PlanetaTekst

Z serii: Planetside #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Podziękowania

Michael Mammay

Karta redakcyjna

Okładka


Dla mojej mamy,

która uwierzyła jako pierwsza

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Wysiadłem z promu w gównianym nastroju, spowodowanym trzema dniami na zatłoczonym okręcie z dwiema przesiadkami i bez kropli alkoholu. Nigdy nic dobrego nie przychodziło z odpowiadania na sygnał komunikatora w środku nocy. Kiedy jednak dzwoni przyjaciel, należy odebrać. Gdy zaś tak się składa, że ten przyjaciel jest drugim w hierarchii człowiekiem w armii... Cóż, tak czy owak znalazłby sposób, żeby do mnie dotrzeć.

Gwarny tłum mijał mnie z każdego kierunku, a jedna na dziesięć osób miała na sobie jakiegoś rodzaju mundur. Wszystkie płaskie powierzchnie pokryte były jaskrawymi, rozświetlonymi reklamami firm zbrojeniowych i obronnych. Ignorując ich przekaz, odnalazłem wzrokiem symbol transportu naziemnego. Przerzuciłem torbę przez ramię i zacząłem brnąć przez ludzką rzekę.

– Pułkownik Butler? – Porucznik w wyprasowanym uniformie i z okrągłą naszywką Dowództwa Przestrzeni na rękawie stał w odległości wyrażającej szacunek. Gość ze sztabu generalnego.

– Tak – potwierdziłem, zerkając na swoją tabliczkę z nazwiskiem.

– Sir, porucznik Hardy...

– Adiutant generała Seraty? – przerwałem.

– Tak jest, sir. – Osadzone w ciemnej twarzy oczy na sekundę otworzyły się szerzej, świadcząc o chwilowej dezorientacji. Wszyscy adiutanci zwykle wyglądali tak samo. Sztywni i oficjalni. Młodzi. Hardy nie stanowił wyjątku. – Jak minął lot, sir?

– Do dupy. – Odcinek z Ferry Trzy do Gammy Sześć był jedną z najkrótszych tras międzyplanetarnych, ale wcale nie świadczyło to o niej dobrze. – Jak mnie pan znalazł?

– Generał polecił, żeby szukać pułkownika z naszywką Dowództwa Edukacji. Rzuca się tutaj w oczy. – Wskazał trójkątny zielono-żółty symbol na moim ramieniu, niezbyt czule nazywany Piramidą Śmierci.

– Tak właśnie panu powiedział?

Hardy na krótką chwilę umknął wzrokiem w bok.

– Nie do końca, sir.

Roześmiałem się.

– A więc jak to ujął?

– Mówił, że mam znaleźć gniewnego, łysego pułkownika ze znaczkiem DE, sir.

Znów się zaśmiałem. Typowy Serata.

– Zupełnie jakby to miało pomóc w odnalezieniu mnie. Połowa z nas jest łysa i wszyscy jesteśmy gniewni.

Hardy popatrzył na mnie beznamiętnie.

– Nasz pojazd znajduje się w odległości zaledwie kilkuset metrów. Czy mogę wziąć pańską torbę, sir?

– Nie, poradzę sobie.

Zatrzymał się i zmarszczył brwi, zdezorientowany, ale w końcu obrócił się i zaczął iść.


Szofer samochodu poduszkowego wysadził nas obok DP, w zastrzeżonej części parkingu. Królewskie traktowanie. Albo Serata naprawdę się spieszył, żeby ze mną porozmawiać, albo też w jakimś celu mi się podlizywał.

Zapewne jedno i drugie.

Wznosił się przede mną wielki budynek, robiący wrażenie elewacją ze stali i zbrojonego szkła, która odbijała czerwonawy pomarańcz przedpołudniowego słońca.

– Cholera – stwierdziłem.

– Nie był pan tu jeszcze, sir?

– Zawsze starałem się tego unikać.

Pracowałem w DP trzydzieści siedem lat z rzędu, zanim niedawno przeniesiono mnie do DE, dwadzieścia cztery lata z tego okresu zaś spędziłem poza krio. W jakiś sposób udawało mi się trzymać jednostek polowych. Sztab jakoś nie pasował do mojego stylu.

– Służył pan już wcześniej z generałem, prawda, sir?

Uśmiechnąłem się.

– Zgadza się. – Hardy niewątpliwie czytał moje akta, wiedział o każdym przydziale, lecz chciał podtrzymywać rozmowę. Nie winiłem go za to. Służyłem z Seratą trzykrotnie, a o przynajmniej dwóch z tych przypadków napisano książki. Adiutant chciał, żebym opowiedział mu coś o jego zwierzchniku. Nie doczeka się jednak tego. Nie snułem tych historii na trzeźwo. – Dlaczego szef chce się ze mną widzieć?

– Nie jestem pewien, sir. Nie mówił.

Nie miało to znaczenia. Nawet gdyby Hardy wiedział, nie zdradziłby mi tego. Ludzie Seraty tak nie postępowali. Ten człowiek wzbudzał niemal fanatyczną lojalność. Powinienem był się domyślić. Inaczej dlaczego wkraczałbym do DP trzy dni po rozmowie z nim?

Weszliśmy do windy dowódczej, dołączając do kościstego podpułkownika z insygniami piechoty. Skinął głową, zerknął na moją naszywkę DE, po czym zignorował mnie. Taa. Ty też się pierdol, koleś. Nigdy go nie spotkałem, ale znałem takich jak on. Nadęty Sztabowiec.

– Potrzebuję pięciu minut u szefa – powiedział Nadęty Sztabowiec do Hardy’ego. – Muszę zdobyć jego zgodę na to. – Pod pachą trzymał duży tablet z biało-czerwonym ekranem ochronnym czwartego stopnia tajności. Wdusił przycisk najwyższego piętra.

– Tak jest, sir – odrzekł Hardy. – Teraz ma spotkanie, ale wprowadzę pana po lunchu.

– To zajmie tylko minutę. – Sztabowiec zmierzył mnie wzrokiem, próbując mnie sprowokować, żebym coś powiedział. Nie zawracałem sobie tym głowy. Już parę lat temu dałem sobie spokój z konkursami na to, kto ma dłuższego fiuta.

Dojechaliśmy na górne piętro i Nadęty Sztabowiec wysiadł szybko, pilnując, żeby znaleźć się przed nami. Przyłożył dłoń do skanera i drzwi do sekcji dowodzenia zapiszczały, a następnie otworzyły się ze świstem. Serata, zbudowany jak wielka bestia, czekał w przedsionku, rozmawiając ze swoim sekretarzem.

– Sir, potrzebna mi pańska zgoda...

– Carl! Bracie! – Serata przerwał Nadętemu Sztabowcowi, przepychając się obok niego. Zamknął moją dłoń w masywnej łapie i objęliśmy się lekko, jak to robią przyjaciele.

 

– Sir, muszę tylko...

– Później, Canforra. Wchodź, Carl.

Nie oglądałem się na Nadętego Sztabowca Canforrę. Nie musiałem. Wiedziałem, jak wyglądała jego twarz.

– Zostaw torbę u Hardy’ego. Zarejestruje cię w KWG – powiedział Serata.

KWG. Kwatery dla ważnych gości. Naprawdę postanowili traktować mnie jak pasażera pierwszej klasy. Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakichś wskazówek, ale nic nie dostrzegłem. Generał wprowadził mnie do swojego gabinetu i zamknął drzwi. Prawdziwe drewniane drzwi. Kto używał drewnianych drzwi?

– Kurczę, sir, ładne miejsce.

Wielkie, sięgające od podłogi do sufitu okna obramowywały pokój z dwóch stron. Przynajmniej dziesięć metrów ode mnie stało ogromne drewniane biurko, wyglądające, jakby przynajmniej dziesięć osób mogło przy nim zasiąść do obiadu. Na pozostałych dwóch ścianach widniały pamiątki z dawnych przydziałów i mój wzrok przykuło oprawione zdjęcie sprzed dekady. Serata stojący pośrodku, a po trzech z nas po jego bokach na zaśnieżonym wzgórzu. Rok po zrobieniu tej fotografii żyło nas już tylko czterech.

– Tak, całkiem nieźle mnie tu traktują. – Usiadł za biurkiem i odchylił się w fotelu, splatając palce za głową. Miał krótko przystrzyżone siwe włosy, irytująco gęste, jak na kogoś o kilka lat starszego ode mnie. – Dobrze cię widzieć, Carl.

– Nawzajem, sir.

– Jak ci się wiedzie w DE?

Parsknąłem.

– Uczę paru przedmiotów, a raz na jakiś czas oprowadzam VIP-ów. Wszystko to nieźle męczące. Nie wiem, czy w ogóle zorientowali się, że mnie teraz nie ma. Ale przynajmniej jest dobra miejscowa wóda.

– Ferra Trzy zawsze miała dobrą whiskey.

– Przywiozłem butelkę. – Rozejrzałem się. – W mordę. Hardy wziął moją torbę.

Serata machnął ręką.

– Później ją odzyskasz. A jak Sharon? Podoba jej się tam?

– Ani trochę. Za zimno. – Moja żona Sharon uwielbiała ciepły klimat.

– Tak. Lizzie też się tam nigdy nie podobało. – Przerwał, zakończywszy gadkę szmatkę, i cisza robiła się coraz bardziej krępująca.

– Ten cały Canforra to kawał dupka – stwierdziłem.

Generał roześmiał się.

– E tam, dobry jest. Po prostu do wszystkiego podchodzi, jakby się paliło. Galaktyka nie imploduje, jeśli przez następną godzinę nie podpiszę rozkazu dyslokacji.

– Wysyłacie kolejnych żołnierzy?

Przebywając w DE, pozostawałem poza obiegiem. Mógłbym śledzić sytuację, gdybym zdobył się na wysiłek.

Nie zdobyłem się.

– Tylko brygadę – odparł. – Da nam trochę dodatkowego potencjału bojowego, dopóki nie wycofamy poprzedniej. Dzięki temu będziemy mogli przeprowadzić natarcie z Kappy Trzy.

– Ale nie do tego jestem panu potrzebny, prawda? – Wydawało się to mało prawdopodobne. Do takich zadań miał lepszych ludzi. Dowodzenie brygadą w boju nie do końca pasowało do moich umiejętności.

– Nie, nigdy bym cię nie poprosił o coś takiego. – Ton jego głosu wyraźnie świadczył o tym, że Serata poprosi mnie o coś innego. Mógłby wydać mi rozkaz, ale nie zrobi tego. Nie byłem pewien, skąd to wiedziałem. Może z historii. Może podpowiadał mi instynkt.

– To może miejmy to już za sobą, sir? – Nie wzywało się kogoś ze swoistej emerytury i nie ładowało go na lot międzyplanetarny, żeby przekazać mu dobre wieści.

Generał niemal aż nazbyt niedbałym gestem położył stopy na blacie biurka.

– Chodzi o śledztwo. Zaginął nam porucznik.

Wpatrywałem się w niego przez chwilę. To niemożliwe, żeby potrzebował mnie do czegoś tak prostego. I wtedy uderzył drugi piorun.

– Nazwisko tego porucznika brzmi Mallot. Tak samo jak wysoki radca Mallot – wyjaśnił. – Wiem, że ostatnio nie śledzisz zbyt pilnie wiadomości, ale gdybyś to robił, wiedziałbyś, w czym rzecz.

– Oj. Cholera.

– Właśnie. Młodzik zniknął z Bazy Kappa.

– Na froncie. Co tam robił dzieciak radcy? Niby teraz jest tam spokojnie, ale wie pan, co mam na myśli.

– Tradycja rodzinna. Od czterystu lat służył każdy syn. A także sporo córek. Słyszałeś kiedyś o Emily Eckstedt?

– O Anielicy Śmierci? Tak, sir, wszyscy o niej słyszeli.

– Była siostrą prababki tego chłopaka.

– Kurczę. Mamy pewność, że nie jest to przypadek gówniarza, który po prostu nie chce stać w kolejce do komunikatora, żeby zadzwonić do domu? Wciąż się tak dzieje. – Było to głupie pytanie, ale potrzebowałem czasu, by wszystko sobie przemyśleć. Pieprzona Baza Kappa.

– Przestań, Carl. Wiesz dobrze, że zrobiliśmy, co mogliśmy. I wiesz też, że nie prosiłbym cię, żebyś tam jechał, gdyby to nie było ważne. Nie na Kappę. Nie po...

– To było dawno temu, sir. Zostawiłem to za sobą – skłamałem. – Chce pan, żebym poleciał na Kappę. Jak długa to podróż? Dziewięć albo dziesięć miesięcy krio w każdą stronę? Miałem odejść na pełną emeryturę za rok. To dlatego wysłali mnie na zieloną trawkę w DE. – Nie chciałem tego robić, ale niełatwo było odmówić Seracie. Nie po tym wszystkim, przez co razem przeszliśmy.

– Wiem. – Serata zdjął nogi z biurka i podszedł do okna. Po przeciwnej stronie dużego, otwartego placu widniało kilka niskich, klockowatych budynków. – Jeśli chcesz, możesz odmówić. Masz na koncie tyle czasu w krio, co inni pułkownicy. I znacznie więcej służby bojowej niż oni. Odbębniłeś swoje.

Westchnąłem. Twierdząc, że mogę odmówić, tylko utrudniał sprawę. Cholera.

– Sharon wpadnie w szał. Już jestem od niej trzynaście lat młodszy z powodu całego czasu spędzonego w krio.

– Zatem piętnaście miesięcy żołdu krio plus premia do okresu służby na poczet emerytury. Kup jej terapię. Da się zdjąć z konta parę lat. – Serata uśmiechnął się.

– Piętnaście miesięcy? Przecież to dalej niż Baza Kappa.

– Zorganizowałem, żebyś w drodze tam trafił na TS-57. Mniej niż pięć miesięcy.

– W mordę. – Wyprostowałem się na krześle. Transport Specjalny 57 był najszybszym pojazdem transportowym w wojsku. Na składzie znajdowało się może piętnaście czy dwadzieścia sztuk i nie wykorzystywano ich do przewozu byle pułkowników. – To naprawdę jest ważne.

– Owszem. Musisz się tam znaleźć szybko, zanim wszyscy zapomną, co się wydarzyło – powiedział.

– Ma to sens. Od jak dawna stacjonuje tam jego jednostka? – Znów zadawałem pytania, ale w głowie kłębiło mi się od myśli. Mógł wezwać kogoś innego. Proste zadanie. Wielu ludzi mogłoby to zrobić...

– Niecałe pięć miesięcy – odrzekł Serata. – I mam też coś dla Sharon. Może nie będzie na mnie taka wkurzona. Żeby coś z tego wyszło, musimy przenieść cię do DP. Przydzielimy cię do Piątej Przestrzeni.

Oddech uwiązł mi w gardle.

– Sir...

– Tak. – Obrócił się do mnie. – Sprawa jest ważna. Ale dostajesz dobry układ.

Piąta Przestrzeń z siedzibą na Elenii Cztery. Moja pierwsza placówka. Ojczysta planeta Sharon. Nawet gdybym wcześniej się nie zdecydował, teraz już na pewno nie mógłbym tego przegapić. Żona by mnie zabiła.

– Mają tam miejsce?

Generał ściągnął wargi w wąską linię i skinął głową.

– Teraz już mają.

Przełknąłem ślinę, po czym również przytaknąłem.

– Zatem czego pan po mnie oczekuje, sir?

– Po prostu pojedź tam, poszperaj, napisz raport. Jest tam mnóstwo sił specjalnych, do tego brygada liniowa. Potrzebny mi ktoś, kto mówi ich językiem, ale rozumie powagę tego, z czym mam tutaj do czynienia. Niewiele osób należy do tego podzbioru.

– Tak jest, sir. – Większość żołnierzy na froncie nie poświęciłaby nawet pół myśli wysokiemu radcy Federacji. – Jak ma wyglądać raport?

Serata roześmiał się.

– Wiedziałem, że znalazłem odpowiedniego człowieka. – Nie sfałszowałbym raportu. Wiedział o tym. Jednak w każdej sytuacji można znaleźć wiele różnych prawd. Nie miałem nic przeciwko temu, by przekazać tę, która pomoże zespołowi. – Szczerze mówiąc, to nie wiem, czego chcę. – Przysiadł na skraju swojego mamuciego biurka.

Przez chwilę zastanawiałem się nad tym, ale nie wpadłem na odpowiedź.

– Nie rozumiem tego, sir. Dlaczego ja?

– Ponieważ nie mam pojęcia, na co się natkniesz. Sprawa może być czysta, ale może też być paskudna. I potrzebny mi ktoś, kto to rozpozna na czas. – Generał milczał krótką chwilę. – A rzecz w tym, że to musi być czyste. Nie obchodzi mnie, co zrobisz ani kogo będziesz musiał spalić. Wysoki radca Mallot ma tyle władzy, że praktycznie kieruje naszym budżetem, i cały czas dyszy mi nad karkiem. Znajdź jego dzieciaka albo dowiedz się, co się z nim stało. Trzeba to załatwić szybko i bez rozgłosu. Cicho jak w pieprzonej przestrzeni.

Siedziałem przez moment w milczeniu. Generał udawał, że wygląda przez okno, dając mi czas na zastanowienie.

– Cholera, sir. Mam nadzieję, że ten chłopak wie, ile sprawił kłopotów.

– Pewnie nie wie... – urwał, jakby miał coś jeszcze do powiedzenia, lecz zmienił zdanie. Dziwne. Serata nigdy nie robił nic przypadkowo.

– Wykonam to zadanie.

– Świetnie. Ważni ludzie będą to obserwować.

Podniosłem się.

– To dobrze, sir. Zna mnie pan.

Generał zachichotał.

– Owszem, znam. Właśnie dlatego o tym wspomniałem.

Przyłożyłem dłonie do serca w geście udawanej krzywdy.

– Rozumiem, sir.

– Dzięki, Carl.

– Tak jest, sir. Sharon będzie zachwycona. Nie dość, że Elenia Cztery, to jeszcze pozbędzie się mnie na rok.

Serata uśmiechnął się.

– Chcesz do niej zadzwonić i jej powiedzieć?

– Oj, nie, sir. Przekażę jej wieści dopiero po powrocie do domu.


Dwadzieścia dni po opuszczeniu gabinetu Seraty znalazłem się w hangarze orbitującym ponad Elenią Cztery i siedzibą Piątego Dowództwa Przestrzeni. Ludzie powiadają, że w dwa tygodnie nie da się przenieść całego życia z jednej planety na drugą. Tacy ludzie mają po prostu za mało praktyki.

Zostawiłem Sharon w wynajętym domu, daleko od wszelkich baz wojskowych, lecz blisko jej siostry i starzejących się rodziców. A wraz z nią kilkaset pojemników z rzeczami, które musiała rozpakować, ale nigdy nie lubiła, gdy wtrącałem się w wystrój wnętrz.

A przynajmniej tak sobie powtarzałem.

Nie odprowadzała mnie. Już dawno wyszliśmy poza ten etap wspólnego życia. Wcześniej nie raz rozstawaliśmy się ze łzami, nie musieliśmy więc tego ponawiać. Łatwiej jest pożegnać się w zaciszu własnego domu. I lepiej, jeśli chcecie znać moje zdanie, ponieważ ludzie patrzyli krzywo, jeżeli inni zaczynali się rozbierać w hangarze.

Zamiast tego spotkałem się z Hardym, który okazał się jednak jej dość wybrakowanym substytutem. Nie chciałem, żeby jechał ze mną, ale Serata nalegał. Jestem pułkownikiem. Pułkownicy nie miewają adiutantów i nie potrzebowałem takowego, lecz szef uważał, że chłopak ma potencjał, i chciał dać mu szansę znalezienia się na froncie. Generał lubił tego dzieciaka. To coś znaczyło. Choćby to, że zapewne kazał mu na mnie donosić.

– Czy widział pan wiadomości, sir? Sporo się mówi o naszej misji. – Hardy wciąż miał na sobie wyprasowany mundur służbowy, co uważałem za idiotyczne, zważywszy na to, dokąd się udawaliśmy.

– Próbuję tego unikać.

– Nie rozumiem, sir. Czy nie potrzebuje pan wiedzieć, co się dzieje? – Podszedł, żeby wziąć mój bagaż. Dwie torby i jedną skrzynkę.

– Wiem, o co chodzi w misji, Hardy. Cała reszta to tylko zaciemnianie sprawy.

Hardy znieruchomiał i spojrzał na mnie. Kiedy nie wyjaśniłem, złapał skrzynkę, która zabrzęczała.

– Sir... Co...

– To whiskey, Hardy. Bardzo dobra whiskey z Ferry Trzy.

– Sir, nie wolno przewozić alkoholu w jednostce DP.

Przyjrzałem mu się.

– A co mi zrobią? Każą mi odejść na emeryturę? Moment, a może w ramach kary wyślą mnie na front?

Hardy popatrzył na mnie z miną, jaką ludzie przybierali, gdy nie byli pewni, czy żartuję.

– Sir, piloci nie pozwolą panu tego wnieść.

– To dlatego pierwsza butelka jest dla nich.

– Sir...

– Niech pan posłucha, Hardy, bo musi się pan do czegoś przyzwyczaić. Nie jestem generałem Seratą. Działam... inaczej. Uchodzi mi to na sucho głównie dlatego, że nie jestem generałem. Nie mam do tego skłonności. Ani włosów. – Przerwałem na chwilę. – Na czym to skończyłem?

– Na alkoholu, sir.

 

– Właśnie. Hardy, jeśli z powodu wódy wpadniemy w kłopoty, wówczas przysięgnę, że poleciłem panu wbrew pańskiej woli wnieść ją na pokład. Protestował pan zażarcie, ale bezskutecznie. Czy możemy teraz kontynuować?

– Tak jest, sir. – Niemal się uśmiechnął. Może do czegoś się nada. Gdyby zmuszono mnie do wzięcia adiutanta, musiałby mieć poczucie humoru.

Na podwyższonej platformie stał TS-57, paskudna jednostka, do której wnętrza prowadziły schodki. Nikt nie nazwałby jej smukłą ani seksowną. Już bardziej nabzdyczoną i przysadzistą. Wygląd mógł jednak mylić. W przestrzeni kształt nie miał większego znaczenia, liczyły się ciąg i masa. To właśnie dzięki temu TS wygrywał. Mieścił jedynie sześciu pasażerów i trzech członków załogi, co pozwalało utrzymać niewielką masę. Na resztę składały się silnik i ogniwa paliwowe. Idiotycznie niewydajne rozwiązanie, chyba że ktoś chciał pospiesznie dostarczyć pewnego pułkownika na sporą odległość.

Moje buty stuknęły o kratownicę metalowych schodów. Gdy dotarłem do włazu, poczułem lekki podmuch powietrza opuszczającego wnętrze, w którym utrzymywano zwiększone ciśnienie. W środku pojazd wydawał się zbyt mały, jak na swoje zewnętrzne rozmiary. Lśnił, jakby niedawno wymieniono wyposażenie, i pachniał niemal sterylnie. Większość przedziału pasażerskiego zajmowało dziewięć poziomych kapsuł krionicznych, umieszczonych w rzędach po trzy. Oczywiście nie wiedziałem, dlaczego wciąż nazywaliśmy je krio. Już od kilkuset lat nie używaliśmy zimna do wprowadzania się w stazę. Chyba chodziło o tradycję. Jakkolwiek je zresztą nazywano, kapsuły były otoczone sześcioma dużymi, czarnymi, wygodnymi fotelami, po trzy pod każdą ze ścian. Uścisnąłem dłoń pilotowi, drugiemu pilotowi i lekarce. Postępowałem tak samo za każdym razem, gdy trafiałem na pokład czegoś, co lata. Możecie nazywać to przesądem, ale wciąż żyję, więc mam to gdzieś. Przez większość czasu okrętem sterował komputer, lecz to załoga pełniła obowiązki po starcie, w obrębie układu gwiezdnego, zanim również weszła do własnych kapsuł krio. Nie potrafili latać tak dobrze jak maszyna, ale chyba ludzie czuli się swobodniej, mając świadomość, że czuwa nad nimi inny człowiek. Wiem, że w moim przypadku to działało. Lekarka miała sprawdzić, czy wszyscy zostaliśmy bezpiecznie znieczuleni, po czym także się uśpić. Nie chciałem nawet myśleć o tym, jak można zmusić się do czegoś takiego samodzielnie.

– Sir, mam pański pancerz, w razie gdyby chciał pan go przymierzyć, zanim wystartujemy – poinformował Hardy.

– Duży rozmiar? – Zdołałbym się wcisnąć w średni, gdybym musiał, ale wolałem dysponować pewną swobodą ruchów, poza tym naramienniki czasami uwierałyby mnie wtedy w barki.

– Tak jest, sir.

– Zatem będzie pasować. – Rzuciłem okiem. – Na Matkę Planet, nic bardziej błyszczącego nie dało się znaleźć? – Polimerowy napierśnik praktycznie się świecił.

– Jest nowy, sir.

– Widzę, Hardy. Nie martw się, na froncie w ogóle nie będzie się wyróżniać. – Gdy to powiedziałem, poczułem się źle. Hardy przypominał psa przyłapanego na stawianiu klocka tam, gdzie nie powinien. Dzieciak chciał dobrze. Wskazałem na znoszony zestaw dwie szafki dalej. Pociemniała powierzchnia napierśnika była pokryta wgłębieniami, a po prawej stronie biegła szrama. – Niech pan zobaczy, właśnie tak powinien wyglądać pancerz.

Z najdalszego fotela wstał mężczyzna.

– To mój, sir. Sierżant sztabowy McCann. Pański OO.

Ochrona osobista. Kolejna kwestia, w której przegrałem z Seratą. W zasadzie mój ochroniarz, choć nie potrzebowałem go na tę podróż. Skoro jednak musiałem mieć kogoś takiego, przynajmniej McCann prezentował się dobrze. Mierzył jakieś sześć czy siedem centymetrów mniej niż ja, ale wzrost nadrabiał szerokością. Cały składał się z mięśni, na jego ciele nie znalazłoby się chyba nawet kilograma tłuszczu.

– McCann. Mogę nazywać was Mack?

– Tak jest, sir. Ucieszy mnie to.

– Miło mi was poznać, Mack. Co tam pijecie, na Galaktykę? – Trzymał litrowy pojemnik, którego zawartość wyglądała trochę jak rozgniecione awokado, a trochę jak wymiociny.

– Koktajl proteinowy, sir. Chce pan?

Skrzywiłem się z niesmakiem.

– Raczej podziękuję.

– Muszę pilnować, żeby broń była naładowana, sir. – Mack klepnął się po bicepsie rozmiarów uda przeciętnego mężczyzny.

– Wolę, gdy moja broń ma dłuższy zasięg. – Wskazałem karabin pociskowy Bikoski 71, który sierżant miał przewieszony przez ramię. Czule nazywano go suką. – Nosicie bikoskiego zamiast pulsacyjnego?

– Tak jest, sir. – Mack uśmiechnął się dumnie. – Nie ufam tej broni pulsacyjnej. Jeśli się zamoczy, robi się do niczego.

– Tam, dokąd lecimy, nie będzie zbyt mokro – stwierdziłem.

– Nigdy nic nie wiadomo, sir. Ta suka jest wyposażona w każdy dostępny pocisk inteligentny. Eksplodujące, przeciwpancerne, kierowane...

Już lubiłem tego gościa. Broń pulsacyjna była elegantsza i lżejsza, preferowano ją w bazach, gdzie nikt do nikogo nie strzelał, ale prawdziwe trepy zawsze wolały sukę.

– Nigdy nie wiadomo. To wy jesteście szpiegiem generała czy Hardy? – Powiedziałem to na wpół żartobliwie, ale tak bezceremonialne wrzucenie tego granatu do rozmowy wywarło odpowiedni efekt.

– Ja nie, sir. – Mack wzruszył ramionami. – Nigdy nie miałem z generałem większego kontaktu niż tylko na „dzień dobry”, gdy mijałem go w korytarzu.

Skinąłem głową.

– A zatem, Hardy, jak często musi się pan meldować?

– Sir, ja... sir... – Twarz porucznika stężała, jakby nie mógł się zdecydować, czy powinien mówić, i zapomniał o oddychaniu.

Pozwoliłem, by na chwilę zapadła krępująca cisza.

– Mam pańską broń krótką, jeśli zechce pan ją odebrać, sir – odezwał się po chwili Mack. Wyciągnął pistolet Mark-24. Wziąłem go. Służył bardziej do dekoracji niż do czegokolwiek innego. Zajrzałem do komory, żeby się upewnić, czy jest pusta. Przyzwyczajenie. Wrzuciłem go do szafki obok torby. Przypnę broń, gdy wyjdziemy z krio.

Sierżant wskazał podbródkiem moją skrzynkę.

– Czy to z Ferry Trzy, sir?

– Owszem. Piętnastoletnia.

Mack zagwizdał.

– Chyba spodoba mi się służba z panem, sir.

– Taką mam nadzieję. Co zrobiliście, żeby wylądować z tym przydziałem?

– Zgłosiłem się na ochotnika, sir.

Przyjrzałem mu się uważniej.

– Naprawdę?

– Tak jest, sir. Pytali w sztabie o kogoś z doświadczeniem.

– Co robiliście w sztabie? – spytałem.

– Byłem urzędnikiem administracyjnym, sir.

Popatrzyłem na niego jeszcze baczniej, nie umiejąc stwierdzić, czy robi sobie ze mnie jaja. Wszystko w nim aż krzyczało, że pochodził z piechoty.

– Nie wyglądacie na admina...

– Kiedyś służyłem w piechocie, sir. Przeniosłem się ponad trzy lata temu. Uznałem, że pozwoli mi to spędzać więcej czasu z żoną.

Odsunąłem się, żeby Hardy mógł upchnąć w szafce jakiś sprzęt.

– Sensownie. I jak wam to wyszło?

– Rozwiedliśmy się w zeszłym roku.

Pokiwałem ponuro głową.

– Przykro mi to słyszeć.

– To nic takiego, sir. – Uśmiechnął się półgębkiem.

Nasza pilotka wysunęła głowę z pomieszczenia frontowego, pokazując krótkie czarne włosy i złocistą twarz. Zaczekała, aż nawiążę z nią kontakt wzrokowy.

– Sir, sprawdziliśmy systemy, zanim się pan zaokrętował. Możemy ruszać, gdy tylko będzie pan gotów.

– Dzięki. Ile potrwa, zanim wejdziemy w krio?

– Mniej więcej jeden dzień, sir. Nie możemy wykorzystać szybkości TS, dopóki nie przejdziemy za piątą planetę. Zbyt duży ruch.

– Rozumiem. No to zapiąć pasy, drużyno. Czeka nas długa podróż, nie ma co jej odkładać.

Wybrałem jeden z przerośniętych foteli i rozsiadłem się wygodnie. Usnąłem, zanim jeszcze opuściliśmy stację.

Inne książki tego autora