Opowieść OjcaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Później, niczym cud, w jego życie wkroczyła Carol, przemieniając go do cna: rozniecając ogień w palenisku, mimo iż miał już ukształtowaną osobowość. Z natury był introwertykiem – jego charakter budowali umiejętnie i cierpliwie pierwszej klasy fachowcy – z solidnymi drewnianymi drzwiami, które się zatrzasnęły, i oknami zamykanymi natychmiast, tak żeby żaden przechodzień nie miał wglądu do środka. Jednak serce ciągle biło, a węgiel się żarzył. I jeżeli teraz nie było już paliwa, żeby podtrzymać ogień, Alex nadmiernie się tym nie przejmował, bo był zadowolony ze swego życia. Miał już za sobą jedną walkę na pięści z rozpaczą, i pamięć o niej słabła, pozostawiając jedynie pewne ślady na dnie duszy. Trzeba było jednak strzec się jakiegoś powrotu tego stanu, jakiejś podatności na zabójcze ukąszenie. Nawet na pierwszy rzut oka było aż nadto jasne, że mamy do czynienia nie ze zwykłym mordercą, lecz z grasującym seryjnym zabójcą i że serce jest jego ulubionym celem. Serce w ogóle jest organem najbardziej wystawionym na ciosy.

Mimo to Alex nie był tak zasklepiony w sobie, żeby polegać tylko na jakiegoś rodzaju absolutnej pewności. Zdawał sobie sprawę, że podejmowane środki ostrożności – nawet to, że wybrał życie spokojnego, dla oczu postronnych, bibliofila – nie dawały dostatecznej gwarancji bezpieczeństwa. Musisz pozostać w miarę elastyczny, mówił sobie, na tyle, na ile potrafisz. Wiedział, że jeżeli nie zdobędzie się na ten wysiłek, to w średnim wieku łatwo zwiędnie, skurczy się, wyschnie i zwapnieje, stanie się kimś w rodzaju gnoma z dickensowskiego sklepu. Sam stanie się owym starym dziwakiem. Jeśli natomiast, zamiast tego, wybierał się na piesze wędrówki do znanych sobie gęsto porośniętych wrzosowisk, to widział tam przestronne krajobrazy i utrzymywał mięśnie, serce i umysł otwarte na możliwości nieskończenie wielkiego i zadziwiającego wszechświata.

Skręcając z Oak Avenue, zszedł w dół po stromym zboczu Tamarack (z liściastymi alejkami i iglastymi uliczkami). Szedł powoli – przy każdym kroku uderzając mocno obcasami, by nie upaść. Dotarłszy bez problemu do drogi biegnącej wzdłuż rzeki, skręcił w lewo i przemierzył pół kwartału w górę rzeki, w kierunku tamy. Tam, w najwęższym punkcie doliny, rzeka miała tylko trzydzieści lub czterdzieści stóp szerokości, przy czym jej wody nabierały rozpędu w wąwozie i na krawędzi tamy, spadając z hukiem na skały w dole. Zbliżając się do kładki, usłyszał piskliwe krzyki, lecz zrazu nie zwrócił na nie uwagi, przekonany, że na położonej nieco dalej ślizgawce hałasują dzieci. Ryk wody przelewającej się przez spływ na tamie tłumił wszelkie inne dźwięki. Gdy wchodził na kładkę, zerknął w dół przez lewe ramię, od strony wysokiego boku tamy, spodziewając się zobaczyć tylko półkole piwnobrunatnej wody przed śluzą.

W wodzie było dwoje dzieci, otwierających i zamykających usta w niemym krzyku. Uczepiły się kawałka kry lodowej po stronie miasteczka. Jedno z nich miało drugie pod ramieniem, a oboje drapali rozpaczliwie półkę lodową, starając się ją uchwycić, lecz jej kawałki ciągle się obrywały, i znoszeni przez prąd, w ciągu jednej, dwóch sekund tego szokującego widowiska, przemieścili się w bezpośrednie sąsiedztwo wrót śluzy.

Gdyby to było lato, przepłynęliby górą, lecz o tej porze roku nurt był słabszy i poziom wody niższy. Alex ocenił, że mimo to – zważywszy na to, gdzie się znajdowali – woda by ich przykryła. Zeskoczył z kładki, upadając na cztery kończyny i lądując na śniegu, i z całych sił popędził w ich stronę. Teraz ich słyszał: piskliwy jęk z jednych ust i krzyki z drugich.

– Trzymajcie się mocno, mocno – zawołał.

Przedarł się przez próg śnieżny przy krawędzi koryta rzeki i położył plackiem na lodzie, twarzą do dołu. Słyszał trzask kruszonego lodu, gdy usiłował energicznie uwolnić się ze skafandra z wełnianej bai. Dzieci znajdowały się przynajmniej dziesięć stóp od niego, z twarzami zwróconymi ku niemu. Dziewczynka piszczała, krztusząc się, starszy chłopiec dyszał ciężko:

– Ratunku! Ratunku!

– Idę do was! Już idę – krzyknął Alex. – Wytrzymajcie!

Dzieci miały dzikie, przerażone oczy, na twarzach i ubraniach zmrożone cząsteczki mgiełki. Alex przyczołgał się do krawędzi, próbował zbliżyć się, by móc rzucić im skafander, żeby zamiast liny posłużył do wyciągnięcia ich w bezpieczne miejsce. Pełznąc powoli do przodu – parę cali, pół stopy, cała stopa – modlił się, żeby starczyło mu czasu. Wyrzucił skafander, ale jego koniec upadł ciężko tuż obok prawej ręki chłopca usiłującej rozpaczliwie go schwycić. Kawałek lodu obłamał się pod nim, ale walcząc o złapanie się kry, pilnował, żeby nie oddalić się od dziewczynki.

Alex przesunął się do przodu na czworakach i jeszcze raz wyrzucił skafander. Tym razem ręka chłopca go pochwyciła. Alex ciągnął mocno, ale dzieci były za ciężkie; musiał podsunąć się bliżej. Jeszcze raz mocno wypchnął się do przodu, mając nadzieję, że ślizgnie się po lodzie, ale ten złamał się pod nim i mężczyzna znalazł się w wodzie.

Zimna woda sparaliżowała go i w nagłej ciemności poczuł przez moment, że traci przytomność. Mocno wierzgając, ponownie wydostał się na powierzchnię, odrzucił kawałki kry i z mozołem kierował się ku dzieciom. Siła prądu się wzmogła, gdy się do nich zbliżał, i pociągnęła go w dół. Buty uderzyły w skaliste dno koryta rzeki. Woda sięgała mu tuż powyżej mostka. Trzy stopy dalej dzieci przewracały oczami, a ramię chłopca znowu ześlizgiwało się z lodu – w odległości długości ciała od miejsca, gdzie rzeka przewalała się przez tamę.

Alex zmusił zdrętwiałe nogi do ruchu – jeden, drugi krok, jeszcze jeden. Woda sięgała teraz do szyi.

Chłopiec puścił krę, gdy Alex pół płynąc, pół skacząc, znalazł się pomiędzy nim a tamą. Chwytając dzieci mocno za ramiona, zwrócił się w kierunku brzegu, ciągnąc je za sobą. Napinając palce u nóg, szukał stopami jakiegoś kamienia czy zatopionej kłody – czegokolwiek, co mogłoby posłużyć mu za podparcie. Niespodziewanie jedna noga odmówiła mu posłuszeństwa: nie mógł jej do końca wyprostować; nie miał w niej czucia i nie wiedział, czy złapał go skurcz, czy uderzył w coś na dnie. Ruszył, wypychając biodra; parł do przodu, jednak ciężar dziecięcych ciał niemiłosiernie spowolnił jego ruchy.

Blisko brzegu wyprostował się, zauważył, że woda sięga mu tuż powyżej kolan. Lód przed nim rozpadał się z każdym jego krokiem. Nie mogąc opanować drżenia, skostniały na całym ciele, wziął dziewczynkę w ramiona i powlókł się w kierunku suchego lądu. Wciągnął ją na brzeg i położył na śniegu. Następnie wrócił po chłopca; ten dyszał głośno, usiłując stanąć na czworakach. Alex ścisnął go wokół klatki piersiowej i pociągnął w górę. Zataczając się, wyszli z wody. Gdy upadł na ziemię, ujrzał ludzi biegnących w ich stronę. Usłyszał klaksony samochodów, trzaśnięcia drzwi, wołania i krzyki. I w ciągu kilku sekund, zanim zamknął oczy, ujrzał galaktyki pomału obracające się w przestrzeniach leżących wysoko ponad rewirami serca.

Przyśniło mu się światło, i światło stało się obecnością, a obecność stała się głosem.

Musisz wrócić, szeptał głos, masz zadanie do wykonania.

Otworzył oczy i ujrzał biały jasno oświetlony pokój oraz księdza Toby’ego z purpurową stułą na szyi i lekarza stojącego obok ze stetoskopem przewieszonym przez szyję.

– Alex! – Usta księdza Toby’ego otwierały się i zamykały, aż zlały się z jego wargami. – Alex, słyszysz mnie?

– Powrócił, proszę księdza – rzekł doktor. – Mało brakowało, ale wyjdzie z tego.

Później obudził się i ujrzał księdza Toby’ego na krześle koło łóżka, czytającego jakieś czasopismo, z wyciągniętymi, skrzyżowanymi nogami. Dalej, za otwartymi drzwiami świeciła się czerwona lampka przy głównym wejściu, ludzie ubrani w zielone mundurki przechodzili żwawo to w jedną, to w drugą stronę.

Ciało Alexa było przyłączone przewodami do aparatów, które regularnie wydawały buczący dźwięk. Bulgotało mu w płucach i odczuwał w nich ból. Twarz miał zranioną i potłuczone ręce, które przeszywał rwący ból. Gdy je podniósł, zauważył, że ma zabandażowane palce.

– Oj! – rzekł chrapliwym głosem.

Ksiądz Toby, widząc, że Alex się przebudził, przysunął krzesło bliżej łóżka.

– Cześć, stary – rzekł ściszonym głosem. – Jak się czujesz?

– Boli – chrypnął Alex. – Boli, jak oddycham.

– Poboli jeszcze chwilę przy oddychaniu. Wiesz, gdzie jesteś?

Matto-pazzo.

Matto-pazzo?

– W szpitalu matto-pazzo.

– Tak, jesteś w szpitalu. Pamiętasz, co się stało?

– Pływałem.

– Tak, wybrałeś się trochę popływać.

Ostry ból przeszył go w koniuszkach ust, w wargach, wszędzie.

– Wiesz co, lepiej nic nie mów. Odpoczywaj. Masz zapalenie płuc, ale dobrze sobie radzisz.

Weszła pielęgniarka i ksiądz Toby wstał.

– Zaczyna z tego wychodzić – zwrócił się do niej kapłan. – Jest trochę zdezorientowany, ale myślę, że jest ciągle z nami.

– Gorąco mi! – powiedział Alex.

– Masz gorączkę, ale za chwilę może ci być znowu zimno – rzekł ksiądz Toby. – Musimy poskładać cię do kupy.

– Zamarznąć na śmierć. Łącznie z bateriami.

Pielęgniarka i kapłan spojrzeli na niego z wyrazem niepokoju na twarzach.

Alex zasnął.

Później się obudził, widział, jak światło dnia wlewa się przez okno. Zobaczył też wazon z kwiatami – czerwonymi, białymi, fioletowymi i żółtymi. Rozkwitały, zmieniając powoli barwy. Zapach rozchodził się po całym pokoju.

Znowu zapadł w sen.

Gdy się obudził, na parapecie stała ognista gwiazda betlejemska, a za nią widział gwiazdy. W hallu słychać było kolędy i bicie dzwonów.

Młoda pielęgniarka weszła do pokoju i zmieniła worek z płynem, który kapał do rurki zamocowanej taśmą do jego przedramienia. Pomogła mu podnieść się na łóżku. Łyżeczka po łyżeczce karmiła go z miseczki chudą osoloną zupą. Czuł cudownie jej ramię obejmujące jego barki. Jak słodka byłaby śmierć; właściwie można było umierać.

 

– Jest pani taka ciepła. – Jego głos chrypiał. – Jest pani taka piękna.

W tym momencie zmitygował się, skonsternowany tym niekontrolowanym wyznaniem. Odpowiedziała lekko ironicznym uśmiechem i wmusiła w niego następną łyżkę zupy.

Gdy później wpadł ksiądz Toby, powiedziała mu:

– Niech ksiądz pilnuje tego pana, dobrze? To prawdziwy tygrys.

– Rzeczywiście to kawał łobuza – rzekł kapłan.

Gdy wyszła z pokoju, ksiądz Toby usiadł na brzegu łóżka.

– Czyżbyś był tygrysem? – odezwał się, unosząc brwi. – Cieszę się, że wracasz do krainy żywych, Alex. Masz się lepiej? Miewasz jeszcze dreszcze?

Alex potrząsnął głową.

– Gorączkę?

– Nie, ale bolą mnie ręce, bolą mnie nogi, również twarz.

– Przez moment trochę się o ciebie martwiliśmy. Ale myślę, że wkrótce wrócisz do domu.

– Jaki mamy dzień?

– Czternasty grudnia.

– Niemożliwe!

– Możliwe, możliwe. Na moment się wyłączyłeś.

Do Alexa dotarło teraz, co się stało.

– Jak się czują dzieci? – zapytał.

– Tych dwoje dzieci? Parę dni przebywały na oddziale dziecięcym, potem wróciły do domu.

– Jak to się stało, że wpadły do wody?

– Jedna z sąsiadek miała je zabrać po próbie chóru w kościele Najświętszej Maryi Panny. Ale ulice były zbyt oblodzone i nie miała na tyle dobrych opon, żeby wjechać na wzniesienie. Uzgodnili więc wspólnie, że spotkają się na dole przy drodze biegnącej wzdłuż rzeki, na wysokości tamy. Gdy tam dotarli, chłopiec uznał, że kobieta się spóźnia. Nie chcieli stać i marznąć. Postanowili więc obrać skrót przez rzekę i spotkać się z sąsiadką po drugiej stronie.

– Czy nie wiedziały, że to bardzo niebezpieczne? Dlaczego przechodziły tak blisko przelewu?

– To nie wina chłopca. Chciał przechodzić dalej od przelewu, ale dziewczynka biegła przodem. Wołał, żeby się zatrzymała, ale było już za późno. Ona wpadła, a on pobiegł za nią. – Księdzu Toby’emu dreszcz przebiegł po plecach. – Bogu dzięki, że ty się zjawiłeś.

– Cieszę się, że są bezpieczne. Dlaczego nie puszczono mnie do domu?

– Z początku byłeś w szoku i miałeś hipotermię. Później nastąpiło wstrzymanie pracy serca, prawdopodobnie bez trwałego skutku. Ale wdało się zapalenie płuc i lekarze są jeszcze nieco zaniepokojeni z powodu serca, zważywszy na to, co ci się przydarzyło. Chodzi o okres, gdy opuściłeś szkołę – to było po ukończeniu klasy dziesiątej, prawda? Leżałeś wtedy trochę w łóżku.

– Dwa lata.

– Doktor Hendricks powiedział mi, że twoje krążenie nie jest całkiem w porządku. Chcą cię mieć na oku. Na pewno powie ci, o co dokładnie chodzi.

– W porządku – powiedział Alex sennie.

– Muszę teraz wracać do parafii spowiadać, ale zjawię się później. Mam ci przynieść kilka książek?

– Nie, dziękuję.

Znowu zrobiło mu się gorąco, myśli mu się mąciły. Gdy ponownie otworzył oczy, było już jasno i ksiądz Toby siedział na krześle i czytał.

– Kto ma pieczę nad sklepem? – zapytał Alex.

Ksiądz Toby podniósł wzrok, zamknął książkę i uśmiechnął się.

– O ile się orientuję, to nikt. Zjawiła się Maria Sabbatino. Głośno lamentowała nad tobą i poprosiła o twoje klucze. Dałem jej. Pomyślałem, że nie będziesz miał nic przeciwko temu, zważywszy, że parę lat temu była u ciebie gospodynią. Powiedziała, że chce wejść i sprzątnąć, zanim wrócisz, włożyć ci do lodówki coś do zjedzenia, przybrać mieszkanie na Boże Narodzenie.

Alex jęknął.

– Niepotrzebnie, ja w każdym razie nigdy nie robię dekoracji. Odkąd chłopcy sobie poszli. Odkąd... no... Carol zawsze to robiła.

Stary ból niemiłosiernie powrócił. Ksiądz Toby spostrzegł to i przyciągnął krzesło bliżej łóżka.

– No stary – powiedział, szeroko się uśmiechając – czy wiesz, że jesteś niemałym bohaterem?

Alex patrzył na niego beznamiętnie.

– A tak. Całe miasto się w tobie zakochało.

– Ojej.

– Zdarzenie znalazło się na pierwszej stronie Halcyon Leader4, zawojowało też gazety w Toronto i poświęcono mu sześćdziesiąt sekund w CBC National5. Jednak atmosfera Bożego Narodzenia, poczucie wspólnoty, heroizm jeszcze nie umarły. Właśnie.

– Co za bzdura!

– Nie mów, Alex. Twój świetny wyczyn pływacki rozświetlił wiele serc. Wiarę w ludzi i tak dalej.

– To mogło się zdarzyć każdemu.

– Być może. Ale fakty są takie, że zdarzyło się tobie.

– Ten chłopiec uratował swoją siostrę. Ja akurat się tam znalazłem.

– I akurat uratowałeś tę dwójkę.

Alex dostał napadu kaszlu. Gdy mu przeszło, powiedział:

– Wiesz co, nie róbmy z tego jakiejś wielkiej sprawy. Wolałbym raczej, żeby ludzie o tym zapomnieli.

– Tamta rodzina nie zamierza o tym zapomnieć.

– To szkoda. Chciałbym, aby wszyscy zapomnieli.

– Ale to się nie uda, bracie.

– Mam nadzieję, że jednak tak się stanie.

– Poza tym, jesteś akurat takim bohaterem, jakiego ludzie kochają, pokornym bohaterem.

– To nie pokora. Chcę po prostu powrócić do swojego życia i nie musieć mieć do czynienia z hipotezami ludzi.

Ksiądz Toby spojrzał na niego zaciekawiony.

– Jakimi hipotezami?

Alex wzruszył ramionami.

– To fałszywe wyobrażenia.

– A cóż to takiego?

– Nie wiem. Ludzie spodziewają się czegoś po człowieku. Chcą go poznać.

– A co w tym złego, że ludzie chcą cię poznać?

Klatka piersiowa Alexa zaczęła się unosić, w płucach mu bulgotało. Przechylił się nad miską ze stali nierdzewnej, aż atak ustał. Potem opadł wyczerpany na łóżko.

– Spokojnie, stary. Nic już nie mów. Potrzebujesz odpoczynku.

Alex skinął głową i zamknął oczy.

Gdy je ponownie otworzył, zobaczył księdza Toby’ego wchodzącego do pokoju w płaszczu, strząsającego z ramion płatki śniegu.

– Dzień dobry, bohaterze.

– Nie nazywaj mnie tak.

– Dlaczego nie? Przecież to prawda.

– To nieprawda.

– W czym rzecz? Nie możesz przyjąć małej pochwały?

Ksiądz Toby zmarszczył brwi i spojrzał badawczo na Alexa.

– Dlaczego tak na mnie patrzysz, księże?

– To znaczy jak, Alex?

– W ten sposób.

– W jaki sposób?

– W taki właśnie.

I tak wyglądała stara gra, którą toczyli z przerwami od dzieciństwa. Jej reguły zmieniały się z latami, a sens nie był czytelny dla nikogo poza tymi dwoma graczami. Obaj jednak wiedzieli, o co chodzi. Schodząc na poziom irracjonalnego, dziecinnego zachowania, wytworzyli między sobą równowagę. Była to wojna woli, która bez względu na swą temperaturę była absolutnie przyjacielska. Od początku stała się treningiem umacniania formy dwóch raczej refleksyjnych temperamentów, trochę tak jak zwykli chłopcy popychający i przepychający się, wreszcie zaczynający się mocować bez krzty wrogości – następnie wstający i odchodzący zgodnie na spotkanie rzeczywistości.

– W jaki sposób, Molu?

Taki przydomek od dawna miał u Toby’ego Alex ze względu na swe związki z książkami.

– Otóż w taki sposób, Toffi.

Tak Alex od dawna nazywał Toby’ego, który był kiedyś uzależniony od cukierków toffi Mackintosha, a na nazwisko miał McIntosh.

– W jaki sposób?

– W taki właśnie sposób.

W miarę jak stan zdrowia Alexa się poprawiał, mężczyznę ogarniały innego rodzaju myśli. Uderzyło go, że ksiądz Toby był jego jedynym bliskim przyjacielem, właściwie jego jedynym przyjacielem, i że był obecny w jego życiu od bardzo dawna. I chociaż cenił tę przyjaźń, uświadomił sobie, że nie jest od niej uzależniony i gdyby miała zniknąć z jego życia, jak zniknęło tyle innych rzeczy, nie brakowałoby mu jej za bardzo. W przeciwieństwie do niego ksiądz Toby miał kilkoro bliskich przyjaciół, ponieważ jego dobrotliwa, wychodząca naprzeciw potrzebom bliźnich natura przyciągała do niego ludzi. Ten niski, gruby, nieśmiały Toby, który był zbawiennym towarzyszem Alexa w dzieciństwie, nie był już tym samym chłopcem co kiedyś. Jego wyjątkowy status uległ stopniowemu rozpłynięciu się w okresie, gdy Alex był przykuty do łóżka. Talent hokejowy i związane z tym schudnięcie, gwałtowne zadziałanie przysadki mózgowej w wieku lat piętnastu i autentycznie zadziwiający skok wzrostu – cudowne szczęście, jakie odczuwał z powodu swej własnej metamorfozy, przemieniły go na zawsze. Cierpienie z wczesnych lat młodości przeobraziło się w coś na kształt cierpkiej mądrości. Mdła dziecięca pobożność stała się, w jakimś sensie równolegle, czymś silnym i głębokim, co ostatecznie doprowadziło go do święceń kapłańskich.

Gdy tak prowadzili tę starą zabawę słowną, Alex zaczął czytać między wierszami. Zauważył, że w ostatnim okresie nie był nawet w połowie takim przyjacielem dla księdza Toby’ego, jak kapłan dla niego. Zauważył też, że mógł pomylić się co do łączącej ich relacji. Zawsze zakładał, że ksiądz Toby naprawdę go lubił, być może podziwiając obrany przez Alexa styl życia, właściwy dla intelektualisty. Przypuszczał, że miał do czynienia z przypadkiem późno dojrzewającego ekstrawertyka wciągniętego na spokojne wody wiecznego introwertyka, co stanowiło wygodne wzajemne uzupełnienie. Teraz zastanawiał się, czy ksiądz Toby, przecież szeregowy katolik, co prawda miłosierny, czuł do niego litość, uważając, że Alex jest samotną duszą potrzebującą przyjaciela.

Jeżeli rzeczy tak się miały, to bardzo istotna hipoteza w życiu Alexa wymagała wyjaśnienia. Przerwał grę w pół zdania.

– Księże, powiedz mi prawdę.

– Jaką prawdę?

– Dlaczego tak na mnie patrzyłeś?

– Jak patrzyłem?

– Naprawdę chcę wiedzieć.

Ksiądz Toby zaśmiał się, spuścił wzrok.

– Alex...

– Jestem gotowy się dowiedzieć. Proszę, powiedz.

– Jesteś chorym człowiekiem. Lepiej odpocznij.

– Spojrzałeś na mnie w ten szczególny sposób, którym się posługujesz, gdy chcesz o mnie powiedzieć coś, czego nie chcę słyszeć. To takie uduchowione spojrzenie.

Ksiądz Toby się żachnął.

– Coś ci się wydaje.

Popatrzyli na siebie ze sztucznie miłym wyrazem twarzy.

– Wygląda mi na to, że robisz uniki – powiedział Alex.

– A czego miałbym unikać? Słuchaj, czujesz się w tej chwili podle, Alex, i sporo przeszedłeś przez ostatnie pięć lat. Nie nadawaj rzeczom nadmiernych znaczeń.

Następnego dnia Alex otworzył oczy i zobaczył Marię stojącą obok łóżka, z wilgotnymi oczami, wpatrującą się w niego, jakby był jakimś woskowym bambino w żłobku. Mówiła mu coś o kluczach, ale nie mógł się skupić. Potem z bardzo dumną miną, wynikającą z prawa własności, wyjaśniła mu, że Bruno uratował jego skafander z bai, wyciągając go z rzeki. Parafianie zrzucili się, żeby oddać go do czyszczenia.

– Oto on – powiedziała, otwierając szafkę przy łóżku. – Jak nowy, jak kurtka powinien wyglądać, czysty pierwszy raz od pięć lat.

Zamknął oczy i odpłynął.

Później, rano, doktor Hendricks podszedł do łóżka i przekazał Alexowi szczegóły dotyczące jego stanu fizycznego, powiedział, że dopiero co przeprowadził serię testów, wyniki są dobre: wydruki elektrokardiogramu i z monitora wskazują, że serce nie jest uszkodzone. Jednak ze względu na zapalenie płuc, chce zatrzymać Alexa parę dni dłużej na obserwacji.

– Ksiądz Toby mówi, że miało miejsce zatrzymanie akcji serca – podpowiedział Alex.

Hendricks, minimalista i asekurant, lekko się skrzywił.

– Powiedziałbym, że pańskie serce nie biło regularnie.

– Czy ja umarłem?

– Mówiąc fachowo: tak. Przez trzydzieści sekund nie było pulsu i ślicznie pan zsiniał. Dosyć szybko jednak pana odzyskaliśmy. Poza wysokim ciśnieniem, związanym z zapaleniem płuc, jest pan w dobrej formie. Na razie ciśnienie jest stabilne, gdy pielęgniarka wychodzi. Proszę po prostu przez chwilę unikać skakania do zamarzniętych rzek, a będzie dobrze.

Nareszcie bez rurek, uwolniony od nieustającego dźwięku buczka, Alex wydostał się z łóżka i przemierzał pokój tam i z powrotem, penetrując las roślin doniczkowych i kwiatowe aranżacje. Kręciło mu się w głowie i miał miękkie nogi, był jednak zadowolony, że kwiaty znowu zaczęły się zachowywać normalnie: już nie rozwijały płatków jak w zwolnionym filmie, a ich fale zapachowe stały się niewidzialne. Karteczki przy podarkach zawierały kilka nazwisk, które rozpoznawał, lecz dużo bilecików było od nieznajomych. Na stoliku obok łóżka leżała paczka kopert; na wierzchu był list od jego najstarszego syna. Usiadł na skraju łóżka i go otworzył.

 

Kochany Tato!

Jestem z Ciebie bardzo dumny. Wszędzie się tutaj w Toronto o tym pisze. Nawet jeden z adwokatów z Osgoode Hall zapytał mnie, czy jesteśmy spokrewnieni. Jak tylko się dowiedziałem, chciałem wskoczyć w pierwszy pociąg do Halcyonu, ale mając na głowie za kilka tygodni egzaminy adwokackie, boję się, że jeśli się zjawię, to nie dam rady. Dzwoniłem codziennie do dr. Hendricksa i on mówi, że z tego wyjdziesz. Czuję się okropnie, że nie mogę akurat teraz Ci pomóc, mam jednak nadzieję, że w Boże Narodzenie wpadnę na dwa dni do domu. Chcę dowiedzieć się wszystkiego z pierwszej ręki, chociaż CBC już Cię wyprzedziło. Ha, ha!

Mam Ci parę rzeczy do powiedzenia.

Czy Andrew wie, co się stało? Próbowałem go łapać, ale na razie nie oddzwonił.

Zdrowiej jak najszybciej,

Jacob

Późnym popołudniem młoda pielęgniarka weszła do pokoju i powiedziała Alexowi, że ma gości. Wyszła na korytarz i po chwili wróciła z dwojgiem dzieci. Siedmio- lub ośmioletnia dziewczynka weszła pierwsza, za nią chłopiec mniej więcej piętnastoletni. Pielęgniarka poklepała ich czule po ramionach i rzekła:

– Zostawiam was samych. – I wyszła, zamykając drzwi.

Goście Alexa stanęli obok łóżka, zrazu niezdolni do spojrzenia mu w oczy. Czuli się nieswojo, nie wiedząc dobrze, co powiedzieć. Obwódki ich uszu nosiły purpurowe ślady otarć. Dziewczynka miała spuszczoną głowę, lecz jej oczy spoglądały na Alexa z mieszaniną nieśmiałości i poufałości. Miała słodką, gładką twarzyczkę z niebieskimi oczami, jej blond włosy były starannie uplecione w warkocz. Chłopiec wpatrywał się w podłogę; nagle oczy mu zabłysły, lecz równie szybko odwrócił wzrok. Szczupła, powściągliwa twarz, piwne oczy pod nieuporządkowaną czarną czupryną. Ściągnął szybko swoje nakrycie głowy w kształcie stożka i zerwał wełnianą dzianą czapeczkę z głowy siostry.

– Cześć – zagaił Alex.

– Dzień dobry – odpowiedzieli uroczyście unisono.

Chłopiec popchnął dziewczynkę do przodu. Wręczyła Alexowi kopertę i cofnęła się o krok.

– Chcemy panu podziękować za uratowanie nas – wymamrotał chłopiec niezdarnie. – Za wyciągnięcie nas z rzeki.

Twarz dziewczynki się rozjaśniła.

– Prawie się utonęliśmy – zawołała.

– Utopiliśmy – poprawił ją brat.

– Zginęlibyśmy! I nasza mama złamałaby sobie serce.

– Miałaby złamane serce – powiedział chłopiec.

Alex uśmiechnął się do nich i rzekł do chłopca:

– Zdawało mi się, że to ty najwięcej zdziałałeś. Nie pozwoliłeś siostrze utonąć. Jak długo byłeś w wodzie?

– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Może parę minut.

– Jak macie na imię?

– Ja jestem Jamie, a to jest Hannah.

– No cóż, miło mi was widzieć. Czy wiecie, jak się nazywam?

Jamie skinął głową. Hannah podeszła do krawędzi łóżka i powiedziała żywiołowo:

– Pan nazywa się Graham. Pan nas uratował!

Chłopiec nerwowo zwijał czapkę.

– No więc, było nam miło spotkać się z panem – rzekł. – Chcieliśmy po prostu wpaść i podziękować. Pielęgniarka powiedziała, że możemy być tu tylko minutę. Musimy złapać ostatni autobus szkolny.

– Jasne, Jamie i Hannah. Dziękuję, że przyszliście. Bardzo się cieszę, że z wami już wszystko w porządku.

– Moja mama też dziękuje – dodała Hannah. – Napisała do pana list.

Obserwował, jak idą przez hall i rozmyślał nad ich zachowaniem. Był zdania, że ubogim dzieciom brakuje pewności siebie.

Wyczerpała go ta wizyta, odbywana w nieco napiętej atmosferze. Nigdy nie potrafił rozmawiać z dziećmi, co wynikało z tego, że generalnie nie umiał komunikować się z ludźmi. Położył kopertę otrzymaną od dzieci na stoliku przy łóżku, zamknął oczy i zapadł w sen.

Na kolację zjadł cały posiłek bez pomocy pielęgniarki. Po filiżance gorącej herbaty i męczącym kaszlu mającym oczyścić płuca otworzył kopertę. List był napisany odręcznie na papierze w linie, z datą trzy dni po wypadku.

Szanowny Panie Graham,

Brak mi słów, żeby wyrazić podziękowanie za Pański odważny czyn. Ryzykował Pan własnym życiem, żeby uratować Jamie’ego i Hannah. Będę Panu za to dozgonnie wdzięczna. Nie mogę Panu zapłacić (choć wiem, że należy Pan do tych osób, które i tak nie chciałyby zapłaty), ale proszę pamiętać, że jest na tym świecie pewna rodzina, która nigdy nie zapomni tego, co Pan zrobił.

Wiem, że jest Pan zajęty i ma własne, niewątpliwie bardzo wypełnione życie. Lecz jeśli znalazłby Pan odrobinę czasu, bylibyśmy bardzo szczęśliwi, gdyby zechciał Pan nas odwiedzić i zjeść z nami posiłek. Mieszkamy przy ulicy Concession 4, powyżej Wąwozu Wolfe’a.

Dzwoniłam do szpitala i powiedziano mi, że jest Pan ciągle bardzo chory, ale że wyzdrowieje. Dziękuję za to Bogu. My wszyscy tutaj (cała ósemka) codziennie modlimy się za Pana.

Z poważaniem

Mrs. Teresa Colley

PS Przyjechałabym do miasta, żeby Panu osobiście podziękować, lecz niestety obecnie nie mamy samochodu.

Włożył list z powrotem do koperty i położył ją na stoliku. Ogarnęła go przez chwilę fala smutku, gdy pomyślał o ich życiu, o którym tyle się dowiedział z tych krótkich zdań.

List nie mówił: Mój mąż i ja pragniemy Panu podziękować, lecz tylko ja. Gdzie jest mąż, jeżeli w ogóle jest. Podpisała się Mrs., więc musi być mąż. Dziewczynka nie była doświadczona, ale chłopiec był świadkiem paru bolesnych wydarzeń. Zauważył u niego coś w rodzaju rezerwy, a nawet cynizmu. Może jego matka jest kobietą, która miała kłopoty z mężczyznami i chłopiec doznał z tego powodu jakiejś krzywdy? Dziewczynka, bez wątpienia, będzie wzorowała się na matce i sama doświadczy szkody, chociaż to nie przyjdzie od razu.

Wzmianka o zapłacie. Dlaczego to poruszyła? Może dlatego, że sama walczy o byt, ma swoją dumę i musi płacić, żeby funkcjonować w życiu, chcąc uniknąć zobowiązań i upokorzeń, których musiałaby doznać, przyjmując pomoc. Z drugiej strony, zaprosiła go na posiłek do własnego domu. Jeżeli to była szczera oferta, traktowała gościnność swej rodziny jako coś godnego szacunku.

Przeprosiła za to, że nie dziękuje osobiście, tłumacząc to brakiem samochodu. Było raczej rzadkością, żeby mieszkańcy wsi pozostawali bez samochodu. Czy został oddany do naprawy? Może ktoś go przejął. Czyżby jej mąż odjechał nim i go nie zwrócił?

Alex usiadł raptownie w łóżku i w myślach zganił siebie samego. To było osądzanie, powiedział do siebie. Uprzedzenie. Przypomniał sobie, że wiele kobiet znajduje się w poważnych tarapatach nie ze swojej winy. Dlaczego zakładał to najgorsze? Rzeczywiście, ostatnie dane statystyczne na temat nieudanych małżeństw nie były zadowalające: sześćdziesiąt procent z tendencją rosnącą. Mogła być wszelako wdową walczącą heroicznie, by utrzymać dzieci ze skromnych zasobów.

Jak słusznie stwierdził ksiądz Toby, nie był w dobrej kondycji. Jego stan sprawiał, że był bardziej podatny na wyobrażanie sobie różnych rzeczy. Ten umysł, umysł! Ciągle gotowy przenosić własne założenia na innych, na wspólnotę, na cały świat. Relacje międzyludzkie są tak skomplikowane i zawsze skręcające w kierunku irracjonalności. Trzeba czym prędzej wracać do sklepu i książek.

1 Właściwie: Silicon Valley (Dolina Krzemowa); wszystkie przypisy, chyba że zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumacza.

2 Lampkę wina (wł.).

3 Wspólny Memoriał Findleya.

4 Przewodnik Halcyoński.

5 Canadian Broadcasting Corporation (Kanadyjska Rozgłośnia Radiowa).