GodzinyTekst

Z serii: Salamandra
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Godziny
Godziny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Godziny
Godziny
E-book
26,90  19,10 
Szczegóły
Godziny
Godziny
Audiobook
Czyta Andrzej Ferenc
34,90  25,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dosko­nale – mówi Cla­rissa. – Wiesz, gdzie miesz­kamy, prawda? Więc o pią­tej.

– O pią­tej.

– Musimy zacząć wcze­śnie. Ofi­cjalna uro­czy­stość roz­po­czyna się o ósmej, a przy­ję­cie wyda­jemy przed nią, nie po niej. Richard nie jest w sta­nie wysie­dzieć do późna w nocy.

– Ach tak. Więc o pią­tej. Do zoba­cze­nia. – Wal­ter wymie­nia z Cla­rissą uścisk dłoni i odcho­dzi ener­gicz­nym, lekko posu­wi­stym kro­kiem, który świad­czy o kipią­cym w nim nad­mia­rze sił wital­nych.

Zapro­sze­nie Wal­tera na przy­ję­cie Richarda to okrutny żart, lecz osta­tecz­nie Wal­ter, podob­nie jak Cla­rissa, cie­szy się życiem w ten czerw­cowy pora­nek, a on odczułby to jako afront, gdyby się dowie­dział (a zdaje się dowia­dy­wać o wszyst­kim), że Cla­rissa roz­ma­wiała z nim w dniu przy­ję­cia i celowo o nim nie wspo­mniała. Wiatr poru­sza liśćmi, odsła­nia­jąc ich jaśniej­szą, sza­rawą zie­leń pod spodem, a Cla­rissa w jed­nej chwili, z nie­ocze­ki­waną siłą, zapra­gnęła, by wła­śnie teraz Richard był u jej boku – lecz nie ten Richard, któ­rym stał się ostat­nio, ale tam­ten sprzed dzie­się­ciu lat: Richard nie­ustra­szony, nie­stru­dzony gawę­dziarz, Richard prze­śmiewca. Bra­kuje jej moż­li­wo­ści spie­ra­nia się z tam­tym Richar­dem o Wal­tera. Dopóki nie pod­upadł na zdro­wiu, Cla­rissa toczyła z nim nie­ustanne boje. Richarda zawsze do głębi nur­to­wał pro­blem dobra i zła i ni­gdy, przez całe dwa­dzie­ścia lat, do końca nie wyzbył się prze­ko­na­nia, że decy­zja Cla­rissy o zwią­za­niu się z Sally jest prze­ja­wem jeśli nie swego rodzaju powszech­nego daleko posu­nię­tego zepsu­cia, to przy­naj­mniej sła­bo­ści, o którą można oskar­żać (choć Richard ni­gdy by tego gło­śno nie powie­dział) gene­ral­nie wszyst­kie kobiety, ponie­waż, jak się zdaje, już dawno doszedł do wnio­sku, że Cla­rissa repre­zen­tuje nie tylko sie­bie, lecz jest rów­nież uoso­bie­niem pozy­tyw­nych cech i ułom­no­ści swo­jej płci. Richard zawsze był dla Cla­rissy naj­bar­dziej kry­tycz­nym, czę­sto nawet iry­tu­ją­cym towa­rzy­szem, a przy tym naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i gdyby na­dal pozo­stał sobą, gdyby nie drą­żyła go cho­roba, mogliby teraz być razem, sprze­czać się na temat Wal­tera Hardy’ego czy pogoni za wieczną mło­do­ścią, dys­ku­to­wać o tym, jak homo­sek­su­ali­ści nabrali zwy­czaju upo­dab­nia­nia się do kole­gów, któ­rzy znę­cali się nad nimi w liceum. Tam­ten Richard mógł przez pół godziny lub dłu­żej roz­pra­wiać o róż­nych moż­li­wych inter­pre­ta­cjach nie­udol­nego szkicu mają­cego przed­sta­wiać Wenus Bot­ti­cel­lego, wyko­na­nego kredą na beto­nie ręką czar­no­skó­rego mło­dzieńca, a gdyby spo­strzegł pla­sti­kową rekla­mówkę uno­szoną przez wiatr, pły­nącą jak meduza ku mlecz­no­bia­łej prze­strzeni nieba, prze­szedłby do wywodu o che­mi­ka­liach, kro­cio­wych zyskach i rękach, które je zgar­niają. Roz­pra­wiałby o tym, jak ta torba (przy­pu­śćmy, że były w niej chipsy i przej­rzałe banany, że została bez­myśl­nie porzu­cona przez udrę­czoną, biedną matkę uty­sku­jącą wśród gro­madki prze­krzy­ku­ją­cych się dzieci chwilę po wyj­ściu ze sklepu) nie­siona podmu­chem wia­tru dotrze do rzeki Hud­son i prze­pły­nie z prą­dem do oce­anu, gdzie w końcu żółw mor­ski, stwo­rze­nie, które mogłoby żyć sto lat, pomyli ją z meduzą, połknie i dokona żywota. Dla Richarda bez­po­śred­nie przej­ście od tego tematu do Sally wcale nie byłoby takie nie­moż­liwe, do zain­te­re­so­wa­nia się jej zdro­wiem czy tym, co pora­bia, wyra­żo­nego w pyta­niach zada­wa­nych szorst­kim, ofi­cjal­nym tonem. Miał zwy­czaj pytać o Sally po takich tyra­dach, jak gdyby jej osoba była czymś w rodzaju zupeł­nie banal­nego, bez­piecz­nego azylu; jakby sama Sally (Sally filo­zo­ficz­nie opa­no­wana, męczen­nica, uoso­bie­nie sub­tel­nej mądro­ści) była nie­szko­dliwa i bez wyrazu niczym dom w zacisz­nym zaułku albo solidny, nie­za­wodny samo­chód. Richard za nic w świe­cie nie przy­znałby się ani do swo­jej nie­chęci wobec Sally, ani do tego, że się z niej wyle­czył, prze­ni­gdy; ni­gdy też nie wyzbę­dzie się prze­ko­na­nia, które żywi na wła­sny uży­tek, że Cla­rissa w głębi serca stała się żoną z przed­mie­ścia, i bez zna­cze­nia jest tu fakt, że ona i Sally nie pró­bują ukry­wać swej miło­ści przez wzgląd na innych, oraz że Sally jest zdolną do poświę­ceń, inte­li­gentną kobietą, pro­du­centką w tele­wi­zji publicz­nej. Na litość boską – ile razy wię­cej musi pra­co­wać, ile jesz­cze wyka­zać spo­łecz­nej odpo­wie­dzial­no­ści, ile razy gorzej być wyna­gra­dzana? Nie mają żad­nego zna­cze­nia war­to­ściowe, nie­przy­no­szące zysku książki, upo­rczy­wie wyda­wane przez Cla­rissę obok papki, która zapew­nia jej utrzy­ma­nie. Nie­ważne są jej poglądy poli­tyczne czy dzia­łal­ność w fun­da­cji na rzecz cho­rych na AIDS.

Cla­rissa, prze­ci­na­jąc Houston Street, docho­dzi do wnio­sku, że mogłaby kupić jakiś dro­biazg dla Evana, by uczcić jego chwi­lową poprawę samo­po­czu­cia. Nie mogą to być kwiaty – skoro uznaje się je za nie­zbyt sto­sowne dla zmar­łych, to dla cho­rych są kata­stro­falne. Więc co? W skle­pach w Soho jest pod dostat­kiem sukien wie­czo­ro­wych, biżu­te­rii i bie­der­me­ie­rów; nie ma w nich jed­nak ani jed­nej rze­czy, która byłaby odpo­wied­nia dla wynio­słego, bły­sko­tli­wego mło­dego męż­czy­zny, który – z pomocą bate­rii leków – być może dożyje końca prze­zna­czo­nych mu dni. Lecz czego mogą pra­gnąć ludzie? Cla­rissa mija jeden ze skle­pów i zasta­na­wia się nad kup­nem sukienki dla Julii; wyglą­da­łaby osza­ła­mia­jąco w małej czar­nej na cien­kich ramiącz­kach w stylu Anny Magnani, ale Julia nie nosi sukie­nek, jest nie­ugięta w swym posta­no­wie­niu, by prze­cho­dzić mło­dość – krótki okres, w któ­rym można nosić dosłow­nie wszystko – w męskich pod­ko­szul­kach i skó­rza­nych bucio­rach, od góry do dołu sznu­ro­wa­nych, wiel­ko­ści żuż­lo­be­to­no­wych blo­ków. (Dla­czego córka tak nie­wiele jej mówi? Co się stało z pier­ścion­kiem, który Cla­rissa poda­ro­wała jej na osiem­na­ste uro­dziny?) O, to tutaj, na Spring Street jest ta dobra, mała księ­gar­nia. Może Evan chciałby dostać książkę? Na wysta­wie leży jedna (tylko jedna!) wydana przez Cla­rissę, ta angiel­ska (potworne, ile musiała się nawal­czyć, by wydru­ko­wano dzie­sięć tysięcy egzem­pla­rzy, a teraz, o zgrozo, wygląda na to, że można będzie mówić o szczę­ściu, jeżeli uda się sprze­dać pięć sztuk), obok niej połu­dnio­wo­ame­ry­kań­ska saga rodzinna. Prze­grała bata­lię o nią z więk­szym wydaw­nic­twem, któ­remu przy­pusz­czal­nie nawet nie zwrócą się ponie­sione koszty, ponie­waż z bli­żej nie­zna­nych powo­dów książka wpraw­dzie cie­szy się uzna­niem, ale nie wzbu­dza zachwytu. Jest także naj­now­sze wyda­nie bio­gra­fii Roberta Map­ple­thorpe’a, tomik wier­szy Louise Glück, lecz żadna z tych ksią­żek nie wydaje się odpo­wied­nia. Wszyst­kie są zara­zem zbyt ogól­ni­kowe i nazbyt szcze­gó­łowe. Chcia­łoby się poda­ro­wać Eva­nowi księgę jego życia, która pomo­głaby mu odna­leźć swoje miej­sce, wska­za­łaby drogę i dodała sił do walki w obli­czu nie­uchron­nych zmian. Nie wypada dawać mu opo­wia­stek o życiu zna­nych oso­bi­sto­ści. Nie można go obda­ro­wać powie­ścią autor­stwa zgorzk­nia­łego, angiel­skiego powie­ścio­pi­sa­rza czy histo­rią sied­miu sióstr z Chile, mimo że są dosko­nale napi­sane, a praw­do­po­do­bień­stwo, że Evan prze­czyta poezje, jest takie samo jak to, że weź­mie się do malo­wa­nia wzo­rów na por­ce­la­no­wych taler­zach.

Jak się zdaje, świat przed­mio­tów nie pod­su­nie niczego odpo­wied­niego, a Cla­rissa oba­wia się, że dzieła sztuki, nawet tej naj­więk­szej (choćby były nimi trzy tomy poezji Richarda i jego jedyna, cał­ko­wi­cie nie­strawna, powieść), nie­za­prze­czal­nie do niego należą. Gdy stoi przed wystawą księ­garni, odży­wają dawne wspo­mnie­nia, gałąź drzewa ude­rza­jąca w okno, w chwili gdy z innego miej­sca (z par­teru?) zaczy­nają dobie­gać deli­katne dźwięki muzyki, ledwo dosły­szalne poję­ki­wa­nie jazz-bandu z gło­śnika gra­mo­fonu. To nie jest jej pierw­sze wspo­mnie­nie (pierw­sze chyba doty­czy śli­maka peł­zną­cego po skraju kra­węż­nika) ani nawet nie dru­gie (zwią­zane ze sło­mia­nymi san­da­łami jej matki, a może ich kolej­ność jest odwrotna?). To wspo­mnie­nie wydaje się bar­dziej natar­czywe niż któ­re­kol­wiek inne i głę­boko, nie­mal nie­biań­sko kojące. Cla­rissa była chyba wtedy w domu w Wiscon­sin, jed­nym z wielu wynaj­mo­wa­nych przez rodzi­ców na lato (rzadko zamiesz­ki­wano dwu­krot­nie w tym samym domu, ponie­waż zazwy­czaj oka­zy­wało się, że każdy miał jakąś wadę, którą potem jej matka wpla­tała w nie­usta­jącą opo­wieść o Szlaku Łez Rodziny Vau­ghan z Wiscon­sin Dells). Cla­rissa mogła mieć wów­czas trzy, cztery lata, była w domu, do któ­rego miała już ni­gdy nie wró­cić i o któ­rym nie zacho­wała żad­nego wspo­mnie­nia z wyjąt­kiem tego, nie­zwy­kle pla­stycz­nego, dużo bar­dziej wyra­zi­stego niż nie­jedno wczo­raj­sze zda­rze­nie: gałęzi ude­rza­ją­cej w okno, w momen­cie gdy zaczy­nała roz­brzmie­wać par­tia rogów; jak gdyby drzewo, poru­szone wia­trem, wzbu­dziło tę muzykę. Wydaje się, że była to chwila, w któ­rej Cla­rissa stała się miesz­kanką świata, zaczęła rozu­mieć nadzieje mające swe źró­dło w porządku o znacz­nie szer­szym zasięgu niż ludz­kie szczę­ście, który wpraw­dzie mie­ści w sobie szczę­ście czło­wieka, lecz zawiera także wszel­kie inne dozna­nia. Gałąź i muzyka mają dla niej znacz­nie więk­szą wymowę niż te wszyst­kie książki z wystawy. Pra­gnie, dla Evana i dla sie­bie, takiej książki, która zawie­ra­łaby prze­sła­nie nio­sące z sobą każde z tych wspo­mnień. Stoi, przy­glą­da­jąc się książ­kom i swemu powięk­szo­nemu odbi­ciu w szy­bie (na­dal zupeł­nie nie­źle wygląda, jest teraz bar­dziej przy­stojna niż piękna; cie­kawe, kiedy zaczną two­rzyć się zmarszczki, przyj­dzie wyczer­pa­nie, zaczną pierzch­nąć usta, poja­wią się oznaki sta­ro­ści na jej wła­snej twa­rzy?). Po chwili idzie dalej, żału­jąc ślicz­nej czar­nej sukienki, któ­rej nie może kupić swo­jej córce, ponie­waż Julia stała się nie­wol­nicą roz­te­ore­ty­zo­wa­nej les­bijki i upiera się przy nosze­niu pod­ko­szul­ków i woj­sko­wych butów. Darzysz sza­cun­kiem Mary Krull, zresztą ona nawet nie pozo­sta­wia ci wyboru, żyjąc na skraju nędzy, idąc do aresztu za tę czy inną sprawę, o którą wal­czy, i odda­jąc się bez reszty pro­wa­dze­niu wykła­dów na Uni­wer­sy­te­cie Nowo­jor­skim na temat god­nej poża­ło­wa­nia maska­rady okre­śla­nej mia­nem płci. Czy­niąc wysiłki, była­byś skłonna nawet ją polu­bić, lecz ona jest zbyt despo­tyczna w inte­lek­tu­al­nym i moral­nym zapa­mię­ta­niu, w nie­usta­ją­cej demon­stra­cji swo­jej bez­kom­pro­mi­so­wej, przy­wdzia­nej w skó­rzaną kurtkę wier­no­ści ide­ałom. Wiesz, że ona w głębi duszy cię lek­ce­waży z powodu twego wygod­nic­twa i oso­bli­wych (to ona uważa je za oso­bliwe) poglą­dów na temat les­bij­skiej toż­sa­mo­ści. Nabie­rasz obaw, że zaczniesz być trak­to­wana jak wróg tylko dla­tego, że mło­dość masz już za sobą i nosisz się w tra­dy­cyj­nym stylu. Masz chęć wykrzy­czeć Mary Krull, że nie spra­wia ci to aż takiej róż­nicy, chcesz, by cho­ciaż na chwilę zna­la­zła się w twoim wnę­trzu, by prze­żyła tkwiące w nim nie­po­koje i smutki, odczuła ano­ni­mowy strach. Przy­pusz­czasz, wiesz, że ty i Mary Krull cier­pi­cie na tę samą nie­ule­czalną cho­robę, że wasze dusze drę­czą te same wąt­pli­wo­ści i wystar­czyłby jeden tele­fon, a mogły­by­ście zostać przy­ja­ciół­kami. Oka­zuje się jed­nak, że ona rości sobie prawa do two­jej córki, a ty sie­dzisz w swoim przy­tul­nym miesz­ka­niu, nie­na­wi­dząc jej rów­nie sil­nie, jak nie­na­wi­dziłby każdy ojciec o repu­bli­kań­skich zapa­try­wa­niach. Ojciec Cla­rissy, któ­rego deli­kat­ność można porów­nać do przej­rzy­sto­ści muślinu, uwiel­biał, gdy kobiety nosiły małe czarne sukienki. Jej ojciec nie miał już sił, dał spo­kój per­swa­zjom, podob­nie jak czę­sto dawał za wygraną w trak­cie kłótni – znacz­nie łatwiej było przy­znać rację. Przed sobą, na Mac­Do­ugal, widzi ekipę zdję­ciową, która kręci uję­cia do filmu, krzą­ta­jąc się wśród licz­nych przy­czep, cię­ża­ró­wek ze sprzę­tem i jaskrawo świe­cą­cych reflek­to­rów – pośród sce­ne­rii, która jest nie­od­łączną czę­ścią takich przed­się­wzięć. Oto zwy­czajny świat, w któ­rym kręci się film, por­to­ry­kań­ski chło­piec za pomocą chro­mo­wa­nej korby opusz­cza mar­kizę nad wej­ściem do restau­ra­cji. To świat, w któ­rym żyjesz, i jesteś za to wdzięczna. Sta­rasz się być wdzięczna.

 

Cla­rissa otwiera drzwi kwia­ciarni, które zawsze sta­wiają lekki opór, i wcho­dzi do środka. Wysoka kobieta o roz­ło­ży­stych ramio­nach stoi pośród bukie­tów róż i hia­cyn­tów, wyście­ła­nych mchem pła­skich koszy peł­nych bia­łych nar­cy­zów, wśród orchi­dei drżą­cych na deli­kat­nych łodyż­kach. Bar­bara, która od lat pra­cuje w tej kwia­ciarni, wita ją jak zwy­kle gościn­nym „dzień dobry”. Po krót­kim waha­niu pod­suwa poli­czek do poca­ło­wa­nia.

– Dzień dobry – odpo­wiada Cla­rissa. Jej wargi muskają skórę Bar­bary i w ułamku sekundy ta chwila staje się nie­zrów­nana w swej dosko­na­ło­ści. Cla­rissa stoi w pół­mroku cudow­nie chłod­nego, nie­wiel­kiego skle­piku, niczym w świą­tyni, która swoją pod­nio­słą atmos­ferę zawdzię­cza prze­py­chowi: wią­zan­kom kwia­tów zwi­sa­ją­cych spod sufitu i rzę­dom wie­lo­barw­nych wstą­żek poprzy­pi­na­nych na ścia­nie. Tamta gałąź ude­rza­jąca o okienną szybę, a także ta druga – cho­ciaż wtedy Cla­rissa była już nieco star­sza, miała pięć, może sześć lat i znaj­do­wała się w swo­jej sypialni – powró­ciły pod wpły­wem widoku tej wiot­kiej gałązki pokry­tej czer­wo­nymi liśćmi. Przy­po­mina się jej, jak daw­niej, nawet wtedy w swo­jej sypialni, z namasz­cze­niem powra­cała myślami do prze­szło­ści, do tej pierw­szej gałęzi, która, jak się zda­wało, wzbu­dziła muzykę dobie­ga­jącą z par­teru domu. Pamięta, jak bar­dzo kochała tamtą jesienną gałąź za to, że przy­po­mi­nała jej o tej pierw­szej, ude­rza­ją­cej w okno domu, do któ­rego miała ni­gdy nie wró­cić i któ­rego obraz, poza tym jed­nym szcze­gó­łem, cał­ko­wi­cie zatarł się w jej pamięci. Teraz stoi tutaj, w kwia­ciarni, w któ­rej maki na dłu­gich kosma­tych łody­gach mie­nią się bar­wami śnież­nej bieli i soczy­stej brzo­skwini. Jej matka, która zawsze miała w torebce pude­łeczko oszro­nio­nych mię­tó­wek, ścią­ga­jąc usta, żar­to­bli­wym, peł­nym miło­ści gło­sem nazy­wała Cla­rissę sza­loną, zwa­rio­waną dziew­czyną.

– Co u cie­bie? – pyta Bar­bara.

– W porządku, wszystko w porządku – odpo­wiada Cla­rissa. – Urzą­dzamy dziś nie­wiel­kie przy­ję­cie dla przy­ja­ciela, który wła­śnie otrzy­mał ważną nagrodę lite­racką.

– Pulit­zera?

– Nie, Nagrodę Car­ro­uther­sów.

Bar­bara przy­biera wyraz twa­rzy, który, zda­niem Cla­rissy, można uznać za uśmiech. Bar­bara jest kobietą w wieku około czter­dzie­stu lat, o obfi­tych kształ­tach i bla­dej kar­na­cji, która przy­była do Nowego Jorku, by śpie­wać w ope­rze. Jest w jej twa­rzy coś – kwa­dra­towa żuchwa, może surowe, zimne spoj­rze­nie – co pozwala sądzić, że sto lat temu ludzie mieli iden­tyczne rysy.

– Nie mamy dziś dużego wyboru – uspra­wie­dli­wia się Bar­bara. – W tym tygo­dniu odbyło się bli­sko pięć­dzie­siąt ślu­bów.

– Nie potrze­buję zbyt wiele – mówi Cla­rissa. – Wystar­czy tylko kilka bukie­tów z tych kwia­tów, które są.

Cla­rissy nie opusz­cza poczu­cie winy, że choć z Bar­barą znają się wyłącz­nie jak klientka ze sprze­daw­czy­nią, nie zaprzy­jaź­niła się z nią bli­żej. Cla­rissa zawsze kupuje kwiaty u niej, a rok temu, kiedy dowie­działa się, że Bar­bara jest prze­ra­żona, ponie­waż zawi­sła nad nią groźba raka piersi, napi­sała do niej krótki list. Życie Bar­bary nie uło­żyło się tak, jak sobie zapla­no­wała, ale udaje się jej utrzy­mać z pracy na godziny (praw­do­po­dob­nie zaj­muje miesz­ka­nie w czyn­szo­wej kamie­nicy, w któ­rym wanna stoi w kuchni); zdo­łała, przy­naj­mniej tym razem, unik­nąć cho­roby nowo­two­ro­wej. Na chwilę w powie­trzu ponad liliami i różami zawi­sła postać Mary Krull, już otwie­ra­ją­cej usta, by wydać okrzyk obu­rze­nia z powodu kwoty, którą Cla­rissa zapłaci za kwiaty.

– Mamy piękne hor­ten­sje – mówi Bar­bara.

– Popa­trzmy. – Cla­rissa idzie za nią do chłodni. Wybiera kwiaty, a Bar­bara wyj­muje je z wazo­nów i, jesz­cze ocie­ka­jące wodą, układa sobie na ręce. W dzie­więt­na­stym wieku byłaby zapewne wie­śniaczką sto­jącą w ogro­dzie, powścią­gliwą, niczym nie­zwra­ca­jącą uwagi, roz­go­ry­czoną. Cla­rissa wybiera piwo­nie i lilie, her­ba­ciane róże, rezy­gnuje z hor­ten­sji (poczu­cie winy i jesz­cze raz poczu­cie winy, któ­rego nawet z upły­wem lat nie może się pozbyć), zasta­na­wia się nad iry­sami (czy nie są nazbyt… sta­ro­świec­kie?), gdy nagle z ulicy dobiega ogłu­sza­jący, prze­raź­liwy hałas.

– Co to było? – pyta Bar­bara.

Obie zbli­żają się do okna.

– To zapewne fil­mowcy.

– Być może. Pra­cują dziś od samego rana.

– Wiesz, jaki film kręcą?

– Nie – odpo­wiada Bar­bara. Trzy­ma­jąc narę­cze kwia­tów, odwraca się od okna z bra­kiem zain­te­re­so­wa­nia wła­ści­wym nie­mło­dym już oso­bom; w taki sam spo­sób, w jaki odwró­ci­łaby się przed stu laty kobieta – jej poprzed­nie wcie­le­nie – na odgłos tur­kotu prze­ta­cza­ją­cego się obok niej skrzy­pią­cego powozu, który wiózł na pik­nik nie­na­gan­nie ubra­nych gości z odle­głego mia­steczka.

Cla­rissa na­dal stoi przy oknie, patrząc na sku­pi­sko cię­ża­ró­wek i przy­czep. Nagle drzwi jed­nej z nich otwie­rają się i wychyla się głowa kobiety. Patrząc z dość znacz­nej odle­gło­ści, widząc tylko twarz z pro­filu jak na awer­sie monety, Cla­rissa nie potrafi jej od razu roz­po­znać (Meryl Streep? Vanessa Red­grave?), nie ma jed­nak naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że jest to twarz gwiazdy fil­mo­wej. Wyczuwa to z kró­lew­skiej god­no­ści, pew­no­ści sie­bie tam­tej kobiety, wnio­skuje z gor­li­wo­ści, z jaką jeden z męż­czyzn z obsługi wyja­śnia jej (Cla­rissa nie sły­szy jego słów) przy­czynę hałasu. Głowa kobiety szybko znika za zamy­ka­ją­cymi się drzwiami przy­czepy, lecz pozo­staje wyraź­nie odczu­walne wra­że­nie upo­mnie­nia za uchy­bie­nie, które nie uszło jej czuj­nej uwagi. Jak gdyby anioł zszedł na zie­mię i doty­ka­jąc jej powierzchni tylko jedną stopą w san­dale, zapy­tał, czy poja­wiły się jakieś pro­blemy, a sły­sząc, że wszystko jest w naj­lep­szym porządku, ze scep­tyczną powagą na obli­czu zajął z powro­tem swoje miej­sce w kró­le­stwie nie­bie­skim, przy­po­mniaw­szy przed­tem dzie­ciom żyją­cym na ziemi, że mogą z łatwo­ścią prze­kro­czyć cienką gra­nicę zaufa­nia, któ­rym je obda­rzono, i że każde następne zanie­dba­nie zosta­nie z całą pew­no­ścią zauwa­żone.

PANI WOOLF

Pani Dal­lo­way powie­działa coś (lecz co?) i sama kupiła kwiaty.

Przed­mie­ścia Lon­dynu. Rok 1923.

Vir­gi­nia budzi się. Może zacząć zupeł­nie ina­czej; od tego, że Cla­rissa wycho­dzi po zakupy w czerw­cowy dzień, a nie od opisu żoł­nie­rzy masze­ru­ją­cych w stronę Whi­te­hall, by zło­żyć tam wie­niec; lecz czy taki począ­tek byłby odpo­wiedni? Czy nie nazbyt pro­za­iczny? Vir­gi­nia w ciszy leży w łóżku i ponow­nie ogar­nia ją sen­ność; nad­cho­dzi tak szybko, że nawet nie zdą­żyła sobie uświa­do­mić, że znowu zapada w sen. I nagle wydaje się jej, że zamiast we wła­snym łóżku znaj­duje się w parku – buj­nym i peł­nym soczy­stej zie­leni – niczym z pla­toń­skiej wizji. Zupeł­nie zwy­czaj­nym, a jed­nak mają­cym w sobie pewien mistyczny maje­stat i, jak każdy park, nasu­wa­ją­cym myśl, że – pod­czas gdy sędziwa kobieta, otu­lona sza­lem, po tro­sze żyjąca w chwili obec­nej, po tro­sze wyjęta z innej epoki, ani życz­liwa, ani nieżycz­liwa, trium­fu­jąca jedy­nie nie­usta­ją­cym ist­nie­niem drze­mie na pochy­lo­nej ławce – sku­pia w sobie zie­leń całego świata: wszyst­kich pól i łąk, lasów i innych par­ków. Vir­gi­nia poru­sza się po tym parku, ale nie prze­cha­dza się po alej­kach, tylko unosi wśród zie­leni lekka niczym piórko, bez­cie­le­sna, jakby była samym postrze­ga­niem. Park roz­po­ściera się przed nią raba­tami piwo­nii, wysy­pa­nymi gry­sem alej­kami, wzdłuż któ­rych cią­gną się rzędy kre­mo­wych róż. Kamienny posąg dziew­czyny, wygła­dzony desz­czem i wia­trem, stoi nad brze­giem przej­rzy­stego stawu, niby zadu­many, zapa­trzony w wodę. Vir­gi­nia poru­sza się po parku, jak gdyby uno­szona na poduszce powietrz­nej; zaczyna zda­wać sobie sprawę z tego, że pod tym par­kiem znaj­duje się inny park, pod­ziemny, znacz­nie wspa­nial­szy i bar­dziej prze­ra­ża­jący; pod­łoże, z któ­rego wyra­stają te wszyst­kie traw­niki i drzewa. Taka jest rze­czy­wi­sta idea parku, nie tyle nie­skom­pli­ko­wana, ile pro­sta. Widzi teraz poszcze­gólne osoby: Chiń­czyka, który przy­sta­nął, by pod­nieść coś z trawy; małą dziew­czynkę, która na kogoś czeka. Na wprost, na owal­nym skrawku świeżo spulch­nio­nej ziemi, stoi kobieta i śpiewa.

Vir­gi­nia znowu się budzi. Znaj­duje się tutaj, w swo­jej sypialni w Hogarth House. Pokój jest wypeł­niony sza­rym świa­tłem, przy­tłu­mio­nym, o sta­lo­wym odcie­niu, roz­le­wa­ją­cym się sza­ro­białą przej­rzy­sto­ścią po narzu­cie łóżka. Świa­tło pokrywa sre­brzy­stą poświatą zie­lone ściany. Śnił się jej park i zda­nie z nowej książki – jak ono brzmiało? Kwiaty, było w nim coś na temat kwia­tów. A może o parku? Czy ktoś śpie­wał? Nie, zda­nie umknęło, lecz nie ma to aż takiego zna­cze­nia, ponie­waż na­dal wyczuwa jego sens. Wie, że może wstać i zacząć pisać.

Pod­nosi się z łóżka i idzie do łazienki. Leonard już nie śpi, może nawet zabrał się do pracy. Vir­gi­nia myje w łazience twarz. Nie patrzy w owalne lustro wiszące nad umy­walką. Zdaje sobie sprawę z tego, że każdy jej ruch odbija się w lustrza­nej tafli, lecz stara się na nią nie spoj­rzeć. Lustro jest zdra­dliwe, cza­sami odbija się w nim ciemny kon­tur dosko­nale dopa­so­wany do kształtu jej syl­wetki, przy­biera jej formę, lecz pozo­staje z tyłu, za nią, wpa­tru­jąc się świ­dru­ją­cym wzro­kiem, oddy­cha­jąc wil­got­nym, przy­tłu­mio­nym odde­chem. Myje twarz. Nie, nie spoj­rzy w lustro, z pew­no­ścią nie tego ranka, kiedy czeka na nią praca, a ona chce jak naj­prę­dzej zabrać się do niej, czeka na tę chwilę nie­cier­pli­wie, jak gdyby chciała zna­leźć się na przy­ję­ciu, które już się roz­po­częło na dole w salo­nie. Kró­lują tam dow­cip i ele­gan­cja, lecz wyczuwa się obec­ność cze­goś znacz­nie dosko­nal­szego niż dow­cip czy ele­gan­cja – mistycz­nej i zło­ci­stej, głę­bo­kiej czci dla samego życia. Jedwabne suk­nie z sze­le­stem prze­su­wają się po wypo­le­ro­wa­nych pod­ło­gach, a przy dźwię­kach muzyki szep­tem prze­ka­zuje się tajem­nice. Ona, Vir­gi­nia, mogłaby być dziew­czyną w nowej sukni, młodą damą, która za chwilę pojawi się na szczy­cie scho­dów i przy­łą­czy do gości, świeża i pełna nadziei. Nie, nie spoj­rzy w lustro. Koń­czy myć twarz.

 

Po wyj­ściu z łazienki zanu­rza się w cie­ni­sty, poranny spo­kój hallu. Ma na sobie jasno­nie­bie­ską podomkę. Tutaj cią­gle jesz­cze panuje noc. Hogarth House, mimo całej masy gazet i ksią­żek, jaskra­wych podu­szek i per­skich dywa­nów, zawsze ma w sobie coś z nocy. Sam dom nie jest mroczny, ale wydaje się, że został roz­świe­tlony, jak gdyby na prze­kór ciem­no­ści, nawet gdy blade, poranne słońce wdziera się przez zasłony, a samo­chody i dorożki z tur­ko­tem jadą po Para­dise Road.

W jadalni Vir­gi­nia nalewa sobie fili­żankę kawy, scho­dzi cicho na dół, lecz nie idzie do kuchni, do Nelly. Tego ranka chce zabrać się od razu do pracy, nie ryzy­ku­jąc dro­cze­nia się z nią i wysłu­chi­wa­nia jej żalów. To może być zupeł­nie udany dzień. Trzeba postę­po­wać roz­waż­nie. Nio­sąc fili­żankę z kawą, pró­bu­jąc utrzy­mać ją w rów­no­wa­dze na pod­stawce, wcho­dzi do pomiesz­cze­nia, które sta­nowi dru­kar­nię. Leonard sie­dzi za biur­kiem, robi korektę. Za wcze­śnie na Ral­pha czy Mar­jo­rie.

Leonard pod­nosi na nią oczy, widać w nich jesz­cze sku­pie­nie, któ­rego wyma­gała praca. Jest to spoj­rze­nie, któ­remu ona ufa, lecz któ­rego rów­nież się oba­wia, jego błysz­czące, ciemne, gniewne oczy, nie­prze­nik­nione pod nastro­szo­nymi brwiami, i opa­da­jące kąciki ust nadają twa­rzy taki wyraz, jak gdyby miał w każ­dej chwili wydać wyrok surowy, ale w żad­nym wypadku nie pochopny czy powierz­chowny – zmarsz­czone brwi bóstwa, przed któ­rego wzro­kiem nic się nie zdoła ukryć, nieco już znu­żo­nego, ocze­ku­ją­cego od rodzaju ludz­kiego tylko naj­lep­szych zacho­wań, lecz mają­cego świa­do­mość tego, na co można liczyć. Tym spoj­rze­niem oce­nia wszystko, co zostało napi­sane, a w szcze­gól­no­ści to, co wyszło spod jej pióra. Gdy jed­nak na nią patrzy, ten wyraz oczu nie­mal natych­miast znika, ustę­pu­jąc miej­sca łagod­niej­szemu, mil­szemu. Widzi przed sobą twarz męża, który opie­ko­wał się nią w jej naj­gor­szych okre­sach, który nie wymaga od niej tego, czego ona nie potrafi z sie­bie dać, i który codzien­nie o jede­na­stej nakła­nia ją, cza­sami sku­tecz­nie, do wypi­cia szklanki mleka.

– Dzień dobry – mówi Vir­gi­nia.

– Dzień dobry. Jak tam twój sen?

„Jak tam twój sen?”, pyta, jak gdyby sen nie był sta­nem, ale żywym stwo­rze­niem, które może być potulne lub wście­kłe.

– Spo­kojny. Czy to Toma?

– Tak.

– Jak wypa­dło?

W oczach Leonarda poja­wia się znowu ponure sku­pie­nie. – Już zna­la­złem błąd, a jesz­cze nie skoń­czy­łem dru­giej strony.

– Jeden błąd na początku może się zda­rzyć. Czy nie uwa­żasz, że jesz­cze zbyt wcze­sna pora, żeby szu­kać sobie powo­dów do iry­ta­cji?

– Jadłaś już śnia­da­nie? – pyta Leonard.

– Tak.

– Kłam­czu­cha.

– Na śnia­da­nie piję kawę ze śmie­tanką. To mi wystar­czy.

– To o wiele za mało. Powiem Nelly, żeby przy­nio­sła ci słodką bułeczkę i jakieś owoce.

– Jeżeli powiesz Nelly, żeby weszła i prze­szko­dziła mi, nie odpo­wia­dam za to, co zro­bię.

– Musisz coś jeść – mówi Leonard. – Nie musi to prze­cież być nie wia­domo ile.

– Zjem póź­niej. Teraz zabie­ram się do pracy.

Leonard waha się przez chwilę, a potem nie­chęt­nie kiwa głową. Nie, nie będzie jej prze­szka­dzał. A jed­nak to, że Vir­gi­nia odma­wia jedze­nia, nie jest naj­lep­szym sygna­łem.

– Wobec tego zjesz obiad – oświad­cza. – Praw­dziwy obiad: zupę, pud­ding, wszystko. Jeżeli będzie trzeba, zmu­szę cię do jedze­nia.

– Zjem obiad – odpo­wiada Vir­gi­nia nie­cier­pli­wie, lecz bez zło­ści.

Stoi przed nim, wysoka, wysmu­kła, wspa­niale wyglą­da­jąca w tej podomce, z fili­żanką paru­ją­cej kawy w dło­niach. Na­dal cza­sami potrafi go zadzi­wić. Bar­dzo moż­liwe, że jest naj­bar­dziej inte­li­gentną kobietą w Anglii, myśli Leonard. Jej książki będą praw­do­po­dob­nie czy­tane przez wieki. Jest o tym prze­ko­nany bar­dziej niż kto­kol­wiek inny. Jego żona. Vir­gi­nia Ste­phen – wysoka, o bla­dej cerze, zaska­ku­jąca jak kobiety z obra­zów Rem­brandta czy Velázqueza – poja­wiła się dwa­dzie­ścia lat temu w bia­łej sukience w pokoju swego brata w Cam­bridge; to rów­nież Vir­gi­nia Woolf, sto­jąca przed nim wła­śnie w tej chwili. Posta­rzała się dra­ma­tycz­nie, i to tylko w tym roku, wydaje się, że war­stwa powie­trza uszła spod jej skóry. Twarz nabrała ostrych rysów, poja­wiły się na niej głę­bo­kie bruzdy; stała się kan­cia­sta i znisz­czona, jakby wykuto ją ze zwie­trza­łego, poro­wa­tego, sza­ro­bia­łego mar­muru. Jej postać zacho­wała kró­lew­skie dosto­jeń­stwo, na­dal ma dosko­nałą syl­wetkę, cią­gle ema­nuje budzącą respekt, księ­ży­cową jasno­ścią, lecz Vir­gi­nia w jed­nej chwili prze­stała być piękna.

– No cóż – mówi Leonard. – Będę pró­bo­wał brnąć przez to dalej.

Vir­gi­nia wraca na górę ukrad­kiem, żeby nie zwró­cić uwagi Nelly (dla­czego zawsze odnosi wra­że­nie, że ukrywa coś przed służbą, że jest winna popeł­nie­nia jakichś prze­stępstw?). Dociera do swo­jego gabi­netu i cicho zamyka za sobą drzwi. Jest bez­pieczna. Roz­suwa zasłony. Na zewnątrz, za okienną szybą, Rich­mond jest na­dal pogrą­żone w swym przy­zwo­itym, spo­koj­nym śnie o sobie. Kwiaty i żywo­płoty wypie­lę­gno­wano, okien­nice poma­lo­wano, jesz­cze zanim tego wyma­gały. Sąsie­dzi, któ­rych nie zna, robią to, co robią, za żalu­zjami i zamknię­tymi okien­ni­cami swo­ich willi z czer­wo­nej cegły. Może tylko wyobra­zić sobie mroczne pokoje i mdły zapach spa­le­ni­zny. Odwraca się od okna. Jeżeli na­dal będzie silna i przy­tom­nie myśląca, jeżeli będzie ważyła przy­naj­mniej sześć­dzie­siąt kilo­gra­mów, Leonard zgo­dzi się prze­pro­wa­dzić z powro­tem do Lon­dynu. Ta część kura­cji – lata spę­dzone wśród raba­tek ostróżki i czer­wo­nych willi przed­mie­ścia – okaże się udana, a Vir­gi­nia znowu będzie się nada­wała do życia w mie­ście. Obiad – tak, zje obiad. Powinna była zjeść rów­nież śnia­da­nie, ale nie byłaby w sta­nie znieść prze­rwy w pracy, która się z tym wiąże, kon­taktu z humo­rami Nelly. Popi­sze może godzinę, a potem coś zje. Uni­ka­nie jedze­nia jest nało­giem, czymś w rodzaju nar­ko­tyku – z pustym żołąd­kiem czuje się pełna ener­gii i czy­sta, mądra, gotowa do walki. Pociąga łyk kawy, odsta­wia fili­żankę, roz­pro­sto­wuje ramiona. To jedno z naj­bar­dziej szcze­gól­nych doświad­czeń: prze­bu­dze­nie w dobrze zapo­wia­da­ją­cym się dniu, przy­go­to­wy­wa­nie do pracy, któ­rej jesz­cze się nie roz­po­częło. W takiej chwili kryją się nie­skoń­czone moż­li­wo­ści, tyle godzin, które dopiero mają nadejść. Jej umysł aż kipi. Tego ranka jest w sta­nie spe­ne­tro­wać wszyst­kie mroczne kory­ta­rze, zatkane rury, by dotrzeć do złota. Czuje to w sobie, swoją kom­pletną, lecz trudną do opi­sa­nia drugą naturę czy raczej samą sie­bie ist­nie­jącą rów­no­cze­śnie, lecz bar­dziej czy­stą. Gdyby była wie­rząca, nazwa­łaby to duszą. To coś wię­cej niż jej inte­lekt i uczu­cia razem wzięte, wię­cej niż suma doświad­czeń, choć bie­gnie przez nią na wskroś, jak żyły błysz­czą­cego metalu. To swego rodzaju wewnętrzny zmysł, który roz­po­znaje pobu­dza­jące do życia tajem­nice świata, ponie­waż bie­rze się z tej samej sub­stan­cji, a gdy ona, Vir­gi­nia, ma dużo szczę­ścia, potrafi pisać, korzy­sta­jąc bez­po­śred­nio z tego zmy­słu. Pisa­nie daje jej wtedy naj­głęb­szą z moż­li­wych satys­fak­cję, lecz ten stan roz­po­czyna się i koń­czy nie­spo­dzie­wa­nie. Może chwy­cić za pióro i to ono powie­dzie jej rękę po papie­rze. Może chwy­cić za pióro i stwier­dzić, że jest zale­d­wie sobą, kobietą w podomce, trzy­ma­jącą pióro w dłoni, pełną stra­chu i nie­pew­no­ści, tylko umiar­ko­wa­nie zdolną, nie­ma­jącą poję­cia, od czego zacząć i o czym pisać.