Inna samotnośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

SOLITUDE

A SINGULAR LIFE IN A CROWDED WORLD

Copyright © 2016 Michael Harris, by arrangement

with The Cooke Agency International,

The McDermid Agency Inc. and BookLab Ltd.

Oryginally published in English by Thomas Dunne Books

All rights reserved

Projekt okładki

Jennifer Lum

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© RJH_RF/Alamy Stock Photo/Indigo Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta

Małgorzata Kusojć

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8169-589-3

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Davida Andersona i Kenny’ego Parka

Jest inna Samotność

Emily Dickinson

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

Każde życie ma swój rytm. Dla większości istot na ziemi jest on odbiciem bezustannych pertraktacji pomiędzy ciałem a jego otoczeniem, pomiędzy stworzeniem a środowiskiem naturalnym. Jest czas na wypoczynek i na polowanie, pora zalotów i ukrywania się. Jednak dla nas, ludzi, wszystko jest bardziej skomplikowane. Ponieważ mamy moc kształtowania swego otoczenia poprzez prawa i obyczaje, systemy ekonomiczne i polityczne oraz zwłaszcza technologie, potrafimy również kontrolować rytm swego życia.

Okazuje się, że ma to swoje plusy i minusy. Z jednej strony uwalnia nas z oków konieczności. Możemy sami decydować o tym, jak spędzamy czas. Z drugiej zaś strony możemy – i często się tak dzieje – wpaść w rytm dzienny, który nam nie służy albo wręcz nam szkodzi. Wypełniamy dni zajęciami, które dostarczają przelotnych przyjemności albo zapewniają chwilowe udogodnienia, ale czujemy się potem niespokojni albo niezaspokojeni. W najgorszym wypadku oddajemy kontrolę nad rytmem swojego życia innym – szefom albo urzędnikom, sprzedawcom i technikom. W końcu żyjemy raczej w rytmie, który nam narzucono, a nie takim, jaki sami wybraliśmy. Tańczymy, jak nam zagrają.

W tej mądrej i dowcipnej książce Michael Harris bada fenomen, który w głęboki i niepokojący sposób odmienia rytm ludzkiego życia: utratę samotności. Od ponad stu lat ludzkie życie staje się coraz bardziej aktywne i zgiełkliwe. Media bombardują nas wiadomościami i rozrywkami. Czas pracy zlewa się z czasem wolnym. Życie towarzyskie wiruje coraz szybciej. Jednak jeszcze do niedawna w ciągu dnia były takie chwile, kiedy aktywność ustawała, tempo życia się zmniejszało. Człowiek przebywał sam, oddzielony od przyjaciół i kolegów, pozostawiony samemu sobie, obcował z własnymi myślami. Takie przerwy mogły wywołać uczucie osamotnienia i nudę. Jednak również zapewniały możliwość dobrego wykorzystania pomysłów, spostrzeżeń i emocji niedostępnych dla „ja” społecznego.

Obecnie takie chwile są eliminowane. Człowiek ze smartfonem w ręku ma stałą „zdolność przyłączeniową”. Przebywamy w tłumie, nawet kiedy jesteśmy sami. Paplanina nigdy nie ustaje, tempo nigdy nie zwalnia. Stałe podłączenie do sieci może się zdawać pobudzające, ale jak jasno wykazuje Harris, wiele poświęcamy, gdy nigdy nie jesteśmy sami. Samotność krzepi. Poprawia pamięć, wyostrza uważność, pobudza kreatywność. Dzięki niej człowiek jest spokojniejszy, uważniejszy, ma jaśniej w głowie. A przede wszystkim odczuwa mniejszą presję na przystosowanie. Samotność daje nam przestrzeń, której potrzebujemy, by odkryć najgłębsze źródła pasji, radości i satysfakcji życiowej. Przebywając w samotności, uwalniamy się, stajemy się sobą. Dzięki temu stanowimy lepsze towarzystwo, kiedy dołączamy do tłumu.

Sztukę samotnictwa – która, jak elegancko ujmuje to Harris, zmienia „puste dni w puste płótna” – trudno opanować, a łatwo zaprzepaścić. Współczesne siły technologii, społeczeństwa i handlu, pod wieloma względami dobroczynne, sprzysięgły się, by zmniejszyć nasze możliwości przebywania w samotności, a do tego jeszcze podstępnie nam wmówić, że samotność jest w najlepszym razie zbędna, a w najgorszym, że jest stratą czasu. Powinniśmy przeciwstawić się tym siłom. Należy wciąż sobie przypominać, że życie bez samotności to życie zubożone. Ta książka jest tak cenna i na czasie, ponieważ przypomina o wartości samotności, a poza tym zachęca do stawienia oporu. Czytajcie ją w ciszy.

Nicholas Carr, autor wielu uznanych książek na temat technologii i kultury, między innymi Utopia Is Creepy, The Glass Cage oraz nominowanej do Nagrody Pulitzera Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg.

Czarodziejska różdżka umysłu

Doktor Edith Bone postanowiła, że nie będzie płakać.

Tego jesiennego popołudnia 1956 roku nagle zakończył się jej siedmioletni samotny pobyt w więziennej celi. Za bramą więzienia, na ulicach Budapesztu, słychać jeszcze rozproszone strzały dogasającego powstania węgierskiego. Doktor Bone wychodzi głównymi drzwiami więzienia na oszałamiająco jasne, zalane słońcem podwórze. Ma sześćdziesiąt osiem lat, jest tęga, widać, że dokucza jej artretyzm. Oddala się o krok od wyjścia i mruga, spozierając w niebo. A potem widzi, że na nią czekają. Panowie w garniturach, którzy wbijają w nią badawcze spojrzenia. Nie mogą się doczekać, kiedy ujrzą jej łzy.

Reporterzy i dziennikarze stojący przy błyszczącym autobusie, który przyjechał, by zabrać doktor Bone do ambasady brytyjskiej, unoszą aparaty z dużymi obiektywami i kołonotatniki. Wypatrują śladów tych siedmiu lat w samotności. Jakie blizny pozostawia na twarzy taka izolacja? Jakie ślady w oczach o opadniętych powiekach? Zazwyczaj człowiek osuwa się w szaleństwo i wyniszczającą depresję. A jednak gdy doktor Bone wolno kroczy przez podwórze ku żelaznej bramie, sprawia wrażenie osoby będącej całkiem przy zdrowych zmysłach. No a teraz może jeszcze rozradowanej. Urzędnicy i dziennikarze dalej się gapią. Facet z angielskiej „Daily Express” bazgrze w notesie, starając się dodać swojej relacji jak najwięcej dramatyzmu: pisze, że Bone kuleje. Tydzień później z zażenowaniem dowie się, że po prostu dano jej buty w niewłaściwym rozmiarze.

Doktor Bone urodziła się w 1889 roku w Budapeszcie i okazała inteligentnym – choć krnąbrnym – dzieckiem. Chciała zostać adwokatem, jak jej ojciec, ale ten zawód był wówczas zarezerwowany wyłącznie dla mężczyzn. Mogła wybrać między nauczycielstwem a medycyną i wolała to drugie. Uzbrojona w stetoskop i laskę Asklepiosa z rączką z kości słoniowej, odziedziczone po swoim pradziadku, wstąpiła na wydział medyczny na Uniwersytecie Budapeszteńskim jesienią 1908 roku.

Ledwie zdobyła dyplom, doszło do wybuchu pierwszej wojny światowej, więc doktor Bone podjęła pracę w szpitalu wojskowym. Może właśnie tam, gdy napatrzyła się na cierpienie ludzi z uboższych klas, rozkwitły jej sympatie komunistyczne. Patrzyła na niepiśmiennego rumuńskiego żołnierza – przed wojną pasterza – który całymi dniami płakał przy oknie, tuląc strzaskaną rękę, i zamartwiał się losem swoich zaginionych dzieci. Był tylko jednym z wielu załamanych ludzi.

Po wojnie doktor Bone poświęciła się pracy dla Partii w Anglii, co trwało szesnaście lat. Właśnie owe zagraniczne powiązania wznieciły podejrzenia władz, kiedy powróciła do komunistycznego Budapesztu w roku 1949.

Tajniacy zatrzymali ją na lotnisku; wpakowali do samochodu i wkrótce wjechali z nią za żelazną bramę, gdzie mieściła się ich centrala. „Nieźle to uknuliśmy, co? – zażartował kierowca. – Nikt nie wie, gdzie jesteś”. Rzeczywiście, przyjaciele z Anglii zakładali, że została na Węgrzech, a przyjaciele z Węgier uznali, że wyleciała do Anglii. Doktor Bone po prostu zniknęła.

W centrali objawił się chudy facecik przystrojony w porządne ubranie i gładkie maniery. Zabrał ją do małego gabinetu i oświadczył, iż wiedzą, że jest szpiegiem, agentką brytyjskich służb specjalnych.

– Dopóki nam nie powiesz, jakie miałaś instrukcje, nie opuścisz tego budynku.

– W takim razie prawdopodobnie w nim umrę, ponieważ nie jestem agentką służb specjalnych – odparła doktor Bone.

Poinformowano ją wtedy, że aresztowanie stanowi dowód winy, ponieważ Partia nie wsadza do aresztu niewinnych ludzi.

Odprowadzono ją do sutereny, a następnie zamknięto w wąskiej celi, niewiele większej niż stojące w niej żelazne łóżko. Wystarczyło podnieść rękę, a dotykało się sufitu. Ku wielkiemu niezadowoleniu strażników więziennych doktor Bone położyła się i natychmiast zapadła w spokojny sen. Później, gdy zadrżała z zimna, strażnik rzucił szyderczo:

– Nie bój się.

– Ja się nie boję – odparła.

To, co nastąpiło później – siedem lat i pięćdziesiąt dziewięć dni zamknięcia w samotności – stanowi materiał na film grozy. Doktor Bone była przetrzymywana w brudnych, przeraźliwie zimnych celach; po ścianach skapywała woda albo pokrywał je kożuch grzyba. Głodzono ją i przez cały czas izolowano, stykała się tylko ze strażnikami. Dwudziestu trzech źle wyszkolonych funkcjonariuszy podczas przesłuchań obrzucało ją wyzwiskami i pogróżkami – raz przez sześćdziesiąt godzin bez przerwy. Na sześć miesięcy wtrącono ją do ciemnicy.

A mimo to gnębiciele doktor Bone nie doczekali się niezgodnego z prawdą przyznania się ani błagania o litość; ich jedyną nagrodę stanowił zapis jej bezczelnych odpowiedzi. Dla doktor Bone drażnienie się z funkcjonariuszami więzienia, podczas tych rzadkich okazji, kiedy ich widywała, stanowiło rodzaj rozrywki.

 

Kiedy poprosiła o fryzjera, strażnicy powiedzieli, że kobiety muszą nosić długie włosy, więc przez trzy tygodnie zrywała po kawałku pojedyncze włosy, aż uzyskała ulubioną krótką fryzurę. Latem roku 1951 podjęła strajk językowy, odmawiając mówienia po węgiersku („w ich barbarzyńskim narzeczu”, jak się wyraziła). Zaproponowała zamiast tego rozmowę po niemiecku, francusku, rosyjsku, angielsku albo włosku – mówiła płynnie we wszystkich tych pięciu językach.

Jednak bawienie się kosztem własnych prześladowców nie było najbardziej niezwykłym fortelem doktor Bone. Było nim panowanie nad własną jaźnią. Uporczywe pozostawanie przy zdrowych zmysłach. Przemocą wtrącona w otchłań, powoli, stopniowo zbudowała sobie wewnętrzny świat, którego nie można było zniszczyć ani wydrzeć. Na początek recytowała wiersze i tłumaczyła znane na pamięć strofy na każdy z opanowanych świetnie sześciu języków. Potem zaczęła układać rymowane wiersze. Jeden, który powstał podczas owego sześciomiesięcznego pobytu w ciemnicy, chwalił zalety „powstałej z mroku czarodziejskiej różdżki” umysłu.

Zainspirowana przez więźnia, którego pamiętała z opowiadania Tołstoja, doktor Bone wyprawiała się w myślach na przechadzki po wszystkich miastach, które kiedyś odwiedziła: spacerowała po ulicach Paryża i Rzymu, Florencji i Mediolanu, zwiedziła Tiergarten w Berlinie i wiedeńską rezydencję Mozarta. Później, gdy jej stopy wyżłobiły już wąską bruzdę w betonie przy łóżku, wyruszyła w myślach w drogę do Londynu, do domu. Każdego dnia przemierzała określoną odległość i odnotowywała w myślach, w którym miejscu się zatrzymała. Odbyła tę wędrówkę czterokrotnie i za każdym razem kończyła, gdy docierała do kanału La Manche, bo woda wydawała się jej za zimna na pływanie.

Ponieważ podliczanie odległości było za mało precyzyjne, więc doktor Bone uznała, że musi mieć liczydło. Utoczyła kulki z chleba i nawlokła je na rózgi wywleczone ukradkiem z miotły, którą strażnicy wręczali jej, każąc zamiatać celę. Teraz mogła liczyć aż do tryliona. Następnie wykorzystała liczydło do określenia swojego zasobu słów; odkryła, że zna 27 369 słów angielskich. Później podliczyła, ile zna słów niemieckich i francuskich. Wreszcie zrachowała, ile zna nazw ptaków (może ich już nigdy nie usłyszy?). Ile nazw drzew (może ich już nigdy nie zobaczy?). Ile pamięta nazw win (może już nigdy się ich nie napije?).

Z kolejnych okruchów chleba uformowała litery, w sumie cztery tysiące, i trzymała je w dwudziestu sześciu ulepionych z chleba przegródkach. To była jej prasa drukarska z pszenicy, a używała jej do wyrażania swoich myśli i poezji. Strażnicy, gdy zaglądali do celi, marszczyli brwi i mówili jej, że jest nienormalna. A doktor Bone zgadzała się z nimi.

Dawano jej pigułki, bo miała problemy z trawieniem, i odkryła, że zawierają zielony barwnik, którego można użyć do pomalowania okruchów chleba. W ten sposób wykonała miniaturowe gałązki ostrokrzewu na święta Bożego Narodzenia. By zabarwić szkarłatem jagódki, użyła własnej krwi.

Strażnicy doktor Bone byli wściekli, ale ona dowiodła, że jest biegła w sztuce samotnictwa. Odcięli ją od świata, a ona ćwiczyła się w tej sztuce, wybierając spokój zamiast szaleństwa, pociechę zamiast rozpaczy i samotność zamiast uwięzienia. Niezniszczalna doktor Bone wyszła z więzienia (jak się wyraziła) „nieco mądrzejsza i pełna nadziei”.

Pewnego dnia przypadkowo natrafiłem na wzmiankę o doktor Bone w jakiejś książce. Zdziwiło mnie, że jej historia jest tak mało znana, i postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej. Wreszcie trafiłem na jej wspomnienia w kolekcji rzadkich książek zgromadzonej na Uniwersytecie York (Seven Years Solitary [Siedem lat w izolatce] ukazało się w roku 1957, rok po wyjściu doktor Bone z więzienia). Uznałem, że jej historia jest niezwykła. Styl był tak bezceremonialny i autentyczny, że miałem wrażenie, jakbym słyszał jej głos – komicznie srogi, naznaczony przez lata młodości spędzone na Węgrzech, które obróciły się tak okrutnie przeciwko niej. Kiedy zapoznałem się z podejściem doktor Bone do zamknięcia w samotności – i jej niewyczerpanej zdolności do znoszenia tej sytuacji – poczułem, że ogarnia mnie coś w rodzaju niepokojącej zazdrości. Oczywiście nie zazdrościłem jej warunków, w których była przetrzymywana. Zazdrościłem jednak umiejętności. Zastanawiałem się, czy jest w moim życiu coś, co mogłoby mi pomóc w gromadzeniu podobnych rezerw mentalnych. A może zawsze będę uciekał z więzienia własnego jestestwa? Doktor Bone nie mogła sobie pozwolić na taki luksus.

Trudno mi było nawet wysiedzieć w samotności przez tych kilka godzin, które zajęło czytanie na jej temat. Wciąż odrywałem wzrok od lektury, w nadziei na przerwę zerkałem na studentów bibliotekarstwa pracujących cicho w sąsiednim pomieszczeniu biblioteki, liczyłem, że może towarzyski naukowiec klapnie na fotel przy długim stole, przy którym pracowałem. Wierciłem się i ogarniał mnie wstyd, gdy porównywałem się z niezwykłą doktor Bone.

Wreszcie, gdy już zapoznałem się z całą jej historią, zatrzasnąłem książki, złożyłem gazety i niespiesznie wyszedłem z biblioteki na rażące, białe, popołudniowe słońce. O dziwo, jednak niepokój, który odczułem wcześniej, wcale się nie rozproszył. Kiedy przemykałem pośród tłumu studentów, przepychałem się do zatłoczonej kawiarni, a potem do pełnego ludzi autobusu, wciąż kołatała mi w głowie pewna myśl. Chciałbym mieć więcej czasu dla siebie, ale zawsze to udaremniam, nawet jeśli jest to możliwe. Warto opanować ten problem. I jeszcze coś. Kapitalny sposób bycia doktor Bone – jej przeświadczenie o bogactwie własnego wewnętrznego życia – to coś, co warto ściągnąć do naszego obsesyjnie podłączonego do sieci świata.

Jak być samemu. I dlaczego.

Musi być jakiś chwyt, który to umożliwia, pomyślałem. Określona praktyka albo alchemia, która zamienia osamotnienie w odosobnienie, puste dni na puste płótna. To pewnie jedna z tych zaprzepaszczonych umiejętności, jak sztuka kaligrafii albo biegłość w zawiązywaniu fularu. Zatracony kunszt rok po roku blaknący w świetle przyszłości, która działa niby wybielacz.

Część I

Zastosowania samotności

Sądzę, że znam jedyną receptę, a mianowicie uczynienie ośrodkiem swego życia wnętrza własnego ja, nie samolubnie ani wykluczająco, lecz z iście niezachwianym spokojem – przyozdobić swój wewnętrzny dom tak dostatnio, żeby czuć się w nim dobrze, z przyjemnością zapraszać każdego, kto chce tam przyjść i zostać, ale zarazem być szczęśliwym, kiedy nieuchronnie zostaje się samemu.

Edith Wharton

1

Teraz razem

Mój partner, Kenny, wykazuje dość luźne zainteresowanie tym wszystkim, co piszę. („Luźne”, ponieważ ma na tyle rozumu, by nie dodawać pisarzowi otuchy przy wspólnej kolacji). Jednak kiedy opowiedziałem mu historię doktor Bone i oznajmiłem, że chciałbym napisać coś o samotności, odstawił piwo i spojrzał na mnie.

– Czy ty w ogóle kiedykolwiek przebywałeś w odosobnieniu? Przez dłużej niż – bo ja wiem – jeden dzień? Czy byłeś kiedyś naprawdę sam?

Teraz moja szklanka powędrowała na stół, a ja w zamyśleniu zmarszczyłem brwi.

– Na pewno tak…

Ale, oczywiście, tak naprawdę nigdy mi się to nie zdarzyło. Kenny zasugerował, denerwująco roztropnie, że może zechciałbym spróbować.

Zmieniłem temat rozmowy, ale wyzwanie już zostało rzucone i nie sposób było je zignorować. Przymrużyłem oczy. W następnym tygodniu Kenny miał wyjechać, więc ślubowałem sobie w duchu, że spędzę dzień całkiem sam – nie nawiązując kontaktu z ludźmi ani z ich awatarami.

Jednak kiedy nadszedł ten dzień, o dziewiątej rano dostałem esemesa i natychmiast go odczytałem, jakbym uległ odruchowi Pawłowa. Zaproszenie na drinka w parku od przyjaciół spoza miasta. Klapa!

Skrewiłem. A potem znowu. Wybrałem się do kawiarni. Odebrałem telefon od mamy. Poszedłem pobiegać i zatrzymałem się, żeby pogłaskać szczeniaka. Przed snem naliczyłem z tuzin interakcji. Nie potrafiłem być sam nawet przez jeden dzień.

Mógłbym sobie czasem pozwolić na zostawienie w domu telefonu, przestać tak żarłocznie pochłaniać komunikaty medialne, ale prawdziwe zlekceważenie społecznych oczekiwań? To było doznanie – ledwie pamiętane – z dzieciństwa, z czasów, gdy mogłem pójść na wycieczkę do lasu z polaroidem i na długie godziny zapomnieć o istnieniu innych ludzi.

Zmieniłem się – po prostu dorosłem – zdobyłem też sieci i przewody, które wiążą ze sobą dorosłych. Pewnego dnia zbudziłem się i stwierdziłem, że całą pustą przestrzeń wypełnia nerwowy niepokój o rozwój dzieci przyjaciół, szczęście dalekich kuzynów, bezpieczeństwo rówieśników w niepewnej sytuacji ekonomicznej – a do tego doszły bardziej samolubne troski o moją reputację (moją ledwie zarysowaną „markę”), która mogła w każdym momencie zostać nadszarpnięta przez jakąś prostacką uwagę w sieci albo plotkarską insynuację. Krótko mówiąc, zostałem uwikłany.

A może to świat uległ zmianie, może już nie liczy się z samotnością, jak to kiedyś bywało. Albo raczej zachodzi kombinacja dwóch zjawisk: że ja dorosłem, a świat przywiązał się do rzeczy w sieci. Wszystko się zmieniło, w środku i na zewnątrz, a więc teraz, w oparach fobii społecznej, budzę się co dzień z myślą: „Co straciłem?”, a idę do łóżka, myśląc: „Co powiedziałem?”.

Od tłumu, tego wiecznie dostępnego szwedzkiego stołu, odchodzę głodny. Uświadomiłem sobie, że właściwie jestem głodny od wielu lat. Jednak teraz ten głód pchnął mnie do pracy. Trochę lektury i bohaterka w osobie doktor Bone zmieniły niemoc w misję. Zapragnąłem ponownie zaznajomić się z cichą nocą, własnym nieszczęsnym zatapianiem się w myślach, z nagim ja, od którego (od jak dawna?) uciekam. Wciąż zadawałem sobie pytanie: dlaczego tak bardzo się boję własnego spokojnego towarzystwa? W tej książce, tak jak umiałem, zbliżyłem się do odpowiedzi.

Żeby było jasne: wszystko, co poniżej piszę, nie jest wyrazem tęsknoty za starą chatą Thoreau w lesie. Nie chcę uciekać od świata – chcę na nowo odkryć w nim siebie. Chcę się dowiedzieć, co się stanie, jeśli znów wydobędziemy dawki samotności z wnętrza przepełnionych dni, zgarniemy je z zatłoczonych ulic.

To niełatwe. Wychodzę z domu z zamiarem odbycia samotnej przechadzki i kompulsywnie obserwuję wymianę społeczną w najbliższym otoczeniu. Żałosna nastoletnia para grucha na chodniku, odgrywając scenkę porannego pożegnania; na pobliskim trawniku matka bawi się w „a kuku!” z bezgranicznie zachwyconym bobasem. Rabin wsiada do audi, udzielając komuś rad przez telefon. Sprzedawczyni wychyla się przez okno kawiarni na kółkach i podaje macchiato klientce, ćwierkając: „Piękna kawa dla pięknej pani”. Wszędzie, gdziekolwiek jesteśmy, hołubimy się wzajemnie. Co więcej, dzięki różnym łagodnym, lecz ustawicznym zabiegom zapewniamy przetrwanie naszej kultury i gatunku.

Okazuje się, że życie w dużych grupach wystawia na ciężką próbę mózg każdego zwierzęcia – szczególnie jego korę nową. Rzeczywiście, wszelkie wskaźniki społecznej złożoności wśród naczelnych – rozmiar ich grupy, iskające się koterie, strategie godowe, podstępy taktyczne i gry społeczne – są silnie związane z proporcjonalnym rozmiarem kory nowej danego ssaka naczelnego. Im większa kora nowa, tym bardziej społecznym zwierzęciem jest ssak naczelny. Im bardziej jest on społeczny, w tym większej grupie może żyć bez ryzyka rozpadu zbiorowości z powodu przemocy i niesforności.

Dane to potwierdzają. Antropolog Robin Dunbar, rozwijając swoją teorię „mózgu społecznego”, w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku odkrył, że rozmiar kory nowej małp jest bezpośrednio związany z tym, jak liczne są ich stada. Na przykład ponocnicowate i tamaryny mają małą korę nową w stosunku do wielkości ich mózgów i trzymają się w grupach poniżej dziesięciu osobników. Szympansy i pawiany mają względnie dużą korę nową i gromadzą się w stadach, w których jest ponad pięćdziesiąt osobników. Ludzie przez większość swych dziejów trzymali się w grupach złożonych z mniej więcej stu pięćdziesięciu osób, mamy również (co nie jest zaskoczeniem) największą, proporcjonalnie rzecz biorąc, korę nową ze wszystkich naczelnych.

Dunbar przyznaje, że duże mózgi pomogły nam używać narzędzi, ale podkreśla, że główną korzyścią była możność powiększenia społeczności, w których żyliśmy. Więcej osobników oznaczało więcej bezpieczeństwa, więcej siły, więcej możliwości przekazywania wiedzy, a wreszcie zwiększone szanse na przetrwanie.

Dunbar odkrył również, że im większa grupa naczelnych, tym więcej czasu poświęca na iskanie. Wszystkie te sympatie, frustracje i agresja muszą być stale monitorowane i zarządzane. Przetrwanie w dużej grupie naczelnych to nie lada wyczyn. Zależnie od wielkości grupy ilość czasu, jaką naczelne spędzają na wzajemnym iskaniu, może dochodzić nawet do 20 procent danego dnia1. Dunbar uznał, że biorąc pod uwagę ogrom naszych grup społecznych, dzisiejsze ludzkie zwierzęta powinny być zmuszone do „iskania” przez większość każdego dnia. A więc jak obeszliśmy zasadę Dunbara? Jak udało nam się powiększać swoje społeczności, a jednak nie przeznaczać całego czasu na wzajemne wyjmowanie sobie wszy z włosów?

 

Odpowiedzią jest przełomowe pojawienie się języka, prawdopodobnie sto tysięcy lat temu. Prewerbalny ssak naczelny musi położyć dłonie na przyjacielu albo wrogu, aby go iskać. Ssak naczelny, który potrafi mówić, a także czynić złożone społeczne sugestie wykraczające poza wokalizację, może w rezultacie „iskać” wielu członków swej grupy społecznej naraz. Cóż za intensyfikacja. Co więcej, gadająca małpa człekokształtna nie musi podczas iskania siedzieć w kucki, tkwiąc wciąż w zaroślach. Gadająca małpa może iskać, idąc albo zbierając jagody. Cóż za wielozadaniowość. Narodziny języka przyczyniły się do tego, że iskanie stało się czynnością bardzo skuteczną i zataczającą szerokie kręgi2. Dzięki językowi nasi przodkowie mogli eksportować skomplikowane myśli z jednego umysłu do drugiego, co ułatwiało koordynację polowań i zbieractwa, a wreszcie uprawę roli. Dzięki językowi mogliśmy zachowywać trwałość (a więc i korzyści) coraz większych grup społecznych.

I na tym się nie zatrzymaliśmy. Nadal odkrywaliśmy nowe sposoby rozwijania i podkreślania naszego społecznego iskania. Tak więc ludzkie zwierzę (mające tę olbrzymią korę nową) było w stanie żyć w coraz większych grupach, zachowując przy tym jako taką strukturę i nienaruszone bezpieczeństwo. Szacuje się, że każde narzędzie technologii komunikacyjnej – od papirusu do prasy drukarskiej i Pinterestu – zawłaszczyło elementarną część naszych umysłów.

Te technologie z kolei zwiększają naszą zdolność wzajemnego iskania, co umożliwia nam budowę ogromnych miast, a wreszcie „globalnej wioski”. Odczuwamy współczucie dla ludzi na drugim krańcu planety albo kierujemy się nienawiścią do nich – do uchodźców i terrorystów, których nigdy nie spotkaliśmy. Kiedy piszę to zdanie, szacuje się, że na świecie żyje 7 401 858 841 ludzi i po raz pierwszy w historii każdy jest potencjalnie podłączony do wszystkich pozostałych, co daje nam 27 393 757 147 344 002 220 możliwych połączeń3. Tak więc kiedy siedzę samotnie w małym gabinecie – swojej celi – w świecie na zewnątrz może rozlegać się gwar ponad 27 kwintylionów powitań.

Oczywiście ta zmiana nie jest jeszcze jednakowo rozpowszechniona na całej planecie. Jak powiedział William Gibson: „Przyszłość już tu jest, po prostu nie została równo rozdzielona”. Rzeczywiście, ćpunów iPhone’owych przeważnie dziwi informacja, że tylko mniej niż połowa populacji ziemskiej ma dostęp do internetu. Z drugiej jednak strony zmiana następuje szybko i ani ubóstwo, ani wiejska izolacja nie utrzymają już długo ludzi z dala od sieci: w roku 2006 podłączone było do niej 18 procent populacji, w 2009 – 25 procent, a przed upływem roku 2014 ta liczba zwiększyła się do 41 procent4. Takie tempo wzrostu jest fenomenalne. Zastanówmy się, jak szybko rozprzestrzeniają się systemy przesyłu informacji, które dominują tę nową rzeczywistość i reprezentują nasz najbardziej bezpośredni akt sieciowego społecznościowego iskania: WhatsApp, trzon platform przekazujących natychmiastowe informacje, w roku 2016 doszedł do miliarda użytkowników.

Arystoteles określił człowieka jako zwierzę społeczne i miał świętą rację. Większość naszych starań nakierowana jest na to, by sprawiać dobre wrażenie na innych. A kiedy używamy do iskania się mediów społecznościowych bazujących na ekranach zamiast interakcji twarzą w twarz, mamy możliwość wypracowania różnych strategii autoprezentacji. Na przykład stykając się z postem na Facebooku, w którym ktoś informuje, że ma nową pracę, moja cudowna, lecz nerwowa przyjaciółka Jocelyn potrafi przez wiele minut pisać wciąż od nowa komentarz, by w końcu wylądować z mdłym i nieszkodliwym jak tapioka „Cieszę się wraz z tobą!!!”. (Jeśli ma akurat odjazd, może dodać jeszcze emotikon przedstawiający kieliszek martini). Nic więc dziwnego, że badania z roku 2015 wykazały, iż z mniej więcej półtora miliarda regularnych użytkowników Facebooka najbardziej aktywni są ludzie z fobią społeczną – a szczególnie ci, którzy odczuwają wielką potrzebę akceptacji społecznej5. Technologia staje się balsamem, sposobem na ukojenie naszych zmartwień związanych z tym, czy gdzieś pasujemy albo czy do czegoś przynależymy. I z zaskakującą szybkością przymus iskania w sieci stał się czymś jak najbardziej naturalnym: w 2005 roku tylko 8 procent dorosłych w Stanach Zjednoczonych korzystało z serwisów społecznościowych. Liczba użytkowników wzrosła gwałtownie do 73 procent przed rokiem 20136. Tymczasem prawie połowa Amerykanów śpi teraz ze smartfonami na szafkach nocnych, stały się namiastką pluszowych misiów. Być człowiekiem to być istotą społeczną; w erze ekranów – istotą obłędnie społeczną.

Ale… Podobnie jak wielu ludzi musi opracowywać dla siebie zdrowe diety w świecie zalewanym przez sól, cukier i tłuszcze, do których gromadzenia jesteśmy zaprogramowani, prawdopodobnie jesteśmy tak kompulsywnymi społecznymi iskaczami, że musimy powstrzymywać się przed objadaniem tym odpowiednikiem fast foodu. Czyżby media społecznościowe uczyniły nas społecznie otyłymi – obżeramy się ciągłymi połączeniami, ale nigdy nie jesteśmy właściwie odżywieni?

Czy kora nowa – ta sama, która uczyniła nas ludźmi, która dała początek naszym miastom, polityce, religiom i sztuce – została zawłaszczona o jeden raz za dużo?

Kiedy impuls do sieciowego iskania tak naprawdę stał się przerażający? Ustalenie czegoś takiego jest swego rodzaju grą towarzyską, ale proszę bardzo, strzelam: to stało się 14 lipca 2004 roku, o godzinie 9.45. W tym momencie pewien facet zalogował się na stronie udzielającej rad na temat cyfrowych zasobów wideo i rozpoczął nowy wątek na forum słowami: „Jestem samotny, czy ktoś może ze mną porozmawiać?”. Dziesięć lat później amerykańska informacyjna i opiniotwórcza strona internetowa „Salon” okrzyknęła potok komentarzy, który potem nastąpił, „najsmutniejszym wątkiem w internecie”. Jednak nawet kilka dni po tym pierwszym poście każdy, kto wpisał „jestem samotny” do wyszukiwarki Google’a, trafiał właśnie tam. Ludzie zostawiali wpisy na temat własnej dojmującej samotności i zyskiwali odrobinę współczucia. Okazuje się, że wielu ludzi, po kilku kieliszkach shirazu wypitych w pojedynkę nocą, wrzuca słowa „jestem samotny/samotna” w wody internetu. Ale co spodziewają się stamtąd wyłowić? Wszyscy jesteśmy nieudacznikami i potrzebujemy życia, wpisał jeden z forumowiczów. Jest tak, jakby nikt już nie był prawdziwy, napisał inny. Nikt się nie dopytywał o psychiatrów ani lekarstwa, nikt nie szukał chłopaka ani niepalącego współlokatora. Był to po prostu jeden wielki cyfrowy skowyt.

Proszenie internetu, by rozwiązał problem ludzkiej samotności, wcale nie jest takie znowu dziwne. Zdążyłem się już przyzwyczaić, że gdy czegoś szukam w Google’u, używam formuły bezradnych pytań. Mogę wpisać na przykład: „Która jest teraz godzina w Paryżu?” albo „Ile jest uncji w litrze?”. To są tak zwane wyszukiwania wyroczne („spytaj wyrocznię”). Łatwo się potem ześlizgnąć w stawianie bardziej emocjonalnych pytań tak wielkiemu autorytetowi. „Dlaczego nie jestem szczęśliwy? Dlaczego nikt mnie nie kocha?”

Godzina 9.45, 14 lipca 2004 roku. Ponury środowy poranek. Może właśnie w tym momencie impuls do sieciowego iskania wymknął się spod kontroli. Anonimowy facet – nazwijmy go Eddie – poczuł się samotny i przyszło mu do głowy, by poszukać towarzystwa w internecie. To było łatwe. A wyrocznia kusiła. „Jestem samotny, czy ktoś może ze mną porozmawiać?” Nie było nic nowego w pragnieniu Eddiego, by wyrwać się z własnego towarzystwa. Nowa była łatwość dostępu, cicha obietnica technologii, że już nigdy nie będzie musiał czuć się samotny. Jeśli internet stał się niszczycielem samotności, to nie stało się to bez zaproszenia. Zdążyliśmy się już nauczyć być wdzięczni za jego ciche wtrącanie się, okraszone uśmiechem narzucanie.