachów zaczął kapać topniejący śnieg. Alex miał pokusę wyjścia, by zażyć nienormalnie dobrej pogody, jednak wydostanie się z łóżka trochę go kosztowało i gdy usiłował się ubrać, zrezygnował w połowie drogi. Dowlókł się do łazienki, żeby odchrząknąć. Minął zawrót głowy, lecz ciążyło mu nadal wyczerpanie fizyczne, wrócił więc do łóżka i pozostał tam przez cały poranek. Później w ciągu dnia dzwonił ksiądz Toby, żeby dowiedzieć się, jak się czuje. Wymówił się też od ich dorocznego toastu na Nowy Rok, ponieważ w sylwestra miał odprawiać mszę wieczorną w parafialnej kaplicy misyjnej w Maplewoods. Wpadł doktor Hendricks, żeby przepytać i zbadać Alexa. Płuca wyglądają lepiej, orzekł doktor, spadła też temperatura, zbliżając się do normalnej. Ciśnienie jednak było ciągle wyższe niż być powinno.

– Z powrotem do łóżka – rozkazał lekarz.

Andrew nie zadzwonił tego dnia, z pewnością dlatego, że nie wrócił jeszcze do Oksfordu.

Trzydziesty dzień grudnia był równie bezbarwny. W wigilię Nowego Roku rano wdepnął znowu Hendricks. Wziął coś do czytania i orzekł, że temperatura Alexowi się unormowała i że ciśnienie ładnie mu spada.

– Niemniej jednak – ostrzegł – nie kuś losu: żadnego wychodzenia, żadnego przyjmowania klientów.

Alexowi wolno się ubrać i ewentualnie – jeżeli ma takie życzenie – chodzić po domu. Jednak do pełnego dojścia do siebie potrzebuje jeszcze bezwzględnie tygodnia lub dwóch tygodni.

– Przeżyjesz brak dochodów ze sprzedaży? – zapytał doktor.

– No, będzie trudno.

– Przykro mi – odpalił Hendricks – ale gwarantuję, że jeśli za wcześnie się rzucisz w wir pracy, to będziesz miał nawrót choroby.

– Mało mnie to martwi.

– Na pewno? – odrzekł Hendricks. – Posłuchaj, Alex, zapalenie płuc, zanim pojawiły się antybiotyki, było największym zabójcą na tej planecie, i nadal jest jednym z największych. Nawroty są częste w ciągu przynajmniej roku po złapaniu zapalenia. Bądź więc ostrożny.

– W porządku – odrzekł Alex bez przekonania, zastanawiając się, czy za dwa dni nie otworzyć sklepu, licząc na to, że Hendricks się nie dowie.

Hendricks, który odbierał go jako noworodka, dobrze go znał. Czytając w jego myślach, pogroził mu palcem.

– Nie próbuj. Jeżeli chcesz umrzeć z dodatnim kontem, to proszę bardzo, ale nie mów, że cię nie ostrzegałem.

– Logika trochę tu szwankuje – odparł Alex z uśmiechem.

– Mam rację w każdym calu.

Wczesnym wieczorem Alex włożył swój brązowy garnitur, białą koszulę i zielony dziany krawat. Przeglądając się w lustrze komody, zobaczył Alexa innego, niż go pamiętał: mężczyznę wyglądającego dziesięć lat młodziej niż wskazywał faktyczny wiek. Ostatnia utrata wagi w połączeniu z włosami, które dopiero co zaczęły zdradzać jego prawdziwy wiek, stwarzała wrażenie ogólnie dobrej kondycji. Mógłby odgrywać tę komedię, dopóki ktoś nie popatrzyłby z bliska lub kazał mu coś powiedzieć, lub oczekiwał od niego czegoś, co wymagałoby siły fizycznej.

Alex zastanawiał się, czy może zignorować zalecenia doktora Hendricksa i uczestniczyć we mszy w kościele Najświętszej Maryi Panny. Hendricks mieszkał w drugiej części miasta i, zgodnie z rozsądkiem, na ranne msze niedzielne uczęszczał do Findley Memorial United. Alexowi bardzo brakowało sakramentów, powiedział więc sobie, że wyzdrowiał już dostatecznie, by nie obawiać się pogody. Około dziewiątej trzydzieści opatulił się wełnianym skafandrem z bai i szalami; włożył jeden z wełnianych kapeluszy Jacoba, rękawice i buty na misiu, i wyszedł na ulicę. Pięciominutowy spacer kosztował go trochę wysiłku i zanim dotarł do drzwi frontowych kościoła, mimo szala przykrywającego twarz, czuł rzężenie w górnych partiach klatki piersiowej.

Kościół nie był tak pełny jak podczas pasterki. Przyszła większość stałych bywalców, a mniej gości. Gdy złapał się na wypatrywaniu rodziny Colleyów, natychmiast tego zaprzestał i zmusił się, by skierować uwagę na leżący przed nim modlitewnik. Przeczytał kilkakrotnie wersety znajdującego się na nim napisu: Gilbert Alphonsus Graham, na pamiątkę Pierwszej Komunii Świętej, uroczystość Bożego Ciała, 1863, kościół Najświętszej Maryi Panny Anielskiej, Halcyon, Hrabstwo York, Górna Kanada.

Następnego ranka obudził się z męczącym kaszlem. Lekkie pogorszenie, pomyślał i nie wstawał aż do południa. Ksiądz Toby zadzwonił, żeby złożyć mu życzenia szczęśliwego Nowego Roku. Wspomniał, że wyjeżdża na parę dni odwiedzić rodzinę w Toronto. Mieszkali tam jego rodzice, którzy wybrali przedmieście. Alex nigdy do końca nie zrozumiał, dlaczego McIntoshowie wynieśli się z Halcyonu. Ostatecznie byli drugim pokoleniem obywateli tego miasta oraz mieli syna, który był kapłanem, z czego byli niezmiernie dumni. Alex sądził, że pociągnął ich urok pasaży handlowych, lepsza opieka medyczna oraz wygodne mieszkania. Być może po prostu zmęczyli się życiem na najniższym szczeblu społecznym, zbyt wiele razy nazwano ich szczurami rzecznymi i osobnikami niskich lotów – by wymazać to z pamięci. Wielkie miasto przyciągało bardzo wielu ludzi: niektórzy chcieli uciec od dusznych niepisanych małomiasteczkowych reguł, niektórzy poszukiwali lepszej pracy, inni potrzebowali bardziej stymulującego tempa życia. Młodzi prawie nigdy nie wracali już do Halcyonu.

Andrew nie zadzwonił tego dnia.

Kaszel na przestrzeni tygodnia stopniowo ustępował i w poniedziałek Alex otworzył podwoje Zimorodka. Sąsiedzi, widząc w witrynie informację: Otwarte, zjawili się, żeby się przywitać i pogratulować mu z racji uratowania obojga dzieci. Późnym popołudniem w drodze do domu z pracy zajrzało kilkoro regularnych klientów; nabyli więcej niż zwykle. Zapytali go też o zdrowie. Były także dalsze gratulacje i Alex pogodził się ze swoim nowym wizerunkiem, który – jak sądził – pójdzie szybko w zapomnienie. Tego dnia zarobił sto osiemdziesiąt cztery dolary i był za to wdzięczny, ponieważ miał do zapłacenia masę rachunków, a konto czekowe księgarni zbliżało się do przekroczenia limitu zadłużenia. W nie lepszej kondycji było też jego konto osobiste. Jedynym dodatkowym zasobem było małe konto oszczędnościowe, którego nie ruszał całe lata. Figurowało na nim około trzystu dolarów, które uciułał nie wiadomo po co – może na tanią trumnę.

Następny dzień był pełen zajęć, bo rozeszła się wiadomość, że sklep jest otwarty. Rano kierownik szkoły Najświętszej Maryi Panny zadzwonił, żeby zamówić ponad sto książek. Wyjaśniał z pewną nadgorliwością, że jest pora, by ożywić krwiobieg szkolnej biblioteki. Wysłał czek w porze lunchu, dostarczony Alexowi do rąk – a właściwie ręką Jamie’ego Colleya. Chłopiec był równie milczący jak poprzednio. Zatrzymał się tylko na chwilę, by wybrać dla siebie książkę na temat strategii rozgrywek szachowych, i wyszedł natychmiast po dokonaniu transakcji. Do kolacji Zimorodek kipiał od wertujących i kupujących. Gdy tego wieczoru Alex zamknął księgarnię i usiadł przy biurku, żeby podliczyć wpływy, stwierdził, że uzyskał rekordową kwotę: ponad tysiąc sześćset dolarów. Uświadomił sobie, że ludzie byli hojni. Doszli do wniosku, że tygodnie rekonwalescencji nie były łaskawe dla jego biznesu. Nie chciało mu się wierzyć, że byli zdolni zrobić coś takiego. Dosyć dobrze rozumiał pierwszy przypływ obywatelskiej aprobaty, bo jego wyczyn stał się najważniejszą informacją w życiu tego małego miasteczka, zmarszczką na tafli wody. Był wszak zdumiony tym, że ludzie zdobyli się na zrobienie czegoś więcej, dosłownie na odjęcie sobie od ust. Otrzymał lekcję pokory i w ten sposób jednocześnie został nagrodzony, lecz czuł, że to się również skończy.

W środę czternastego stycznia ciągle nie było telefonu od Andrew. W czwartek rano Alex wykręcił numer Tyburne College i poprosił Johna Grovesa. Gdy ten podszedł do telefonu, powiedział, że wszyscy studenci oprócz Andrew już powrócili.

– Młodzi ludzie byli obowiązani przybyć na miejsce najpóźniej do wczorajszego wieczora. Andrew zna reguły, panie Graham, ale może spóźnia się nie z własnej winy. Spodziewam się, że przyjedzie dzisiaj albo zadzwoni, żebyśmy wiedzieli, co się stało. Zajęcia zaczynają się jutro i jestem pewien, że nie będzie chciał się na nie spóźnić.

– Więc pan ciągle nie wie, dokąd on się udał?

– Rozpytywałem w tej sprawie. On się koleguje z dwoma lub trzema facetami ze swego piętra, lecz oni nie mają pojęcia, dokąd się udał na ferie. Jest całkiem możliwe, że dołączył do kogoś w Magdalen. Jak pan wie, on ma tam zajęcia.

– Gdy już się pojawi, proszę mu powiedzieć, żeby zaraz do mnie zadzwonił. Nieważne, o której godzinie. – Alex zawahał się, potem wyznał: – Zaczynam się trochę niepokoić.

– Rozumiem, proszę pana. Ja też na pana miejscu bym się zaniepokoił. Jednak nie zamartwiałbym się. Na pewno jest jakieś proste wyjaśnienie.

– Tak, niewątpliwie.

O wpół do dziewiątej następnego ranka odezwał się telefon przy łóżku. Alex podniósł słuchawkę i wymamrotał:

– Hallo.

– Witam pana po południu, panie Graham, mówi John Groves. Właściwie powinienem powiedzieć: dzień dobry rano. Mam nadzieję, że nie niepokoję pana zbyt wcześnie.

– Czy ma pan jakieś wieści od Andrew? Czy już wrócił?

– W istocie nie. Sami zaczynamy czuć się cokolwiek zafrasowani.

– Jakieś nowe wiadomości?

– Nic, o czym byśmy wiedzieli. Ale dzwonię jeszcze raz, żeby pan wiedział, jak się rzeczy mają. Andrew do tej pory nie skontaktował się z nami, żeby powiedzieć, gdzie się znajduje i wyjaśnić powód spóźnienia.

Alex poczuł, że zamienia się w kłębek nerwów.

– Dokąd mógł pojechać?

– Nadal nie wiemy. Jeden z kolegów wspomniał, że Andrew mógł poznać kogoś w samym mieście, ludzi niezwiązanych z Tyburne czy Magdalen. Podkreślił jednak, że to tylko jego przypuszczenie.

 

– Rozumiem.

– Czy mogę pana spytać, czy coś podobnego zdarzało się już Andrew: zniknięcie bez pozostawienia wiadomości?

– Nie. Co prawda bywa zapominalski, ale to wykracza poza jego normę.

– Rzeczywiście na to wygląda. Jednak niewiele więcej możemy zrobić, dopóki on nie zechce się pokazać.

– Czy sprawdził pan jego pokój?

– Administrator go otworzył i razem tam weszliśmy. Ale rozejrzawszy się, nie znaleźliśmy niczego szczególnego. Wygląda na to, że nie pojawił się tam od końca semestru.

– Czy były tam jego walizki?

– Tak, dwie.

– On miał również dużą torbę. Niebieską w paski po bokach.

– Nie było takiej torby.

– A była jakaś notatka?

– Pomyśleliśmy o tym, więc sprawdziliśmy dokładnie. Nie było żadnej notatki. Muszę przyznać, że pokój był sprzątnięty – na tyle, ile się można dzisiaj spodziewać po młodym człowieku. Wszystko wyglądało tam normalnie.

– Zastanawiam się, czy zawiadomić policję.

– Policję? Jeżeli pan sobie życzy, to ich wezwę. Może coś wygrzebią.

– Byłbym bardzo zobowiązany. Przepraszam za fatygę.

– Nie ma za co, panie Graham. Nie ma za co.

Po niedzielnej mszy Alex wziął na bok księdza Toby’ego i rozmawiał z nim na schodach frontowych kościoła. Gdy opisał, co się stało, kapłan zmarszczył brwi i uspokajał, lecz było jasne, że nie wie, co z tym zrobić. Jego odzienie wydęło się na wietrze, a on sam tupał, żeby nie zmarzły mu stopy.

– Będę się modlił za Andrew, Alex. Nic jednak nie pomożesz, zamartwiając się. Jesteś tysiące mil od niego i nic na razie nie możesz zrobić. – Ksiądz Toby klepnął go po plecach. – Pamiętasz tego dzieciaka, który ciągle jeździł po mieście na rowerze, pakując się w tysiące tarapatów, zawsze spóźniony na kolację?

– Pamiętam. Nie zmienił się.

– Pamiętasz, jak wybrał się rowerem na północ do Kamiennego Olbrzyma? Pamiętasz, jak znaleźliśmy go po dwóch dniach?

– Tak, skulonego pod skałą, obserwującego bieg rzeki.

– No właśnie. A pamiętasz, jak wówczas wyglądał?

Alex westchnął.

– Był wyczerpany i głodny, podrapany przez krzaki. Miał oparzone palce, bo chciał między stopami olbrzyma rozpalić ognisko.

– Pamiętasz, jaki czuł się szczęśliwy? Pamiętasz, co ci powiedział, gdy zapytałeś go, dlaczego to zrobił?

– Powiedział, że musiał zobaczyć Kamiennego Człowieka i zadać mu pytanie.

– Powiedział ci kiedykolwiek, czy otrzymał odpowiedź?

– Chyba nie. W każdym razie ja w jego wieku nigdy nie zrobiłbym czegoś podobnego. Miał dziesięć lat!

– Andrew to marzyciel. Po prostu posunął się trochę dalej niż ty kiedykolwiek.

– Był zawsze nieodpowiedzialny. Gdybym poświęcał mu więcej czasu, nauczyłbym go czegoś.

– Nauczyłeś go wielu rzeczy.

Alex wyrzucił w górę ręce.

– Niby czego go nauczyłem? Czy w ogóle nauczyłem czegoś moich chłopców?

Ksiądz Toby spojrzał na niego przeciągle.

– Uczyłeś ich w każdym momencie życia, do czasu, aż opuścili dom. Dałeś im ojca, który żył wiarą. Dałeś im ojca, który kochał swą żonę. Dałeś im umiłowanie wiedzy.

Alex mrugając szybko oczami, pochylił się do przodu i gwałtownie zacisnął pięść. Ostatni wierni, wychodząc z kościoła, patrzyli na niego zaciekawieni.

– Dałem im tak mało... tak mało.

– Dałeś im więcej, niż większość dzieci otrzymuje od swych ojców.

– Włożyłem wszystko w ten sklep. Pochłonął cały mój czas i całą energię, nie mówiąc o każdym zaoszczędzonym cencie. I po co? Powiem ci po co: żeby mieć przytulną niszę w życiu, żebym mógł się schować w kącie i czytać książkę i żeby nikt mi nie przeszkadzał. Co gorsza: zmusiłem rodzinę, żeby za to płaciła.

– Nie, nie, nie. – Ksiądz Toby potrząsnął głową.

– I robiłem to, bo nie potrafiłem robić nic innego, ot co.

– Przestań wreszcie – rzekł ksiądz Toby poirytowany. – Rozumiem, że się zamartwiasz, czujesz się bezradny i to cię rozkłada.

Obaj mężczyźni popatrzyli na siebie nerwowo.

– Teraz odpocznij, po prostu odpocznij – powiedział stanowczo ksiądz Toby. – On jest studentem uniwersytetu, który się spóźnił dwa dni na zajęcia po feriach świątecznych. Z pewnością zjawi się tam dzisiaj lub jutro i wszyscy będą zawstydzeni, że ich reakcja była na wyrost.

Alex przytaknął, pocierając twarz.

– Później dasz mu burę, której nigdy nie zapomni.

– Owszem, to też.

– Następnie zrobi dyplom, wróci do domu, ożeni się, osiedli na przedmieściach i stanie się prawdziwie godnym współczucia konformistą, czy nie tak?

– Prawdopodobnie masz rację. Większość tak kończy.

– To droga każdej cielesnej istoty, stary.

– Muszę już iść – mruknął nieprzytomnie Alex i odwrócił się na pięcie.

Ksiądz Toby obserwował, jak odchodzi, zwracając uwagę zwłaszcza na jego zgarbione plecy oraz na to, że się nie pożegnał, to zaś w jego długiej znajomości z Alexem Grahamem nigdy przedtem się nie zdarzyło.

Alex spędził resztę poranka i wczesne popołudnie przy aparacie telefonicznym znajdującym się na dole przy schodach. Próbował skoncentrować się na treści czytanej książki, lecz zupełnie mu się to nie udawało. W pewnym momencie wspiął się po schodach na górę i błąkał się od sypialni do sypialni, dojmująco odczuwając milczenie i nieobecność konkretnych osób. W pokoju Jacoba dominował sprzęt elektroniczny: muzyczny i komputerowy, oraz półki z porządnie ułożonymi i odpowiednio posegregowanymi książkami, nadającymi pomieszczeniu swoisty charakter. Modele samolotów zwisały z sufitu przymocowane sznurkami i skomplikowany wynalazek małego konstruktora (pewna tajemnicza maszyna) zajmował uprzywilejowane miejsce na konsoli przy ścianie. W głowach łóżka – schludnie przykrytego narzutą, którą zrobiła Carol dla Jacoba w roku swej śmierci – wisiał krucyfiks. Na ścianie w nogach łóżka wisiała grafika w ramce przedstawiająca średniowiecznego rycerza na koniu, z wyciągniętym mieczem, szarżującego w środek bitwy. Alex widział ten obraz wiele razy, ale teraz coś kazało mu się zatrzymać, by posnuć parę refleksji nad swoim starszym synem.

Popchnął drzwi do pokoju Andrew i wszedł do środka. Przez kilka minut pozostawał bez ruchu, rozglądając się dokoła, usiłując na nowo zrozumieć znane sobie przedmioty tam się znajdujące: zmaltretowaną, na wpół sflaczałą piłkę nożną, leżącą na toaletce obok sportowego trofeum; szklany słoik stojący na parapecie okiennym, zawierający wyschnięte łodygi chwastów z dziwnymi strąkami nasion; wieloryba z papieru mâché, długiego na trzy stopy, zawieszonego na szpagacie przymocowanym do sufitu, Andrew wykonał go w klasie plastycznej szkoły średniej, z małą figurką Jonasza wyskakującego z paszczy; półki zapchane literaturą: opowiadaniami, podręcznikami do rysunku i komiksami – przemieszanymi swobodnie z przedmiotami kultu chrześcijańskiego; ściany zdobione portretami rysowanymi węglem – przepięknych dziewcząt i starszych ludzi – każdy z rysunków miał przedstawiać charakter; łóżko raczej luźno zasłane, przykryte narzutą wykonaną przez Carol dla Andrew w roku, w którym umarła. Tutaj również w głowach łóżka na ścianie wisiał krucyfiks, pod nim zaś oprawiony w ramkę wiersz napisany niewyrobionym, niedojrzałym jeszcze charakterem pisma:

Łóżko moje jest jak mała łódka;

Siostrzyczka mi pomaga, gdy do niego wchodzę;

Otula mnie żeglarskim płaszczem

I w ciemność mnie wprowadza.

Gdy nadchodzi noc jestem na pokładzie,

Dobranoc mówiąc wam wszystkim na brzegu

Oczy swe przymykam i daleko płynę

Nic nie dostrzegając ani też nie słysząc.

Czasem coś ze sobą biorę

Jak to czynią roztropni żeglarze

Może porcję ślubnego tortu

Może zabawkę jakąś lub dwie.

Tak żeglujemy noc całą przez ciemność

Lecz kiedy dzień powraca już,

Bezpieczny w domu, przy swej przystani

Widzę, jak cumuje moja łódź 1 .

(skreślone ręką sir Andrew Angusa Lancelota Grahama)

Alex nie zauważył wcześniej owego Lancelota. Była to fantazja jego syna, idealizacja, poszerzenie swojego ja. Przypomniał sobie, jak recytował ten wiersz Jacobowi i Andrew, gdy byli bardzo mali, każdy z nich wsunięty pod jedno ramię. Przechodzili strona po stronie Czarodziejski ogród wierszy – chłopcy zawsze żądni przewracać kartki przed końcem wiersza, pędzący do przodu, chcący więcej, więcej, więcej. Z tych wieczornych czytań znali wszystkie wiersze na pamięć i poprawiali go, ilekroć pomylił jakieś słowo. Hołdowali nawykom, żywili się tradycjami. To były dobre czasy, szczęśliwe czasy. Teraz po tylu latach czuł znowu ich chwilową radość, ich niewinność i wspólnotę. Gdzie to się podziało?

Około godziny trzeciej zadzwonił okrętowy dzwonek i Alex zszedł na dół otworzyć drzwi wejściowe księdzu Toby’emu, który żeby nie zmarznąć, tupał i uderzał się rękami po żebrach. Jego samochód stał przy krawężniku.

– Cześć, chciałem się dowiedzieć, czy Andrew się zgłosił.

– Na razie nic nowego.

– Wiesz co, przejedźmy się. Oderwiesz się trochę psychicznie od tych spraw.

– Lepiej nie, bo może być telefon.

– Telefon będzie, jak wrócisz. Nastaw na automat.

– Nie mam automatycznej sekretarki.

Ksiądz Toby potrząsnął głową.

– Komputera też nie używasz, nie korzystasz z poczty elektronicznej, nie przeglądasz Internetu. Jak, u diaska, utrzymujesz ten biznes na chodzie?

– Tak jak robili to ludzie przez setki lat.

– Wielka czarna księga rachunkowa i gęsie pióro? – zaśmiał się ksiądz Toby. – No, twój biznes się nie rozleci, jak nabierzesz trochę świeżego powietrza. Chodźmy.

– Dziękuję, może innym razem.

– Bierz płaszcz. Mówi twój proboszcz.

– Jesteś wikarym.

– Nieważne. Chodź, to ci dobrze zrobi. W ten sposób nie urwiesz dzieciakowi głowy, gdy zadzwoni.

Alex zastanawiał się chwilę.

– W porządku – rzekł i poszedł po płaszcz i buty.

Jechali ku wzgórzu Oak, po czym skręcili w kierunku Tamarack – czub japońskiej maszyny księdza Toby’ego pruł w dół po stromej pochyłości terenu. Na dole skręcili w lewo, w Drogę nad Rzeką i kwartał dalej przejechali powoli koło tamy. Alex wpatrywał się w nią na swym fotelu, chcąc dostrzec wodę po stronie wzniesienia. Gdy ją minęli, skierował wzrok ponownie na wprost i patrzył przez przednią szybę.

– Bohaterze – odezwał się ksiądz Toby ledwo słyszalnym głosem. Zanim Alex zdążył cokolwiek powiedzieć, ksiądz Toby zaczął gwizdać jakąś irytującą piosenkę, która zdawała się nie mieć żadnej melodii.

Alex nie zwracał na niego uwagi.

Przejechali mostem nad rzeką Clementine i wjechali między wzgórza po drugiej stronie rzeki. Był dzień w rodzaju tych, które działają na większość ludzi przygnębiająco: ciężki, zaciągnięty mrokiem środka zimy pod brudnym kocem chmury przesuwającej się na północ, grożący zasypaniem śniegiem. Wyżej położone zalesione wzgórza pochylały się pod wpływem wiatru i milion gałęzi, niczym kościste palce, rozdrapywało ów sufit swego uwięzienia.

Pogoda doskonale pasowała do nastroju Alexa, ale wydawało się, że w najmniejszym stopniu nie dotykała księdza Toby’ego. Przez całą drogę, aż do potrójnego skrzyżowania przy Concession Road 4, gwizdał swoją bezsensowną piosenkę. Droga wiodła wzdłuż szczytu skarpy, z północnego zachodu na południowy wschód, i Alex dobrze ją znał, gdyż stanowiła element jego ulubionego spaceru. Ksiądz Toby skręcił w prawo.

– Dokąd jedziesz? – zapytał Alex.

– Donikąd, po prostu zwiedzam okolicę. Jak ci się podoba sceneria?

– Naprawdę smętna.

– Hmm.

– Hmm?

– Hmm-hmm.

– Aha, hmm.

Było to coś znośniejszego niż gwizdanie.

Gdy przejechali skrótem prowadzącym do Psiej Łaty, Alex odwrócił się na siedzeniu, żeby rzucić okiem na Halcyon. Późne popołudnie stało się teraz ciemniejsze i kiedy samochód minął przerwę między klonowymi zasadzeniami, zobaczył, że wioska przybrała swą najświetniejszą postać – jak klejnot w naszyjniku pięknej kobiety. Po chwili jednak pojawiły się połacie sosnowego lasu, zasłaniając widok.

 

– Powinieneś więcej wychodzić – odezwał się ksiądz Toby jakby od niechcenia. – Jesteś istnym samotnikiem.

– Dobrze mi z tym.

– Na pewno? Nigdy nie czujesz się samotny?

– Mam swoje wspomnienia.

– Czy po śmierci Carol kiedykolwiek porządnie się wypłakałeś, wykrzyczałeś, co ci leży na sercu, rozwaliłeś drzwi kopniakiem?

– Płakałem, Toby. Chcesz, żebym robił to publicznie?

– Grzebiesz się żywcem, Alex. Pomału się zabijasz w tej swojej księgarni.

– Wcale się nie zabijam. Wolę spokojne życie.

– W samotności, cały czas w samotności.

– Lubię ciszę.

– W porządku, ale co rozumiesz pod słowem cisza?

– Cisza to cisza.

– Nie zgadzam się – odparł ksiądz Toby, przybierając uduchowioną minę. – Myślę, że jest dobra i zła cisza.

– I uważasz, że moja jest zła. Nie lubisz mojego stylu życia, więc musi być zły.

– Nie mówiłem, że nie lubię, w jaki sposób żyjesz.

– Zdawało mi się, że właśnie to chciałeś powiedzieć.

– Gdybyśmy częściej rozmawiali, być może nie wyciągałbyś pochopnie takich wniosków.

– To mów – skrzywił się Alex.

– Osoby całkowicie zamknięte w sobie nigdy nie pytają, co inni ludzie mają właściwie na myśli. Nigdy nie zadają sobie trudu, żeby się dowiedzieć.

– To tylko słowa – bąknął Alex nieomal ze wzgardą. Powstrzymał się, żeby nie wygarnąć, że słowa nie przywrócą umarłym życia.

– Ty, który zbudowałeś swe życie na książkach, gardzisz słowami?

– Nie gardzę słowami, po prostu nie ufam im, gdy pojawiają się na ludzkich ustach.

Ksiądz Toby zaśmiał się i nie powiedział nic więcej. Po przejechaniu jeszcze około pół mili, zwolnił i zjechał na pobocze przy skrzynce pocztowej. Dróżka, zawalona śniegiem, skręcała w górę ku małemu domowi przycupniętemu pośród brzozowego zagajnika. Nie było śladów opon, tylko jedna ścieżka wydeptana na śniegu. Na skrzynce widniało nazwisko: Roger Colley.

– Hm, tu mieszkają Colleyowie – oznajmił ksiądz Toby, jak gdyby odświeżając niewyraźną pamięć. Chcesz zatrzymać się na chwilę?

– Nie, powinienem już wracać.

– Okej, jak chcesz, ale skoro już tu jesteśmy, powinienem bezwzględnie wdepnąć na moment. To nie potrwa długo.

Nie czekając na odpowiedź Alexa, wyszedł z samochodu. Nie zamknął drzwi.

– Dlaczego nie pójdziesz ze mną? Obiecałeś, że odwiedzisz ich kiedyś.

– Niczego takiego nie obiecywałem.

– A, myślałem, że obiecałeś. Oni też tak sądzą.

– Ale nie obiecałem – rzekł Alex stanowczo. – Ja po prostu tu zaczekam i nacieszę się ciszą, jeżeli nie masz nic przeciwko temu.

Ksiądz Toby wzruszył ramionami i zaczął gwizdać. Trzasnął drzwiami.

W tym momencie obaj zauważyli małą postać biegnącą ku nim w dół, ślizgającą się na ścieżce. Było to dziecko. Dziecko upadło, podniosło się i dalej biegło.

Była to Hannah Colley.

Przybiegnąwszy do auta, uścisnęła księdza Toby’ego, a potem przycisnęła twarz do szyby po stronie kierowcy. Gdy zobaczyła Alexa, zaczęła podskakiwać.

– Pan przyjechał, pan przyjechał! Wiedziałam, że pan przyjedzie.

Pochylając się, ksiądz Toby zajrzał jej przez ramię i uśmiechnął się do Alexa.

Alex wysiadł z samochodu.

– Pan Graham, pan Graham! – śpiewała dziewczynka.

– Dzień dobry, Hannah.

– Pan przyjechał nas odwiedzić! – zawołała z niekłamanym zachwytem.

– Tak jest – odpowiedział ksiądz Toby. – Pan Graham przyjechał was odwiedzić, Hannah. Poprowadź nas.

Dziewczynka wyskoczyła do przodu, docierając do domu sporo przed nimi.

Idąc pod górę, Alex kilka razy spojrzał na zegarek.

– Proszę, nie za długo – wymamrotał.

– Spokojnie, stary, spokojnie. Nie będziemy siedzieć długo.

To był mały drewniany domek z pobielonym wapnem sidingiem, jasnoniebieskimi okiennicami i czerwonymi ramami okien. Drzwi wejściowe były koloru szafirowego. Wydobywający się z komina dym drzewny kierował się z wiatrem na wschód, napełniając powietrze zapachem palonej brzozy. Z tyłu stała zapadająca się stodoła. Jej cynowy dach łopotał i brzdękał, a z szopy dobiegało pianie koguta. Poza tym była tam chata z drewnianych bali, z której komina wydobywał się dym.

Duży płowy pies, nieznanej rasy, leżał na ganku domu, blokując wejście. Podniósł na gości kaprawy wzrok, po czym zwinął się na boku i spał dalej.

– Panowie muszą przejść nad Clovisem – wyjaśniła dziewczynka.

Ksiądz Toby wyciągnął rękę, żeby zapukać akurat, gdy drzwi się otworzyły.

Spośród wielu wyobrażeń, które Alex wziął na sumienie w swym życiu, to dotyczące Theresy Colley było jednym z najmniej trafnych. Był przekonany, że kobieta, która do niego napisała, żeby mu podziękować za uratowanie dzieci, należy do kategorii ofiar. Widział małżeństwo z kłopotami, obecnie skończone z takiego czy innego powodu, po którym pozostała ogromna doza goryczy. Gdy z rzadka myślał o Theresie Colley, był pewien, że jest tęga i korpulentna, przedwcześnie osiwiała (a przynajmniej ukrywająca to pod farbą do włosów), paląca i jeśli nie pijąca, to co najmniej uzależniona od mydlanych oper – jej cechy jawiły się drastycznie wyraziście.

Jego uprzedzenia nie wypływały z nieżyczliwości, bo ten opis pasował do kilku kobiet mieszkających w tej okolicy. Chociaż nie znał żadnej z nich osobiście, od czasu do czasu widywał je robiące zakupy lub idące do kościoła, lub podrzucające dzieci do szkoły. Sądził, że generalnie były to zapewne dzielne kobiety, dźwigające ciężary, które skruszyłyby niejednego mężczyznę. Bez wątpienia nie myślałby źle o Theresie Colley, nawet gdyby pasowała do tego wzorca. Ale ona nie pasowała.

Kobieta, która wyszła na ganek, nie była podobna do żadnej spotkanej wcześniej.

– Księże – rzekła, przestępując psa – proszę podać mi rękę. Niech ksiądz uważa: ganek jest oblodzony. Proszę nie zwracać uwagi na Clovisa, jest dosyć powolny.

– Czyż wszyscy tacy nie jesteśmy, Thereso.

W mgnieniu oka Alex dostrzegł kilka szczegółów. Miała łagodny, a zarazem jasny i opanowany głos. Była średniego wzrostu i średniej budowy ciała, miała delikatną twarz i szaroniebieskie oczy, w których wiele się działo. Jej ciemnoblond włosy zaplecione były w pojedynczy warkocz opadający na plecy.

Gdy goście, bezpieczni, znaleźli się w sieni, spojrzała Alexowi prosto w oczy i wyciągnęła do niego dłoń.

– Panie Graham, jestem Theresa Colley. Tak się cieszymy, że mógł pan wpaść.

– Jestem zadowolony, że tu jestem – wymamrotał Alex, ściskając odruchowo jej rękę i lekko się kłaniając. Należała do tego typu osób, którym instynktownie składa się ukłon, była bowiem zarówno ciepła, jak i w całkowicie naturalny sposób dystyngowana, bez formalizmu czy pretensjonalności.

Jej odzienie było proste: jasnobrązowy kardigan, biała bluzka i spódnica do pół łydki, drukowana w małe różowe różyczki. Pantofle. Na szyi mały srebrny krzyżyk. I prosta złota obrączka ślubna na serdecznym palcu lewej ręki.

– Właśnie zaparzyłam czajnik herbaty – powiedziała, zwracając się do księdza Toby’ego. – I myślę, że ciasteczkowi piraci coś nam zostawili. Zechcą panowie do nas dołączyć.

Prostolinijny uśmiech rozświetlił całe pomieszczenie.

– Z przyjemnością – odpowiedział ksiądz Toby.

Nie miała kolczyków, nie była umalowana – nie potrzebowała tego.

W tym momencie zza rogu wyskoczył duży królik rdzawej barwy i minął ich, zdążając do salonu.

Obaj mężczyźni unieśli brwi, ksiądz Toby pokazał zęby w uśmiechu, Alex zaś wydawał się lekko odurzony.

– Ona lada dzień będzie rodzić – powiedziała Theresa. – Jest zimno i nie chcemy, żeby małe urodziły się w szopie. – Popatrzyła czule na to stworzenie i dodała: – Jest udomowiona.

Królik przemierzył dywan i klapnął obok kominka, gdzie za szybą płonęła warstwa brzozowych polan.

Alex zauważył, że nie był to jakiś wymyślnie urządzony pokój. Były tam proste kanapy i krzesła, wyglądające, jakby korzystało z nich więcej niż jedno pokolenie, a także różnego rodzaju istoty. Tu i tam widać było wiejskie wazony, a w nich wysuszone kwiaty. Zauważył, że miała duszę artysty, a przynajmniej, przy całej swej biedzie, poczucie gustu. Rzucały się w oczy również inne detale: trzy regały zapchane książkami dla dzieci, sfatygowane pianino bez kilku klawiszy, wiklinowy kosz pełen wełnianych motków i drutów, a także niedokończony sweterek dziecięcy.