Opowieść OjcaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wyrażam miłość i wdzięczność mojej siostrze w Pekinie (która musi pozostać bezimienna – kwiatuszkowi Chrystusa w Chinach) oraz jej duchowym dzieciom. Również anonimowym męczennikom z Rosji i Chin, których ofiara życia ujawniona zostanie w czasach żniwa.

Niechaj się nikt nie łudzi! Jeśli ktoś spośród was mniema, że jest mądry na tym świecie, niech się stanie głupim, by posiadł mądrość. Mądrość bowiem tego świata jest głupstwem u Boga.

1 Kor 3,18-19

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG

Pod koniec lutego pewnego roku w nieodległej przeszłości doktor Irina Filippowna, lekarka, przemierzała koleją transsyberyjską niekończącą się przestrzeń tajgi i była mimowolnym świadkiem zupełnie wyjątkowego zdarzenia. Chociaż wagon, w którym podróżowała był wagonem trzeciej klasy, siedzenie twarde, a współpasażerowie w podłych lub rozpaczliwych nastrojach z powodu niedawnego zakłócenia ruchu przez protestujących ekologów, postanowiła przespać większą część podróży pomiędzy Nowosybirskiem a Irkuckiem. Wracała po wygłoszeniu wykładu z immunologii na uczelni medycznej w pierwszym z wymienionych miast i miała nadzieję, że wysiądzie w drugim bez zbędnych problemów, po czym uda się autobusem i saniami do swej rodzinnej wioski, gdzie prowadzi niewielką, lecz niezbędną praktykę.

Była przystojną kobietą, lekko po czterdziestce, owdowiałą, z dwoma synami na utrzymaniu. Przywykła pracować z cichą determinacją i żyć jak najprościej, by przeprowadzić pozostałą część rodziny przez aktualne czasy – ową sytuację społeczno-polityczną, która obecnie wydawała się w jakiejś mierze bardziej zagmatwana niż w czasach reżimu komunistycznego. Nie żywiła sympatii do czegokolwiek, co pozostało po owej jawnej omnipotencji państwa wraz z jego zachłannością. Nie marnowała też energii, żeby zrozumieć wszechświat w innych kategoriach, gdyż cokolwiek by leżało u jego podstaw i tak nie mogłoby być udowodnione naukowo. Sama uważała się za matkę i naukowca. Często przyznawała, że jest wiele rzeczy, za które powinna być wdzięczna, zwłaszcza za męża oraz synów, którzy – jeśli można tak powiedzieć – stanowili teraz całe jej życie. Była osobą o skomplikowanej, lecz w żaden sposób nie wyjątkowej biografii. Będąc intelektualistką, co prawda zubożałą, nie miała ani sprytu polityka, ani nie można było uznać jej za naiwną. Nie hołdowała sentymentalnym iluzjom co do ojczystego kraju, jednak w duszy żywiła do niego zagorzałą miłość, mimo iż wątpiła w samo istnienie duszy.

Miała zwyczaj dostrajać od czasu do czasu swą – jak ją nazywała – rosyjską maskę, ową nieprzeniknioną neutralną minę, która wska­zywała na postawę obojętności i rezygnacji. Zdarzało się bowiem, że ześlizgiwała się ona z jej twarzy w najmniej odpowiednich momentach, przeważnie tych, które określała później jako chwile zapomnienia się ze względów humanitarnych. Nie była osobą nieczułą ani zrezygnowaną, ale idąc przez życie, nauczyła się ukrywać bardziej osobiste cechy swego charakteru – a na pewno przed obcymi. Jak sobie mówiła, była uodporniona.

Kątem oka przyglądała się jakiemuś nieszczęśliwemu mężczyźnie zajmującemu siedzenie po drugiej stronie przedziału. Odnotowała to w swojej świadomości, ale nie przywiązywała żadnej wagi do jego obecności. Mężczyzna zrazu zdawał się nie różnić specjalnie od pozostałych osób w wagonie, mimo iż był zakutany w brudny wojskowy płaszcz, wychudzony, z podkrążonymi oczami, o posępnym wzroku i nieogolony. Był mniej więcej w jej wieku, może trochę starszy. Od czasu do czasu podnosił lewą rękę, dając do zrozumienia, jakby była zwichnięta lub oparzona, i przyciskał ją do zmarzniętej szyby znajdującej się obok. Tak, to oparzenie, stwierdziła, obserwując grymas na jego twarzy, ognistoczerwoną pręgę na dłoni i sączące się pęcherze. Przyszło jej na myśl, żeby podać mu maść antybiotykową, którą miała ze sobą w apteczce, ale się rozmyśliła. Jego włosy, ufarbowane na sztuczny, rażąco żółty kolor, stały niczym sztywne kolce jak u przebrzmiałej amerykańskiej gwiazdy rocka. Całkiem sporo młodych Rosjan z wielkich miast obnosiło się z takim wyglądem, lecz u mężczyzny w średnim wieku było to odrażające. Postanowiła go nie zagadywać. Może był pijany albo był jakimś kryminalistą, albo jedno i drugie – na pewno jednak osobą niespokojną, a setki wiorst, jakie trzeba było jeszcze pokonać, mogły łatwo zamienić się w istną udrękę. Kraj był pełen szalonych, wyzutych z własności ludzi, podobnych do niego. I chociaż przez moment poczuła impuls, żeby mu pomóc, zaraz się przywołała do porządku, wyrzucając biednego głupca zdecydowanie ze swych myśli.

Zamknęła oczy, mając nadzieję, że się trochę zdrzemnie przed następnym irytującym łoskotem przy przejeździe przez kolejny zamarznięty ciek odwadniający bezkresne pustkowie. Ledwie zdążyła usnąć, gdy jego głos gwałtownie ją rozbudził. Deklamował poezję z jakimś dziwnym akcentem. Dokładniejsze przyjrzenie się patetycznie spiętemu monologującemu mężczyźnie ujawniło, że jego rysy twarzy niezupełnie pasują do typu którejś z licznych grup etnicznych zamieszkujących kraj. Kimże on może być? Skąd pochodzi? Zresztą, co ją to obchodzi; to nie jej sprawa.

Bardziej zirytowana niż zdegustowana zauważyła, że deklamuje on wiersz bardzo ładnej dziewczynie siedzącej naprzeciwko, a ta płacze. Obcokrajowiec, z wyraźną fascynacją, pożądaniem lub po prostu szaleństwem, starał się ją pocieszyć wierszem. Następnie sięgnął do kieszeni i, ku zdumieniu wszystkich obecnych pasażerów, ni stąd, ni zowąd stanął w płomieniach. Tak, to był ogień i dym. Rezolutny starszy pan chlusnął na jego spodnie filiżankę wody i ogień zgasł. Głupiec wił się w męczarniach. Zwalił się na swoje siedzenie, wykrzywiając twarz w nieznośnym bólu.

Doktor Filippowna westchnęła, potrząsnęła głową i sięgnęła do swojej apteczki.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1. Kres jego życia

W pierwszą niedzielę adwentu rok wcześniej człowiek nazywający się Alexander Graham odmówił modlitwę, z której miały wyniknąć nieprzewidziane konsekwencje.

Mieszkał na Oak Avenue w Halcyonie, miasteczku z dwunastoma tysiącami dusz, położonym w zalesionej, pagórkowatej okolicy na północ od jeziora Ontario. Ponieważ jego dom znajdował się zaledwie kilka kwartałów od kościoła parafialnego, wyszedł tego wieczora w śnieżycę i wlókł się ulicą z zamiarem krótkiego nawiedzenia Najświętszego Sakramentu. Chociaż nie był osobą nadzwyczajnie pobożną, od niedawna nurtowała go myśl, że jego życie dobiega już kresu, albo wkrótce dobiegnie, i chciał o tym porozmawiać z Bogiem.

Okna kościoła były ciemne, ale zauważył, że drzwi boczne są otwarte. W przedsionku wytarł nogi w zabłoconą wycieraczkę, by usunąć śnieg z butów, i po omacku znalazł drzwi wiodące do głównej nawy. Wewnątrz było ciepło, świeciły się tylko migoczące bursztynowe lampki wigilijne umieszczone przed posągami oraz rubinowa lampka tabernakulum, wisząca nad głównym ołtarzem. Rzucały one przytłumiony blask, wystarczający, żeby dotrzeć środkiem nawy do miejsca, które zazwyczaj zajmował. Znajdowało się po lewej stronie, w połowie drogi do ołtarza, obok kolumny. Ciche syczenie świec, zapach wosku i kadzidła wiszący w powietrzu, subtelne echo w kopule – słyszalne sza – oto według niego atmosfera całego świata. W tym kościele został ochrzczony i nigdy nie modlił się w innym. Każdy szczegół tej świątyni był tak głęboko w nim osadzony, że nie mógł sobie bez niej wyobrazić świata.

Będąc spokojnym, dystyngowanym mężczyzną dobiegającym pięćdziesiątki, był przyzwyczajony prowadzić życie bez zbędnego rozgłosu. W istocie wolał, żeby właśnie tak się toczyło. Jeśliby nawet w kościele byli jacyś inni parafianie, nie mieliby specjalnej ochoty wiedzieć, dlaczego on tam przebywa, a jeszcze mniej zainteresowani byliby, aby do niego podejść. Wyczuwał, że jego stosunek do Boga jest w dużej mierze taki sam jak do bliźnich.

Uklęknął, zrobił znak krzyża i zaczął odmawiać zwyczajowe modlitwy. Wypowiadał je w myśli, starając się pojmować każde słowo jak najlepiej potrafił. Rzadko doświadczał jakiegoś uczucia związanego z modlitwą i jeśli miałby przypomnieć sobie tego rodzaju porozrzucane przypadki, musiałby cofnąć się pamięcią parę dobrych lat, żeby wyszukać ostatnie takie fakty. Nie miało to dla niego znaczenia. Przekonany był, że na emocjach nie można polegać i że nie są one konieczne w trudzie praktykowania wiary religijnej.

Jednakże tego właśnie wieczoru zawładnęła nim jakaś chęć powałęsania się. Może dlatego, że był zmęczony i odczuwał ciężar samotności, jego uwaga ulatywała i te tchnące formalizmem modlitwy urwały się. Kiedy indziej zebrałby siły i podjął modlitwę na nowo, ale teraz z jakiegoś powodu nie potrafił. Opuścił głowę i oparł ją na ręce, pozostając tak bez ruchu przez parę minut, nie myśląc o niczym ani niczego sobie nie wyobrażając. W końcu się poruszył i westchnął.

– Moje życie jest skończone – szepnął Obecnemu w taberna­kulum.

Nie spodziewał się odpowiedzi i się jej nie doczekał. Z natury nie był pesymistą, nie miał też skłonności do depresji. Zatem owo mgliste odczucie końca lub spełnienia nie było efektem choroby. Wcale nie miał chęci umierać, ale trzeba też powiedzieć, że nie był zbytnio przywiązany do życia. Od śmierci żony kilka lat temu i wyjazdu dwóch synów na uczelnię coraz bardziej oddalał się od ludzi. Był przykładnym mężem i odpowiedzialnym oraz kochającym ojcem, choć nieco roztargnionym. I oto teraz życie jego małej rodziny osiągnęło etap, kiedy zaczęła się ona wtapiać w większą wspólnotę.

 

Czasami bardzo mu brakowało zmarłej żony, ale ona nie mogła już powrócić. Tęsknił za synami, ale ci wkroczyli w świat, intensywnie organizując sobie własne życie. Od czasu do czasu odwiedzali Halcyon, ale wiedział, że to prawo powrotu nie jest wieczne. Przypuszczał, że obecnie dom wydawał się synom stałym punktem w obracającym się wszechświecie, kotwicą lub rodzajem ikony, której sporadycznie dotykają, a nawet darzą szacunkiem, tak jak poważa się tradycję – kiedyś użyteczną, teraz zaś pozbawioną mistyki. Kochali go, a jakże, lecz ich usposobienia należały już do innej generacji – były aktywne, entuzjastyczne, przesiąknięte dynamiką życia w sposób całkowicie mu obcy. Dlatego był samotny. To, że kochał, i to za cenę poświęcenia, nie podlegało dyskusji. Dał im to, co powinien dać. Teraz wszak żałował, że nie poznał ich tak, jak mógł ich poznać. Oni też go nie rozumieli, bo był dosyć milczący, zaczytany i obowiązkowy.

Zastanawiał się, czy stara bomba w jego piersiach miała, jak tego od dawna oczekiwał, wkrótce detonować. Z tym zagrożeniem żył od ponad trzydziestu lat i – prawdę mówiąc – już dawno przestał sobie nim zaprzątać głowę. Czyżby to uczucie zbliżającego się końca było znakiem od Boga? Przygotuj się, Alex, uprzątnij książki, zrób ostatnie zapisy w swych notatkach, bo konto niedługo zostanie zamknięte.

Spoglądając w górę na tabernakulum, powiedział:

– Rób ze mną, co Ci się podoba.

Następnego wieczoru Halcyon gotował się do zimowego snu pod niespokojnym niebem poruszających się spiralnie gwiazd i strumieniem zielonych zórz polarnych. Sto spadzistych dachów w centrum starego miasteczka igrało soplami lodu, załamując światło bożonarodzeniowych lampek, które w ostatnim tygodniu pojawiły się na domach i sklepach, konkurując ze świetlistym niebem. Powietrze stało w całkowitym bezruchu i dym z kominów unosił się prosto w ciemność. Gdy sporadycznie jakiś samochód przejeżdżał powoli Main Street, jego opony skamlały, mieszając się ze śmiechem chłopców zdążających do domu z miejskiego lodowiska z kijkami hokejowymi i łyżwami dyndającymi im na ramionach. Niewielu innych ludzi widać było na chodnikach; było już po ósmej i cała okolica zanurzyła się we wczesnej zimowej drzemce.

Stawiając czoło z determinacją, ale i zadowoleniem, arktycznemu powietrzu, co generalnie nieczęsto się zdarzało w tej populacji, Alex wszedł na schody ze starego brunatnego piaskowca, wiodące do jego mieszkania i jednocześnie biura, zamykając za sobą drzwi. Chociaż miał zwyczaj palić światło i zostawiać drzwi otwarte w swoim sklepie z książkami dla wieczornych zainteresowanych, codziennie aż do godziny dziesiątej z wyjątkiem niedziel, ogarnęło go pragnienie wczesnego spaceru pod gwiazdami. Przez chwilę stał, zapinając guziki swego granatowego marynarskiego anoraka, zawijając szalik i zakładając wyłożone futerkiem rękawiczki. Bez kapelusza (nie lubił kapeluszy), ale chroniony gęstą czupryną kiedyś blond włosów, obecnie przetykanych pasemkami siwizny, poczuł teraz w uszach pierwsze ukłucie mrozu, co raczej go ożywiło, niż zniechęciło.

Gdy przemierzał okolicę, pomyślał po raz kolejny, a czynił to niezliczoną ilość razy, że nie ma na ziemi miejsca równie urokliwego jak Halcyon. Ta szczególna lojalność podyktowana była faktem, że rzadko wyprawiał się poza miasteczko i boczne drogi otaczającej je krainy wzgórz, oferujące okrężne wędrówki niezawodnie sprowadzające go do centrum świata. Faktycznie, nigdy nie wychylił się poza Toronto, oddalone dwie godziny jazdy na południe. Był tam tylko raz w życiu i nie kusiło go pragnienie, by powtórzyć to doświadczenie. Urodził się w Halcyonie, podobnie jak cztery pokolenia jego przodków, i czuł się z tego powodu szczęśliwy. Chociaż jego życie nie było całkowicie spokojne, czuł wdzięczność, że trudne lata, teraz odchodzące w przeszłość, nie zdominowały czasów, w których zaznał dużo szczęścia.

Alex oddychał mocno, unikając pokusy pewnych wspomnień. Zwrócił uwagę na rozgrywającą się przed nim scenę – widok, który zawsze upewniał go w przekonaniu, że chociaż życie jest niedoskonałe, to jego kardynalną zasadą jest dominacja porządku. Jego sklep usytuowany był w cichej alejce, minutkę drogi od Main Street, w pobliżu najwyższego punktu miasteczka, skąd można było oglądać większość dachów i wszystkie okoliczne wzgórza. Na oddalonych szczytach pagórków widać było nieliczne światła z samotnych gospodarstw. Pola pokryte śniegiem połyskiwały we wschodzącym księżycu, obramowane czarnymi korpusami iglaków i bledszymi koronami drzew liściastych. Samo miasteczko położone było na urwisku w dolinie rzeki Clementine, na dużym zakręcie, gdzie na początku XIX wieku zbudowano tamę. Ciężka kamienna konstrukcja nie rozpadła się i wrota śluzy ciągle działały, lecz opustoszała ruina młyna, któremu kiedyś służyła – o nazwie: Halcyoń­skie Zboża i Pasze – i wokół którego rozwijało się miasteczko, stała teraz jako milcząca pamiątka poddana próbie czasu.

Wypuścił parę mroźnych chuchów i zdziwił się, gdy iskrzące kolory zmaterializowały się w postaci mikroskopijnych kryształków oddechu. Uśmiechnął się i powiedział do siebie:

– Zawsze jest coś nowego; żyję już dłużej niż cztery dekady, a po raz pierwszy widzę coś takiego.

Zszedł na chodnik i chuchnął jeszcze kilka razy, tym razem bezpośrednio w stronę jaśniejszych świateł Main Street. Iskrzące się kryształki pojawiały się za każdym razem, opadając powoli, aż do zniknięcia.

Był tak zaabsorbowany tym zjawiskiem, że nie usłyszał zbliżających się kroków.

– Ty czuć się dobrze, Alex?

Podniósłszy wzrok, ujrzał Marię Sabbatino stojącą trzy kroki dalej, z surową miną.

– Wszystko w porządku, Mario. Obserwowałem światełka na mrozie.

– Och – zareagowała. – Jej duże czarne oczy przyglądały mu się spod frędzli srebrzystych włosów, obciętych na grzywkę. Skonsternowana zmarszczyła gęste jak u mężczyzny brwi. Miała podejrzliwy wyraz twarzy z dwoma krągłymi oliwkowymi policzkami zaczerwienionymi na odcień śliwki, jakby była bliźniaczką postaci z ilustracji książki o Pompejach.

– Alex, ty jeść dzisiaj kolację? Ty jadać?

– Zjadłem dzisiaj kolację, Mario. Jadam.

– A może ty wypić dzisiaj za dużo, co?

– Nie było dzisiaj picia, Mario.

– Alex, proszę, ty nie pić za dużo. Ty iść na spacer, upaść, nikt nie widzieć i ty zamarznąć na śmierć. Ty w porządku: może ty iść do nieba, ale ty myśleć o chłopcach, o ludziach, którzy płakać nad twoja trumna, co?

Alex uśmiechnął się i cicho zachichotał.

– Czemu ty śmiać? Nie żart: ty upaść i marznąć na śmierć.

Mając nadzieję, że nie zabrzmi to zbyt protekcjonalnie, jeszcze raz zachichotał – nie z powodu jej sposobu wysławiania się, a na pewno nie dlatego, że była w miasteczku postacią cokolwiek zabawną, lecz z powodu absurdalności jej przekonania, że ludzie zapłaczą nad jego trumną.

Któż mógłby płakać nad moją trumną?, zastanawiał się. Tylko ci, co piją za dużo z kufla emocjonalnej pobłażliwości wobec siebie. Ci, co są pochłonięci przyjemnościami Wielkiej Żałoby – łowcy interesów, reprezentujący zakłady pogrzebowe.

Nie chciał, żeby te myśli dowodziły jakiegoś braku życzliwości, i nie nosiły one nawet śladu litowania się nad sobą. Miał po prostu zwyczaj korygować w myślach błędne założenia, którym ludzie dawali bez końca upust w jego obecności; i oczywiście korygował też założenia, które od czasu do czasu pojawiały się również w jego własnej głowie.

– Mario, spójrz na to. – Wskazał na światła Main Street i wypuścił chmurkę mrozu. – Czy widziałaś kiedyś wcześniej te iskierki?

Wzruszyła ramionami.

– Ja nigdy nie widzieć tego wcześniej. No i co, Alex? Ty mieć iskierki, ale móc je ugotować?

Wyrzuciła prawą rękę w górę, w geście prawdopodobnie zrozumiałym dla jej rodaków, który pewnie miał wyrażać chęć głębszego wniknięcia w tajemnicę – tak długo, jak zachowywała swe prawa do niezważającej na nic troski oraz surowej macierzyńskiej przygany. Alex dobrze znał ten gest, chociaż nie udało mu się do końca go zrozumieć w czasie owych miesięcy, gdy Maria pracowała dla niego w ostatnim stadium choroby Carol. Przypuszczał, że był to element głuchoniemego alfabetu, rodzaj wizualnego kodu, użytecznego podczas dyskusji o przeznaczeniu, śmierci, zarobkach, przepisach na makaron oraz podchodach nastolatków.

Był on na tyle wieloznaczny, że mógł, w zależności od sytuacji, oznaczać: To nic takiego, nieważne! Choć to łamie ci serce, cóż mogę poradzić! Och, już to widziałam, nie nabierzesz mnie! Życie to nie bajka! Czy myślisz, że jestem głupia? Nie zawracaj mi głowy!, i tak dalej. Niewprawnemu oku gest ten mógł wydawać się pogardliwy, lecz w istocie – jak przypuszczał – był formą intymnej komunikacji. Gest kobiety można było prawidłowo odczytać tylko po przestudiowaniu leksykonu wyrazów twarzy i tonacji głosu, towarzyszących precyzyjnemu, szybkiemu smagnięciu podniesionego ramienia z otwartą dłonią – w dziwnej symbiozie rezygnacji i protestu – smagnięciu będącemu czytelnym produktem tysięcy lat egzystowania w rzymskiej codzienności (chodzi o imperium, a nie miasto, Alex wiedział bowiem, że Maria pochodzi z zubożałego południa, gorących i suchych wzgórz Kalabrii).

Mimo iż Alex był Celtem, w którego żyłach płynęła anglosaska krew, nie zdążył jeszcze rozkodować tego leksykonu. Nie było pewnie potrzeby jego opanowania, ponieważ w alternatywnym języku wspólnie przeżywanego cierpienia, który ma zawsze ograniczone słownictwo, rozumieli się oboje całkiem dobrze. Był wdzięczny za to, że Maria była jego sąsiadką i współparafianką – a także wybawicielką, gdyż kilka lat temu ocaliła mu życie. Wkroczyła bowiem, gdy wszystko się rozpadło: została kucharką, gospodynią, główną zrzędą, małostkowym tyranem w kuchni, a w chwilach słabości – opłakującą dolę swych podopiecznych.

Któregoś dnia przyłapał ją, jak płakała w spiżarni.

Povera, povera Carolina! – łkała. – Biedni chłopcy, nie ma mama, nie ma mama!

Było to bulwersujące i ozdrowieńcze – ozdrowieńcze przede wszystkim dla tych trzech powściągliwych osób płci męskiej, które do owej chwili nie pokazywały swego bólu, pogodzone z losem. Nienaturalne łkanie Marii zaprowadziło Alexa i jego dwóch synów w intymność ich sypialni, gdzie każdy z nich, w towarzystwie własnych wspomnień, dał wreszcie upust swemu bólowi.

– To sprawunki na Boże Narodzenie? – zapytał, wskazując dużą papierową torbę w jej lewej ręce (prawą miała zawsze wolną, żeby gestykulować).

Si, ja znaleźć coś dla Paola. Ładna szal i rękawica sportowa. On nie potrzebować, ale niedługo przyjechać i wtedy potrzebować.

Paolo, jej syn, bardziej wyidealizowany i wytęskniony niż piętnastowieczny rozpuszczony książę florencki, był analitykiem komputerowym w miejscu, które Maria określała z pogardą jako Valle Silicone1 w Kalifornii.

– A dla Bruna ja dostać to.

Maria po raz pierwszy się uśmiechnęła i chociaż wszystkim, którzy jej nie znali, uśmiech ten mógłby się wydać dosyć powściągliwy, Alex wiedział, że była to prawdziwa eksplozja, pełna płomieni czułości i tolerancji. Na skali jej emocjonalnego życia nie było stref tłumionych uczuć, lecz dla pogrzebów i ślubów osób, które były z nią jedynie luźno związane, zarezerwowane były tylko formalne reakcje. Najgłębsze uczucia chowała wyłącznie w swoim wnętrzu.

Pokazała mu plastikową torbę wypełnioną skórą i kabelkami.

– To elektrycznie działać rękawiczki! – oznajmiła triumfalnie. – Razem z bateriami. Czterdzieści dziewięć dziewięćdziesiąt pięć! Gdy on pracować nocna zmiana na torach, nie marznąć mu ręce. – To powiedziawszy, wyraźnie ożywiona rozdarła plastikowe opakowanie i zamierzała zademonstrować, jak można przyczepić pakiet baterii do rękawa płaszcza za pomocą rzepów.

Zatrzymał ją, śmiejąc się.

– Nie, nie, nie, jest za zimno, Mario. Pokażesz mi innym razem.

Ecco! No dobrze, może innym razem. Ty przyjść do nas po pasterka, wypić cicchetto da vino2 i Bruno pokazać ci rękawiczka.

Gdy ponownie pakowała podarek, spojrzał z czułością na jej głowę w czapce z imitacji lamparciego futra i poczuł irracjonalną chęć pochylenia się i niezgrabnego uściskania kobiety, ucałowania czubka jej głowy – byłby to synowski odruch, który by ją tylko zaniepokoił i zmieszał. Nie uległ więc temu impulsowi.

Gdy z powrotem zapakowała rękawiczki, podniosła wzrok, zmrużyła oczy i powiedziała z groźbą w głosie:

 

– Chłopaki kontaktować się z tobą w te święta?

– Jeszcze nie, ale spodziewam się od nich kartek.

– Dzieci! My łamać dla nich krzyż, łamać dusza, wypruwać flaki, dawać wszystko, a co dostawać?

– Wnuki? – zasugerował Alex.

– Ja powiedzieć ci, co my dostawać: to, że oni łamać nasze serca! – Uderzyła się w piersi ręką od gestów.

Alex kiwnął mądrze głową, mrucząc pod nosem i puszczając mniejsze kłęby pary, bez iskierek.

– Alex – rzekła, zmieniając ton i przypatrując mu się bystro. Carolina, ona odejść ile, już pięć lat?

Z filozoficzną miną zrobiła mały znak krzyża na piersiach.

Alex jeszcze raz przytaknął, czuł się nieswojo.

– Czas znaleźć jakaś dobra kobieta, ożenić w kościele przed Bóg: ona doglądać ciebie. Ty potrzebować ktoś opiekować się. Patrz te uszy! Ty nie znaleźć kogo dość szybko, Alex, jak ty stać co wieczór na ulica i puszczać kłębki. Oni zabrać cię ambulans do szpital dla ludzi matto-pazzo!

Prawą ręką w futrzanej rękawiczce bez palców zrobiła kółko nad skronią.

Matto pazzo? A, masz na myśli: wariat.

Skinęła posępnie.

– Tak, wariat. Wiem, ty nie wariat, Alex, ale dzisiaj ja widzieć ciebie, jak stać na mrozie, gapić się, puszczać kłęby z ust i widzieć iskry. Pewnie ktoś nie znać cię, myśleć: matto-pazzo.

– Chyba że się przewrócę i zamarznę na śmierć.

Klepnęła go w nadgarstek prawą ręką w rękawiczce.

– Nie żartować z tego! Pomyśleć, co ja mówić.

– Dobrze, Mario, pomyślę o tym.

Poszła w górę ulicy, zgarbiona sześćdziesięciolatka, mierząca niecałe pięć stóp, z pogodą w sercu, opatulona, w drętwą ciemność sztucznego Nowego Świata, martwiąca się o byle co i o wszystko. Wzruszyła go jej troska, ale wiedział, że nawet minuty nie poświęci na rozważenie jej sugestii – tego panaceum oferowanego przez matczyne serca, ilekroć napotykają tragedię, zgorszenie lub ranę we wszechświecie stworzonym przez niezależną osobę płci męskiej. Nikt nie mógłby nigdy zastąpić Carol. Ta część jego życia jest zakończona.

Odwracając się od świateł Main Street, pomaszerował swoją Oak Avenue w kierunku grzbietu wzniesienia, gdzie iglice trzech kościołów tworzyły koronę Halcyonu. Najwyższym z nich był kościół Najświętszej Maryi Panny od Aniołów – neogotyckie cudo z bladoróżowego kamienia, z mistrzowsko wykonanymi witrażami, przewyższające wszystko w sąsiedztwie. Anglikański kościół Świętego Pawła, nowoczesny, ze stali i szkła, stał po przeciwnej stronie ulicy. Pół kwartału dalej znajdował się monolityczny Findley Memorial United3 z czerwonego granitu, zwieńczony krenelażową wieżą obronną. Za nim aleja zaczynała znowu opadać długim łukiem opasującym urwiska, by na końcu dotrzeć do rzeki.

Gdy wszedł na teren Najświętszej Maryi Panny, zatrzymał się chwilę na chodniku prowadzącym do drzwi wejściowych. Przypominając sobie modlitwę z dnia poprzedniego: Uczyń ze mną, co zechcesz, zastanawiał się nad sobą. Bez wątpienia tak właśnie Bóg postępował ze swymi stworzeniami. Dlaczego więc czuł potrzebę konstatacji rzeczy oczywistej? Co w ten sposób zamierzał? O co prosił, jeżeli istotnie o coś prosił? No cóż, to już nie miało znaczenia, bo zniknął ów niecodzienny nastrój przynaglający go do tej modlitwy.

W powietrzu płynęły wyciszone pienia chóru ćwiczącego kolędy. Nagle śpiew stał się głośniejszy, gdy główne drzwi kościoła Najświętszej Maryi Panny się otworzyły i dwie postacie wyszły na zewnątrz: nastolatek i dziewczynka. Przeskoczyli schodki i skierowali się na chodnik, a potem zerwali się do biegu. Gdy go mijali, zauważył ich ubogą odzież i zatroskane twarze. Trzymając się za ręce, zniknęli za rogiem przecznicy, zmierzając w kierunku Lowertown i rzeki. Nie przypominał sobie, żeby ich widział wcześniej i przypuszczał, że należą do jednej z nowych rodzin, które wprowadziły się do domów u podnóża urwiska, zbudowanych przez administrację hrabstwa w zeszłym roku, z subsydiowanymi czynszami.

Puszczając więcej kłębów, ruszył do przodu.

Mimo iż większa część życia Alexa skupiona była na zajęciach naukowych, uprzejmej wymianie zdań z klientami na temat literatury, prowadzeniu dokładnych zapisów finansowych w sklepie oraz na prostowaniu nieracjonalnych założeń, czasami pozwalał sobie na rozważania ocierające się o poezję albo przynajmniej zahaczające o nieoczekiwane strumienie świadomości. W takich momentach nigdy nie czuł się przytłoczony czy opętany. Były to raczej trafnie obrane chwile intuicji. Nie były produktywne z punktu widzenia autentycznej kreatywności, bo nie był ani poetą, ani malarzem, ani muzykiem, ale były pożyteczne, gdyż koiły jego umysł. Inni brali się za picie lub układanie wierszy, albo i coś gorszego. Alex jednak zamykał drzwi swojej księgarni i wybierał się na wędrówkę gdzie oczy poniosą, po ciemnych wzgórzach, które były mu tak znajome jak labirynt półek z książkami i hyperionowe wzniesienia miasteczka. Te drobne ćwiczenia w nieprecyzyjności, w praktykowaniu rezygnacji utrzymywały jego ciało w giętkości.

Maria Sabbatino myliła się, zakładając, że on – podobnie jak niejeden wdowiec – zaczął pić. Tak naprawdę nigdy nie miał pociągu do alkoholu, więc gdy wznosił razem z księdzem Tobym jeden jedyny toast noworoczny w salonie nad sklepem, to płyn pochodził ciągle z tej samej butelki amontillado, rozpoznawalnej po etykiecie z czerwonym krzyżem krzyżowca, zdobionym złotą tarczą zwieńczoną malutkim trójwymiarowym kielichem osadzonym w czarnym szkle hiszpańskim. Poziom likieru w butelce był każdego roku nieco niższy, co ksiądz Toby komentował żartem wyrażanym poważnym tonem. I tak to wyglądało. Do zobaczenia w przyszłym roku – o tej samej porze, w tym samym miejscu, z tą samą butelką. Pięć lat temu, trzy tygodnie po pogrzebie Carol, Maria zaskoczyła go pewnego poranka, gdy kończył whisky Seagram – należącą jeszcze do jego ojca – wlewając ją sobie do gardła prosto z butelki. Miał nadzieję, że to złagodzi zabójczy atak bólu. Niestety, tak się nie stało. Jedynym tego efektem było przeświadczenie Marii o jego problemie alkoholowym i to przekonanie nigdy jej już nie opuściło.

Oak Avenue wznosiła się w górę, po czym zaczynała opadać. Gdyby szedł nią dalej, mijając jeszcze osiem kwartałów, doszedłby na skraj miasta, do mostu nad rzeką Clementine, skąd trafiłby w okolice wzgórz północnych. Była to jego ulubiona trasa – spacer mniej więcej dwugodzinny, zależnie od pogody. Jednak z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu zachciało mu się obrać trasę najmniej lubianą, prowadzącą prosto w dół urwiska do tamy u młyna, w poprzek biegnącej tam ścieżki – przedsięwzięcie zdradliwe, lecz radosne – i dalej wzdłuż wybiegu Psia Łata ku zboczu. Wybieg, zwany przez miejscowych Psią Łatą, nosił oficjalnie nazwę: Droga Wąwozu Wolfe’a, lecz jego mniej pochlebne określenie pochodziło od zespołu budynków chylących się ku upadkowi. Wiele z nich stanowiły domy z desek szalunkowych oraz szopy zbudowane w XIX wieku, przylegające do brzegów drogi żwirowej wiodącej w górę wąwozu. Mieszkali tu kiedyś robotnicy młynarscy i rzeczni, lecz złota era tego miejsca odeszła już dawno do przeszłości. Wiele z tych budynków było teraz pustych, a te, w których jeszcze zamieszkiwano, miały wkrótce opustoszeć, bo postępy dotowanego budownictwa, usytuowanego w Halcyonie za wodą, były nie do zatrzymania. Atrakcją wybiegu było to, że prowadził na szczyt skarpy do miejsca, skąd Alex mógł widzieć teren za zakrętem rzeki i obserwować, jak wije się ona między wzgórzami na południe, w kierunki jeziora Ontario. Ponadto, z tej wysokości, i tylko z tej wysokości, można było spoglądać w dół na cały Halcyon, który nocą przybierał wygląd kolii na szyi pięknej kobiety, inkrustowanej ognistymi drogocennymi kamieniami, spoczywającej w pozycji leżącej, śpiącej w sukni układającej się w skromne i eleganckie, ale też podniecające białe satynowe fałdy. Latem suknia była zielona. Jako młody człowiek często tam chodził, żeby poczuć silną słodycz tęsknoty za tajemniczą aurą kobiecości – za bólem, który przekładałby się na zwyczajowe umiejętności towarzyskie, rozbudowane fabuły i plany zalotów, gdyby nie był tak bezgranicznie nieśmiały, nie był jedynakiem, nie odziedziczył rodzinnej ekscentryczności i nie był synem sędziego pokoju. Jakby nie dość tego, dwa lata wczesnego dzieciństwa spędził w łóżku, by odzyskać zdrowie po napadach gorączki reumatycznej. W tamtym okresie – jak mówiono – choroba uszkodziła serce i jedynym remedium miała być całkowita bezczynność. Podczas rekonwalescencji zanurzył się w świat książek i już tam pozostał. W ten sposób to, co miało być stanem przejściowym – nieśmiały charakter młodzieńca – stało się jego trwałym sposobem na życie.